Obrazki z podróży do Tatrów i Pienin/Rozdział XVII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Steczkowska
Tytuł Obrazki z podróży do Tatrów i Pienin
Data wyd. 1872
Druk Drukarnia Uniwersytetu Jagiellońskiego
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Pod modre niebo góry się jeżą,
Śniegi tam zimą i latem leżą;
W nizinach szumią wody rozliczne,
Przy wodach bujne łąki prześliczne,
Po skałach ciemne świerki się chwieją,
Jak zajrzysz, góry w mgłach błękitnieją.
Tak ci tam raźno, tak nic nie trzeba,
Jakbyś na prawdę trafił do nieba!
T. L.


Strążyska.

Piękna ta i bardzo malownicza dolina, odległa o małe ćwierć mili od Zakopanego, leży u stóp Giewontu. Droga do Strążysk prowadzi przez łąki, pola i pastwiska; w saméj zaś dolinie ma tę tylko niedogodność, że parę razy trzeba przebywać po kamieniach potok zwany Młyniska. Kto jednak nie zna drogi, nie parę, ale kilka razy przeprawiać się musi przez potok, co w niektórych miejscach jest trudném, zwłaszcza dla kobiet; dla tego idąc na Strążyska, należy wziąść przewodnika. Pomiędzy skałami otaczającemi Strążyska, odznaczają się trzy zupełnie prostopadłe, stojące rzędem niby wspaniałe kolumny. Zowią je tutaj Mnichami, którąto nazwę dają górale każdéj odosobnionéj, a wysmukłéj skale. W głębi doliny piętrzy się nadzwyczaj majestatyczny, a ogromem swoim zdumiewający Giewont. Przy stósowném oświetleniu, zwłaszcza ku zachodowi słońca, przecudnie się uwydatnia rzeźba téj olbrzymiéj, pionowéj ściany, w któréj rozlicznych załamkach i ustępach, zielenią się smugi trawy i porostów strojących tę opokę, która patrząc zdala, wydaje się całkiem naga.
W samym końcu doliny, jest bardzo piękny wodospad zwany Siklawicą. Dość obfity strumień wody w śnieżną zamienionéj pianę, spada dwoma piętrami ze skalistéj, zupełnie prostopadłéj ściany, odzianéj zielonym mchem, uwieńczonéj splotami bukowych i świerkowych gałęzi.
Ze Strążysk jest wcale łatwe przejście do doliny Mało-Łąki, udawszy się głębokim wąwozem po prawéj stronie doliny, wprost polany i szałasu, a nie zaś od wodospadu przez Swistówkę i Warzechę około ściany Giewontu.
Do Strążysk można się wybrać dopiero po południu, a w powrocie zwiedzić dolinę zwaną

Biała,

gdzie także jest piękna polana. Dolinę tę ciasną i dziką, przerzyna bystry potok zwany Biały, około którego prowadzi ścieżka, wspinająca się późniéj po uboczu skalistego wzgórza. Ta jéj część jest bardzo piękną, zwłaszcza po południu, gdy słońce oświeca lasy i skały na przeciwnéj stronie doliny.

Dolina za bramą.

Na zachód obu tych dolin, najwięcéj ćwierć mili od kościoła zakopiańskiego, wprost zabudowań zamożnego gospodarza Krzeptowskiego, leży mała dolinka, zwana za bramą. Dwie niezbyt wyniosłe skały, które otwierają wstęp do niéj, tworząc naturalną bramę, nadały jéj zapewne tę nazwę. Po obu stronach téj wązkiéj i krętéj dolinki wznoszą się góry, których pochyłość stroi świeża pięknych buków zieloność, tym miléj wpadająca w oko, że odwykliśmy tutaj prawie zupełnie od widoku drzew liściastych. Z téj jasnéj, majowéj zieleni, wychylają się skały uderzające podobieństwem do ludzkich postaci. Tu na szczycie opoki klęczy zakonnik ze złożonemi rękami i wzniesioną ku niebu głową, tam stoi posąg przypominający postać, w jakiéj zwykle przedstawiają św. Antoniego z dzieciątkiem Jezus na ręku, daléj jakby jeden z ewangielistów siedzi na odłamie skały i t. p. Podobieństwo jest tak łudzące, że dopiero po dokładném przypatrzeniu się poznajemy, że te postacie nie są dziełem ręki ludzkiéj, ale tylko przypadkowém dziwactwem natury.

Dolinka ku Dziurze.

