Na tułactwie/Tom drugi/III

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Na tułactwie
Wydawca Gebethner i Wollf
Data wyd. 1882
Druk Druk „WIEKU“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Jordan mógł sobie w kilka miesięcy potem, większe jeszcze czynić wyrzuty. W istocie najlepsze jego chęci, największe poświęcenie dla Floryana — obracało się nieszczęśliwie i skutki rodziło zamierzonym przeciwne.
Napozór w życiu ich mało się bardzo zmieniło, lecz Jordan czuł że pod temi popiołami coś gorzało. Niewydający się z niczem, milczący Małdrzyk, miał teraz inną postawę, — więcej okazywał samowoli, o radę nie pytał, szedł niby o swej sile, ale dokąd i jakiemi drogami, trudno zbadać było.
Po całych dniach czasami nie spotykali się prawie, Klesz odbywał jakiś nowicyat, uczył się rzemiosła, którego odgadnąć nie umiał Floryan, i widział tylko że ręce miał zasmolone, których szarą powłokę odmyć trudno mu było.
Małdrzyk jadał w małej restauracyi za miesięcznemi biletami, Jordan gdzieś osobno. Dopiero późno wieczorem schodzili się w mieszkaniu wspólnem, o którem parę razy już odzywał się Floryan, że bardzo dla niego niedogodnem było.
Napróżno Klesz, w dawną przyjaźń ufając, starał się wybadać Floryana, i dowiedzieć coś o jego zajęciach, bo rysunek wiele mu wolnego czasu zostawiał, zapytany zbywał ogólnikami.
Zaufania dawnego nie było. Obawiając się nareszcie o Floryana, którego znał lekkomyślność — Klesz postanowił sam zdaleka podpatrywać co robił i gdzie bywał.
Wiedział że z ziomkami, których tu wielu się znajdowało, nie zawiązywał znajomości i kapitanowi Arnoldowi, który mu chciał je ułatwić — podziękował, mówiąc że czasu mu zbywa na nie.
Po bliższych kawiarniach, w których Małdrzyk by się był mógł znajdować — szukał go napróżno. Uderzyło go to, że zmiana powolna w postępowaniu Floryana, rozpoczęła się wkrótce po owej wycieczce do Wersalu.
Pani Perron ze swemi figlarnemi, wyzywającemi oczyma, z myśli mu nie schodziła. Parę dni krążył napróżno w sąsiedztwie hoteliku Marsylskiego i pod wieczór — zobaczył wkradającego się tu Małdrzyka. Poznał go, nie było wątpliwości. Stosunek więc się zawiązał, trwał i — nie mógł być bez niebezpieczeństwa.
Jordan ruszył ramionami nie pojmując jaki urok człowiek niemłody, ubogi, obcy, mógł mieć dla tej kobiety.
Wahał się dni parę, lecz nakoniec postanowił wprost Małdrzyka pytać. Im dłużej się to przeciągało, tem to drugie wydanie romansu z panną Lischen, straszniejszem było — bo francuzka nieskończenie przebieglejszą była i mądrzejszą.
Czekał nań już z gotowem zapytaniem Jordan, późnym wieczorem, gdy Małdrzyk podśpiewując, z różą w dziurce od surduta, pokazał się w progu. Był jakby odmłodzony, kapelusz od niechcenia na głowie, laseczka w ręku, dawały mu zdala smutną fizyognomię brukowego dandysa.
— Zkądże tak późno? — zapytał Klesz.
Floryan się odwrócił.
— Mamże się tłómaczyć? a to zabawne!! — odparł ostro.
— Zabawnem byłoby gdybyś ty przedemną robił tajemnicę — rzekł Jordan spokojnie.
— A! — odezwał się rzucając kapelusz i laseczkę na stół przybyły.
I począł się rozbierać powoli.
— Mój Florku — głosem łagodnym odezwał się Jordan — nie masz już dawnego zaufania we mnie.
Małdrzyk ruszył ramionami.
— Nie męczże mnie! — odparł krótko.
