Pamiętnik Adama w raju (Twain, 1925)

<<< Dane tekstu >>>
Autor Mark Twain
Tytuł Pamiętnik Adama w raju
Pochodzenie Pamiętnik Adama w raju
Wydawca L. Wolnicki
Data wyd. 1925
Druk L. Wolnicki
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz J. M.
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
MARK TWAIN
Pamiętnik Adama w raju


Poniedziałek. — „To nowe stworzenie o długich włosach daje mi się nieźle we znaki. Kręci się ciągle koło mnie, łazi wciąż za mną. Nie podoba mi się to wcale, bo nie przyzwyczaiłem się do towarzystwa. Lepiejby zostało sobie z innemi stworzeniami. Dzień dziś pochmurny, wiatr wieje ze wschodu. Pewno będziemy mieli deszcz.
„Będziemy mieli”. Skąd mi się wzięło to wyrażenie?.. Ach, prawda, to nowe stworzenie używa go bezustanku!
Wtorek, — Oglądałem okolicę. Nowe stworzenie nazywa ją Edenem — dlaczego? — nie wiem. Powiada, że jest ona podobna do raju Edenu. Nie jest to żadne wyjaśnienie, a poprostu kaprys i głupota. Ja jednak w żaden sposób niczego nie mogę sam nazwać.
Nowe stworzenie daje nazwy wszystkiemu, co mu tylko wpadnie w oczy, zanim ja zdołam założyć protest, przyczem stale używa jednego i tego samego pretekstu, że wszystko jest podobne do tego czy do owego... Ot, naprzykład, ptak dront. Powiada, że „jest on podobny do dronta”. I natychmiast uprze się przytem, żeby ta nazwa została mu nadaną. Koniecznie!
Znudziło mi się to ciągłe spieranie się, niech więc i tak będzie.
Dront! Chociaż, prawdę powiedziawszy, to jest on nie więcej podobny do dronta, niż ja!
Środa. — Urządziłem sobie szałas od deszczu, ale i tam nie mogłem znaleść spokoju. To nowe stworzenie i tam wlazło. A kiedy usiłowałem je wypędzić z szałasu, to poczęło wypuszczać wodę z dołów w górnej części głowy, któremi patrzy na świat, i wycierać je wewnętrzną stroną swej łapy. Wydawało przy tem takie żałosne jęki, jakie wydają niektóre zwierzęta, gdy je co boli. Pragnąłem bardzo, aby nie umiało mówić. Tymczasem wcale tak nie jest. Ja poprostu nigdy dotąd nie słyszałem głosu ludzkiego, to też każde nowe niezwykłe brzmienie, zakłócające uroczystą ciszę mojej sennej samotności, jest dla mnie fałszywą nutą i obrazą dla mego słuchu! A tu ten nowy głos rozlega się tak blizko koło mnie, to koło mego ramienia, to koło samego ucha, to z jednej strony, to z drugiej... Ja zaś przyzwyczaiłem się tylko do mniej czy bardziej odległych głosów — głosów dolatujących zdaleka, z tych rozległych, przesiąkniętych milczeniem przestworów — do głosów Przyrody, do wycia w lasach, do spokojnego szmeru niewidzialnych strumyków, do miłej, słabo dźwięczącej muzyki, rodzącej się w ciszy nocy i, być może, pochodzącej od tych jaskrawych przedmiotów, które święcą się i lśnią na niebie.
Życie moje nie jest teraz tak szczęśliwe, jak przedtem...
Czwartek. — Nowe stworzenie je zbyt wiele owoców. Wskutek tego wkrótce, być może, zbraknie nam zapasów. „Nam“ — jest to jego słowo, ale stało się ono już mojem, tak często je słyszę! Dziś rano mamy niezłą mgłę. Nie wychodzę na dwór na taką pogodę, ale nowe stworzenie wychodzi. Wychodzi ono w każdą pogodę, poczem włazi mi z brudnemi nogami prosto do szałasu i gada bez końca! O, przedtem było mi o wiele lepiej i spokojniej.
