<<< Dane tekstu >>>
Autor Zygmunt Hałaciński
Tytuł Mój żyd
Pochodzenie Złośliwe historje
Wydawca „Kultura i sztuka“
Data wyd. 1920
Druk Drukarnia „Prasa“
Miejsce wyd. Lwow — Warszawa — Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


MÓJ ŻYD.





Szlachcic każdy musi mieć swojego żyda — mam go i ja!... i wcale tego nie żałuję. Lubię tę twarz wszerz i wzdłuż zarosłą rozczochranym włosem, jego uśmiech poczciwy a chytry, trwożliwy a zuchwały, to żyjące, „chciałbym, a boję się!“ Mój żyd nazywa się Chaim Kess i pochodzi z Jaryczowa.
Ja, żona i dzieci przezwaliśmy go Golden i takie nazwisko już mu zostanie.
Jest on naszym dostawcą.
Mieszkamy wprawdzie we Lwowie, ale Gold nie uznaje wielkiego miasta i nie pytając się, czy chcemy lub też nie, wziął na barki swoje zaprowiantowanie naszej spiżarni w należyty sposób.
Strudzony, zabłocony, zjawia się Gold regularnie w kuchni i rozkłada na stole masło, jaja, ser — a następnie siada na stołku i drzemie.
— Niechno jasna pani zobaczy, co za masło, czisty Gold — a jaja, joj, jaja, od samego dżedżyca — a syr, rarytas! Niechno jasna pani zobaczy, ja zdrzemnę troszki, bo ja o 3 rano wstanił!
— A może się wódki napijecie!
— Ojoj! czemu nie!
I siada na stołku, a raczej wisi, bo strudzone ciało i kości zwieszają ku ziemi. Wiszą również pejsy, zwisa broda rozczochrana, kamizela do połowy rozpięta, cyces z pod kamizelki i kłapcie od strzępiastych rękawów obłoconej jupicy.
Umyślnie zachowujemy się cicho, aby pokrzepił się snem ten biedny, a chętny do pracy człowiek.
Gold nie śpi długo. Po kwadransie budzi się uśmiechnięty i zadowolony. Ofiarowane mu pieniądze za towar bierze bez targu, mówiąc raz po raz!
— Niech będzie jasnemu panu na zdrowie.
Zabiera kosz, starą jakąś chustką gorliwie okręca szyję i idzie dalej ze swoim towarem, aby zarobić tych kilkanaście marnych centów.
Wychodząc, mówi uśmiechnięty:
— Ja jutro przyniesi dżyky żabant!
— Co?
— Dżyky żabant!
U niego bażant, nazywa się żabant... i to w dodatku — dziki!
On zna nasze gusta lepiej, aniżeli my sami. W pewnych więc okresach czasu znosi zające, kurczęta, ryby, dzikie gęsi i kaczki.
— To jest dżyka gęsz!
— Ależ to kaczka!
— Niech będzie kaczka!
— A gdzież ją Gold zastrzelił?
— Na co takie brzydkie słowo? Żeby to była złota mucha, duża jak wół, to jaby nie strzylał. To taki prosty cham wlazł do wody po szyję, aż się utapiał na śmierć i on ją rękami zastrzelił. To taki gałgan.
— Więc jak się chłop utopił, to któż Goldowi kaczkę sprzedał?
— Wun sam! Un się utapiał, kacztę capił, później wylizał na brzegu — i już! To cham, wun szi utopi i jest zdrów!
— Ej, coś Gold kręci.
— Żebym tak zdrów buł — i jaśne państwo tyż!...
Mój starszy syn bawi się w fotografa. Gołd przypatruje się tajemniczej skrzynce, kręci głową i pyta się dobrodusznie:
— Proszę panycza, co to jest?
— Fotografia.
— Nu, co to jest ta grafia?
— To, że Golda mogę zrobić na papierze takiego, jak tu stoi.
— Paniczu żartują, to nie może być! To się w głowie kręci na takie gadanie.
— Niech Gold siedzi spokojnie. Tylko proszę się troszeczkę uśmiechnąć!
— Ja już się szmieję.
Gold cieszy się fotografią, jak małe dziecko. Ma on żonę i drobne dzieci. Dzieci te musi kochać, jak każdy ojciec. Często o nich wspomina i dla nich widocznie tak ciężko pracuje.
Trzyma teraz fotografię swoją w ręce i promieje radością.
— Jak wuny się będą cieszyć swoim tate! Joj! jak cieszyć! Daj Boże zdrowie jasnemu panyczowi za grafie — szczęścia życzę jasnemu państwu!
I wychodzi obładowany w towar, ale szczęśliwy i uśmiechnięty.
Przez okno z pokoju widać, jak idąc, wpatruje się w swój portret i kiwa głową, na której zwisa kudłata, stara czapka.
Nie możemy powiedzieć, aby nas Gold kiedy oszukał. Cała jego wina leży w tem, że każda gęś lub kaczka, jest podług jego twierdzenia przy sprzedaży miękka, jak masło!
Na tym punkcie to nieraz skłamie. Gdy mu żona robi wyrzuty, chyli głowę z pokorą i mówi:
— Niech się jasna pani nie gniewa, ja się pomylił, ja chciał, żeby ona była miękka, ona będzie miękka...
— Kiedy już zjedzona!
— Niech wyjdzie na zdrowie!
Gdy Gold był chory i przez tydzień się nie pokazał, tęskno nam było bez niego, bo my mamy już taką polską naturę — że każdy Polak musi mieć swojego żyda.
Nasz Gold nie robi nam żadnej szkody. Owszem, ciężko zapracowany grosz niech i jemu wyjdzie na zdrowie!






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zygmunt Hałaciński.