Pieśń białego domu/Historja chłopca i dziewczynki/X

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Szczęsny
Tytuł Historja chłopca i dziewczynki
Pochodzenie Pieśń białego domu
Wydawca J. Mortkowicz
Data wydania 1915
Drukarz Drukarnia Naukowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cała opowieść
Pobierz jako: Pobierz Cała opowieść jako ePub Pobierz Cała opowieść jako PDF Pobierz Cała opowieść jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


X.

Nad pięknem jeziorem upływało jeszcze jedno słoneczne lato. Opuszczona willa stała w cieniu wysokich drzew, spoglądając na zioła, rosnące z pomiędzy kamieni. Przed nią w gęstej trawie, wznosiła się pozieleniała od mchu kamienna fontanna w jej basenie pyzaty bożek wsparty na głowach wielkich ryb, obróconych otwartemi paszczami w różne strony, trzymał wysoko nad głową kręty róg. Kiedyś lała się z niego nieustannie woda, ale teraz nie było jej tam ani kropli. Paszcze rybie też były suche i otwierały się jakby z pragnienia. Na szczycie rogu siadały tylko często małe ptaki, ostrząc sobie dziobki o zbrużdżony kamień. Fontanna stała tuż przed tarasem willi i gdyby każdy rozumiał opowiadania ptaków, tak jak to się niektórym ludziom zdarza, to dowiedział by się od nich, że z jej szczytu przez aleję wyciętą prościutko w murze wysokich drzew otaczających zdaleka cały dom, widać było aż wody jeziora, zaś za jeziorem jeszcze kawałek dalekiej góry tak szeroko, jak szeroko pozwalało ją stąd oglądać wycięcie alei.
Daleka góra dziwnie wyglądała: Była to jakby głowa rycerza z kamienną twarzą podniesioną do nieba. Czerwone obłoczki płynęły nad nią wieczorem dopóty, dopóki niebo nie pociemniało. A wtedy zapalała się tuż nad głową kamienną jedna wielka gwiazda i lśniła nad czarną masą góry aż do świtu... Głowa rycerza istniała jeszcze wtedy, kiedy willi nie było na obecnem jej miejscu. W gęstym lesie drzew, z którego ludzie po budowie domu ogród uczynili, wycięto aleje a wtedy piękny gwarny dom dostrzegł kamienną głowę i powoli wytworzyła się między niemi tajemna zależność.
Dom wiedział, że się zestarzeje i będzie kiedyś opuszczony, bo taki jest los wszystkich domów, góra więc obiecała mu, że będzie mierzyć czas jego życia, czuwając nad nim zdaleka, niby przyjaciel, co czuwa nad słabszym od siebie... I odtąd lata płynęły, trawa zieleniła się i więdła naokoło, liście opadały z drzew, ale czas domu nie podług nich był mierzony. Co zima głowa rycerza okrywała się białą zasłoną i to był znak dla domu, że jeszcze jeden rok jego upłynął. Ale nim jeszcze głowa rycerska zbielała, słońce inaczej zachodząc nad nią ku jesieni, sprawiało, że czoło głowy płonęło czerwonym blaskiem jakby od wielkiego gniewu. To góra aż póki nie uciszył jej śnieg, walczyła ze swoim wielkim czasem który kiedyś również się skończy.
Tak było i teraz: czoło rycerza zaczynało się jak zwykle rumienić, opuszczona od dawna willa, wiedziała, że przetrwała jeszcze jeden rok, choć gruz z jej ścian osypywał się coraz bardziej a skrzywiony od starości bożek fontanny ledwo mógł już utrzymać w ręce utrącony pusty róg. Lato przechodziło, mówiły to jednogłośnie wszystkie jaszczurki, wysiadujące w coraz krótszem słońcu między trawą obok spadłych cegieł i kamieni... Pewnego takiego dnia chłopiec z dziewczynką weszli na zrujnowany taras willi, gdzie znaleźli się akurat na wysokości utrąconego rogu fontanny. Lekki wiatr wiał od jeziora i poruszał bezwładne skrzydła spóźnionego motyla, leżącego na kamiennej balustradzie tarasu. Słońce zachodziło i oczy ich pobiegły jakby mimowoli aleją wyciętych drzew.
