Moja Warszawa (Oppman)/Posłaniec

<<< Dane tekstu >>>
Autor Artur Oppman
Tytuł Moja Warszawa
Podtytuł Obrazki z niedawnych lat
Wydawca „Księgarnia Polska“ Tow. Polskiej Macierzy Szkolnej.
Data wyd. 1929
Druk J. Rajski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

POSŁANIEC.

Czasem nosił z liścikiem — na wiosnę
Pierwsze lilje i pierwsze różyczki,
Do najdroższej — wyznania miłosne,
Do redakcji — żądanie zaliczki.

Znawca ludzi i serc badacz świetny,
Jak koń pędził na Warszawy kraniec,
Zawsze baczny i zawsze — dyskretny,
Spraw tysiąca powiernik — posłaniec.


Na rogach wszystkich ruchliwszych ulic stało ich po kilku, a niekiedy po kilkunastu, barwiąc się już zdaleka jaskrawemi czapkami, jak rozkwitłe maki, albo jak georginje.
Stali i chciwemi oczami patrzyli na przechodzących, obserwując ich uważnie.
Ledwo tylko który z panów sięgnął do kieszeni marynarki, surduta, palta — już miał obok siebie dwóch-trzech-czterech uniżenie kłaniających się i odpychających się wzajemnie „czerwonogłowych“.
— Jaśnie panie! ja polecę!
— On poleci? Za godzinę będzie o sto kroków! to paralityk!
— Odsypcie się! To mój pan! Ja puńdę!
Ten, który list pochwycił, w jednej chwili zmieniał wyraz twarzy: z pokornego stawał się poufałym i z miną zadomowionego i o wszystkiem wiedzącego pośrednika wysłuchiwał informacji, łypał porozumiewawczo oczyma, kładł list solennie do skórzanej torby, obrzucał kolegów tryumfującem spojrzeniem — i znikał.
Dość często trafiali się posłańcy — kulawi. I rzecz dziwna: ci mieli najliczniejszą klientelę. Dlaczego? — nie wiem, ale wydaje mi się, iż, pomijając już współczucie litościwych serc, oni właśnie odznaczali się szczególniejszym dowcipem i sprytem a kalectwo nadrabiali „znajomością życia“.
Były to — proszę państwa — czasy, kiedy nikomu nie śniło się jeszcze o telefonach; stacje więc posłańców bywały nierzadko puste i trzeba było czekać nieraz i godzinę, nim który z dalekiego „kursu“ powrócił.
Zarabiali dobrze, humory mieli wyśmienite, sypali konceptami jak z rękawa i frygali po mieście z werwą i szybkością kłusaków, czy wyścigowców, — a już w dni niektórych najpopularniejszych świętych: na Jadwigę, Zofję, Józefa, niepodobna się było ich doprosić.
Warszawski posłaniec miał niesłychanie cenny dar załatwiania takich naprzykład spraw

drażliwych, jak: wydobywanie wyżej wzmiankowanych zaliczek i zastawianie w lombardzie.

— Znów chory! Posłaniec! Kto wam ten list oddawał?
— Sam pan, panie redaktorze! Naprawdę chory. Ledwo gada, a taki żółty, jak cytryna.
I nawet nie łgał poczciwy posłańczyna, bo istotnie autor listu i obiecywacz arcydzieł w srogim katzenjamerze „ledwo gadał“ i wyglądał jak po kwartalnej żółtaczce.
W lombardzie bywało nieco trudniej i trochę gorzej, ale i tu wierny pośrednik umiał sobie dać radę i przynosił za jakiś tam łachman zrudziały pewne quantum, z którego ściągał zresztą zaraz należny sobie haracz.

Klin się klinem wybija — „tym względem“
Wnet posłaniec smyrga naprzeciwko
I przynosi „dla chorego“ pędem:
Flachę sznapsa, przekąski i piwko.

A gdy z czupryn i z fajek się dymi,
Wierszokleta na posłańca mruga —
I posłaniec siada razem z nimi,
Bo to jego ta funda zasługa.


Znaczną rolę odgrywali posłańcy przy kasach teatralnych w godzinach nabywania biletów, zwłaszcza na występy jakiej znakomitości zagranicznej, albo którego czy której z najulubieńszych aktorów i aktorek warszawskich.
Sobie tylko wiadomemi sposobami mieli oni zapas tych biletów zawsze i gdy w kasie za nic już dostać ich nie mogłeś, posłaniec częstował cię — za potrójną, oczywiście, cenę, miejscami od pierwszego rzędu krzeseł aż do paradyzu.
Podobno kilku z nich dorobiło się na tym „interesie“ grubego majątku — i kamienic w Warszawie.
Ale najczęściej posłaniec załatwiał korespondencję — miłosną.
On czekał na odpowiedź, a nieszczęsny romantyk, ukryty za jakim przymurkiem, albo w pobliskiej bramie, czekał na posłańca.
I z pewnością ów wysłannik po dwudziestu pięciu dziennych kursach nie miał takiego bicia serca, jakiego dostawał zakochany w ciągu piętnastu minut czekania na liściki, które się kolekcjonowało z pietyzmem i pielęgnowało jak relikwje.

Aż tam kiedyś, w jakiś jasny ranek,
Ktoś ci serce weźmie jak w pętlicę,
Biała raczka uniesie firanek —
I liściki fruną — na ulice.

Gdzieś na wietrze, liściki, latacie,
A któż zgadnie, gdzie kres wasz i meta?...
Miałeś rację, posłańcze sensacie,
Że: „Kobieta to, panie... kobieta...“






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Artur Oppman.