Moje kepi

<<< Dane tekstu >>>
Autor Alphonse Daudet
Tytuł Moje kepi
Pochodzenie Nowele z czasów oblężenia Paryża
Wydawca Staraniem S. Szczepanowskiego i A. Potockiego
Data wydania 1898
Druk Drukarnia C. K. Jagiellońskiego
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Antoni Potocki
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron




MOJE KEPI.



Znalazłem je dziś rano, zapomniane w głębi szafy, zniszczone od kurzu, z postrzępionymi brzegami, z zardzewiałą cyfrą, wypłowiałe i prawie bezkształtne.
— Cóż! moje kepi...
Natychmiast przypomniał mi się ten dzień późnej jesieni, gorący od słońca i od zapału, gdy wyszedłem na ulicę, dumny z mego nowego przykrycia głowy, tłukąc karabinem wystawy sklepowe; wyszedłem, ażeby się połączyć z batalionem mej dzielnicy i spełnić obowiązek żołnierza obywatela.
O! ktoby mi był zaprzeczył, że ja sam nie ocalę Paryża i Francyi, wpakowałbym mu na pewno w brzuch ostrze mojego bagnetu.
Tak mocno wierzono wówczas w tę gwardyę narodową! W ogrodach publicznych, na bulwarach, w alejach, na placach — wszędzie gromadziły się i porządkowały oddziały; mieszały się bluzy z mundurami, kaszkiety z kepi, bo się trzeba było śpieszyć.
Nasz oddział zbierał się każdego ranka na pewnym placu z niskiemi arkadami, z szerokiemi bramami domów, pełnym mgły i przeciągów. — Po zrobieniu apelu tych setek nazwisk, tworzących jakby olbrzymi różaniec, zaczynały się ćwiczenia. Z łokciami przy boku, z zębami zaciśniętymi, oddział zaczynał maszerować — na lewo, na prawo, na lewo, na prawo. I wszyscy wielcy i mali, dorodni i słabi, ci, którzy mieli na sobie mundury, pamiętające teatr Ambigu, i ci, którzy byli obwinięci szerokimi, niebieskimi pasami, nadającymi im wygląd dzieci z chóru — wszyscy chodziliśmy, krążyliśmy dokoła naszego niewielkiego placu, pełni zapału i przekonania.
Wszystko to byłoby bardzo śmiesznem, bez tego głębokiego basu, jakim się odzywały działa, bez tego nieustannego akompaniamentu, który ułatwiał i zaokrąglał nasze manewry, uzupełniał lichą komendę, łagodził niezgrabność, niezręczność, i w tym wielkim melodramacie oblężonego Paryża odgrywał rolę muzyki na scenie, używanej w teatrze dla dodania patetyczności pewnej sytuacyi.
Najpiękniejsze było wejście nasze na wały. Widzę siebie jeszcze w ten poranek mglisty, kiedy z dumą przechodzę przed kolumną lipcową i salutuję ją po wojskowemu.
— Prezentuj broń!
I te długie ulice w Charonne, przepełnione ludem, ślizkie, po których tak trudno było maszerować, i ten bęben, który za zbliżeniem się do bastionów wzywał do ataku:
— Rran! rran!...
Zdaje mi się, że tam jestem jeszcze... Wszystko to było takie porywające, ten obwód Paryża, te wzgórza zielone, poryte działami, ożywione rozbitymi namiotami, ten dym biwaków i te sylwetki zdrobniałe, ukazujące się het wysoko ponad nagromadzonymi tornistrami, błotem, kepi i ostrzami bagnetów.
O! pamiętam moją pierwszą straż nocną, pochód po omacku w ciemności wśród deszczu, patrol stacza się, potyka po mokrej pochyłości, wydostaje na drogę, a mnie zostawia samego, siedzącego na bramie Montrenil, na olbrzymiej wysokości. — Jaki szkaradny czas był tej nocy! W bezbrzeżnej ciszy, zalegającej miasto i wieś, słychać tylko wiatr, który huczy dokoła okopów, zgina żołnierzy stojących na warcie, unosi hasła i dzwoni szybami starej latarni, stojącej na dole, na drodze nocnych patroli. Niech dyabli porwą latarnię! Za każdym razem zdawało mi się, że słyszę brzęk szabli ułańskiej; siedziałem tak z bronią na ramieniu i ze słowami »kto idzie« na ustach. Nagle deszcz stał się chłodniejszym. Niebo nad Paryżem pobielało. Ukazała się jakaś wieża, kopuła. Jakiś fiakr przejechał daleko, odezwał się dzwon. Olbrzymie miasto budziło się i w tym pierwszym dreszczu porannym obudziło trochę życia dokoła siebie. — Po drugiej stronie wzgórza zaśpiewał kogut... U nóg moich na ciemnej jeszcze drodze patrolów, dał się słyszeć szmer kroków, chrzęst żelaza, a w odpowiedzi na to mój przeraźliwy głos: »stój«, »kto idzie«. We mgle doleciały do mnie drżące, bojaźliwe słowa:
