Metamorfozy (Kraszewski, 1874)/Część druga/II

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Metamorfozy
Podtytuł Obrazki
Wydawca Gubrynowicz i Schmidt; Michał Glücksberg
Data wyd. 1874
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów; Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


I cicho korytem zwyczajnem popłynęło życie, rok za rokiem pociągnęły się nieliczone lata — szybko, powoli, a czasem, w pośród zaprzątnień powszednich, któremu z towarzyszów przypomniała się dana obietnica, termin ów dwudziestoletni, uśmiechnęła myśl zobaczenia znowu tych z którymi się rozstało w rozkwicie nadziei, i przechodziła jak sen stary...
Każdego z nich porwał wir i uniósł w swoją stronę, tak że wzajem stracili się z oczów, rzadko nawet dowiadując o sobie, a spotkanie za lat dwadzieścia, miało być dla nich nie już starych przyjaciół ale nowych ludzi spotkaniem! Komuż z nas życie dozwoli być tak logicznym, aby po latach dwudziestu stał się tylko dalszym ciągiem tego, co obiecywała młodość?
— Co też on zrobił? jak mu się powiodło? doszedl-li czego pragnął? mówili sobie czasami i nieraz opowiadając dzieje wesołe akademickiego żywota przed bliższymi, wspominali im o tym terminie i słowie danem sobie uroczyście, a w miarę jak ta data się zbliżała, nie raz uśmiechnęły się ich usta jakąś błogą nadzieją.
— Ale czy dawna swoboda i wesele odrodzić się mogą choć starzy ludzie spotkają się z sobą? będzież to toż samo?
Stanąż wszyscy na stanowisku?
Nareszcie jak wszystko w świecie, przyszedł ów 15. lipca 18... roku i o godzinie szóstej, w pogodny dzień letni, z różnych stron kilku ludzi kierowali się powoli ku środkowi uliczki Łotoczka.
Z miny ich i oczów znać było że już zaledwie sobie przypominali miejscowość, że ich zastanawiały co krok jakieś niespodziane zmiany, że się kierowali z trudnością startem wspomnieniem, nie mogąc wynaleźć na jawie tego co się im żywo jeszcze malowało w sercu, jakoś dziwniej, poetyczniej, inaczej.
Uliczka zdawała się im ciasna, brudna, domki małe, horyzont szczupły, okolica smutniejsza, wszystko zbiednione i skarlałe. Dwadzieścia lat nosili ten obraz w duszy, nie dziw że tam wypiętnowany na tle jej jasnem nie zgadzał się ze spłowiałą rzeczywistością; że rzeczywistość ta którą opromieniało wesele młodości, postarzała teraz i zdrobniała w znużonych oczach...
Pierwszym z tych wiernych słowu przybyszów, który stanął przed domem dawniej zajmowanym przez Teofila, był człowiek twarzy zmęczonej, ale nie stary, chudy, nieco łysy, z wejrzeniem smutnem i zobojętniałem. Na jego licu wcześnie pomarszczonem, łacno było dostrzedz blizn dusznych, tych vulnera vitae Lukrecjusza, które z nas każdy nosi na sercu i duszy. Łza wstrzymywana wilżyła mu powieki, drżały wargi a podniósłszy ku oknom oczy, zagłębiwszy je w ulicę, zapatrzył się długo i tęsknie, jakby pytał:
— Czyż nikogo? nikt-że nie przyjdzie? samże odejdę nie poczuwszy dłoni przyjaciela, nie powitawszy w nikim pamięci lat moich drogich? A złote to były lata!
Wtem oglądając się wkoło i szukając dawnych śladów, naprzeciw siebie dostrzegł zbliżającego się wolnym krokiem z wejrzeniem wlepionem ciekawie, mężczyznę, na którego widok uderzyło mu serce. Oba zmierzyli się bacznie oczyma, nie dowierzając oku... z obawą, z nadzieją; — zbliżający się zwalniał kroku, pierwszy stał nieruchomy.
