Listy O. Jana Beyzyma T. J./List LXX

<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Beyzym
Tytuł Listy O. Jana Beyzyma T. J. apostoła trędowatych na Madagaskarze
Wydawca Wydawnictwo Księży Jezuitów
Data wyd. 1927
Druk Drukarnia „Przeglądu Powszechnego”
Miejsce wyd. Kraków
Źródło skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
LIST LXX.

Fianarantsoa, 17 kwietnia 1912.


Nic u nas osobliwego nie zaszło, wszystko idzie dotychczas swoim trybem. Nadzwyczaj mnie ucieszył wykaz jałmużn w Misjach katolickich. Jeżeli tak dalej pójdzie, to będę mógł niebawem spłacić, co jeszcze jest do spłacenia i będzie za co utrzymać większą liczbę tych nieszczęśliwych, to jest więcej dusz dla nieba pozyskać. Za co wszystko ustawicznie dziękuję Matce Najśw., a naszym dobroczyńcom tak żywym, jak zmarłym, staram się odwdzięczać w codziennej Mszy św. i naprzód zasyłam im od nas wszystkich, to jest od siebie i moich czarnych piskląt stokrotne Panie Boże zapłać jak w tem, tak w przyszłem życiu. Trudności i przeszkód wcale mi nie brakuje, bo nasz zakład pierwsze lody kruszy, a znaną przecie jest rzeczą, że omne initium durum. Jednak wszystko to niczem wobec tej opieki, jaką nas Matka Najświętsza otacza. Na każdym kroku widoczna Jej pomoc i błogosławieństwo co do potrzeb materjalnych, a bardziej jeszcze duchowych. Wiara w sercach moich biedaków coraz głębiej się zakorzenia i, o ile mogę sądzić, jest prawdziwie żywą. Wnoszę to z takich naprzykład objawów: poganie dopraszają się Chrztu św. i gorliwie się doń gotują; katolicy spowiadają się kilka razy w tygodniu, a komunikują wogóle codzień. Nie jest im to wcale nakazanem, robią to z własnego popędu. Gdy kto z nich ciężej nieco zachoruje, zaraz prosi o ostatnie Sakramenta. Jeden z chorych napróżno nawet zaalarmował całą sypialnię; obudziwszy się rano, poczuł, że mu niedobrze, zaczął krzyczeć na towarzyszów, by go zanieśli do kaplicy (sam iść nie mógł, bo nogi miał bardzo poranione), bo chory, a umierać bez Wiatyku za nic nie chce. Zakomunikowałem go, ale zwyczajnie, a nie per modum Viatici, bo jeszcze nie było potrzeby; tegoż samego dnia polepszyło mu się, a kilka dni potem już był w swoim naturalnym stanie. Z tych i innych tym podobnych objawów sądzę, że za łaską Bożą wiara w nich żywa.
Niezbyt dawno temu sprawdziło się u nas przysłowie: »Jak trwoga, to do Boga«. Kilku chorych pracowało w ogrodzie (czy można to nazwać pracą, to inne pytanie, ale idzie mi tylko o to, żeby byli zajęci, a nie siedzieli lub leżeli nic nie robiąc, bo to źródło złego), niebo zachmurzyło się i zaczął kropić drobniutki deszczyk, chorzy myśląc, że to zaraz przeminie, nie wracali do domu. Nagle o jakie 40 czy 50 metrów od nich uderzył piorun, ogołocił zupełnie z gałęzi i kory dwa drzewa, odbił się stamtąd i przeleciawszy koło jednego z chorych, wrył się w ziemię. Ten chory upadł, bardzo był przestraszony, ale oprócz kontuzji w nogę, nic go więcej nie spotkało, zanieśliśmy go zaraz do domu, ułożyliśmy na łóżku i na drugi dzień wszystko już było w porządku; piorun uderzył około godziny 2 po południu, a wszyscy chorzy do wieczora siedzieli po różnych kątach i każdy odmawiał koronkę; nie było słychać tego dnia ani rozmów, ani śmiechów, dopiero na drugi dzień zaczęli być w dobrym humorze.
Naostatek jeszcze Ojcu doniosę pocieszającą nowinę, mianowicie: że cześć naszej Najświętszej Częstochowskiej Pani, wprawdzie powoli, ale zaczyna się już szerzyć tutaj i poza naszym szpitalem; mam nadzieję, że za łaską Bożą będzie się ta cześć naszej Pani coraz bardziej wzmagać.
Kończę, bo czas okropnie nagli.
Wszystkich Was razem i każdego zosobna polecam opiece Matki Najświętszej i bardzo proszę o modlitwy.

Fianarantsoa, 17 czerwca 1912.