Pod Małą Swinnicą leży dolinka zwana ku Dziurze, którą Zakopianie zwykli najpierwéj pokazywać każdemu z nowo przybyłych, jakby największą osobliwość Tatrów. Rzeczywiście jednak niema tam nic godnego widzenia; owa Dziura, która nadała nazwę dolinie, jestto niewielka jaskinia mająca w sklepieniu utwór nakształt okna. Drzewa rosnące na wierzchu, zasłaniają to naturalne okno, co piękny sprawia widok, zwłaszcza gdy promienie słońca przeświecają przez gałęzie buczyny okryte delikatnym, jasno zielonym liściem.

Jaszczurówka.

O parę godzin drogi od Zakopanego za Nosalem, ową skalistą górą stojącą na wstępie do doliny w któréj leżą Kuźnice, znajduje się źródło zwane Jaszczurówką lub źródłem salamandrowém, z powodu, że w pobliżu jego pod kamieniami przebywa mnóstwo salamander[1]. Obfite to źródło zasługuje na uwagę z tego względu, że temperatura jego jest nierównie wyższa niż wszystkich innych tatrzańskich zdrojów. Gdy bowiem źródła tameczne mają zazwyczaj 3° do 5° R., Jaszczurówka ma 16° do 18° R.
Górale od dawna używają téj wody w różnych słabościach, osobliwie na ból oczu, a chemiczny rozbiór wykazał w niéj własności lecznicze. Postawiono więc nad źródłem łazienkę, zbudowano dom mieszkalny dla gości, ale to nie jest jeszcze dostateczném aby chorym zapewnić wygodę i przyjemność w tak odludném miejscu. To téż prawie nikt tu nie mieszka, a kąpieli w Jaszczurówce używają dla przyjemności goście dojeżdżający codziennie ze Zakopanego lub Kuźnic.
Droga piesza do Jaszczurówki ze Zakopanego, prowadzi przez wzgórze zwane Koziniec, skąd prześliczny widok na dolinę w któréj leżą Kuźnice.

Gubałówka.
Opisując dolinę, w któréj leży Zakopane, wspomniałam, że od północy ogranicza ją wzgórze Gubałówką zwane (3542 st.). Życzę każdemu być na tym wyniosłym grzbiecie, gdyż stamtąd można użyć bardzo wspaniałego widoku na Tatry roztaczające się całym łańcuchem od turni spizkich do orawskich, na nowotarską dolinę, Babią-górę i całą przecudną okolicę. Zwłaszcza gdy sprzyja pogoda i mgły nie wałęsają się po górach, widok ten jest piękny nad wszelki opis. Najwygodniéj wejść można na Gubałówkę, przeszedłszy po kładce potok tuż za plebanią i udawszy się potém przez Gładką ścieżkami wijącemi się po pochyłości wzgórza. Bliższe, ale za to przykrzejsze wejście, jest przez tak zwaną Walową górę.
Wołowiec.

