Pieśń białego domu/Historja chłopca i dziewczynki/XI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Szczęsny
Tytuł Historja chłopca i dziewczynki
Pochodzenie Pieśń białego domu
Wydawca J. Mortkowicz
Data wydania 1915
Drukarz Drukarnia Naukowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cała opowieść
Pobierz jako: Pobierz Cała opowieść jako ePub Pobierz Cała opowieść jako PDF Pobierz Cała opowieść jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


XI.

Jesienne dnie płyną często jak deszczowa woda, ściekająca z mokrego dachu, a raczej my je często takiemi widzimy. Czasami z pomiędzy chmur błyśnie blady promień słońca, zagra tęczą w kroplach zwisających z liści, przebiegnie ziemię i wraca za obłoki. I wtedy wydaje się ludziom, że jakieś cierpiące serce uśmiechnęło się blado, że zbrużdżone troską schylone czoło, podniosło się w górę i świeci przez chwilę spokojnie jak jesienne słońce. A potem nadbiega wiatr, wstrząsa trawy, trąca odemknięte drzwi i niezaczepione okienice. Nadciąga nowa chmura, troska ziemi odzywa się w głosie wiatru dla tych, którzy ją muszą usłyszeć.
Siewcy dobroci i mądrości, albo ci, którzy się do tego urodzili i kiedyś takiemi będą, wiedzą to dobrze. Ludzie zżęli już złociste ziarno, ale nie dość jeszcze dobrze pamiętają, że wyrosło ono pod okiem słońca. Więc ukrywają je starannie tylko jako pokarm dla ciała, nie wiedząc, że w ten sposób słoneczna praca w ziarnie jest dla nich zupełnie stracona: światło i miłość stały się tylko posiłkiem dla ciała. Wtedy cierpią ci ludzie, którzy myślą o anielskim siewie, cierpią, walcząc z cierpieniem ziemi, zamierającej aż do następnej wiosny...
Od czasu kiedy, chłopiec z dziewczynką byli poraź ostatni w willi, upłynęło wiele dni. Wzburzone jezioro nieraz już opowiedziało swoje skargi skalistym brzegom. Nieraz też blady promień słoneczny padał na dalekie góry, pokryte już śniegiem i świetniał na nich wspaniałą czystością.
Przez cały ten czas chłopiec z dziewczynką widywali się często. Nie chodzili już coprawda do willi, gdzie ich wtedy coś boleśnie zdziwiło. Ale mały karzeł nie opuszczał pomimo to dziewczynki, budził ją rano, pomagał jej myśleć, podpowiadał wiele rzeczy, a na widok chłopca krył się gdzieś w kąciku i stamtąd spoglądał na oboje. Trudniej teraz było im ze sobą rozmawiać. Coś im przeszkadzało, spoglądali na siebie z żałością i zdziwieniem, a potem żegnając się, patrzyli jakby mimo siebie na jakieś cienie, co stawały za każdem z nich.
Aż któregoś dnia chłopiec ujrzał przelatujące ptaki. Byli to już ostatni wędrowcy. Przynaglała je późna jesień. Chłopcu zdawało się, że na szarych zmęczonych swoich skrzydłach niosą one pozdrowienie z dalekiego jego kraju. Długo patrzył za niemi wytężonym wzrokiem, aż póki nie znikły daleko nad morzem. A kiedy ich już nie było można dostrzedz, zaczął uczuwać po raz pierwszy z nieznaną dotąd siłą, że istnieje w nim jakaś ogromna niedokończona melodja. Chciał wyśledzić jej początek, kiedy bez wiedzy jeszcze dla niego w nim się poczęła, bo czuł, że zna ją oddawna.
Zagłębiał się więc w siebie, nieruchomiał powoli tak, że pierwsza dziewczynka zauważyła to wyraźnie. Towarzyszący jej karzełek dokładał wszystkich starań, aby ten stan chłopca przedstawić jej z śmiesznej strony. „Nie obawiaj się, to jego serce, które ci się niedługo podda, czyni takie wysiłki“ — podszeptywał jej w chwilach samotności. I dziewczynka walczyła dalej z sercem chłopca i z dnia na dzień zdawało jej się, że w zwyciężonem sercu artysty zapłonie słońce jedynej bezwzględnej ludzkiej miłości.
Tymczasem chłopiec powoli dotarł do źródła swojej melodji. Teraz już zaczął się dowiadywać, że zajmie mu ona całe życie. Tak, najwspanialszą melodją o jakiej mógł zamarzyć, była dla niego pieśń białego domu...
