Otwórz menu główne

Wikiźródła β

Na bruku/XII

< Na bruku
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Na bruku
Podtytuł powieść z życia miejskiego
Wydawca Księgarnia i skład nut Stanisława Sadowskiego
Data wydania 1897
Druk Drukarnia i Introligatornia P. Laskauera & W. Babickiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
XII.

Na trzeci dzień potem rano, węglarz doskonale już poinformowany o wszystkiem, wyprawił Kwiatkowskiego do starej arystokratki.
Widocznie argumenta jego były przekonywające, gdyż ojciec Mani nie oponował, nie zwłóczył, tylko poszedł do domu, by przywdziać lepsze ubranie i natychmiast udał się pod wskazany adres.
Chora pani siedziała w fotelu, Mania obok na krzesełku czytała głośno, gdy lokaj zaanonsował, że przyszedł jakiś pan Kwiatkowski i że prosi, aby go pani przyjęła.
— Kwiatkowski — rzekła dama, — nie znam takiego pana. Czego chce? Może wsparcia... powiedzieć, że nie przyjmuję... albo...
— Proszę pani — rzekła nieśmiało Mania — to zapewne mój ojciec.
— Jezus Marya! panny ojciec! Czy zechcesz sprowadzić mi tu całą swoją rodzinę!?
— Proszę pani...
— Proszę pani... Ja tylko panią godziłam, ale niech pan Kwiatkowski przyjdzie. Ciekawam czego pan Kwiatkowski żąda... Chwili spokojnej nie dadzą. Dla panny Kwiatkowskiej to robię... prosić pana Kwiatkowskiego...
Ojciec Mani wszedł do salonu, ukłonił się bez uniżoności i rzekł:
— Wybaczy szanowna pani, że ją niepokoję.
— Mnie wszyscy niepokoją!.. Jestem chora, znużona, ludzi dobrać sobie nie mogę... ale mniejsza o to. Co pana tu sprowadza?
— Córka — rzekł, wskazując na Manię, która właśnie ujmowała go za rękę, by złożyć na niej pocałunek.
— Więc panna Marya to córka pańska?
— Tak jest, proszę pani.
— O cóż idzie?
— Chciałem prosić panią o uwolnienie jej od obowiązków.
— Jezus Marya! a cóż to znowu, dopiero przyszła, już odchodzi! Cóż to się panu zdaje, że obowiązek to suknia lub rękawiczka, którą można zmieniać stosownie do upodobania? Ja nie pozwalam. Córka pańska zachowuje się dobrze, dogadza mi, jest dość pilna, troskliwa i nie chcę się z nią rozłączać, słyszy pan?
— Słyszę, szanowna pani, ale ponawiam żądanie.
— Proszę! Cóż za powód, jeżeli można wiedzieć? Czy wolno pozbawiać opieki kobietę starą, chorą, samotną? Czy godzi się to z pojęciem zasad chrześcijańskich? przypuszczam że je pan uznajesz?
— Uznaję i wyznaję, pani dobrodziejko, ale córkę odebrać muszę, ponieważ rodzona jej matka potrzebuje także dozoru i opieki...
— Mama chora?! mamie gorzej? — zawołała przerażona dziewczyna.
— Tak Maniu, trzeba abyś była przy matce, a mam nadzieję że pani dobrodziejka powód jaki podaję uwzględni, choćby w myśl tych zasad o jakich pani wspomniała przed chwilą.
Chora dama niecierpliwie poruszyła się na krześle.
— Trudno — odrzekła, takie dziś czasy, że przymuszać nikogo nie można, jeżeli więc stanowczo żąda pan, żeby córka wróciła do domu, to niechże wraca.
— Dziękuję pani dobrodziejce — rzekł Kwiatkowski z ukłonem, a zwracając się do córki dodał:
— Wybieraj się Maniu, pójdziemy...
— O, za pozwoleniem... zostanie pani przynajmniej do wieczora. Dajcież mi państwo czas, abym posłała do kantoru... może mi tam znajdą osobę nie mającą chorej matki... i traktującą poważniej swoje zobowiązania.
— Dobrze pani, wieczorem przyjdę po córkę... Moje uszanowanie.
— Żegnam.
Mania odprowadziła ojca do przedpokoju, aby wypytać go o stan matki.
— Nie martw się, — szepnął, — matka nie jest chora, tylko trzeba mi pozoru, żeby cię ztąd odebrać.
— Więc wrócę do pani Zofii?
— Wrócisz, moje dziecko: wszędzie będzie ci lepiej, aniżeli tutaj...