— Boli mnie, że potrzebujesz się ukrywać przedemną z tem co robisz — rzekł Jordan — i dla tego boję się o ciebie.
— Cóż mi się gorszego jeszcze stać może? — szydersko spytał Małdrzyk.
— Najgorszem byłoby to, gdyby z twojej dobroci korzystając, źli ludzie...
— A! stary temat! Connu! dajże mi pokój.
— Chodzisz do tej zalotnicy Perron... i...
Floryan odwrócił się rozpłomieniony.
— Chodzę, tak — bawi mnie jej towarzystwo, jest dla mnie grzeczną, lubię ją. Więc co? więc co?
Jordan spuścił głowę i zamilkł, nie było już sposobu ciągnąć dalej z rozgniewanym rozmowy. Sam Małdrzyk wszakże nie chciał jej na tym wybuchu zakończyć.
— Pytam się co w tem jest złego? Raczże mi powiedzieć?
— Florku kochany, złem jest że to niedobre towarzystwo, i nie takie jakiego ty wart jesteś. Chciano cię wprowadzić do generałowej... która znała rodzinę twoją i w której salonie znalazłbyś świat tobie właściwy — odmówiłeś; a natomiast jesteś codziennym gościem u... kobiety...
— Ani słowa przeciw niej! — przerwał gwałtownie Floryan — ani słowa. Nie ma żadnego tytułu, jest prostą oberżystką, jeśli chcesz, ale więcej ma rozumu, dowcipu, serca, niż wszystkie wasze generałowe i hrabinie.
Jordan się roześmiał smutnie.
— A! — zawołał — do tegośmy już doszli!
— Tak, do tego! — potwierdził odwracając się Floryan. — Wiesz teraz wszystko. Dobranoc!
Tak odprawiony niemal grubiańsko biedny Jordan, nie odezwał się już, zawinął kołdrą — zgaszono światło. Oba spać nie mogli i słyszeli jak się niespokojnie rzucali w łóżkach.
Dla Klesza, któremu się z przyjacielem tak nie wiodło, rozmowa ta była — wypadkiem. Obawiał się aby obrażony nie zerwał z nim zupełnie, a nawet z oczów nie zniknął.
Nazajutrz Florek, jakby naumyślnie zaspał na dzień długo, a że Klesz zwykle rano wstawał, ubrał się i wyszedł nim Małdrzyk się obudził.
Niespokojny bardzo Jordan pociągnął do swej tajemniczej roboty. Próbował on już kilku, — posyłał artykuły bezimienne do dzienników. Jeden z nich wydrukował nawet próbkę, za którą zapłacił dziesięć franków, to jest po dwadzieścia pięć centów za wiersz, ale — następnych elukubracyj od biedaka nie przyjmowano. Przypadek zapoznał go z polskim zecerem, od bardzo dawna pracującym w Paryżu, który już nawet trochę był języka zapomniał, ale miłość dla kraju i swoich zachował. Ten mu ułatwił naukę zecerstwa, nad którą męczył się teraz Jordan. Lecz do niej, oprócz wielkiej biegłości w palcach, potrzeba było spokojnego umysłu, któryby od roboty nie odwodził, a Klesz cały bywał zatopiony w myślach — i roztargniony. Oprócz tego nienawykły do długiego stania na nogach, czuł jak mu one brzękły. Miał jednak nadzieję że i palce wprawi, i nogi przyzwyczai i umysł niespokojny opanuje, zmuszając go do posłuszeństwa. Jako zecer mógł łatwo kilka franków dziennie zarobić. Pochlebiał sobie że omyłek uniknie, że korektorów oszczędzi. Trochę to były łudzące nadzieje, bo choć się nauczył nabierać litery, bez omyłki, przestawiał je, nie wiedząc sam jak się to działo.
Kapitan Arnold ciągle go namawiał do buchalteryi — lecz Kleszowi mechaniczne to i bezmyślne zajęcie liczbami było wstrętliwem. Wypraszał się od niego, dopókiby ostateczna potrzeba i przekonanie nieudolności nie zmusiło do poddania się.
