Opowieść o dwóch miastach/Księga druga/Rozdział I

<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Opowieść o dwóch miastach
Wydawca Wydawnictwo J. Przeworskiego
Data wyd. 1936
Druk Zakłady Graficzne „Feniks“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. A Tale of Two Cities
Źródło Skany na Commons
Inne Cała Księga druga
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Rozdział pierwszy.
Po pięciu latach.

Bank Tellsona przy Temple Bar był instytucją staromodną nawet w roku tysiąc siedemset osiemdziesiątym. Był bardzo ciasny, bardzo ciemny, bardzo niewygodny i bardzo brudny. Był staromodny i w znaczeniu moralnem, ponieważ właściciele Domu szczycili się tem że jest on taki ciasny, i taki ciemny, i taki brudny, i taki niewygodny. Żyli w głębokiem przekonaniu, że gdyby bank był bardziej doskonały, mniejby go szanowano. Była to nietylko wiara, ale broń, którą walczyli tam, gdzie się spotykały rozmaite interesy. Tellson (mawiali) nie potrzebuje salonów. Tellson nie potrzebuje światła. Tellson nie potrzebuje ozdób. Noakes i Spółka — co innego! Bracia Snook — inna sprawa! Ale Tellson, dzięki Bogu...
Każdy bez wyjątku właściciel banku Tellsona wydziedziczyłby syna, gdyby ten ośmielił się był zaproponować przebudowę gmachu. Pod tym względem bank był w zgodzie ze swoją ojczyzną, która wielokrotnie wydziedziczała swoich synów za to tylko, że ośmielali się proponować udoskonalenia praw i zwyczajów, oddawna uznanych, za złe, ale uświęconych tradycją.
W ten oto sposób bank Tellsona stał się ostatnim wyrazem i triumfem Niewygody. Zgwałciwszy idiotycznie uparte drzwi, zacinające się i świszczące jakby miały defekt w gardle, wchodziłeś po dwu stopniach do Tellsona i oczom twoim ukazywała się nędzna izdebka z dwoma małemi kantorkami, gdzie jacyś bardzo wiekowi ludzie wyrywali ci z rąk czek, jakby go porwał wiatr, poczem sprawdzali podpis we wnęce okiennej, zawsze brudnej i zawalonej błotem z Fleet Street. Jeżeli interes twój wymagał osobistego porozumienia się z „Domem“, wprowadzano cię do małego pokoiku, istnej celi skazańców, gdzie mogłeś dowoli rozmyślać nad zmarnowanem życiem, zanim z rękoma w kieszeni zjawił się „Dom“, który z trudem dostrzegałeś w panującym mroku.
Pieniądze twoje wchodziły do wnętrza lub wychodziły z głębi drewnianych, starych, stoczonych przez robaki komód, przy których zamykaniu i odmykaniu pył zasypywał ci oczy i wdzierał się do gardła. Twoje banknoty miały zapach pleśni i robiły wrażenie, że lada chwila z powrotem zamienią się w szmaty. Kruszec twój chowano gdzieś w zatęchłych zakamarkach, w sąsiedztwie kloak, gdzie pod wpływem ohydnych wyziewów w parę dni tracił swój połysk. Twoje dokumenty szły do skarbców, naprędce przerobionych z kuchen lub kredensów, gdzie wydzielały tłuszcz ze swych pergaminów i tą wonią zarażały powietrze banku. Skrzynki z papierami mniejszej wagi i papierami rodzinnemi umieszczano na górze, w wielkiej jadalni, gdzie zawsze stał na środku wielki stół, chociaż nikt nigdy nie zasiadłby przy nim do jedzenia, i gdzie jeszcze w roku tysiąc siedemset osiemdziesiątym pierwszym listy, pisane do ciebie przez twoją dawną miłość albo najdroższe dziecko, narażone były na to, że patrzyły na nie przez okna głowy, wystawione na Temple Bar z ohydną brutalnością i dzikością, jakiej nie powstydziłaby się Abisynja ani kraj Aszantów!