Drugi ten był spokojnego oblicza, bladej twarzy, podstarzały człowiek, a po długiej czarnej sukni poznać w nim było łatwo duchownego — kij miał w ręku, maleńką książeczkę pod pachą, szedł powolnie nie spiesząc się, rozglądając bez smutku ale z zajęciem, oczy jego uśmiechały się z wyrazem wielkim słodyczy i dobroci.
Chociaż i na tem obliczu spokojnem życie wyryło piętna swych szponów, znać było że rany tu zgoiła i zatarła jakaś siła nadziemska, a teraz pogoda panowała na twarzy poważnej, ułagodzonej, promiennej i czystej jak niebo letniego wieczora. Jakaś aureola świętości opasywała tę skroń wyschłą ale nie pomarszczoną, oczy wypłakane a nie zgasłe, usta w których boleść mięszała się z uśmiechem wyższych już nad ziemskie nadziei.
Ci dwaj ludzie najpierwsi spotkali się u wrót domu, a Teofil poznał w duchownym Serapiona, którego rysy młodzieńcze widać jeszcze było w twarzy już ostygłego i dojrzałego człowieka. Mimo lat i cierpienia, jeszcze w nim coś dotąd młodzieńczego dotrwało.
Teofil daleko więcej się zmienił, a choć wiek nie odebrał mu uroku jaki miało poczciwe oblicze, znać w nim było że z duszy starły się ideały, jak z rysów świeżość lat pierwszych; — każdy fałd i marszczka zdawały się pamiątką jakiegoś cierpienia, a włos już się zawcześnie srebrzył na skroni.
— To ty Serapionie?
— Teofilu? tak jest. Teofil! rzekł poznając go po głosie duchowny — i uścisnęli się serdecznie z tak żywem uczuciem jak przed laty dwudziestu. Była chwila długa wymownego rozrzewnienia, która spoiła wspomnienie dawne z dniem dzisiejszym.
— Jakżeś się biedaku odmienił! zawołał Serapion — mój Boże, jak ciężko wyryły ci się na twarzy boleści żywota... cierpiałeś mój drogi? o! mów!
— Któż z nas nie cierpiał! dola to nasza! rzekł spokojnie i prawie wesoło Teofil — ale za wiele płaci chwila teraźniejsza — a ty? twoja twarz spokojna... dodał Teofil — tyś szczęśliwy, ta suknia.
— Ona ci powie wszystko! jestem sługą Bożym... jak widzisz, odpowiedział Serapion, powołał mnie Pan, a przyszedłem tu z tąż samą starą Ewangeliczką, z którą życie rozpoczynałem w poniewierce i utrapieniu. Niosę ją na świadectwo mojej zgody i jedności z dawnym Serapionem, bałem się, że może wy we mnie nie uwierzycie... Ten sam jestem, bracie! ale gdzież reszta naszej gromadki?
— Wyznam ci, żem i ja niespokojny, rzekł Teofil, z żywem uczuciem spieszyłem tu na miejsce spotkania — nikogoż więcej, my dwaj tylko z ośmiu sprzysiężonych?
Obejrzeli się oba, a wtem trzecia postać, z razu nieodgadniona i obca, powoli się ku nim przysuwać zaczęła.
Był to człowiek nie stary jeszcze ale zszargany, bez zębów, przygarbiony nieco, żółty, a na łysej głowie jego, którą odkrył dla gorąca, trochę poprzyczesywanych włosów okrywały czaszkę ciasną i lśniącą. Po oczach skoszonych już niestety niewątpliwie, choć je nabrzmiałe i zaczerwienione okrywały powieki, poznać tylko było można elegancika Konrada.
Zresztą, mimo zawczesnej starości i strój i mina wpatrzywszy się, przypominały owego strojnisia rumianego i białego, dziś jeszcze ubranego z pewną pretensją, wyświeżonego, choć poważniej nieco, ale zawsze niezapominającego o sobie.
Konrad miał minę jakby nie z dalekiej drogi, ale z drugiej ledwie przybywał ulicy, ubiór miejski, laska w ręku z wspaniałą rzeźbą, wystawującą nagą kobietę i tabakiereczka złocista, buciki lakierowane, strój letni bardzo wygodny, dawały mu pozór odróżniający go od opuszczonych trochę wieśniaków.