. . . . . . . . . . . . . . . . .

Wieczorem Mania opuściła stanowisko lektorki, a przywitawszy matkę, Edzia i młodsze rodzeństwo pobiegła natychmiast do pracowni.
Pani Zofia i Wanda powitały ją radosnym okrzykiem i serdecznemi uściskami. Wypytywaniom nie było końca.
Wanda dziwiła się, że ojciec, który przed niedawnym czasem żądał, aby Mania ten obowiązek przyjęła, obecnie sam ją ztamtąd odebrał. Mania nie umiała na to odpowiedzieć. Pani Zofia przerwała ten dyskurs.
— Moje kochane — rzekła — nie macie nad czem rozmyślać... Widać ojcu Mani polepszyło się trochę pod względem materyalnym.
— Tak, proszę pani — rzekła Mania — ojciec wraca do swojej dawniejszej posady przy węglach.
Tego wieczoru jeszcze przyszedł pan Zygmunt. Obecność Mani w pracowni była dla niego niespodzianką. Nie potrafił ukryć swej radości, a kiedy koło dziesiątej odprowadzał Manię do domu, zdobył się na odwagę i wyznał jej swoje uczucia, oraz prosił o pozwolenie, aby nazajutrz mógł przyjść i oświadczyć się o jej rękę rodzicom.
Stało się tak szybko, tak nagle, że Mania, aczkolwiek spodziewała się, że może kiedyś do tego wyznania przyjdzie, na razie nie mogła się zdobyć na odpowiedź. Dopiero na nalegania szepnęła: «tak» i zapłoniona pobiegła na górę do matki.
Tego wieczoru bardzo długo paliło się światło w oficynie, Mania bowiem opowiedziała o swojem szczęściu rodzicom, długo również nie gasło światło w pracowni pod firmą: «Sophie», albowiem pan Zygmunt wrócił tam jeszcze, aby zakomunikować pani Zofii i Wandzie, że nareszcie zdobył się na krok stanowczy.
Wanda ucieszyła się niezmiernie ze szczęścia swojej przyjaciółki i natychmiast zaczęła w myśli budować białą suknię ślubną dla panny młodej, kremową dla siebie i jasno-popielatą materyalną dla matki.
Ciotka węglarza przyjechała i przyobiecany kapitał przywiozła. Założono duży skład, którym zarządza Kwiatkowski, sam węglarz bowiem rzadko tam bywa, tak jest ciągle zajęty. Spekuluje, puszcza się na drobniejsze dostawy i wiedzie mu się jakoś, zarabia.
U Kwiatkowskich w domu trochę lepiej; po dawnemu trzeba żyć bardzo skromnie i oszczędzać, ale już handlarze podwórkowi nie bywają wzywani na górę, już niema tak dotkliwego braku jak niegdyś. Edzio uczy się dobrze; młodsze dzieci podrastają zdrowo.
Ślub Zygmunta i Mani odbył się w lipcu, wesele było ciche, bez tańców, w szczupłem kółku znajomych. Znajdowała się na nim pani Zofia z mężem, Wanda, Wicuś i kilku kolegów biurowych Zygmunta.
Brakowało tylko węglarza. Ten na tydzień przed weselem nadesłał list z usprawiedliwieniem się, że na uroczystości być nie może, gdyż w niezmiernie ważnym interesie musi wyjechać na czas dłuższy za granicę. Tymczasem zasyła życzenia szczęścia młodej parze, a po powrocie przyjdzie powinszować osobiście.
Jeden Kwiatkowski wiedział naprawdę, gdzie się jego przyjaciel znajdował. Odsiadywał nieborak kilkotygodniową karę za swój temperament krewki, za czynne znieważenie Hermana...
Ów jegomość po tem zajściu wyprowadził się na Pragę, tam zamieszkał i prowadzi drobne operacye finansowe z sklepikarzami i przekupniami, pieniędzy im pożycza.
W Warszawie pokazuje się rzadko i to tylko w tych częściach miasta, gdzie go nie znają.

KONIEC.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.