Kuchnia mojej matki

<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucjan Szenwald
Tytuł Kuchnia mojej matki
Pochodzenie Utwory poetyckie
Wydawca Spółdzielnia Wydawnicza „Książka”
Data wyd. 1946
Druk Zakłady Graficzne „Książka”
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
Kuchnia mojej matki
Zbigniewowi Uniłowskiemu  —
bez którego nigdy by nie powstała
— pracę tę poświęcam.
Introdukcja

Podziemnym korytarzem, labiryntem krętym
schodzi się w lej, głęboki na dwadzieścia pięter,
aż na dno, zawilcami porośnięte.

Wśród kwiatów usiąść trzeba; potem czekać długo,
aż światło się zapali niebieskawą smugą
i odsłoni po lewej stronie przepaść drugą.

Wtedy schylić się nad nią. Przepaść ta porywa
w dół głową: oczy zamknąć, wyprostować nogi!
Nie schodzi się tamtędy, lecz po prostu spływa.

I ciało zstępujące sen ogarnia błogi,
sen, który wypoczynkiem jest, do dalszej drogi
przygotowaniem, winem i kąpielą.
Zaśnij,
i śpij tak dwie godziny!
Elektrycznym wstrząsem
wyrwany z ołowianych uścisków narkozy,
budzisz się w słońcu, które kochasz. Pniami dziąseł
smakujesz wiatr poranny i stóp zwinnych płoży

kierujesz przez śnieżyste hiacyntów zwały
ku ścieżce, którą drzewa słońcu odebrały,
Idź tędy! Zaprowadzi cię w końcu ta ścieżka
do przestronnego domu, w którym nikt nie mieszka,
a jednak światło życia w pokojach się pali!
Przejdziesz przez drzwi błyszczące, wykute ze stali
na dziedziniec, oblany zapachem ogrodów;
potem lotna galeria oświetlonych schodów,
podestów marmurowych, mosiężnych balustrad,
potem mała rotunda, zatopiona w lustrach,
w powierzchniach, w nachyleniach, w tłumie kolumn jońskich,
wśród których błądzą lekkie zielone stoliki,
na nich leżą czasopism pogniecionych pliki
i wielkie popielniczki w kształcie czaszek końskich,
Tę salę miniesz, potem jeszcze jedną salę,
i staniesz przed szerokim kamiennym portalem.


Pierwsze przejście przez kuchnię

Stąd już się wchodzi w lśniących kafli białą otchłań,
potrzaskaną przez suche błyskawice blachy.
Powietrzem płyną gęste, wilgotne zapachy,
idące od roztworów, gotowanych w kotłach.
Brzęk pokryw, roztańczonych nad kipielą słoną!
Syk, jakby ukręcono kurki stu syfonom!
Tak męczy się ocean, uwięziony w kranie.
Rury drgają kurczowo i rzężą jak krtanie,
lecz aby było widniej w atmosferze mglistej,
doprowadzają z góry strumień wody czystej.

Para wciska się wszędzie. Drżącymi kroplami
osiada na matowych rękojeściach noży,
w miednice ścieka, w kubłach wodę mnoży.
śniedzią pokrywa mosiądz, aluminium plam
i takimi chmurami pod pułap się smuży,

że wszystko to podobne jest do jakiejś burzy,
nietutejszym dąbrowom grożącej pogrzebem,
w podziemnych okolicach, pod podziemnym niebem.


Komentarz pierwszy: krajobraz podziemia

Srebrzyste rozpadliny, luetyczne krzaki,
wielkie, mętne jeziora, trzcin umarłych kępy,
dna, po których księżyce łażą jak robaki.

Stawidła z młynem, który mglę kraje na strzępy;
grzyby wielkości dębów: łeb takiego grzyba
pełny jest jam, do których nie łatwe dostępy!

W rozkroczach drzew mieszkają ośmiornice chyba!
W dolinach rośnie kaszka, pomornik i piołun,
nad strumieniami tataraków jest siedziba.

Czarnoziem, pomieszany z wapnem i popiołem,
rodzi same drapieżne lub smutne rośliny.