— Kawiarka!
Cóż chcecie! Były to pierwsze dni oblężenia i my biedni żołnierze myśleliśmy, że Prusacy, przeszedłszy przez ogień fortów, przybędą do stóp wałów i używszy swych drabin, którejś pięknej nocy wdrapywać się zaczną z okrzykiem »hurra!« i z lancami, błyszczącemi w ciemnościach... Łatwo sobie wyobrazić, czy można zachowywać się spokojnie, żywiąc takie przypuszczenia.
Prawie każdej nocy rozlegał się okrzyk »do broni! do broni!« — powtarzały się nagłe alarmy potykania się o wywrócone kozły, wołania przerażonych oficerów, którzy krzyczeli: »odwagi! odwagi!« ażeby samym sobie dodać jej w ten sposób. Ale gdy nadszedł dzień, spostrzegano jakiegoś biednego konia, który wyrwawszy się, przeskoczył fortyfikacye i chrupał trawę na pochyłości wałów, nie wiedząc nic o tem, że przedstawiał w nocy cały szwadron kirasyerów białych i był celem do strzelania dla załogi bastionu.
Wszystko to przypomina mi moje kepi; całe mnóstwo przygód, wzruszeń, obrazów, Nanterre, Courneuve, Moulin-Saquet i ten piękny zakątek nad Marną, gdzie nieustraszony batalion 96-ty bił się po raz pierwszy i po raz ostatni. Baterye pruskie były naprzeciw nas, umieszczone na skraju drogi za małym laskiem, jakby jedna z tych chatek szczęśliwych, z których komina unoszący się dym widać przez gałęzie; a na całej linii naszego wojska, otwartej zupełnie, gdzie nas zostawili i zapomnieli przywódcy, sypał deszcz granatów, rozlegał się huk pocisków, leciały iskry złowrogie...
Mniejsza o to! są to zawsze piękne wspomnienia, może trochę dziwaczne, ale nawet z odrobiną bohaterstwa... O gdybyś ty mi nie przypominało nic innego! Niestety! Były także nocne warty w Paryżu, posterunki w sklepikach niewynajętych, piece nieopalane, brudne ławki, warty nudne przede drzwiami merowstwa, na placu, pokrytym zimowem błotem, w którego strumieniach odbijało się całe miasto, policya uliczna, patrolowanie po bagniskach, wałęsający się pijani żołnierze, dziewczyny uliczne, złodzieje i te blade poranki, w które się powracało zmęczonym, z maską pyłu na twarzy, nieprzyjemny zapach fajek, nafty, starą morszczyznę przylepiającą się do ubrania. I te długie dnie, głupio spędzone, rozprawy przy wyborze oficerów, pijatyki, poncze pożegnalne, kolejki kielichów, plany bitew, objaśniane przy stoliku od kawy za pomocą zapałki, głosowanie, polityka i jej siostra — święte próżniactwo; bezczynność, której nie wiedziano czem wypełnić, ten czas marnowany, wytwarzający jakąś próżnię, w której czuło się potrzebę ruchu, czynu. I wyprawy na przeszpiegi, bezmyślne niedowierzania, ufność przesadna, wycieczki ogólne, przebicie się — wszystkie niedorzeczności i szały ludu uwięzionego...
Oto, co przypominam sobie, patrząc na ciebie, okropne kepi!... Ty także należałeś do tego, brałeś udział w tych szałach!... I gdyby nie to, że na drugi dzień po bitwie pod Bousenval cisnąłem cię na szafę i nie zrobiłem jak inni, którzy swoje czapki zachowali, upiększyli nieśmiertelnikami i złotymi galonami, uporczywie pozostając numerami zniesionych batalionów — kto wie, na jaką wtedy barykadę byłbyś mnie pociągnął!... O! stanowczo! kepi buntów i niekarności, kepi lenistwa, pijaństwa klubów, pogadanek, kepi wojny domowej, nie jesteś warte nawet tego ostatniego przytułku, który ci dałem u siebie!
— Precz! do kosza!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Alphonse Daudet i tłumacza: Antoni Potocki.