Niedziela. — No, nareszcie minęło! Dzień ten staje się coraz bardziej i bardziej przykrym. Przeszłego października dzień ten wyłączono, wybierając go na odpoczynek. I bez tego miałem przedtem aż sześć takich dni w tygodniu. Teraz znów jakieś nowe niezrozumiałe rozporządzenie... Wydaje mi się, że mamy tu za wiele przepisów, za wiele dekretów, ograniczeń, a zbyt mało wolności do przejawiania swej indywidualności. (Uwaga: tego rodzaju myśli najlepiej zachować przy sobie).
Dziś rano zastałem nowe stworzenie koło drzewa zakazanego: usiłowało ono obijać z niego jabłka, Ale nie udało mu się obić ani jednego — nie umie ono, jak należy, rzucać kijem. Sądzę, że jabłka zostaną na drzewie.
Poniedziałek: — Nowe stworzenie powiada, że ma na imię Ewa. Niech tam, — nie sprzeciwiam się. Powiada, że tak powinienem je wołać, jeśli chcę, by przyszło. Odparłem, że to pouczanie mnie jest zbyteczne. To ostatnie słowo, jak się zdaje, podniosło mnie w jego opinji, — istotnie, jest to pięknie brzmiące słowo, będę je często powtarzać. Stworzenie powiada, że nie jest ono wcale ono, ale ona. Sądzę, że jest to rzecz niepewna, ale w gruncie rzeczy, jest mi wszystko jedno. Jest mi obojętne, czem jest to stworzenie, byleby tylko było zdala ode mnie i milczało.
Sobota, — W zeszły wtorek uciekłem od niej w nocy, wałęsałem się przez dwa dni i urządziłem sobie inny szałas, w nieznanem jej miejscu. Starałem się jak można najbardziej zatrzeć swe ślady, ale ona mimo wszystko wytropiła mnie przy pomocy pewnego zwierzęcia, które oswoiła i nazwała wilkiem. Przyszła do mnie i znowu poczęła wydawać swe żałosne kwęki i wypuszczać wodę z dołów, któremi patrzy na świat. Zmuszony byłem wobec tego wrócić z nią na dawne miejsce, ale wyniosę się stamtąd natychmiast, gdy tylko zdarzy się okazja. Ewa stale jest zajętą teraz różnemi głupstwami: między innemi usiłuje wyjaśnić kwestję, dlaczego zwierzęta, które nazywa lwami i tygrysami, żywią się trawą i kwiatami, podczas gdy budowa ich zębów, według jej słów, wskazuje jakoby na to, że powinny się one pożerać nawzajem. Jest to bardzo niemądrze, gdyż wtedy musiałyby one mordować się nawzajem, co — o ile mogę wyrozumieć — znaczyłoby, że w świecie powstało coś, co zwie się: „śmierć“. Tymczasem, jak mi mówiono, śmierć jeszcze nie nastała. Pod pewnym względem żałuję, że tak jest.
Niedziela — Minęła jakoś.
Poniedziałek — Jak się zdaje, zaczynam rozumieć, po co istnieje tydzień: jest on ustanowiony po to, by dać ludziom możność odpoczynku po nudzie dnia niedzielnego. Jest to bajeczna myśl, zwłaszcza w tutejszej miejscowości, gdzie bajeczne myśli tak rzadko powstają w głowie (Uwaga: Tę myśl najlepiej przy sobie zachować!)
Ewa znowu właziła na zakazane drzewo. Ściągnąłem ją stamtąd. Powiedziała, że nikt jej nie widział. Jak się zdaje, to uważała ona to za dostateczne usprawiedliwienie tak ryzykownego przedsięwzięcia... Powiedziałem jej to. Słowo „usprawiedliwienie“ wywołało w niej entuzjazm i — jak się zdaje — zazdrość. W istocie, bajeczne słowo!
Czwartek. — Powiada, że jest zrobiona z żebra, wyjętego z mojego boku. Jest to, bądź co bądź, wątpliwe, jeśli nie więcej. Nigdy nie zauważyłem braku jednego żebra... Ogromnie nie daje jej spokoju raróg. Ewa twierdzi, że powinien on się żywić nie trawą, a padliną. Ha, trudno, będzie jednak musiał raróg zadowolnić się tem, co ma. Nie możemy przecież dla jakiegoś raroga przewrócić do góry nogami całego systemu wszechświata!