Tabakiereczka malutka i skrywana starannie kazała się domyślać, że tabaki używał tylko jako lekarstwa od bolu i zapalenia oczów... może dodatkowo jako dobrego środka pochwalenia się przy zażywaniu parą pierścieniami, które dźwigał na wychudzonych palcach.
Człowiek ten nie tyle się jeszcze zmienił jak ogromnie postarzał, — ostrożnie ujrzawszy dwóch rozmawiających, przybliżył się do nich, spojrzał na złoty zegareczek wskazujący szóstą godzinę i poznawszy naprzód Serapiona, z przesadnemi ruchy radości i zachwytu podał mu rękę, wykrzykując:
— Ojciec Serapion! to wy?... a! i pan Teofil?!
— Jak się masz?
— Jak się macie?
— Otóż i zjedzonych lat dwadzieścia... za drugie tyle dać sobie możemy rendez-vous na cmentarzu, a żaden pewnie nie chybi, gdy tu jak się zdaje coś nas będzie podobno nie wielu.
Wtem od strony miasta powóz zatętniał na bruku, wszystkich oczy zwróciły się ku górze, a gdy się zbliżać począł, w oknie pięknej karetki podróżnej ukazała się głowa mężczyzny, której z razu nikt sobie przypomnieć nie mógł. Może te ramy karety niespodziewane, w których wcale innej wyglądano twarzy, dziwnie odbijając od rysów, nie dozwoliły poznać w przybliżającym się skromnego i cichego Cyrylla.
Możnaż się było domyślać ubogiego bibliofila, dziecię plebanji wiejskiej, w człowieku co tak po pańsku przybywał w karetce angielskiej na miejsce, z którego wyszedł ze skromnym tłumoczkiem piechotą?
O kilka kroków od domu, przed którym stali towarzysze dawni, zatrzymał się powóz, otworzono drzwiczki i Cyryll wysiadł powoli, a chwilę popatrzywszy, zbliżył się ostrożnie do kupki rozmawiających, których z żywą ale bojaźliwą powitał radością. I w jego oczach łzy stały.
Ścisnęli się i ucałowali po staremu, a w wejrzeniach wszystkich pełno było pytań i ciekawości — cóż kiedy już życie nauczyło ich nie wylewać się tak żywo jak przedtem, nie spowiadać tak otwarcie... Nie śmieli pytać.... usiłowali odgadywać.
— Otóż i po latach dwudziestu! rzekł bibliofil wzdychając — patrzcie co za odmiany na mnie pierwszym.
— A prawda że zmiany, rzekł Konrad, Teofil blady i smętny, ja łysy i bez zębów, Serapion z medyka księdzem...
— A Cyryll w karecie! dodał sam bibliofil i smutnie westchnął machając ręką wydelikaconą i białą.
— Większe jeszcze zmiany w sercach, rzekł po chwili — gdzie ta nasza swoboda, wesele, nadzieje... mój Teofilu! gdzie błogie marzenia nasze...

Fugaces labuntur anni!

Łacina tylko jedna, jak widzicie, ze starych rupieci została...
Mówił jeszcze z wyrazem łagodnej jakiejś tęsknoty, gdy z drugiego końca Łotoczka ukazała się postać, w której na pierwsze wejrzenie nikt się ani mógł domyśleć starego znajomego i towarzysza. Człek to był dosyć wysokiego wzrostu z głową do góry zadartą, z sękowatym kijem w ręku, wyglądający na oszarpanego żebraka, w którego stroju i postawie mimo zuchwalstwa z jakiem je dźwigał jeszcze, było coś znękanego ciężką niedolą... Ubiór jego zaniedbany był i brudny, podarty i stary, choć starannie pokrywający nędzę, która przezeń wyglądała widocznie. Na szyi miał chustynkę czarną, zdartą w szmaty i przekręconą węzłem na bok, z pod której nie koszula ale goła szyja, wyschła i pomarszczona wyglądała, — na nogach buty wykoszlawione, spodnie wyszarzane i krótkie, na sobie surdut z powydzieranemi guzikami, czapkę otłuszczoną, a cała figura zdala trąciła szynkiem i nędzą straszliwą.
