<<< Dane tekstu >>>
Autor Iwan Franko
Tytuł Pantałacha
Pochodzenie Obrazki galicyjskie
Wydawca Księgarnia Polska
Data wyd. 1897
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
X.

Dyrektor upadał ze zmęczenia. W towarzystwie trzech dozorców całego pół dnia robił rewizyę po wszystkich kaźniach tego kurytarza, na którym klucznikiem był Sporysz. Zabrano mnóstwo noży, szydeł, gwoździ, szachów robionych z chleba, kart robionych z bibuły, ołówków i tym podobnych zakazanych rzeczy, ale nic takiego, coby usprawiedliwiało podejrzenie, że ktoś z więźni mógł piłować kraty lub sztaby. Przesłuchano wszystkich więźni, czy nie słyszeli podejrzanego harczenia, ale tutaj dyrektor sam z góry wiedział, że przesłuchiwanie jest daremnem i że żaden więzień, który nie chce przez towarzyszy być uznanym za „kapusia“ (szpiega) i na każdym kroku maltretowanym, nie powie prawdy, chociażby i słyszał coś takiego. I rzeczywiście, harczenia nie słyszał nikt.
Miałożby to być po prostu wypływem rozdrażnionej wyobraźni Sporysza? Ale z opowiadania klucznika mógł dyrektor wnioskować, że gdy Sporysz pierwszy raz słyszał owo harczenie, był jeszcze zdrów i wcale się niczego podobnego nie spodziewał. Przypuszczał dyrektor, że mógł się Sporysz pomylić w kaźni, przypuszczał, że posłyszawszy o tem co się stało, winny więzień mógł podać niebezpieczne narzędzie do innej kaźni, i dla tego zarządził rewizyę wszystkich kaźni i wszystkich aresztantów na raz. Rewizya pozostała bezskuteczną, a przedewszystkiem ważnem było to, że najstaranniejsze obejrzenie wszystkich krat i sztab nie wykazało nigdzie ani najmniejszego śladu piłowania.
— Tam do starego dyasa! — mruczał raz po raz dyrektor, spluwając z niecierpliwości. Był to jednak stary niedowiarek; w duchy nie wierzył, a zanim się uspokoić namyśli, że wszystko się Sporyszowi „przysłyszało“, chciał spróbować wszystkiego, co mogło doprowadzić do wykrycia prawdy. Postanowił więc jeszcze raz jak najstaranniej przeszukać kaźnię Prokopa. Lecz i tutaj przeszukiwanie do niczego nie doprowadziło. Dyrektor klął po czesku i nogą tupał, wreszcie wpadł na jakąś myśl i kazał wyjść z kaźni dozorcom. Pozostał sam na sam z Prokopem.
— Słuchaj, Prokopa — rzekł do niego dyrektor — ty w nocy spal?
— Spał.
— A słyszal co?
— Nie słyszał.
— Ne prawda! Ja wim, żeś słyszal!
Prokop wypatrzył się na dyrektora wytrzeszczonemi oczyma, wreszcie uśmiechając się głupowato zapytał?
— A skąd wy wiecie, że ja coś słyszał?
— Skąd ja wim? — rzekł dyrektor. — Ja ti to powim potem, a teraz ty mi mów, co ty słyszal?
— Ja... ja... nic nie słyszał.
— Do sto dyasow! — wrzasnął dyrektor tupnąwszy nogą. — Słuchaj, Prokopa, co ja ti powim! Pryjechal tu twój batko i ptal se za tebou. Mówi: a gde mój Prokop, choczu ho wzat do doma. Dost tu już u panów panowal.
Dyrektor wiedział, czem nastraszyć Prokopa. Za każdym razem, kiedy przyjeżdżał ojciec w odwiedziny do niego, Prokop objawiał tyle strachu, że nie było większej groźby dla Prokopa, jak ta, że go z więzienia odeszlą do domu. I teraz Prokop zbladł i zaczął się trząść na nogach.
— Nie... nie... nie! — bełkotał — ja nie chcę do domu!
— A powisz coś słyszal w nocy?
— Powiem, powiem.
— No, gadaj.
— A... a,.. nie będziecie bić?
— Bić? A to za co? — zdziwił się dyrektor. — Za to, żeś coś słyszal?
— Bo ja to sam zrobił.
— Coś ty zrobił?
— A to... takie ładne, co tak mówiło: hrrr, hrrr, hrrrr, hrrrr.
Dyrektor aż na miejscu podskoczył.
— Tyś to zrobil? A ty jak to zrobil?
— Jak? A ot tak.
I Prokop wydobył ze swych gęstych, rozczochranych włosów kawałek piórka gęsiego, wsadził jeden koniec za sztabę drzwi, a drugi koniec parę razy poruszył palcem. I rzeczywiście, drgające pióro, uderzając o dębowe okute drzwi, wydawało dźwięk podobny do zgrzytu piłki tnącej żelazo. Dyrektor aż w dłonie klasnął.
— I pocóżeś ty to zrobił? — pytał Prokopa.
— Po co? — wypatrzył się na niego Prokop. — Ni po co, tak.
— A dla czegóż nikt tego nie słyszal prócz Sporysza?
— Sporysza? A to co za Sporysz?
— Nie wisz? Ten pan klucznik, co wczoraj zemrzel.
— Klucznik umarł? Sporysz umarł! — krzyknął Prokop. — Aha, to ten, co mi odebrał to moje, takie ładne, co mi dał Pantałacha!
I nie zważając na obecność dyrektora, idyota zaczął skakać po kaźni i klaskać w dłonie, przymawiając:
— A tak! A tak! Tak mu trzeba! Niech by mi był nie odbierał tego co moje! A ja mu za to zagrałem, tak jak grał nanaszko Pantałacha tej nocy, kiedy uciekał. A ja niby spał, alem słyszał dobrze! A klucznik wpadł do mnie w nocy do kaźni, szukał czegoś, ale nic nie znalazł. A potem już do kaźni nie chodził, tylko stał pod drzwiami i krzyczał. A ja mu grał tak ładnie. Ha, ha, ha! A on wziął i umarł! Tak mu trzeba!
— Bestya sobacza! — mruknął dyrektor, widząc tę bestyjską radość idyoty i zrozumiawszy cały związek jego słów. — No co z nim udelasz! czy bit’ ho, czy powisit’ ho? Kiedy on hloupy jak but! Niech tie hrom bije!
I splunąwszy, wyszedł z kaźni.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Iwan Franko.