Sobota. — Wczoraj wpadła do stawu, zapatrzywszy się na siebie, jak zwykle. Napiła się przy tem wody, ale powiada, że nie jest to wcale rzecz nieprzyjemna. Wypadek powyższy wtrącił ją w ubolewanie nad stworzeniami, żyjącemi w wodzie, które Ewa nazywa rybami. Przylepia ona w dalszym ciągu różne nazwy na wszystkie przedmioty, które bynajmniej tego nie potrzebują i nie zjawiają się wcale, gdy woła na nie temi nazwami. Ale ona nie gniewa się o to, bo jest zupełnie głupia. Wyciągnęła całe mnóstwo ryb, przyniosła je do szałasu i położyła mi na łóżku, „by się ogrzały...“ Ja jednak, spoglądając na nie od czasu do czasu, nie zauważyłem, aby się czuły tu lepiej niż u siebie, w wodzie. Skoro tylko zmierzchnie, wyrzucę je stąd. Bynajmniej nie życzę sobie spać z niemi, bo są śliskie, i człekowi, jeśli nic na sobie niema, musi być bardzo nieprzyjemnie leżeć pomiędzy niemi.
Niedziela. — Minęła jakoś.
Wtorek. — Bawi się teraz z wężem. Zadowolone są z tego inne zwierzęta, ponieważ wyprawiała z niemi wciąż różne eksperymenty i dokuczała im. Ja również jestem zadowolony, ponieważ wąż umie gadać, co daje mi możność odpoczynku.
Piątek, — Powiada, ze wąż radzi jej spróbować owocu z „tego“ drzewa i że następstwem tego będzie głębokie, całkowite, wielkie zrozumienie wszystkiego. Oświadczyłem na to, że będzie również i inne następstwo: nastanie śmierci na ziemi. Było to błędem z mej strony, trzeba to było raczej zachować przy sobie. Podałem jej tylko myśl, że może ona w ten sposób ocalić chorego raroga i dostarczyć świeżego mięsa lwom i tygrysom! Poradziłem jej, by się trzymała jaknajdalej od tego drzewa. Odparła na to: „a ja niechcę!“ Przewiduję znaczne komplikacje. Przeniosę się chyba gdzieindziej.
Sobota. Miałem wiele, wiele przygód. Uciekłem tegoż wieczora i pędziłem na koniu z całej mocy przez caluteńką noc, pragnąc się wydostać z tego Raju, i ukryć się w jakiejś innej miejscowości przed nastaniem całej awantury. Ale, gdzie tam! Mniej więcej w godzinę po wschodzie słońca, gdy pędziłem przez kwitnącą łąkę, na której spokojnie pasły się tysiące zwierząt, albo swym zwyczajem drzemały lub baraszkowały z sobą — nagle wybuchła burza okropnych wrzasków i w jednej chwili ma całej równinie, na nieobjętej wzrokiem przestrzeni, powstała szalona bójka. Każde zwierzę jęło gryźć i tarmosić swego sąsiada. Odrazu domyśliłem się, co to się znaczy! To Ewa zjadła zakazany owoc, i na ziemi nastała śmierć.... Tygrysy rozszarpały mego konia, nie zważając na mój protest. Pożarłyby i mnie z pewnością, gdybym tam został. Ale ja nie zostałem.... Wyszukałem sobie nową siedzibę poza granicami Raju i czułem się tam bardzo dobrze, lecz ona znów mnie znalazła. Prawdę powiedziawszy, to nie bardzo byłem tem zasmucony, że przyszła, ponieważ pożywienie tu jest dość nędzne, a Ewa przyniosła z sobą kilka jabłek z „tego” drzewa. Chcąc nie chcąc, trzeba było je zjeść — gdyż byłem bardzo głodny. Było to wbrew moim zasadom, ale uważam że zasady są dobre tylko wtedy, gdy człowiek jest syty...