Dnia następnego, w drukarni nie było wiele do czynienia, Jordan wyszedł o południu, i nie mając co robić zwrócił się ku domowi. Niespokojnym był oto jak się teraz znowu z Florkiem spotkają, po wczorajszej kłótni.
Tymczasem Małdrzyk wstawszy z siebie nierad, kwaśny, czuł zgryzotę sumienia z tego, że poczciwego i tyle dla niego poświęcającego się przyjaciela, tak grubiańsko odprawił. Nie mógł tego sobie darować, odzywało się w nim dobre serce. Klesz przypominał mu Lasocin, córkę, dawne lepsze czasy. Wpadłszy na te myśli Małdrzyk tak się poruszył, że gdy Jordan wszedł cicho i pokornie, nieśmiejąc go nawet przywitać, zerwał się od stolika i nagle rzucił mu się na szyję.
— Jordku — zawołał — przepraszam cię, nie gniewaj się! Byłem wczoraj podrażniony. Ta baba, ja to sam czuję, coraz nademną większą ma przewagę. Ty mi dobrze życzysz... daruj! daruj.
Klesz niezmiernie uradowany, ściskał go płacząc prawie a usiłując się uśmiechać.
— Niech djabli porwą baby — rzekł. — Ja ci się tam rozrywać ich szczebiotaniem i zalotnością nie przeszkadzam. Wiem przecie że nawet w Lasocinie, gdyś był znudzony, chodziłeś na gawędę do klucznicy Chodorowskiej, która fajką śmierdziała, na przodzie dwóch zębów nie miała — a resztką młodości i słówkami dwuznacznemi cię bawiła.
To tylko bieda, że ja się tej Perron boję. Jeżeli jej zaświtało w głowie wyjść za ciebie?
— Ale, gdzie zaś! — odparł Floryan. — Nie zrobiłaby świetnej partyi. Dajmy pokój temu. Gotów jestem dla twego spokoju ją poświęcić.
Byłby go może za słowo wziął Jordan i obmyślił jak to dokonać, gdy — wpadł niespodzianie kapitan Arnold.
Wiedział on że jego siostrzeniec czegoś się uczył — próbował i do celu dojść nie mógł, niespokojnym był o niego.
— Ja za tobą gonię — zawołał do Jordana od progu. — Trafia się dla ciebie przyzwoite zajęcie. Ty co umiesz wszystko i piórem lepiej władasz, niż ręką w jakie inne narzędzie opatrzoną — będziesz miał pisanie.
— Cóż to jest? — zapytał Jordan.
— Wczoraj się spotkałem w ulicy z pułkownikiem — mówił kapitan. Imie jego ci znane niezawodnie z kampanii 31. Był to i żołnierz i dowódca mężny, a bystry. Biedaczysko, jak my wszyscy, choć rodzinę ma w kraju, nic albo mało co od niej może wykołatać. Pomoc jaką tu pobiera nie starczy mu na życie, więc też... chce pracować.
Oba słuchacze z ciekawością czekali na dalsze opowiadanie Arnolda.
— Ja tam się na tem nie znam — dodał — ale jużciż, kiedy się na to porywa pułkownik, człowiek niegłupi, kiedy w to kładzie wszystek grosz jaki ma — to podstawa tam jakaś być musi.
Oto, odkrył w sobie pułkownik geniusz wynalazków. Nie wiem ile już machin wyinwentował, które mu miliony przynieść mają. Buduje ciągle, robi modele, pisze o swych wynalazkach memoryały i do tego potrzebuje pomocnika.
— Musi być więc niepospolitym mechanikiem i matematykiem — przerwał Jordan.
— Gdzie tam! — przerwał naiwnie kapitan. Nie umie pono nic — ale ma geniusz. Żebyś ty go słyszał gdy o tem mówi co dokona i jakie miliony zarobi, które wszystkie chce na dobro kraju obrócić.
Genialny — mówię ci — genialny. Już ja to przeczuwałem gdy w kampanii dowodził.