List Ojca z 6/V 1912 odebrałem 10/VI 1912 i bardzo zań Ojcu dziękując, spieszę z odpowiedzią. Dzięki Bogu, z febrą już spokój; widocznie oswojony już z nią jestem. Dwie, albo trzy, a czasami jedna tylko dawka chininy załatwia sprawę zupełnie. Z trudnościami, których mam sporo, walczyć nie przestaję. Pełno wokoło gadaniny, a jeszcze więcej krytyk mego szpitala, co, być może, niekoniecznie korzystnem jest dla mojej misji. Ale mniejsza o to, nie zważam wcale na to wszystko, nie ustępując w niczem i za łaską Matki Najśw. nieźle u nas idzie. Co ludzie sądzą i gadają o mnie, wcale mnie nie obchodzi, byleby tylko Matka Najśw. była ze mnie zadowolona, to już mam wszystko czego szukam. Tabernaculum i część ołtarza pozłociłem. Niby to nieźle wygląda; lepiej być ono nie może, bo »nemo dat, quod non habet«, nigdy tego nie robiłem, a nikogo tu zgoła niema, coby to mógł zrobić jak się należy. Jak dokończę wszystko, odebrawszy pozłótkę, zamówioną we Francji, bo mi jej zabrakło, zaraz Ojcu poślę fotografję naszej kaplicy... Na pracy dzięki Bogu nie braknie mi wcale. Oprócz innych zatrudnień, o których Ojciec wie oddawna, mam co tydzień katechizm dla moich chorych, dla sług niechorych, dla zakonnic, co miesiąc raz exhortę dla zakonnic, a obecnie przygotowuję dla nich ośmiodniowe rekolekcje. Zabiera mi to nieco czasu, bo bez słownika nie dam sobie rady. Czytałem w Misjach list Ks. Mierzwińskiego o Sachalinie; położenie jego bardzo trudne i przykre, ale zdaje się mi tylko, to rzecz jasna, że nic pewnego o tem powiedzieć nie mogę, że on cokolwiek nieporadny. Otwarcie Ojcu mówię, że te jego trudności powołania do Sachalinu wcale we mnie nie osłabiły. Za łaską Bożą trwam w niem i ufam, że mnie Matka Najśw. raczy do tej pracy użyć. Po ludzku sądząc, jest to rzecz niemożliwa przynajmniej narazie, ale sądząc po ludzku tylko, bo przecie Matka Najśw. nie może mieć przeszkód. Tak będzie jak Ona rozporządzi... Wszystkich Was razem i każdego zosobna polecam opiece Matki Najśw. i kończąc bardzo a bardzo proszę o modlitwy.

(Z listu do M. Xawery, Karmelitanki w Łobzowie).

List W. Matki z 19/VI 1912 otrzymałem 31/VII 1912 i bardzo zań dziękując, spieszę z odpowiedzią. Jak mnie ten list ucieszył, łatwo sobie droga Matka wystawi. Wielką mam nadzieję, że Matka Najśw. wysłucha próśb drogich MM. i dopomoże bratu W. M. otrzymać potrzebne pozwolenie. Od O. Czermińskiego nie mam dotychczas oddawna ani słówka, więc i o Sachalinie naturalnie jeszcze od niego nic nie wiem. Na poczcie obecnie wielka tu nieregularność, bo okręty nie mogą w oznaczonym czasie nadchodzić. We Francji strejki wciąż w portach, więc odchodzą z Marsylji parowce o parę tygodni później, niż powinny, zatem u nas robi to różnicy całe miesiące. Obecnie donoszą stamtąd, że niby już lepiej i komunikacja ureguluje się znowu. Dałby to Bóg. Może sobie droga Matka wystawić, jak nas te strejki ćwiczą w cierpliwości. Ołtarz już prawie pozłocony cały, ale złota mi brakło, więc czekam. Jak tylko będzie gotów, zaraz WW. MM. wysyłam fotografję kaplicy. Tabernaculum, dzięki Bogu, już skończyłem złocić. Zrobiłem ich dwa; rysunek jota w jotę ten sam i rozmiary także; jedno dla naszej kaplicy, a drugie oddawna wysłałem drogim MM. — prawdopodobnie musiało już dojść. Różnica w ozdobie tylko ta, że na drzwiczkach tabernaculum drogich MM. kielich z hostją, a na drzwiczkach naszego krzyż, który mi dał O. Marjan, kiedym odjeżdżał z Krakowa. Oprócz tego żadnej różnicy niema, jak zobaczy droga Matka na fotografji. Spłaciłem niedawno podatek tutejszy: trzęsła mnie febra przez cały tydzień tak, że 2 dni Mszy św. nie odprawiałem; ale dzięki Bogu, już po kłopocie, zdrowie wróciło i jego tatarska mość na posterunku. Jaki P. Jezus i Matka Najśw. łaskawi bez granic, nie zważając na to, żem taki grzesznik, nietylko, że raczy mnie P. Jezus użyć do Sachalinu, ale jeszcze bodaj raz przed śmiercią odprawić Mszę św. w drogim Karmelu. Usłyszę modlitwy drogich Matek, a potem, dostawszy krzyżyk na drogę, dalej na drogę przeznaczenia. Serce moje przepełnione wdzięcznością jak dla P. Jezusa, tak i dla Matki Najśw., ale podziękować Im tak, jak pragnę, nie potrafię. Widzi P. Jezus moją duszę, ale mimo to nich drogie Matki podziękują Panu za mnie, znacie przecie moją niezdarność. Polecam także modlitwom drogich Matek rekolekcje naszych zakonnic. Rekolekcje (8 dni) ma im dawać moja niegodność. Kosztuje mnie to trocha pracy, bo w słowniku muszę szperać, ale dzięki Bogu, że choć coś mogę zrobić AMDG. Powiadają zakonnice, że mnie dobrze rozumieją, ale może sobie W. Matka wystawić, co to za francuszczyzna z tatarskiego dzioba wychodząca... Wszystkie drogie Matki i każdą zosobna pozdrawiam, za modlitwy dziękuję oraz proszę o nie nadal...






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Beyzym.