Ewa przyszła poobwieszana gałązkami, girlandami z liści, a gdy spytałem, co ma znaczyć ten głupi pomysł, i pozrywałem je z niej i odrzuciłem precz, — ta cichutko roześmiała się i poczerwieniała. Nigdy nie widziałem, aby kto śmiał się i czerwieniał, to też wydało mi się to i nieprzyzwoitem i idjotycznem. Na to Ewa rzekła, że ja sam będę wkrótce to samo odczuwać. I rzeczywiście, tak się też stało.
Pomimo całego głodu, odłożyłem jabłko, którego nawet połowy nie zjadłem (dodajmy, że było to najsmaczniejsze jabłko ze wszystkich, jakie jadłem kiedykolwiek, jeśli wziąć pod uwagę ostatnie trzy lata) — i ubrałem się w porzucone przez nią liście i gałęzie, poczem dość surowo kazałem jej nazrywać dla siebie nowych i nie pokazywać się więcej w takim stanie. Poddała się rozkazowi. Poczem podpełzliśmy do tego miejsca, gdzie odbywała się walka zwierząt, podnieśliśmy z ziemi kilka skór, i z nich sporządziliśmy sobie parę ubrań, w których można było pokazać się w towarzystwie. Nie są one zbyt wygodne, to prawda, ale mają swój styl, co w ubraniu jest najważniejszem...
Dochodzę do przekonania, że z mojej Ewy wcale niezły kolega. Widzę, że teraz, gdy straciłem swe włości, czułbym się samotnym i przygnębionym. Nadomiar Ewa powiada, że kazano nam tu żyć z pracy rąk swoich. Wobec tego będzie mi potrzebną. Sam będę doglądać roboty.
W dziesięć dni potem. — Ewa oskarża mnie, że to ja jestem, jakoby, powodem naszego nieszczęścia. To mi się podoba!
W rok potem. — Nazwaliśmy go Kainem. Znalazła go wtedy, gdy ja wędrowałem po górach i rozstawiałem pułapki. Znalazła go gdzieś w lesie, o dwie, a nawet być może, o cztery mile od naszej jaskini — sama dobrze nie pamięta... Stworzenie to pod pewnymi względem jest podobne do nas, być może, jest nawet z tego samego co my gatunku. To ona tak myśli, ale według mnie — Ewa myli się. Różnica pod względami wielkości doprowadza mnie do wniosku, że jest to specjalny, nowy rodzaj zwierzęcia — coś jakby ryba, mimo iż gdy go rzuciłem do wody, by ujrzeć jak pływa — stworzenie to poszło na dno. Wtedy Ewa dała nura i wyciągnęła go z wody, nie dając mi czasu na wyjaśnienie sobie kwestji za pomocą tego eksperymentu. Ja jednakowoż myślę, że to ryba, Ewa zaś jest najzupełniej obojętna na to, czem jest to nowe stworzenie, i nie pozwala mi dokonywać nad niem żadnych eksperymentów. Nie rozumiem tego. Zjawienie się tego stworzenia, jak się zdaje, dokonało wielkiej przemiany w jej charakterze, i wywołało jej wrogi stosunek do wszelkiego rodzaju eksperymentów.
Zajęta jest niem więcej niż wszystkiemi innemi zwierzętami, ale nie może wytłomaczyć, dlaczego tak jest.
Umysł ma rozstrojony, jest to oczywiste. Niekiedy po całych nocach nosi tę rybę na rękach, podczas gdy ta żali się i prosi o puszczenie do wody. W takich momentach Ewa wypuszcza wodę temi dołami, któremi patrzy na świat, głaska rybę po grzbiecie, wydaje ustami jakieś głosy, by ją uspokoić, i tysiącznemi sposobami wyraża swe przejęcie się i troskliwość. Nigdy nie widziałem, aby postępowała w ten sposób z jaką inną rybą, i to mnie wielce dziwi. Dawniej, zanim utraciliśmy swe włości, Ewa przynosiła z sobą małe tygrysiątka i bawiła się z niemi, ale wtedy była to poprostu gra. Nigdy nie troszczyła się tak o nie, gdy dochodziło do jakichś zatargów przy obiedzie.
