Liryka francuska (antologia)/Pielgrzymka do św. Anny

<<< Dane tekstu >>>
Autor Saint-Pol-Roux
Tytuł Pielgrzymka do św. Anny
Pochodzenie Liryka francuska
Data wydania 1911
Wydawnictwo J. Mortkowicz
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Bronisława Ostrowska
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

PIELGRZYMKA DO ŚW. ANNY.


Pięciu zuchów z majoliki, każdy, rzekłbyś, ciosan w skale, którym w oczach morze gra, gdy w sen fale kładzie, pielgrzymują wraz z daleka do kaplicy malowanej, kędy czeka uśmiechnięta, wiecznie ładna, dobra Święta.
Przystroiwszy się niedzielnie, każda w parze z swym kochankiem, idą z nimi wszystkie pięć woniejące majerankiem, narzeczone z porcelany, jedna w drugą — cacko! Niby jabłka leśnych dziczek promienieją wkrąg weselnie rumieńcami liczek ładnych, — boć od strasznych wielorybów, o szkaradnych paszcz bezdeni, od posępnych wielorybów powracają zgrają chwacką zdrowi, dzielni żeglarczycy do ich łożnic przeznaczeni.
Młodzieńcza ich gromadka wędruje bezustannie ku dobrej świętej Annie: przez piaski i pasieki, kamieni młyńskich łomy, zaciszne domy, gryki, lny, dzwonnice z chleba razowego, poprzez pachnących

łąk manowce, pomiędzy krowy, owce i kozy, za przykładem prababek — beczące.
Wreszcie zbożni podróżnicy przybywają pełni ducha do kaplicy malowanej, kędy każdej prośby słucha uśmiechnięta dobra Święta. Przybywają syny fal ofiarować swoje dary Chrzestnej Macierzy, co ma oczy z morskich traw; chrzestnej matce marynarzy, co nie szczędzi im pomocy przed wilkami żarłokami — wichrami północy i przez wodny wiedzie kraj swe baranki wierne z drzewa — do owczarni — w Cornouailles.
Przetoż szukają w zanadrzach swych pod witaniami dzwonów, szukają srebrnych i złotych serc, zaprzysiężonych dobrej Świętej wśród raf, które w żałobnych szat obłóczą zwoje niewiasty, płakać idące nad zdroje.
Przetoż szukają serc ze srebra albo złota, podczas kiedy na trawie i mchu, pokładły się do snu pielgrzymką umęczone narzeczone o włosach snopia lnu.
Ale w zanadrzach swych, pod witaniami dzwonów znajdują jeno medaliki, grosze, hubkę, koraliki, lecz nie znajdują nigdzie serc ze srebra ni ze złota.
Płaczą więc pątnicy, zbożni żeglarczycy, boć nie chcą czynić wdową po swym darze, świętą o oczach z morskich traw, — która na wód obszarze podróżom kruchym wiernej dziatwy wybawcze tratwy śle. Tak zbożnym staje się w istocie swej,

który wędruje przez niebieskie morze pod krzyżem masztów i rej.
W nagrzanym wietrze umęczone wciąż śpią na trawie wiankiem porcelanowe narzeczone, pachnące majerankiem.




Nagle, chłopcy z majoliki sięgają za pas, i wszyscy wraz wyjmują w blask na słońce nożyki błyskające jako sardynek pięć, — potem na palcach suną się ku dziewicom w śnie.
Drobne uszka dziewic onych w splotach barwy zbóż, różowieją niby muszle w złotym piasku mórz.
A młodzieńcy, niby gwoli szaleństw słodkich i swawoli, uklękają wraz na ziemi przed ładnemi, które śpią w trawie, prawie tak zielonej, jako śpiewna żabka drzewna.
A gdy każdy już koleją rozpiął stanik i gorsecik, gdzie się rajskie jabłka śmieją, — szybkim zwrotem, z oczu grotem, jak dwa lśniące lichtarzyki, zanurzają w piersi żywe dzielni chłopcy z majoliki ostrz sardynki połyskliwe.
Tryskając nagle, róż zrasza kroplami i plami mchów stary plusz. Rzekłbyś, że kuźni krzew ogniowy swoje żary na ich głowy kładzie jak sztandary, lub że garściami jedli w sadzie wystałe morwy i maliny.

Tu dłonie ich sięgają w głębie prześlicznych łon i wyjmują pięć serc, pięć serc, bijących skrzydłem. W nagrzanym wietrze umęczone wciąż śpią na trawie wiankiem porcelanowe narzeczone, pachnące majerankiem.
Potem zeszywszy ciała śniegi gęstymi swych całunków ściegi, swych zębów igłą śmigłą, spiąwszy koleją gorseciki i staniki, gdzie się śmieją rajskie jabłka dwa, — wchodzą wreszcie do kaplicy, do kaplicy malowanej, ofiarować serca, serca bijące skrzydłem, Świętej o oczach z morskich traw, co nie szczędziła im pomocy przed wilkami żarłokami — wichrami północy, i przez wodny wiodła kraj swe baranki wierne z drzewa do owczarni w Cornouailles.




Niestety! znów stanąwszy na trawie i na mchu, nie ujrzeli swych słodkich, o włosach snopia lnu. Wszystkie tam w dali szły, szły wszystkie razem drogą, co się odwija w dal, jak wielka biała żmija, aż ją daleko hen zasłania miasteczko gwarne od gruchania.
Oni wołają po imieniu: Yvonne! Marthe! Marion! Naïc! i Madeleine!
Lecz nie zwracają się ich ładne: Yvonne, Marthe, Marion, Naïc i Madeleine, i szkaradne — idą, idą hen...
Daleko tak, że białe czółko ich, z początku skrzydło mewie, staje się skrzydłem motyla, a wreszcie płatkiem śniegu się rozpyla w błękitu zwiewie.
Mdleją chłopcy z majoliki, gdy w oddali bladym wiankiem nikną słodkie narzeczone, woniejące majerankiem.
Snadź nie mając serc, nie kochały już: Yvonne, Marthe, Marion, Naïc i Madeleine.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Paul-Pierre Roux i tłumacza: Bronisława Ostrowska.