Pomimo widocznego upadku, może z powodu właśnie, że się czuł poniżonym, człowiek ten nadrabiał miną szyderską, zdając się urągać światu, losowi i ludzi wyzywać — uśmiechał się gorzko a bezczelnie, stąpał zamaszysto i śmiało, niekiedy podnosił czoło chmurne, i usta jego krzywiły się uśmiechem przerażającym.
Strój i charakter jaki miało to zjawisko, odpychały od niego, nieszczęście bowiem, którego szpony widne były na nim, nie wyuczyło pokory, a wywiodło tylko na wierzch co wewnątrz leżało skryte — nienawiść i wzgardę ludzi, lekceważenie ich i zazdrość; w oczach zakrwawionych nie było łez, ale ogień jakiś złowrogi.
Pierwszy Cyryll poznał w tym żebraku Longina, inaczej Aleksandra Macedońskiego, co miał świat zdobyć silną prawicą, a przez lat dwadzieścia nawet pary butów nie wywalczył. Ale walka ta bezowocowa nie złamała go jeszcze, był w nim jeszcze ten sam, co przedtem, niepohamowany zuchwalec, nielitościwy szyderca, nieuleczony i cyniczny samolub.
— Otóż i ja jestem! — rzekł nadrabiając fantazją niezręczną i zdejmując czapkę, a oglądając się ciekawie po towarzyszach.
— Fiu! fiu! dodał, jeden z panów karetą! — Któż taki? Konradzik pewnie!
— Nie, Cyryll!
— Co? Cyryll! nie do pojęcia! on! w karecie a ja bez butów lub przynajmniej bez podeszew, rzekł szydersko — otóż to los głupi! — Rozśmiał się sucho, straszno i splunął.
— Prawda, kończył, żeście się panowie tak Longina zobaczyć nie spodziewali, ale i ja mógłbym był zajechać przed was karetą, gdyby nie bestje te! wrogi moje! Tylko że między nami nie koniec jeszcze...
Towarzysze wszyscy nań spojrzeli z jakąś obawą i wstrętem, ale on, czy tego nie dojrzał, czy nie uważał, czy widzieć nie chciał, podparłszy się na kiju ręką pod bok założoną, pozostał nadrabiając miną i wesołością bolesną.
Szczęściem drażliwe to położenie przerwało zjawienie się nowe człowieka, którego równie trudno było rozpoznać jak Longina. Był to mężczyzna okrągły, pulchniutki, z twarzą księżycowej okrągłości białą i rumianą, żywo toczący się ku gromadce stojącej na Łotoczku, który zasapany przybiegł otwierając oczy i ręce, gdy począł rozpoznawać starych swych towarzyszów. Któżby w tym krąglutkim, podtuptanym już pieszczoszku domyślił się czułego Albina, żyjącego promieniami księżyca, karmiącego się westchnieniem? Serce tylko w nim jak przedtem poczciwe zdradził pośpiech z jakim przybiegał, zapał jego i łzy serdeczne na widok starych przyjaciół.
— To nasz kochany Albin!
— Jak się masz Fijołku! ale zaprawdę na pełną przerosłeś Lewkonję!
— A juściżem to ja! ja sam! moi drodzy, a! jakżem szczęśliwy... Niech-że was uścisnę, niech się napatrzę, nacieszę... Oto chwila oczekiwana lat tyle... oto upragnione spotkanie... Iluż nas tu jest? liczmy się, godzina szósta, kogo nam jeszcze braknie, zmówiemy przynajmniej Anioł Pański za jego duszę...
— Jordana i Baltazara.
— Wątpię, żeby ci już przybyli! zresztą, któż to wie? przyszlą może lub dadzą znać o sobie, rzekł Longin... Oba żyją, Baltazar nawet być tu musi, a w razie niestanności, ja się obowiązuję obu curriculum vitae przedstawić.
— Ale cóż tak sub Jove stojemy? zapytał Cyryll, nie lepiej by się gdzie schronić?