Niedziela. — Ewa nie pracuje w niedzielę, jeno leży zmęczona tygodniową pracą i troskami, przyczem lubi, aby podczas tego owa ryba przewracała się koło niej. Aby ją zabawić, wydaje dziwne głosy, udaje, że żuje jej łapę, a ryba śmieje się od tego. Nigdy jeszcze nie widziałem ryby, która potrafiłaby się śmiać. To wtrąca mnie w stan zwątpienia... Ja również polubiłem niedziele. Przez cały tydzień pracować — to może każdego zmęczyć. Powinno być więcej tych niedziel! Dawniej były one bardzo nudne, ale teraz to przydałoby się ich więcej.
Środa. — Nie jest to ryba. Ale w żaden sposób nie mogę dojść, co to takiego? Wydaje ono djablo komiczne głosy, gdy jest zadowolone, a gdy jest niezadowolone, to mówi „hu-hu”; nie jest ono z naszego rodzaju, ponieważ nie potrafi chodzić; nie jest ptakiem, ponieważ nie fruwa, nie jest żabą, ponieważ nie skacze i nie jest wężem, gdyż nie pełza. Jestem prawie że przekonany, że to nie jest ryba, mimo, że w żaden sposób nie mogę przekonać się, czy potrafi ono pływać czy nie. Przewraca się poprostu, a przeważnie leży na plecach z zadartemi nogami. Nie widziałem, aby jakie inne stworzenie tak robiło.
Powiedziałem Ewie, że według mnie jest to jakiś twór tajemniczy. Ewa słysząc to wpadła w zachwyt, ale nie zrozumiała mnie wcale. Podług mnie jest to albo jakiś twór tajemniczy, albo jakaś odmiana pluskwy. Gdy umrze, wezmę je i wtedy przyjrzę się dokładnie, jak jest urządzone. Niczemu jeszcze nigdy się tak nie dziwiłem!
W trzy miesiące potem. — Zdumienie moje tylko wzrasta, zamiast zmniejszać się. Nawet sypiam teraz mało. Przestało już ono leżeć i łazić na czworakach. A różni się od innych czworonożnych tem, że przednie nogi ma nieproporcjonalnie krótkie, skutkiem czego tylna część jego ciała wystaje zbyt wysoko, stercząc ku górze, co nie jest wcale ponętnem.
Budowę ciała ma bardzo zbliżoną do naszej, ale sposób chodzenia wskazuje na to, że nie jest ono z naszego gatunku.
Krótkie przednie i długie tylne nogi wskazują raczej na to, że należy ono do rodu kangurów, lecz jest to jakaś specjalna ich odmiana, ponieważ prawdziwy kangur skacze, podczas gdy nasz nigdy tego nie robi! W każdym razie jest to ciekawa odmiana, dotychczas jeszcze nie wpisana do spisu zwierząt. Ponieważ zostało ono przezemnie odkryte, tedy uznałem że mam prawo zagwarantować sobie honor tego odkrycia, i nazwałem je Kangurem Adama (Kangaroorum Adamiensis)...
Było ono prawdopodobnie jeszcze bardzo młodem, gdy dostało się do nas, ponieważ od tego czasu porządnie wyrosło. Jest teraz conajmniej z pięć razy większe od dawnego, a gdy jest z czego niezadowolone, to krzyczy od dwudziestu dwóch do trzydziestu ośmiu razy głośniej niż dawniej. Zakazy nie tylko nie uspakajają go, ale wywierają wprost przeciwny skutek. Przeto wyrzekłem się swego systemu.
Ewa uspakaja go przekonywaniem oraz tem, że daje mu to, czego przed chwilą nie chciała mu dać...
Jak już powiedziałem, nie było mnie w domu, gdy po raz pierwszy zjawiło się ono u nas, a Ewa oświadczyła, że znalazła je w lesie.
Dziwne to wprawdzie, że znalazło się tam tylko jedno takie stworzenie, a przecież tak jest rzeczywiście, ponieważ przez kilka tygodni, aż do zupełnego wyczerpania, przeszukiwałem wszystkie lasy, pragnąc znaleźć drugi egzemplarz dla uzupełnienia swej kolekcji i aby pierwszy miał się z kim bawić. Z pewnością stał by się wtedy spokojniejszym, i łatwiej byłoby go nam oswoić. Ale, niestety, nie znalazłem żadnego takiego tworu, ba nawet, żadnego śladu po niem.