Zresztą, w owych czasach skazywanie na śmierć było receptą stosowaną na wszystkie dolegliwości wszystkich stanów i zawodów, a więc również nie w najmniejszej mierze także i w sprawach związanych z bankiem Tellsona. Przecież śmierć jest najlepszym lekarzem wszystkich cierpień — dlaczegóż nie miałoby go stosować i Prawo?! Skazywano więc na śmierć fałszerza. I tego, który obracał fałszywemi banknotami, skazywano na śmierć! I tego, kto otworzył cudzy list, skazywano na śmierć. I tego, kto się pomylił w rachunkach, skazywano na śmierć. I tego, kto ukradł czterdzieści szylingów i sześć pensów, skazywano na śmierć. I tego, któremu oddawano konia do potrzymania przed domem Tellsonów, jeśli ulotnił się razem z koniem, skazywano na śmierć. I tego, który zrobił jednego tylko fałszywego szylinga, skazywano na śmierć. Trzy czwartej ogólnej liczby przestępców skazywano na śmierć. Nie dlatego, żeby śmierć była postrachem — raczej rzecz miała się wręcz przeciwnie — ale dlatego, że dzięki temu zwyczajowi nie potrzebowano roztrząsać każdego wypadku zosobna i za jednym zamachem pozbywano się kłopotu i człowieka. W owych czasach bank Tellsona, jak większość ówczesnych instytucyj tego rodzaju, zabrał tyle żywotów, że gdyby ścięte głowy składano na Temple Bar zamiast je pocichu grzebać, to prawdopodobnie pozbawiłyby one parter banku w sposób zupełne niedwuznaczny tej odrobiny światła, jaka na tę cześć Domu przypadała.
Interesy banku Tellsona prowadzili sędziwi ludzie, gnieżdżący się po rozmaitych zakamarkach i dziurach gmachu. Przyjmując kogoś młodego, bank chował go, dopóki nowoprzyjęty się nie postarzał. Trzymali go w ciemności jak ser, aż przesiąkł wonią banku i pokrył się pleśnią. Wtedy dopiero wolno go było oglądać, gdy już, jak upiór, siedział nad wielkiemi księgami, i swemi pantalonami i kamaszami podnosił powszechną powagę instytucji.
Zewnątrz banku — nigdy pod żadnym pozorem wewnątrz, chyba że go wyraźnie wezwano — urzędował pewien dziwny człowiek, ni to woźny, ni goniec, który mógł uchodzić za żywy symbol banku. Nie oddalał się nigdy w godzinach urzędowych, a gdy musiał odejść, zastępował go syn: brzydki, dwunastoletni wyrostek, żywy portret ojca. Ludzie sądzili, że bank Tellsonów tolerował jedynie tego posługacza. Dom zwykle tolerował kogoś w tym rodzaju, ale ten oto człowiek przywiązał się z czasem do swego stanowiska. Nazywał się Cruncher, a gdy w młodzieńczym zapale wyrzekł się szatana ( w parafialnym kościele w Houndsditch), nadano mu również dodatkowe imię Jerry.
Scena — prywatne mieszkanie pana Crunchera przy Hanging Sword Alley, Whitefriars. Czas — wpół do ósmej, wietrzny poranek marcowy, Anno Domini siedemset osiemdziesiątego. (Cruncher mówił zawsze: Roku Pańskiego Anny Domino, będąc widocznie zdania, że era chrześcijańska datuje się od roku, w którym ta szlachetna gra została wynaleziona przez niewiastę imieniem Anna).
Mieszkanie pana Crunchera znajdowało się w niezbyt wytwornem sąsiedztwie i składało się z dwóch izb, jeżeli za izbę można uważać ciemną klatkę z jedną szybą. Ale obie izby były bardzo schludnie utrzymane. Chociaż godzina była jeszcze tak wczesna, izba, w której na łóżku spoczywał pan Cruncher, już była posprzątaną, na stole, na którym przygotowano do śniadania talerze i kubki, leżał czysty obrus.