Jordan głową trochę pokręcił, lecz sprzeciwiać się nie śmiał.
— Chodźmy zaraz, bo pułkownik czeka na nas, pilno mu memoryał pisać aby dostać patent na cudowną machinę do piłowania drzewa na forniery. Oprócz tego ma nową pompę swego wynalazku, nowy kocioł do machin parowych i młyn, o którym cuda prawi.
— Widziałeś to kapitanie? — zapytał Jordan — czy już były próby.
— Nie, nie, są tylko modele, i właśnie idzie o to aby do wykonania z nich machin pozyskać kapitalistów.
Całe to opowiadanie nie wydało się wiele obiecującem Jordanowi, lecz milcząc zabierał się iść z kapitanem.
— Wiesz pan co? — odezwał się Arnold — jeśli pan, panie Floryanie, nie masz pilnej roboty, chodź z nami. Pułkownik mi wspominał, że znał waszą rodzinę. Warto go poznać, to przecież jedna ze znakomitości naszych.
Małdrzyk był tak w tej chwili miękkim iż na wszystko się godził. Siedli więc do omnibusu i — pojechali wszyscy razem na Marais, gdzie w małej, ciasnej i ciemnej uliczce, mieszkał genialny ów wynalazca.
Do wyboru domu i lokalu skłoniło go to, że mógł tu dostać mieszkanie na dole i w podwórzu rodzaj budy napół oszklonej, w której modele swe i machiny mieścił.
Zastali go właśnie przy przekąsce, butelce wina i talerzu szynki, który mu przystojna służąca podawała, wśród papierów, rysunków i najdziwaczniejszych jakichś części luźnych, z drzewa wyrobionych modelów.
Mężczyzna był ogromnego wzrostu, silny, na twarzy wyrazistej a niepięknej, zarumienionej, malowała się wielka energia i pewność siebie. Obejście się zachował jeszcze z czasów służby grzeczne, ale cechujące dowódcę. Dla niego byli to subalterni, do których się zniżał uprzejmie. Zaufanie w ten geniusz, który czuł w sobie, dodawało mu też pewnej dumy.
Przywitał kapitana i gości głosem donośnym, rubasznie, po żołniersku — a, przedstawiającemu się Jordanowi począł zaraz opowiadać żywo o co chodziło.
— Trzeba tych głupich i zazdrośnych francuzów zmusić aby przecie ocenili co tu jest! (Uderzył się palcem w czoło). Mam z czego miliony wyciągnąć i dać drugim, ale z temi ludźmi, albo ograniczonemi lub zawistnemi walkę prowadzić muszę.
Pochlebiam sobie że zwyciężę. Ludzie się na tem poznać muszą w końcu co ja im przynoszę.
I natychmiast z żywością coraz wzrastającą, począł pułkownik, ze stołu chwytając różne kawałki wzorów, mówić o swych wynalazkach.
— Ja sobie od gęby odejmuję ażeby to przyprowadzić do skutku, ostatni grosz w to pakuję, a wreszcie taki koniec będzie, że ktoś to podpatrzy i odkradnie.
Podglądają mnie, szpiegują mechanicy. Chcą mi wyperswadować potem, że ja prawideł mechaniki i matematyki nie znam. Furda! kto ma geniusz ten je odgaduje. Oni umieją wszystko a nic nie mogą. Kastraty bezsilne.
Unosił się pułkownik, wino popijał, o machinie do tarcia fornierów z zapałem prawił — a w końcu, Jordana zatrzymując przy sobie, gości swych pożegnał. Nie było chwili do stracenia.
— Trzeba spieszyć — wołał — bo ktoś mój wynalazek zwietrzy, i nim ja patent wezmę, odkradnie mi go.
Dosyć bystry znawca ludzi, Klesz, już w ciągu rozmowy, mocno się zachwiał w wierze, co do genialnych wynalazków — lecz pozostał z pułkownikiem.
