Liryka francuska (antologia)/Wychodźcy

<<< Dane tekstu >>>
Autor Emile Verhaeren
Tytuł Wychodźcy
Pochodzenie Liryka francuska
Data wydania 1911
Wydawnictwo J. Mortkowicz
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Bronisława Ostrowska
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

WYCHODŹCY.


Z burym kotem, z wiernym psem,
Z chęcią życia Bóg wie czem,
Idą w mroku, brnąc po grudzie,
Nasi ludzie:
Wiekuistych dróg tułacze,
Dżdżów pijaki, mgieł palacze.

Nic nie mają nasi ludzie:
Nic a nic —
Prócz gościńca w mroków chmurze.

Każdy niesie na kosturze
W swojej chustce w wielkie kraty,
Mieniąc ramię po kolei,
Każdy niesie
Zabrukane, stare szmaty
Nadziei.

Idą ludzie, nasi ludzie,
W głuchym trudzie, brnąc po grudzie,
W nieskończoność mrocznych dróg.


Karczma stoi w suchym lesie,
W głuchej ciszy:
Stara karczma nieznanego.
Gruzów ciszy sowy strzegą,
Zgrają szczury w niej biegają,
Szczury, myszy.

Stara karczma w zbiegu dróg
Ma stoczone czerwiem ściany,
Strzechę burą nakształt strupa,
Trzęsie w wietrze szyld blaszany
Z piszczelami kościotrupa.

Nasi ludzie, ludzie trwóg:
Kładą krzyż na klęskę swą
I drżą.
Nasi ludzie mają w duszy
Dwa bezżarne żużle czarne,
Żużle czarne dwa — na krzyż!

W nieskończoność zmierzchniej głuszy
Polatuje głos podzwonny
Przez bezdroża zapomniane
Leśnych cisz:
To madonny tak wołają
Z kaplic licznych okolicznych:
Jako ptaki w mgle zbłąkane
Madonny!


Nasi ludzie — ludzie trwóg:
Drżą, że dziewki ich nie mają
Świec gromnicznych,
Że kadzidło nie ma woni,
Że w odludnej chyba niszy
Nad barwioną z gipsu głową
Kilka jeno róż się kłoni
W sennej ciszy.

Boją się, gdy legnie cień
Na ich pól stwardniałej grudzie, —
Boją się miesięcznych lśnień
Nad drętwotą swoich wód —
Trupa ptaka u swych wrót:
Nawet ludzi już się boją
Nasi ludzie.

Nasi ludzie są niezdolni,
Niedołężni i bezwolni,
Choć zaciekli są w uporze
Nędzą swoją!
Nasi ludzie to biedaki,
Jeśli liczą jeszcze kiedy,
To plon chyba własnej biedy:
Na groszaki.

Przez różańce długich lat
Naszych ludzi płonne zboże
Śnieć toczyła, sporysz jadł!


Ich lemiesze z spiekłych ról
Odrzucały grudy skał,
Głazów zwał,
Szczęki się zatarły w gniew:
Wgryźć się w ziemię ornych pól
Aż do serca! aż do trzew!

Z burym kotem, z wiernym psem,
Z klatką, w której drzemie ptak,
Z mocą życia chyba w tem,
By bunt gnieść, a ból swój nieść,
Opuszczają pól swych szlak
Nasi ludzie, ludzie trwóg,
W głuchym trudzie, brnąc po grudzie
W nieskończoność zmrocznych dróg.

Za spódnicą swych macierzy
Dzieci drobnych stadko bieży:
Drżące stadko i beczące
W mroku chmury.
Starców wzrok znużony w mgle
Żegna jeszcze własny kąt
Strupieszałej, szarej ziemi,
Kędy kąsa wiatr, jak trąd,
Gdzie, jak mróz -— zaraza żre!
A za niemi
Idą ludzie z nad wybrzeży
O ramionach wyschłych w sznury...


Umęczony orszak kroczy
W mroku chmury,
Bez pragnienia, bez wspomnienia,
Bez zawiści dawnych szczęść,
Nawet już i bez twej woli,
By pięć palców ścisnąć w pięść
Przeciw doli —
Przeciw śmierci.

Nasi ludzie, ludzie pól
W nieskończoność niosą ból.

Wózki liche i powózki
Już od świtu tłuką bruk
Kamienistych polnych dróg.
Jedne stare jak szkielety
Pobrzękują w amulety,
Co z hołobli im zwieszono, —
Inne skrzypią w mroki senne,
Jak żórawie gdzieś studzienne, —
Inne jak okrętu łono,
Który w burzy stzaskał[1] ster, —
A dwa koła gdzie od lat
Wyrzeźbiono zodyak sfer,
Zdają się po drożnej grudzie
Wieść w płóciennej swojej budzie
Cały świat!


Szkapy stare, nędzne chude
Ledwie wloką się przez grudę
Że woźnica wraz idący
Niby wiatrak szalejący
Ciska w przestrzeń raz po raz
Gdzieś podjęty drogą z roli
Senny głaz —
Czarnym krukom, — ptakom doli
Mijającej.

Nasi ludzie, ludzie pól
Już pokornie niosą ból.

Trzody nędzne społem z nimi
Po gościńców twardej ziemi
Idą w świat.
Głody gnają je z zagrody,
Klęsk i nędzy wieczny bat:
Owce, których umęczenie
Potyka się o kamienie,
Co krok nowy, —
Woły rykiem witające
Rychły zgon, —
Opuchnięte, ciężkie krowy,
Wymionami zwisające, —
I ciągnący z obu stron
Mułów rząd, co niesie w mrokach
Śmierci krzyż na wpadłych bokach.


Trzody idą, idą ludzie
Przez gościńce w głuchym trudzie,
Drogą mroku, i bezmocy
Drogą, co okrąża świat.

Z jakich, powiedz, dalekości,
Morza losów, morza lat?
Ze spoczynkiem jeno prawie
Na cmentarnych wzgórz murawie,
Co im ściele swą zieloność, —
Idąc, wstając, upadając,
Brnąc w bezdrożach głuchej nocy,
Jesień, lata, zimy, wiosny, —
Tłum tułaczy, tłum żałosny,
Dąży skroś, — z nieskończoności
W nieskończoność. —

A w oddali już majaczy
Z pod ciężarnej nieb opony
Czoło niby szczyt Taboru,
Czarne ssawki, dech czerwony, —
Cały mroczny kształt potworu,
Który ciągnie wieczny połów
Polnych ludzi.

Miasto, co przygasa w dzień,
W proch i ołów,
A rozżarza się i pali

W płomieniste skry ogniowe,
Gdy je budzi
Nocny cień.

Miasto murów i marmurów, z drzewa, cegły, złota, stali, —
— Polipowe.




Przypisy

  1.   Błąd w druku; powinno być – strzaskał.


 
Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Verhaeren i tłumacza: Bronisława Ostrowska.