Jednym z najdostępniejszych wierchów tatrzańskich, jest Wołowiec (6530 st.), położony na zachodnim ich krańcu, na granicy orawskiéj. Nie tylko widok z tego wyniosłego szczytu bardzo rozległy i piękny, ale zarazem poznanie całkiem nowéj okolicy, zachęca do odbycia téj wycieczki, na co przy sprzyjającéj pogodzie potrzeba półtora dnia.
Wołowiec wznosi się w dolinie Chochołowskiéj ciągnącéj się w kierunku równoległym do Kościeliskiéj, lecz daléj na zachód położonéj. Nająwszy wózek i wziąwszy przewodnika ze Zakopanego, można wyruszyć w drogę dopiero po południu. Zostawiwszy na lewo dolinę Kościeliską, zwracamy się szeroką, lecz błotnistą i pełną wybojów drogą w las, wśród którego napotykamy kolejno piękne polany: Roztoki, Biały potok i Siwą. Tu sterczą tuż nad drogą wspaniałe i prostopadłe opoki zwane Skałą Siwiańską. Jesteśmy już w dolinie Chochołowskiéj. Boki jéj zrazu bardzo rozłożyste, zbliżają się, i piętrzą po obu stronach niby olbrzymie ściany, na dnie huczy szeroki i bystry potok. Napotykamy tu źródło obfitsze i większe niż opisane przezemnie w Kościelisku. Nierównie téż słuszniéj niż tamto, uważaćby je można za źródło Czarnego Dunajca, lubo rzeka ta nie ma właściwie jednego źródła, ale powstaje z połączenia dwóch obfitych potoków, t. j. chochołowskiego i kościeliskiego, nie licząc innych pomniejszych.
Dolina Chochołowska ma całkiem odmienny charakter od sąsiedniéj Kościeliskiéj. Jest najprzód nierównie szersza; powtóre boki jéj stanowią nie owe piękne, prostopadłe i różnokształtne skały, które podziwiamy w Kościelisku, ale raczéj wyniosłe grzbiety gór okrytych lasami i polanami. Polany te są bardzo rozległe; mnóstwo na nich szałasów, liczne stada owiec, wielki ruch ludzi i bydła; życie pasterskie rozwija się tutaj w całéj pełni. Z pomiędzy gór otaczających dolinę, wymieniam Kominy Dudowe zwane także Dudzińcem (4260 st.). Jambur, Bobrowiec (5184 st.), Trzydniówka (5386 st.), Kryta (3888 st.) i w. i. Wołowiec, Upłaz (6360 st.) i Hruby Wiérch (6743 st.) zamykają dolinę od południa.
Dolina Chochołowska rozgałęzia się na kilka pobocznych dolin: jak Jarzębcza, Trzydniówka, Starorobociańska i inne. Każda z tych dolin zasila obfitym potokiem główny strumień płynący przez dolinę Chochołowską. Począwszy od polany zwanéj Huty, bardzo malowniczo położonéj, dolina Chochołowska ścieśnia się, a po obu jéj stronach występują skały przystrojone roślinnością, i przypominają nam urocze Kościelisko. Niebawem przyjeżdżamy, a raczéj przychodzimy na tak zwaną polanę Chochołowską; droga bowiem tak jest kamienista, że niepodobna dosiedzieć na wózku i daleko lepiéj iść piechotą. Na téj polanie stoi kilkanaście szałasów i szop na siano. Tak tu ludno, gwarno, wesoło, że łatwoby można zapomnieć, iż miejsce to jest tylko letniém koczowiskiem górali i wziąść je raczéj za stałą osadę. Tu można mieć, jak w górach, wygodny nocleg, zwłaszcza trafiwszy w porę po zbiorze siana, które składają na poddaszach szop, a poczciwi gazdowie z Chochołowa do których należy polana, najgościnniéj zapraszają podróżnych na to wonne posłanie.
Nazajutrz o świcie, trzeba wyruszyć w drogę pieszo, wózek bowiem na nic się już nie przyda. Zostawiwszy na lewo polanę Jarzębczą, i idąc zwolna lecz ciągle pod górę, przychodzimy na halę Jarzębczą, u stóp Wołowca, który wznosi się tuż przed nami. Kształt jego przypomina Pyszną, nie wydaje się jednak tak wspaniale jak tamta. Kosodrzewina zajmuje tu już miejsce świerków. Orzeźwieni wyborną wodą ze źródła bijącego z pod Wołowca a dającego początek owemu bystremu potokowi, który nam dotąd towarzyszył, zaczynamy wstępować na górę po lekkiéj pochyłości zasłanéj bujną trawą. Tak dostajemy się na grzbiet Wołowca i już odtąd postępując granią jego, dochodzimy niebawem na sam szczyt tak wygodnie, że z łatwością możnaby tam nawet konno dojechać.
Widok z Wołowca jest bardzo rozległy; uderza nas szczególniéj piętrząca się ku zachodowi grupa dzikich, granitowych turni już na Orawie leżących. Są to Rohacze (6596 st.). U ich stóp otwiera się obszerna dolina z trzema niewielkiemi stawami. Inne doliny, jak Studziennica, Podbielska, Zuberska, rozbiegają się z pod stóp wyniosłych wierchów jak Zuberce, Osobita, Salatyn i inne. Od południa widzimy wysmukłą skałę, niby narożna baszta, zwaną pod kobylą głową i dolinę Jamnicką, a ku wschodowi ciągną się nieprzerwanym łańcuchem znane nam dobrze wierchy: Stara Robota, Pyszna, Czerwony Wiérch, Giewont, Koszysta, Swinnica. Ta ostatnia wydaje się stąd prawdziwie majestatycznie, tak jak jéj znikąd jeszcze nie widziałam. W dali piętrzą się bardzo stąd oddalone spizkie olbrzymy, których szczyty tylko dobrze obeznany z miejscowością rozróżnić i nazwać potrafi.
Poza Tatrami widzimy rozległe, do nich przypierające doliny, gęsto zasiane wsiami. Pod same stopy Babiéj góry rozciąga się Orawa, a daléj ku północy nowotarska dolina. Od południa leży Liptów ograniczony pasmem Niżnych Tatrów.