Drugie przejście przez kuchnię

A teraz patrz! W odmętach szmaragdowej śliny
rozluźniają się łodyg poplątane węzły,
i pod naciskiem nożów, które w nich ugrzęzły,
pękają złote supły i zielone liny,
rozdzielają się włókna, i spomiędzy włókien
wypływa sok żywotny, zwany krwią roślinną;
wre przez sekundę — potem ścieka wąską rynną
i pada na posadzkę z głuchym łzawym hukiem.

Czyja podstępna pasja pod ostrza gilotyn
oddala ten przepyszny podsłoneczny ogród?
Czyja ręka szperała pod każdym wykrotem,
sięgała po nasturcje, gwałciła winograd,

nad trawnikiem rozpięty w najśpiewniejsze linie?
Kto z iglastej urody obdarł wszystkie pinie?
Kto konwalie podebrał i śnieżystym snopem
rzucił w ogromny garnek z tańczącym ukropem?

Korzenie, które z gleby, jak z wielkiej cysterny,
ciągnęły mineralnych soli rzeźki napój,
tutaj stają się niczym: — najpierw ciężki topór
obdziera je ze skóry i przekrawa na pół,
potem ołowiany młot przezwycięża opór
tkanek, rozbija naczyń rysunek misterny,
wreszcie młynek przemienia w białą i brunatną
miazgę to, co przed chwilą miało kształt i miano.
Ach, kiedy noże maszyn pneumatycznych natną
młody pęd sosny i ze środka wydostaną
najpiękniejsze żywiczne krople, kiedy z łez tych,
wypłakanych przez drzewo w kryształowy flakon,
filtry wyciągną wonną treść — to rozpacz taką
jakież potrafią oddać patetyczne gesty?

A liście — patrz! — te same, które w słońcu mokrym
poranka żeglowały na powietrza fali
źródlanej, a każdy był jak zielony okręt
i w szkle błękitnym rosą płomienną się palił —
leżą oto w pierzastych naręczach pod piętą
prasy. Te, których szorstki pocałunek leczył
oparzelizny, skórę boleśnie napiętą
wypogadzając — teraz, ukropem zalane,
marszczą się w pęcherzyki, pełne chorej cieczy.
Jakiż balsam zasklepi liścia gorzką ranę,
kiedy zielone siostry — lekarki poległy?

Tymczasem piec z platyny i szkarłatnej cegły,
z ciężkim westchnieniem czarną otworzywszy czeluść,
czeka ładunku, który ma do środka przeleźć.
Więc najpierw arcykuchcik zanurza retortę,

w której kipią czeremchy, prane kwasem tortur,
potem idą peonie, za nimi konwalie,
słonecznych pól emulsje, wietrznych łąk emalie;
w końcu olbrzymia blacha wędruje do wnętrza,
na której róż podartych wonny stos się spiętrza.

Na wierzchu martwe kwiaty, a pod spodem bryły
węgla, które też kiedyś roślinami były.
Tak organizmów starych spopielone kości
niweczą ciała pięknych efebów — z zazdrości!


Komentarz drugi: pochodzenie węgla

Przechodzisz. Pod ciosami stóp kamienne płyty
głucho dźwięczą. Spostrzegłeś i stajesz jak wryty:

Stado bawołów, które w południowym znoju
przez brazylijski pampas gna do wodopoju,
że aż cholera trzęsie terenem równiny,
że aż jęczą w podstawach górskie połoniny, —
to stado, skrwawionymi palcami od przodu
pochwyciwszy za rogi, ogromna dłoń głodu
przenosi tu — i ostrych pił bezsennej warcie,
sforze haków i siekier rzuca na rozdarcie!
Obok czeka błyszczący świeżą stalą tartak,
w podwójne zęby strojna mosiężna wiertarka.
Zmielą te zęby konia i warchlaka zmielą,
odgryzą wielogłowy łeb rodzeństwu cieląt,
zetrą w proch ich przedśmiertne szlochy i rzężenia,
poszarpią na sekundy ich ostatnie tchnienia,
a iżby nie znalazły ciszy poza grobem,
wydrą z nich serce, płuca, pęcherz i wątrobę.