Pan Cruncher spoczywał pod kołdrą w łaty, jak „Arlekin u siebie“. Początkowo spał mocno, ale potem zaczął się przewracać i rzucać po łóżku, aż wreszcie wychylił się z betów z głową najeżoną, jakby każdy włos podciągano do góry na sznurku. Poczem zawołał głosem beznadziejnie zrozpaczonym:
„Niech mię djabli, jeżeli już znowu nie zaczęła!“
Kobieta o cnotliwym i bogobojnym wyglądzie podniosła się z kolan w kącie pokoju, z dostatecznym pośpiechem i niepokojem, by można było odgadnąć, że to o niej mowa.
„Cóż to?“ zawołał pan Cruncher, sięgając po but. „Znowu zaczynasz?!“
Dodawszy przekleństwo do tego drugiego pozdrowienia, przy trzeciem rzucił w żonę butem. Był to bardzo zabłocony but, ciekawy przez to, że demonstrował pewne zwyczaje domowe pana Crunchera: jegomość ów wracał bowiem często z banku w czystem obuwiu, a mimo to na drugi dzień rano przekonywał się, że są pokryte błotem.
„Cóż to“, podjął pan Cruncher po chybionym rzucie, „cóżto robiłaś, ty ohydo?“
„Odmawiałam tylko pacierze“.
„Odmawiałaś pacierze! Dobra z ciebie kobiecina! Cóż to za pomysł, tłuc się na kolanach i modlić się przeciw mnie?“
„Nie modliłam się przeciw tobie. Modliłam się za ciebie“.
„Kłamiesz! A jeżeli nawet modliłaś się za mnie — zabraniam ci tego! Dobrą masz mamusię, mój mały Jerry! Modli się żeby się papie nie powiodło! Pobożną masz mamusię, mój synku! Poczciwą masz mamusię! Tłucze się to na kolanach i prosi Boga, żeby jej jedynakowi odjął od ust chleb z masłem!“
Imć pan Cruncher młodszy (jeszcze w koszuli) wziął to sobie do serca i, zwróciwszy się do rodzicielki, surowo wyprosił sobie wszystkie modlitwy, dotyczące jego wiktu.
„Cóż ty sobie wyobrażasz, głupia kobieto?“ ciągnął pan Cruncher, nie zdając sobie sprawy, że sam sobie przeczy. „Na co się zdadzą twoje modlitwy? Powiedz no, ile są one warte w brzęczącej monecie?“
„Pochodzą z serca, Jerry, i tylko tyle są warte!“
„Tylko tyle są warte“, powiedział pan Jerry. „No, to niedużo! Mniejsza o to zresztą, co są warte — nie pozwalam ci modlić się za mnie! Zapamiętaj to sobie! Nie chcę, żebyś mię unieszczęśliwiała swojem klepaniem pacierzy! Jeżeli musisz już koniecznie ugniatać sobie kolana, to przynajmniej proś o pomyślność męża i syna, a nie o to, by im się nie wiodło! Gdybym miał przyzwoitą żonę, a ten smarkacz przyzwoitą matkę, miałbym trochę pieniędzy w tym tygodniu; ale ty swemi religijnemi praktykami tylko psujesz mi szyki i przeszkadzasz na każdym kroku! Niech mię diabli“, dodał pan Cruncher, który przez cały ten czas nie przestawał się ubierać, „jeżeli to nie przez twoje modlitwy wpadłem w takie kłopoty, o jakich się przyzwoitemu człowiekowi nigdy nie śniło! A ty, mój mały Jerry, ubieraj się duchem! A nie spuszczaj oka z matki, gdy będę czyścił buty! Jeżeli zauważysz, że mruczy pod nosem, daj mi zaraz znać! Bo zapowiadam ci“, zwrócił się znowu do żony, „nie pozwolę traktować siebie w ten sposób! Jestem zajeżdżony, jak koń dorożkarski, śpiący, jakbym się objadł maku, zmęczony do tego stopnia, że gdyby nie ból w kościach, nie wiedziałbym, gdzie się zaczynam a gdzie kończę. A w kieszeni pustki jak były, tak są! Podejrzewam, że od rana do nocy modlisz się o pustki w mojej kieszeni, więc ostatni raz powiadam: skończ z tem“
Mrucząc jeszcze na dodatek zdania tego mniej więcej rodzaju: „Tak! Jesteś pobożna! Nie przeszkadzałabyś temu, co dobre dla ciebie i twego syna, co? Kto jak kto, ale ty!“ Sypiąc skrami sarkazmu z osełki bezdennego oburzenia, pan Cruncher zabierał się do czyszczenia butów i kończył przygotowania do objęcia swego stanowiska. W międzyczasie synek, z głową upstrzoną pierzem, z oczyma osadzonemi tak blisko jak oczy ojca, bacznie przypatrywał się matce. Od czasu do czasu zamęczał nieszczęśliwą kobietę, zerkając z poza łóżka gdzie się ubierał, by rzucić ostrzeżenie ojcu: „Matka! Znów zaczynasz bełkotać! Hej, ojcze!“ a wywoławszy niepotrzebny alarm, chował się z powrotem ze złośliwym grymasem.