Jaworzyna Rusinowa.

Najpiękniejszą ze znanych mi polan tatrzańskich, jest bez zaprzeczenia Jaworzyna Rusinowa, leżąca u stóp Wołoszyna. Ze Zakopanego potrzeba dwa dni czasu na tę wycieczkę, którą w dwojaki odbyć można sposób: t. j. dojeżdżając wózkiem na tę polanę, lub téż idąc pieszo drogą o wiele bliższą. Ta ostatnia droga jak słyszałam od dobrych przewodników, jest wcale wygodną; prowadzi przez Jaszczurówkę, a daléj lasami na polanę Waksmundzką u stóp Koszystéj, skąd potém, przebywszy lesisty lecz niezbyt wysoki i przykry grzbiet, dostajemy się na polanę Rusinową. Drogą wozową trzeba objeżdżać znacznie daléj, bo na Bukowinę, a stamtąd na polanę Głodówkę leżącą już na drodze do Morskiego Oka. Od téj polany, skąd majestatyczny przedstawia się widok na całe pasmo Tatrów od Murania do Osobitéj, uboczna i kamienista droga, zwraca się na prawo i prowadzi na polanę Rusinową.
Stoi tu kilka szałasów, należących do pojedynczych gazdów; najznaczniejsza jednak część téj polany jest własnością ks. K., obecnie wikarego w Lubniu, który ją otrzymał w spadku familijnym. Parę razy do roku, a zwłaszcza w porze sianokosu, przyjeżdża on na swoję polanę i bawi po parę dni. Ma tu nawet zbudowany maleńki domek o jednéj izdebce. W tym domku można mieć wygodny nocleg w razie niebytności właściciela, który tego nie broni i owszem zaleca nawet swojéj czeladzi doglądającéj bydła na polanie, gościnnie przyjmować podróżnych.
Z Jaworzyny Rusinowéj najwspanialéj przedstawia się olbrzymia turnia Lodowa, piętrząca się jakby tuż przed nami w całym ogromie, nie przysłoniona niczém. Bardzo pięknie także wydają się Murań i Hawrań ostatnie strażnice Tatrów na wschodzie. U stóp ich widać rozległe polany i doliny Galajdówkę i Koperszady. Daléj ku południowi występują olbrzymie granitowe turnie jakoto szczyt Gierlachowski, Wysoka, Ganek, Rysy, Żabie i inne. Widać w całéj rozciągłości malowniczą dolinę Białéj-wody z potężnym Młynarzem w głębi; obok niéj otwiera się nadzwyczaj dzika i wysoko położona kotlina Żabich Stawów zawalona masami śniegu, a po części i kotlina Morskiego Oka. Bliżéj nas mamy północny bok doliny Białki, a zeszedłszy nieco niżéj, widać w głębi drogę do Morskiego Oka i szałasy na wstępie do doliny Roztoki.
W najbliższém sąsiedztwie Jaworzyny Rusinowéj, bo tuż nad nią ku zachodowi, sterczą dwie potężne turnie, dwa skaliste i dziko poszarpane grzbiety, przedzielone przepaścistą dolinką. Jestto Koszysta i Wołoszyn. Wyszedłszy nieco wyżéj na wzgórze wznoszące się nad polaną, zwane Gęsią szyją, mamy widok jeszcze piękniejszy i rozleglejszy, bo prócz powyżéj wspomnianych szczytów, widać Giewont, Czerwone Wierchy, polanę Królową, halę nad Stawami i całą okolicę Czarnego Stawu, pod Kościelcem.
Lubownikom pięknych widoków, którzy nie czują się na siłach potrzebnych do wchodzenia na wierchy tatrzańskie, polecam Jaworzynę Rusinową, a ręczę że nie pożałują nie wielkiego trudu.




Koperszady Bialskie.