A przecież musi on żyć na ziemi.
W takim razie, jakże on chodzi po ziemi, nie zostawiając śladów po sobie? Porozstawiałem z tuzin pułapek, ale na nic to się nie zdało!
Łapią się wszelkie drobne zwierzątka, tylko nie to, które jest potrzebne... Sądzę, że łapią się one wskutek swej ciekawości: chcą wiedzieć, po co to mleko stoi w pułapkach? Nie piją go jednak nigdy.
W trzy miesiące znowu, — Mój kangurek wciąż rośnie i rośnie, co jest i dziwne i niezrozumiałe. Nigdy nie widziałem, aby okres dorastania trwał tyle czasu. Teraz ma on głowę pokrytą szerścią, nie taką, jaką mają kangury, lecz takusieńką, jak nasze włosy, tylko znacznie cieńszą i miększą, i nie czarnego ale rudego koloru. Stanowczo głowę tracę wobec tego nieprawdopodobnego, dziwacznego rozwoju, tego nie poddającego się klasyfikacji kaprysu zoologicznego!
Ach, gdybyż to udało mi się złapać jeszcze choćby jednego — ale jest to sprawa beznadziejna! Jest to nowa odmiana, której tylko jeden egzemplarz istnieje — to oczywiste!
Złapałem prawdziwego kangura i przyniosłem go do domu, sądząc że nasz kangurek, będąc samotnym, chętnie powita nowego towarzysza, a nawet niejako krewnego, że powita jakieś stworzenie, z którem mógłby zaprzyjaźnić się. Toż jest on wśród obcych, nie znających ani jego przyzwyczajeń, ani smaku, i nie umiejących dać mu wyczuć, że znajduje się wśród przyjaciół! Ale omyliłem się! Na widok kangura wpadł w taki nastrój, że odrazu przekonałem się, że nie widział on nigdy w życiu żadnego kangura.
Żal mi bardzo tego biednego małego, krzykliwego zwierzątka, ale nic nie mogę uczynić, by uprzyjemnić mu egzystencję.
Gdybym tak mógł go oswoić — ale o tem mowy niema; im więcej się staram, tym gorzej wszystko wypada. Serce mię boli, gdy widzę wybuchy jego gniewu i żalu. Postanowiłem wypuścić go na wolność, ale nie chciał ani słuchać o tem. Uważam, że jest to okrucieństwo, ale może ma on rację. Na wolności będzie jeszcze bardziej samotnym, a skoro dotąd nie znalazł takiego drugiego, jak sam, to gdzież go znajdzie?
W pięć miesięcy potem.
Nie, nie jest to żaden kangur! Nie. Stoi on już dobrze na tylnych nogach, trzymając się za palec Ewy. Robi w ten sposób kilka kroków na tylnych nogach, poczem pada. Prawdopodobnie jest to jakiś rodzaj niedźwiedzia. Tylko że niema on dotychczas ogona, a szerść tylko na głowie. I w dodatku wciąż rośnie — jest to bardzo dziwny szczegół, ponieważ dorastanie u niedźwiedzi kończy się wcześniej. Po katastrofie, która nas spotkała, niedźwiedzie stały się wielce niebezpiecznemi, to też nie sprawi mi to żadnej przyjemności, jeśli ten włóczyć się tu będzie bez kagańca. Zaproponowałem Ewie, że jej przyniosę prawdziwego kangura, jeśli porzuci tego, ale to nie doprowadziło do niczego — jak się zdaje, postanowiła ona wciągać nas we wszelakie głupie sytuacje. Przedtem, zanim jeszcze nie straciła zmysłów, była zupełnie inną.
