Lichy żuaw

<<< Dane tekstu >>>
Autor Alphonse Daudet
Tytuł Lichy żuaw
Pochodzenie Nowele z czasów oblężenia Paryża
Wydawca Staraniem S. Szczepanowskiego i A. Potockiego
Data wydania 1898
Druk Drukarnia C. K. Jagiellońskiego
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Antoni Potocki
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron




LICHY ŻUAW.



Lory, znakomity kowal w Sainte-Marie-aux Mines, był jakiś niezadowolony tego wieczora. Zazwyczaj po zachodzie słońca, kiedy już zamknął kuźnię, zasiadał na ławce przed domem, ażeby wypocząć z rozkoszą po ciężkiej pracy i upalnym dniu i przed rozejściem się swych czeladników, wypijał z nimi kilka dobrych haustów zimnego piwa. Ale dzisiejszego wieczoru pozostał stary w kuźni aż do samej kolacyi i teraz jeszcze przyszedł jakiś nieswój.
— Co mu się przytrafiło? — myślała sobie stara Lory, patrząc na męża. — Może z pułku otrzymał jaką złą wiadomość, której nie chce mi powiedzieć... Może nasz starszy syn chory?
Nie śmiała jednak zadawać mu pytań, tylko gorliwie uciszała troje małych, jasnowłosych dzieciaków, które siedząc dokoła stołu, ze śmiechem zajadały wyborną sałatę z czarnej rzodkwi ze śmietaną.
Wkońcu kowal, nie mogąc dłużej wytrzymać, odsunął z gniewem talerz i zawołał:
— A! szubrawcy! nikczemniki!
— Cóż ci jest, Lory?
— To mi jest, że dzisiaj znowu widziałem pięciu czy sześciu tych drabów w mundurach żołnierzy francuskich, przechadzających się po mieście pod rękę z Bawarczykami. Są to znowu tacy, którzy, jak to tam mówią... przyjęli narodowość pruską... I pomyśl tylko, ze codziennie prawie widzimy powracających tych fałszywych Alzatczyków! Czy im tam czegoś zadano, czy co...
Matka próbowała bronić.
— Cóż chcesz, mój biedaku, te dzieci nie są znowu tak winne... Ta Algierya w Afryce, dokąd ich wysyłają, tak daleko... Trawi ich tam tęsknota za krajem i zbyt mocną jest pokusa porzucenia służby wojskowej i powrotu do ojczyzny.
Lory uderzył silnie pięścią w stół.
— Milcz, matko!... Wy kobiety wcale tego nie rozumiecie. Ażeby tylko módz żyć razem z waszemi dziećmi, zniżacie się same do ich poziomu... A ja ci powiadam, że ci ludzie są to szubrawcy, odstępcy, ostatni z łotrów, i gdyby broń Boże nasz Chrystyan dopuścił się podobnej podłości, to, jak się nazywam Grzegorz Lory, który służył siedm lat w strzelcach francuskich, rozpłatałbym go moją własną szablą.
Mówiąc to z okropnym wyrazem twarzy, kowal powstał i ręką ukazał długą szablę szasera, wiszącą na ścianie pod portretem syna w mundurze żuawa. Portret ów robiony był tam, w Afryce. Ale spojrzawszy na tę uczciwą twarz Alzatczyka, całą czarną i opaloną od słońca, na te rysy przyćmione, jakie przybierają żywe barwy w silnem oświetleniu, uspokoił się nagle i zaczął się śmiać.
— Co też mi przyszło do głowy! Jak gdyby to nasz Chrystyan mógł stać się Prusakiem, on, który tyle ich natłukł podczas ostatniej wojny!...
Myśl ta wróciła mu dobry humor. Skończył wesoło obiad i udał się do oberży »Pod miastem Strassburgiem«, żeby wychylić kilka kufli piwa.
Stara Lory pozostała sama. Ułożywszy troje swych małych jasnowłosych w przyległym pokoju, zkąd dochodził teraz cichy szczebiot, jak z gniazdka ptasząt, które zasypiają, wzięła jakąś robotę i usiadła z nią we drzwiach, prowadzących do ogrodu.
— O! tak! wiem ja dobrze, że to są podli renegaci; ale jednak... ich matki są szczęśliwe teraz z oglądania swych dzieci...
Przypomniały jej się te czasy, kiedy ich starszy syn przed wstąpieniem do wojska, właśnie o tej godzinie był zwykle tam, w ogródku, zajęty jakąś pracą. Spojrzała na studnię, z której zwykle czerpał wodę polewaczką, w bluzie, z długimi włosami, z tymi pięknymi włosami, które mu obcięte, gdy wstępował do żuawów.
Nagle zadrżała. Mała furtka w głębi, wychodząca na pole, otworzyła się. Psy nie szczekały — a jednak ten, kto wszedł, skradał się pod murem, jak złodziej, prześlizgując się między ulami...
— Dzień dobry, mamo!