Niezmordowanych górskich wędrowców, chciałabym namówić na jednę jeszcze wycieczkę, w któréj zobaczą na poważném i surowém obliczu tatrzańskich olbrzymów, wdzięczny uśmiech najpiękniejszéj, najbujniejszéj roślinności.
Chcąc zwiedzić Koperszady, dolinę położoną u stóp Hawrania a zarazem wejść na Kopę (5844 st. n. p. m.) obok któréj jest przełęcz, którędy wygodne przejście a nawet konny przejazd na Podhale spizkie, trzeba rachować na trzy dni pogodne. Na długim dniu lipcowym, można wyjechać ze Zakopanego dopiero po południu, nie późniéj jednak jak o godzinie drugiéj, znaną drogą na Bukowinę i Łysą polanę. Tutaj przeprawiwszy się przez Białkę na węgierską stronę, może w godzinę dojeżdża się lasami do Jaworzyny, osady hutniczéj, gdzie są Kuźnice i gdzie można zanocować. Kto zaś przekłada nocleg w szałasie lub szopie góralskiéj nad żydowską karczmę, ten może zdążyć na niedaleką, a bardzo malowniczo położoną polanę Galajdówkę, gdzie najgościnniéj przyjętym będzie od górali ze wsi podtatrzańskich. Nazajutrz ze wszelkiém bezpieczeństwem można tu zostawić furmana z wózkiem i rzeczami, a z zakopiańskim przewodnikiem, lub w braku tego z miejscowym juhasem, wyruszyć pieszo do doliny Koperszad.
Na téj pięknéj szerokiéj i rozkosznéj dolinie, wypasają się już nie tylko owce, ale stada siwych wołów węgierskich, a roślinność tutejsza w prawdziwe wprawia zdumienie. Tak dno doliny jak i wysokie, położyste upłazy po obu jéj stronach, zaściela nadzwyczaj bujna i gęsta trawa, usiana najpiękniejszém kwieciem. Tutajto dopiero lubownik kwiatów może do woli upieścić oko rozmaitością najcudniejszych barw i kształtów! Jest pomiędzy nimi wiele znanych nam już alpejskich gatunków, ale wszystkie rosną tutaj bez porównania bujniéj, są daleko większe i mają świetniejszą barwę. Goryczka szafirowa, lilia, żółta nakrapiana, fijołki i pierwiosnki żółte, ponsowe hieracium, niezapominajki błękitne i różowe, dzwoneczki lilia i białe, strzępiaste różowe wonne goździki; ale któż wyliczy te wszystkie kwiaty które z pośród najświeższéj zieloności wychylają kielichy swoje zwracając je ku słońcu? Wyznam szczerze, iż jakkolwiek widok gór ma zawsze dla mnie niezwykły urok i nie powszednieje mi nigdy, gdy jednak weszliśmy w dolinę Koperszad, nie wiele zwracałam uwagi na ów potężny szczyt Głupiego Wierchu wznoszący się wspaniale po prawéj stronie, na urwiste i różnokształtne skały Murania i Hawrania, a zajmowałam się jedynie cudnemi kwiatami, z pomiędzy których wybierałam najpiękniejsze, aby je zasuszyć na pamiątkę. Żal mi było je zrywać, ależ trudno oprzeć się pokusie.
Jak już wspomniałam, przez Koperszady i na Kopę prowadzi wygodna i dla jezdnych nawet dostępna ścieżka. Stanąwszy na miejscu, mamy przed sobą jeden z najwspanialszych górskich widoków. Tatry rozwijają się przed nami długim łańcuchem, a najmajestatyczniéj występują groźne spizkie olbrzymy w których przysionku stoimy. Gdy zaś oko wybiegnie po za obręb tych granitowych murów i wieżyc, na rozległéj, mgłą oddalenia szarzejącéj podhalskiéj równinie, napotyka mnóstwo bielejących spizkich wsi i miasteczek, w pośród których znający okolicę, odróżni Kiezmark, Białą a nawet Koszyce.
Z Kopy można jeszcze zwiedzić Staw Zielony u stóp turni Baranie rogi (Karfunkelturm), nic jednak o nim powiedzieć nie mogę, prócz że ma być godnym zwiedzenia, i że ztamtąd można powrócić wieczorem na Galajdówkę, gdzie wypada znowu zanocować i dopiero nazajutrz wybrać się z powrotem do Zakopanego.