W dwa tygodnie potem. — Obejrzałem mu paszczę. Na razie niema jeszcze żadnego niebezpieczeństwa: posiada tylko jeden ząb. Ogona też jeszcze niema. Drze się za to teraz głośniej niż przedtem — i przeważnie nocami. Przesiedliłem się na nowe miejsce. Co rano będę przychodzić do nich na śniadanie i sprawdzać, czy nie wyrosły mu jakie nowe zęby. Gdy zajmą mu całą paszczę, trzeba go będzie wypędzić — czy będzie mieć ogon, czy nie będzie — bowiem niedźwiedź wcale nie musi mieć ogona, by być groźnym...
W cztery miesiące potem. — Na cały miesiąc wyjeżdżałem z domu na polowanie i na połów ryb. Przez ten czas niedźwiedź nauczył się chodzić na tylnych łapach i mówić „papa“ i „mama“. Jest to, oczywiście, nowa odmiana niedźwiedzi. Podobieństwo wydawanych przezeń głosów z ludzkimi słowami jest naturalnie czysto przypadkowe, i nie mają one żadnego sensu, ani znaczenia. Ale nawet i w tym wypadku jest to zjawisko niezwykłe i żaden inny niedźwiedź nie potrafi tego zrobić. Zdolność naśladowania ludzkiej mowy, wraz z brakiem szerści na ciele i zupełnym brakiem ogona, wyraźnie wskazuje na to, że jest to nowy gatunek niedźwiedzia. Dalsze studja zapowiadają się bardzo interesująco. Na razie udam się na wyprawę do dalekich lasów na północy i zajmę się tam gruntownemi poszukiwaniami. Musi przecież gdzieś tam być drugie takie stworzenie! Będzie to, zresztą już mniej niebezpiecznem, jeśli nasz okaz dostanie kolegę ze swego gatunku. Udam się natychmiast, ale przedtem nałożę mu kaganiec.
W trzy miesiące potem. — Poszukiwania były niezmiernie męczące, ale niepomyślne. A tymczasem Ewa, nie wydalając się z naszej siedziby, znalazła drugiego! Nigdy nie widziałem, aby się komu tak powodziło! Co do mnie, to mógłbym poszukiwać go w lasach przez sto lat, i nie znalazłbym go wcale.
W trzy miesiące potem. — Porównywałem nowego ze starym. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że obadwaj są z tego samego gatunku. Ewa nazywa nowego Ablem. Chciałem wypatroszyć jednego z nich i zrobić okaz do swej kolekcji, ale sprzeciwiła się temu. Musiałem tedy wyrzec się tej myśli, aczkolwiek jestem przekonany, że nie powinienem. Bo jeśli obadwaj zginą mi, będzie to niepowetowaną stratą dla nauki. Ten dawniejszy stał się teraz bardziej żwawym, śmieje się wciąż i gada bezustanku, jak papuga; zdolność naśladowania wszystkich ma wielce rozwiniętą. Zdziwiłbym się, gdyby koniec końców okazał się on papugą jakiegoś szczególnego gatunku. Chociaż, właściwie, to nie powinienem się dziwić, ponieważ okłamywał on stale moje domniemania, od pierwszych dni, gdy brałem go za rybę! Ten nowy zaś — jest takim samym dziwolągiem, jakim był pierwszy z początku: tak samo jest podobny do kawału surowego mięsa, i ma takąż samą dziwną głowę — bez szerści.
W dziesięć lat potem. — Obadwaj są chłopcami. Dawno już to stwierdziliśmy. Myliło nas przedtem to, że obadwaj przyszli na świat... Teraz przybyło do nas jeszcze kilka dziewcząt. Abel jest dobrym chłopcem, co do Kaina — to lepiej byłoby, gdyby został sobie niedźwiedziem! Wiele lat już minęło, i widzę teraz, że myliłem się co do Ewy. Lepiej mieszkać z nią poza Rajem, niż w Raju bez niej. Dawniej sądziłem, że jest ona bardzo gadatliwą, teraz zaś byłoby mi bardzo smutno, gdyby jej głos umilkł i ustał w mem życiu. Błogosławię tedy nieszczęście, które zbliżyło nas oboje i nauczyło mnie cenić dobroć serca Ewy i łagodność jej charakteru...




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Samuel Langhorne Clemens i tłumacza: anonimowy.