— Prawda! chodźmy więc pod dach, kochani towarzysze, przerwał Albin, — bo na ulicy już i tak ściągamy oczy, a Łotoczek mało potrzebuje na to, by spokój jego został przerwany — szanujmy obyczaj miejscowy. Szkoda, że nie ma do wzięcia mieszkania Teofila, dałbym za to wiele! jakby tam dobrze nam było! Jakby się żywo przypomniały stare dzieje i dawne a lepsze czasy! Ale tam dziś magiel stoi! praczki z żołnierzami rozwieszają bieliznę, sprofanowano caenaculum!
— Prosiłbym was do siebie, rzeki nieśmiało Konrad, ale potrzebuję wprzódy żonę przygotować.
— Dajcież pokój żonom! a ty tu mieszkasz?
— Lato zwykle przepędzam na wsi, ale dotąd nie wyjechałem, oczekując na was umyślnie.
— Żona twoja byłaby dla nas uciążliwym świadkiem, przerwał Albin, a ja już pomyślałem o wszystkiem. Musicie się dać zaprosić na dziś do mnie, jam tu gość, stanąłem w domu Podbipięty i zająłem umyślnie jak najobszerniejsze mieszkanie... Do mnie więc na herbatę, wieczerzę i... na co chcecie!
— Jabym was zaprosił do siebie, rzekł Cyryll ostrożnie oglądając się na Longina, ale...
Spojrzenie jego bardzo się tlómaczyło tą postacią, którą do porządniejszego domu trudno zaprawdę było wprowadzić.
— Ale... mówić nie daję... tylko zabieram was wszystkich na dziś, krzyknął Albin, pożegnajmy łzą poczciwy nasz Łotoczek, angulus ridens i chodźmy wieczór spędzić po staremu... każdy z nas znajdzie co powiedzieć... historja lat dwudziestu!
Ruszyli się wszyscy oglądając i uśmiechając wspomnieniom, które się co krok nastręczały.
— Gdzież się to podział ów szyld wspaniały, bót złocisty i obówie w obłokach starego Piłsucia? zapytał Albin... a Rózia, Konradzie?
Konrad się zmięszał widocznie i zarumienił.
— Wszystko to się powoli wyjaśni, rzekł tajemniczo i niewyraźnie.
— Prezydentowstwa z Manią i Ziunią ani znaku ani słychu, piekarz także emigrował ku cieplejszym krajom, a rzeźnik ze świnią złotą zajął jego miejsce. Wawrzyńcowy loszek zajmuje jakaś nieznajoma jejmościanka... wszędzie świat nowy...
— A myż nie nowi? zapytał Cyryll.

Mortalia facta peribunt...

śpiewa stary Horacy

Multa renascentur quae jam cecidere cadentque
Quae nunc sunt in honore...

— Niewierna cytacja, boś ukradł vocabula, dołożył Teofil po cichu.
— A! lat dwadzieścia! wiek cały! co za zmiany, przerwał Albin, ludzie, miasto, mury, powietrze zdaje się inne...
— Nie, ale te piersi, któremi je czerpiemy, zmienione, w nich to zmiana największa!
— A wszystkie te metamorfozy, rzekł Longin, którego postać i strój dziwnie odbijały od towarzyszów, choć bardzo poufale się z nimi obchodził — głupie i niepojęte; Cyryll w karecie, Albin różowy i tłusty, Konrad bez zębów i żółty, ja bez butów i głodny, a co gorzej spragniony...
Audaces fortuna juvat! mówiłeś dawniej, podchwycił Konrad — a tu się pokazuje, że raczej...
— Stój! nie kończ, zawołał Longin, jest druga maksyma, której mnie dłuższe nauczyło życie, że fortuna jako panna, (chociaż się z nią codzień tylu żeni), kocha nadewszystko... (odchrząknął), ale wolę niekończyć bobyście się wy co w bótach chodzicie pogniewać mogli. — Ja nie miałem się jej szczęścia podobać, ale zje licha! prędzej, później moją być musi, wiem ja, że się jej gwałt zadać musi... Cierpliwości! wrogów pokonam i bóty za kolana sobie sprawię!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.