Opuszczając Zakopane mamy przed sobą dwie drogi: albo znaną nam już przez Poronin, Biały Dunajec i Szaflary do Nowegotargu, lub téż inną, biegnącą ku zachodowi około doliny Kościeliskiéj na Witów, Chochołów i Czarny Dunajec, także do Nowegotargu. Kto chce zwiedzić dotąd nie znaną sobie okolicę Podhala i wsie których nazwiska każdemu zapewne obiły się o uszy, wybierze bez wątpienia tę ostatnią drogę, jakkolwiek nieco dalszą, a po części mniéj wygodną niż pierwsza. W takim razie najlepiéj wyruszyć ze Zakopanego po południu, żeby na noc ściągnąć do Nowegotargu.
Do Kościeliska droga prowadząca po pod Regle, już nam dobrze znana; pożegnawszy ostatniém spojrzeniem tę uroczą dolinę otwierającą się na lewo t. j. ku południowi, zwracamy się około tartaku w stronę północno-zachodnią, oddalając się od Tatrów. Piękny las świerkowy towarzyszy nam w drodze, zresztą nie bardzo wygodnéj bo pełnéj wybojów i kamieni. Tak przybywamy do Witowa, wsi rozległéj i porządnie zabudowanéj. Okolica bardzo piękna, ziemia żyźniejsza niż w Zakopaném; żyto i jęczmień kołyszą się na zagonach; groch tyczny i kapusta bardzo dobrze się udają. Tatry przedstawiają się stąd bardzo wspaniale, zwłaszcza zachodnia część tego pasma i Giewont stanowiący środek całego łańcucha. Rozległą równinę rozciągającą się ku zachodowi, zamyka poważna Babia góra.
Zostawiwszy na prawo wieś Dzianisz zbudowaną po części na pochyłości wzgórza, po części zaś w dolinie, przybywamy niebawem do wsi Chochołowa. Obok nizkiego, drewnianego, wiekiem sczerniałego kościołka tutejszego, który stoi, a raczéj chwieje się wśród sędziwych lip tak wspaniałych i pięknych jakich nie zdarzyło mi się napotkać nigdzie na Podhalu, w ostatnich kilkunastu latach wzniesiono nowy kościół, zbudowany po największéj części z ciosowego kamienia. Fundatorem jego był Ks. Wojciech Błasiński proboszcz Sidziński, rodem z Chochołowa. On to w r. 1851 zaczął stawiać ten kościół, zbierając składki w całéj okolicy, obracając na ten cel własne dochody i zachęcając do współudziału w pracy wszystkich parafijan. O ile tylko pozwalały mu obowiązki pasterza dość oddalonéj Sidziny, doglądał osobiście budowy. W piętnaście lat stanął bardzo wspaniały i piękny, miedzią pokryty kościół. W r. 1866 dnia 11 sierpnia, gdy po skończonéj budowie wieży rozbierano rusztowanie, a Ks. Błasiński według zwyczaju doglądał téj roboty, ugodzony w głowę spadającą z wysokości belką, padł zabity na miejscu. Śmierć jego na krótki tylko czas wstrzymała postęp budowy, którą prowadzi daléj z pozostałych składek Ks. Kossek, wikary dawniéj sidziński, a obecnie chochołowski. Dano już sklepienie i posadzkę, a obecnie zajmują się urządzeniem wnętrza kościoła i pobocznych kaplic. Kościół chochołowski który jest prawdziwą ozdobą Podhala, wkrótce zapewne ukończonym zostanie i będzie pomnikiem kapłańskiéj gorliwości ks. Błasińskiego i ofiarnéj pobożności poczciwego ludu górskiego.
Lud w Chochołowie roślejszy, dorodniejszy niż w Zakopaném, Poroninie i całéj tamtejszéj okolicy; szlachetność będąca wybitną cechą rysów Podhalan, maluje się jeszcze wyraźniéj na twarzach tutejszych mieszkańców i mimowolny dla nich wzbudza szacunek. Temu wyrazowi twarzy, odpowiada cała postawa pełna powagi i godności, a obok tego dzielności i siły któréj umieją użyć w dobréj sprawie.
Z Chochołowa prowadzi droga na Czarny Dunajec, wieś rozległą i zamożną, któréj murowane domy nadają pozór miasteczka. Co do handlu, Czarny Dunajec współzawodniczy z Nowymtargiem, gdyż kolejno w obu tych miejscach odbywają się jarmarki co drugi poniedziałek. Pożar w r. 1859 zniszczył wieś i kościół tutejszy, który odbudowano bardzo pięknie za staraniem miejscowego proboszcza.
Zostawiając na boku Ludźmierz, jednę z najdawniejszych osad na Podhalu, przybywamy do Nowegotargu.





  1. Są to jaszczurki niekiedy na pół łokcia i więcéj długie, koloru żółtego w czarne, pięknie ułożone plamy.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Steczkowska.