Małdrzyk, na którego on mało zwracał uwagi, powrócił do domu sam. Zdawało mu się, że postanowiwszy poprawę i rozstanie się z p. Perron, u której w istocie, od niejakiego czasu bywał zaczęsto — powinien był przynajmniej pójść ją — pożegnać.
Zaszedł więc po drodze do hoteliku Marsylskiego. Piękna pani Adela zajmowała w nim apartamencik na drugiem piętrze, dzięki jej zabiegliwości bardzo wytwornie ustrojony. Moda starożytnych fraszek różnych i wyrobów sztuki, oddawna już się w Paryżu szerzyła. Pani Perron szło o to aby okazać smak i zaimponować swem mieszkaniem. Z wielką zręcznością po licytacyach, po małych kramikach antykwarskich, nabywała brie à brac — i salonik jej, gabinet, pokój jadalny, całe były przybrane w meble, cacka, porcelanę i bronzy, które niewiele kosztując, dla nieznawców dawały wysokie o zamożności i guście pojęcie.
Muzykalna — à ses heures — miała piękne pianino, kilka obrazów — a nawet podarty gobelin w sypialni.
Godzina, w której się zjawił dnia tego Florek, nie była jego zwyczajną. Zdziwiło to gosposię, która właśnie miała coś do czynienia ze służbą, lecz prędko ją odprawiwszy, rzuciła się na kanapkę — bez ceremonii małe nóżki wyciągając i ziewając szeroko.
— A! co za pańszczyzna! co za nieznośna pańszczyzna — poczęła śmiejąc się. — Ani dnia, ani nocy. W końcu sprzedam tę budę i wyniosę się na wieś! Przepadam za wsią!
Małdrzyk siedzący tuż na krzesełku milczał.
— A wy? — spytała.
— Wieś mi nadto przypomina — odezwał się.
— Biedny człowiek! straciliście tyle — westchnęła litościwie gorącem wejrzeniem go mierząc pani Perron. — Tak, to prawda, lecz we Francyi znaleźliście serca sympatyczne.
Podała mu małą rączkę, którą Floryan ucałował w milczeniu, wzruszony.
Przyszedł tu z postanowieniem uwolnienia się, zapowiedzenia że praca mu teraz więcej czasu zajmować będzie; przyjęcie p. Adeli zupełnie pamięć tej poprawy — zatarło.
P. Perron zerwała się z kanapki, zbliżyła ku niemu zalotnie, podszepnęła mu coś wesołego, z czego się sama naprzód śmiać poczęła, pobiegła do szafy po biszkopt i wino, zaczęła gościa tak serdecznie przyjmować, tak podpieszczać, iż — biedny Floryan — znajdując ją czarującą, już ani myślał zrywać.
— Ja oddawna — mówiła zerkając nań pani Adela — wzdycham do spokojniejszego życia. Gdybym tylko znalazła kogoś poważnego, poczciwego, z którymby się resztę życia mogło spędzić. Bo ja, młodych nie cierpię.
Zaczęła malować przyszłe życie, gdzieś na południu Francyi, w maleńkim zameczku, z dobrą fermą — jakby tam ono błogo płynąć mogło.
Rozmowa możeby była niebezpieczny dla Małdrzyka zwrot wzięła, gdyby jeden z dawnych znajomych, komi-wojażer podróżujący z guzikami, nie wpadł niespodzianie.
Zmarszczyła się bardzo zobaczywszy go, obcesowo się rzucił do rączek i witał jak zbyt dobrą przyjaciółkę — na co się najeżyła nieco. Zasiadł się, na zasępienie nie zważając, przy stoliku i dowcipować zaczął, zukosa spoglądając na Małdrzyka.
Gospodyni próżno się go pozbyć usiłowała, a p. Floryan widząc że go nie przesiedzi, pożegnał się i wyszedł, choć mu znaki dawała.
Miał znowu postanowienie rzadszego już uczęszczania do wdowy.
— Zbyt wielu ma przyjaciół — rzekł w duchu. — Bałamut baba, ale chwilami zachwycająca.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.