Humor pana Cruncher nie poprawił się przy śniadaniu. Modlitwę przed jedzeniem, którą wypowiedziała pan Cruncher, przyjął bardzo nieżyczliwie.
„Znowuś szeptała, ohydo?“
Żona wyjaśniła, że tylko „prosiła o błogosławieństwo“.
„Nie rób tego więcej“, tu pan Cruncher rozejrzał się podejrzliwie, czy wskutek modlitwy żony jedzenie nie zniknęło ze stołu. „Nie chcę, by mię wyświęcano z mego domu! Nie chcę, by mi tu obrzydzano jedzenie! Siedź cicho!“
Z bardzo czerwonemi oczyma i bardzo ponury, jakby całą noc spędził w towarzystwie, w którem nie oddawano się niczemu poza hulanką, Jerry Cruncher raczej pożerał, niż zjadał śniadanie, warcząc nad niem, jak czworonożny pensjonarz menażerii. Około dziewiątej, oczyszczony i uczesany z miną szanowną i stateczną (o ile mógł przezwyciężyć w tym względzie swoje ja), Jerry Cruncher udawał się do swoich zwykłych zajęć.
Trudno je było nazwać pracą, chociaż pan Cruncher lubił mówić o sobie „uczciwy kupiec“. „Sklep“ pana Crunchera składał się z jednego krzesła (skleconego z połamanych foteli), które to krzesło młody Jerry codziennie uroczyście ustawiał pod oknem banku od strony Temple Bar: krzesło to wraz z garścią słomy, ściągniętej z przejeżdżającego wozu dla ochrony nóg swego rodzica przed zimnem i wilgocią, stanowiło rynsztunek wojenny Crunchera. Na tym posterunku pan Cruncher był tak dobrze znany, jak Fleet Street i Temple Bar — a minę miał zawsze ponurą.
Zająwszy stanowisko kwadrans przed dziewiątą, by zdążyć zdjąć jeszcze trójgraniasty kapelusz przed najstarszymi urzędnikami banku, i tego marcowego ranka stał na swojem miejscu, mając przy boku młodego Jerry. Gdy zabrakło mu żeru między przechodzącymi przez Temple Bar, znęcał się nad małemi dziećmi, które nadawały się do tego szlachetnego celu. Ojciec i syn, niezmiernie podobni do siebie, wypatrując żeru na Fleet Street w rannej porze, z głowami tak do siebie zbliżonemi, jak blisko osadzone mieli oczy, robili wrażenie małp. Wrażenie to potęgowała ta przypadkowa okoliczność, że Jerry starszy ogryzał źdźbła słomy, zaś błyszczące oczka Jerry młodszego niespokojnie śledziły ojca, jak i wszystko co się działo na Fleet Street.
Nagle we drzwiach ukazała się głowa jednego z woźnych stale zatrudnionych w banku:
„Goniec potrzebny!“
„Hola, ojcze! Od wczesnego rana masz robotę!“
Dodawszy ojcu bodźca, młody Jerry zajął jego miejsce, rozsiadł się na krześle i za przykładem starego zaczął grzebać w słomie.
„Zawsze rdza! Zawsze ma rdzę na palcach!“ medytował młody Jerry. „Skąd ojciec bierze tyle tego zardzewiałego żelaza? Przecież tutaj niema rdzy!“



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: anonimowy.