Dokądkolwiek się zwrócisz, poprzez gęstą parę
widzisz przekrwione, wielkie, słodkie oczy saren,

martwe słowiki, smukłe zajęcze tułowie,
mające krwi kałuże własnej za wezgłowie.
Transmisyjna maszyna w toku wartkim szarpie
myszy z mojego biurka i z akwarium karpie,
a na krysztale kona księżycowy denat,
mój kot, nocny wirtuoz miłosnych serenad.

Ból ściska mnie za serce i podchodzi wyżej,
do gardła. O! Bo nawet mój szlachetny wyżeł,
filut, łowca, filozof, najlepszy towarzysz,
leży — poćwiartowany. O czymże tak gwarzysz,
psie drogi, z przepiórkami bez głów i bez skrzydeł?
Tak samo tyś je kiedyś zapędzał do sideł,
a teraz śmierć, okrutny i wszechwładny lekarz,
położyła cię we krwi — i więcej nie szczekasz.


Komentarz trzeci: nagrobek psa

Tu leży ten, co zawsze lubił leżeć w słońcu
i kłów kłapaniem płoszyć natarczywe muchy.
Żył jak na psa przystoi, a że umarł w końcu,
winien jest temu autor i złośliwe duchy.
Zawsze dostawał dobrą i obfitą strawę,
niejedną z panem swoim przetrzymał wyprawę,
sztuki czynił przedziwne i skakał przez parkan —
aż hycel go pochwycił na hyclowski arkan,
udusił, wypaproszył, wymoczył i spulchnił,
i tajemnie dostarczył do podziemnej kuchni.

Tam, gdy już nań spadały przeznaczeń tarany,
przez pana swego z objęć zniszczenia wyrwany,
w koszyku na powierzchnię ziemską przewieziony,
jest zabalsamowany i tu pogrzebiony.
Requiescat in pace! Pobożny pielgrzymie,
módl się krótko — i ruszaj dalej, w Boże imię!


Epilog

Krwią szorowanych kafli rozprażona otchłań
na pożegnanie w jeden wielki akord blachy
uderza! Podskakują pokrywy na kotłach,
piły, sierpy, siekiery zwiększają rozmachy —
wychodzimy! Te same oświetlone stopnie
migocą pod stopami (serce w piersiach wali!),
przechodzimy przez halę oszkloną, i z hall
na powietrze!

Potężne uderzenia słońca
prasują asfalt, który wydaje się topnieć!
Szczebiot ptaków dobiega z dalekiego końca
ścieżki. Oddech obłoków, ziemi głośne tętno,
puls drzew, stukot dzięcioła, brzęczenie komarów,
składają się na światła rytmikę namiętną.

W tył zwrot! Ostatnie — jedno — spojrzenie — na parów!

Roztopionego żwiru ławica podpływa
pod fundamenty domu, który jak parowiec
dymi z czterech kominów i mglisty pokrowiec
rzuca na rzekę, która toczy się, leniwa.

Z daleka, nie wiadomo skąd, nadpływa podmuch
wiatru, lecz wnosić można z jego słonej woni,
że wykąpał się w morskich pumeksach i odmach,
zanim tu przywędrował. Wiatr ten puchy goni,
zerwane z anemonu wyprężonych łodyg,
jest to słaby wiatr. Niechaj siedem wiatrów młodych,
rozcinaczy chmur, bratu na pomoc przyfrunie,
niechaj zamącą niebios niezgłębionych pychę!

Tu-u-u! Dreszcz przechodzi nagły po traw bujnym runie,

trzeszczą konary, zefir przemienia się w wicher,
a wicher, opisawszy piruet spiralny,
przechodzi w burzę, w chmurę, w huragan nawalny,
i kołując powietrza świetlistym ogromem,
zatapia ląd — wraz z rzeką, ogrodem i domem.

Wiadomości Literackie, 1931 r.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Lucjan Szenwald.