Jakże piękną jest ta rycerska głowa, powiedział chłopiec, wskazując na oświetloną w oddali górę. Wznosi wysoko w górę kamienne czoło, płonące od promieni jakby walczyła z tym czasem który spustoszył stary dom.
I oboje umilkli na chwilę a potem obejrzeli się za siebie, bo ułomek kamienia spadł akurat z szelestem od szczytu ściany.
Biały dom: powiedział powoli chłopiec. Myślisz o naszym domu? — zapytała dziewczynka, — prawda, jak tam musi być pusto? Oto co nam po nim pozostało, — dodała, pokazując starą zniszczoną książkę.
Była to dawna książka bajek, którą dziś zabrali ze sobą. — Otwórzmy ją na traf i przeczytajmy sobie wróżbę, — powiedział poważnie chłopiec.
Ale kiedy książka była już otwarta, ktoś sprawił, że w tem właśnie miejscu, leżał suchy liść i szczypta ziemi.
Dziewczynkę przejęła lekka trwoga. Taras i wszystko naokoło jakby szepnęło: teraz coś się stanie; ale kiedy liść i ziemia były już odsłonięte, kiedy spojrzał na nie chłopiec, dziewczynka już miała gotowe słowa w głowie, któremi postanowiła raz na zawsze usunąć wszystkie niepewności. Oparła głowę na ramieniu chłopca i powiedziała mu, nie myśląc ani o swoim białym zamkniętym domu, ani o wszystkiem, co ich otaczało.
Jeżeli mnie kochasz rzeczywiście, zostań zawsze ze mną. Już dawno przecież przestaliśmy być dziećmi i co dawniej się z nami działo, nie może powracać nam do głowy. Wszyscy ludzie cię pragną, ale ty przedewszystkiem będziesz dla mnie. Ja pierwsza zawsze cię pochwalę i wyznam, co mi jest miłem.
Chłopiec czuł głowę dziewczynki na ramieniu, na swojem prawem ramieniu, kierującem zawsze tak lekko i doskonale smyczkiem, którym czarował ludzi; teraz ugięło się ono pod tą głową i lekko drżało. Na niebie, które już było tylko blado różowe, oddalał się mały obłok, jakby nagląc go do czegoś, a z pomiędzy drzew i z okien willi, wydobywały się ciemności i podnosiły w górę szerokie przezroczyste dłonie, gasząc blask w powietrzu. Więc obrócił na dziewczynkę oczy, w których obok dalekie] góry, odbijał się ciągle zeschły liść i garstka ziemi znalezione w książce i zapytał: — a co będzie z naszym białym domem?
W tych słowach chłopiec powiedział wszystko; reszta jak błyskawicą przemknęła mu przez głowę, tak że na czole niezadowolona dziewczynka nie zauważyła nawet jej światła. Ale zato poczuła pociągnięcie za suknię i odwróciła się od chłopca z nadąsaną miną. Mały złośliwy karzełek ukryty za balustradą, który^ to sprawił, wzruszył ramionami i stuknął się palcem w czoło jakby współczując jej usiłowaniom.
Spłoszył go dopiero dzwon, odzywający się zdaleka, ale już i tak nie miał on tu nic do roboty. Cienie, co szły zewsząd całą gromadą, wiedziały dobrze o tem. Ich teraz rzeczą było dać odczuć chłopcu cały ciężar nagłego cierpienia, gdy dusza jego już przeszła próg niepewności, nie doczekawszy się ukochanej odpowiedzi. Ich rzeczą było, aby cały jesienny świat od ziół zmarłych w tęsknocie za słońcem aż do chmury, co deszczu utrzymać w szarych objęciach nie może, zapanował nad dwiema duszami, z których każda innem się stała zwierciadłem...
Góra w oddali dawno już zgasła i z ciemnej willi powiał chłód opuszczonej budowli.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Szczęsny.