Jej Chrystyan stoi przed nią w mundurze rozpiętym, zawstydzony, nie mogący mówić ze strachu. Wrócił nędznik do kraju wraz z innymi i oto już od godziny krąży koło domu, czatując na nieobecność ojca, ażeby módz wejść. Matka chce się gniewać na niego, ale nie ma odwagi. Już od tak dawna nie widziała go, nie uściskała. A zresztą daje on jej takie poważne przyczyny swego powrotu. Tak mu było trudno żyć zdała od kraju, od tej kuźni, od nich, przy coraz cięższej karności wojskowej, wśród kolegów, którzy go nazywali »Prusakiem« z racyi jego akcentu alzackiego. Wszystkiemu, co jej syn mówi, matka wierzy. Dla niej wystarcza tylko spojrzeć na niego, ażeby uwierzyć. Tak rozmawiając, weszli do dolnej izby.
Rozbudzone dzieci przybiegły boso, w koszulkach, uściskać brata. Chcą mu dać jeść, ale on nie głodny. Tylko pragnienie ma straszne, pije wciąż wodę, pomimo tego wszystkiego piwa i wina białego, które wypił przez ranek w karczmie.
Ktoś idzie przez podwórze; to kowal wraca.
— Chrystyanie, ojciec twój idzie, schowaj się jak najprędzej; chcę go wpierw uprzedzić, wytłumaczyć... — i popycha syna za piec kaflowy, a sam a bierze się znów do szycia drżącemi rękami.
Na nieszczęście czapka żuawa pozostała na stole i zaraz w padła w oczy starem u Lory. Widząc bladość matki, jej zakłopotanie, zrozumiał wszystko.
— Chrystyan jest tutaj! — krzyknął okropnym głosem, zdejmując szablę ze ściany prawie nieprzytomny i rzucił się do pieca, za którym żuaw stał blady, zupełnie wytrzeźwiony, i opierał się o ścianę z obawy, żeby nie upaść.
Matka w pada pomiędzy nich.
— Lory, Lory! nie zabijaj go... to ja mu napisałam, żeby wracał, że ty potrzebujesz go w kuźni...
Zawiesza się u rąk męża, czołga się, szlocha...
W ciemnym sypialnym pokoju dzieci krzyczą, przestraszone głosami, pełnymi gniewu i łez, tak zmienionymi, że same nie mogą ich poznać... — Kowal zatrzymał się i spojrzawszy na żonę, powiedział:
— A! to ty kazałaś mu wrócić... A więc dobrze, niech idzie spać. Jutro zobaczę, co powinienem zrobić.
Nazajutrz Chrystyan, obudziwszy się z ciężkiego snu, pełnego jakichś widziadeł i strachu bez przyczyny, znalazł się w swoim dawnym, dziecinnym pokoju.
Przez małe szybki okien w ołowianych ramach, zasłonięte kwitnącym chmielem, czuć, że gorące słońce jest już wysoko. Na dole słychać uderzenia młotów po kowadle...
Matka siedzi u jego wezgłowia, nie opuszczała go przez całą noc, tak się bała gniewu męża. Stary także nie spał wcale. Do rana chodził po domu, płakał, wzdychał, otwierał i zamykał szafy, a teraz wchodzi właśnie do pokoju syna z miną poważną, ubrany jak do podróży w długich butach, w kapeluszu z szerokiemi skrzydłami, z potężnym góralskim kijem, okutym na końcu w ręku. Idzie prosto do łóżka:
— No, dalej, wstawaj!...
Syn, zdetonowany trochę, chce wziąć swój mundur żuawa.
— Nie, nie ruszaj tego — mówi ojciec surowo.
— Ależ mój przyjacielu — odezwała się nieśmiało matka — on nie ma nic innego.
— Daj mu moje ubranie, ja go już nie potrzebuję.
Przez czas, gdy syn się ubiera, ojciec Lory składa starannie mundur, małą kamizelkę, szerokie spodnie, poczem, zrobiwszy pakunek, zawiesza sobie na szyi mały, blaszany futerał, w którym mieści się marszruta.
— Teraz zejdźmy na dół — powiada, i wszyscy troje zeszli w milczeniu do kuźni.
Niech sapie, wszyscy już są przy pracy. Ujrzawszy tę szopę, otwartą naoścież, o której tyle razy myślał tam daleko, żuaw przypomina sobie dzieciństwo, upływające na zabawach w upale słonecznym na ulicy, lub wśród iskier tej kuźni, jaśniejących w czarnym pyle. Ogarnia go czułość i wielka chęć uzyskania przebaczenia ojcowskiego, ale podniósłszy oczy, spotkał ten sam wzrok nieubłagany... Wkońcu kowal zdecydował się przemówić:
— Chłopcze! widzisz to kowadło, te narzędzia: to wszystko twoje. I to wszystko także — dodał, wskazując na mały ogródek, który było widać het w głębi, pełen słońca i pszczół, przez zasutą dymem furtkę... — Ule, winnice, dom, wszystko należy do ciebie. Ponieważ poświęciłeś nawet twój honor dla tych rzeczy, a więc bierz je w posiadanie. Jesteś panem tutaj. Ja odchodzę. Winieneś pięć lat służby Francyi... idę spłacić ten dług za ciebie.
— Lory, Lory! dokąd chcesz iść? — krzyknęła biedna matka.
— Ojcze! — błagał syn.
Ale kowal już odszedł wielkimi krokami, nie oglądając się za siebie.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

W Sidi-bel-Abbés do sztabu 3-go pułku żuawów kilka dni temu zaciągnął się dobrowolnie pięćdziesięciopięcioletni ochotnik.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Alphonse Daudet i tłumacza: Antoni Potocki.