Zdala od tych miejsc gdzie jest teraz, opuszczony przez ludzi stoi biały dom. Jest to miejsce, gdzie pierwszy raz zobaczył dziewczynkę i spotkał dobroć ludzką. Ale teraz między nim a tamtemi chwilami rozścieła się cała ogromna historja czasu. Całość jej chłopiec widzi jako jedną wielką tęsknotę za białym domem, ale już nie tym opuszczonym teraz przez mieszkańców. Biały dom, to cała jego ziemia. Tysiące ludu mieszka w nim, ale ludzie ci często zapominają dla łatwości życia o własnym domu. I dlatego jest on opuszczony, jak tamten przy drodze i może wejść weń każdy przechodzień, dla którego obojętny a nawet czasem zbyteczny w drodze jest jego stary dach. Tak, chłopiec widzi, nie wszyscy ludzie poświęcają białemu domowi swoje myśli. Trzeba stworzyć nową pieśń jego ukrytej przed ludzkiemi oczami wspaniałości, trzeba mówić do ludzi zapomnianą duszą ziemi, aby poczęli szukać i znajdować w chlebie na niej zebranym ziarno posiane przez wielkich siewców.
I gdy chłopiec tak myślał, przekonał się, że nie zna jeszcze końca swej melodji, ukryta w nim największa harmonja była mu jeszcze nieznaną. Trzeba było za nią gonić w sobie, gonić długo, jak za jakąś krzywdą własną, bo droga jej często krzyżowała się z jego ludzką, tutaj nad jeziorem powstałą radością.
Nie wiedział przytem chłopiec, że te wszystkie jego myśli mały karzełek tłomaczył po cichu dziewczynce. „Niezdolnym on jest do ocenienia twej miłości, szeptał on: zły zrobiłaś wybór chcąc walczyć z jego sercem. Serce wybrane przez taką miłość jak twoja, powinno się jej oddać bez żadnych zastrzeżeń. Zresztą przypatrz się mu: miłość wzajemna nie jest tam niczem innem, tylko ogromnem samolubstwem. To, czego sztuce ofiarować nie może, aby go do sławy prowadziła, oddaje tobie. Czyż w oczach jego nie widziałaś wtedy tylko największej radości, kiedy mówi o swoich dziełach, wierz, że napewno wtedy myśl o tobie w głowie mu nie postanie“.
Karzełek coraz częściej szeptał dziewczynce podobne słowa. Nie widziała go ona ma się rozumieć tak, jak się nie widzi niedobrych uczuć, kiedy zaczynają panować nad myślami. Słowa jego przyjmowała zawsze jako same myśli i coraz bardziej uciekała się do ich rady. Chłopiec nie spostrzegł nawet, że parokrotnie w jego obecności wypowiedziała kilka złośliwych uwag, dotyczących jego zamyślenia i przedsięwziętej największej pracy, która mu miała zająć całe życie. To, że nie zwrócił na nie uwagi, pociągnęło za sobą inne bardziej wyraźne przykrości z jej strony.
Wreszcie zaczął ogarniać chłopca w obecności dziewczynki lekki smutek. Kiedyś idąc właśnie w takiem usposobieniu, aby ją odwiedzić dowiedział się, że wyjechała na wielką zabawę do miasta. Parę słów, które pozostawiła jako wytłómaczenie, dyktował jej napewno karzełek, gdyż stał on teraz, nie kryjąc się już przed chłopcem na środku pustego pokoju i z nieokreślonym uśmiechem popatrzył mu w oczy.
Chłopiec wyszedł, czytając list, którego nie rozumiał. Zdawało mu się tylko, że cierpienie jego stanęło już nie uciekając przed nim na skrzyżowaniu dróg jego ludzkiego szczęścia i poznania największej harmonji. Każdym krokiem myśli zbliżał się teraz do niego chłopiec. Wracając z listem w ręce, szedł jednocześnie myślami przed siebie, aż doszedł do rozstaju, gdzie zatrzymało się to, co gonił. Nieznośne uczucie smutku uderzało od czasu do czasu o całą jego istotę, jak wiatr jesienny o drzewa, słychać było w niem głosy ludzi zapamiętane jeszcze z dzieciństwa, jego własne pierwsze melodje i tupot drobnych kroków karzełka, biegnącego za jego śladem.
Aż wreszcie z całego tego zamętu wydobył się jeden wielki ton czysty jak blask śniegu na dalekich górach. Dźwięk ten pochłonął wszystkie inne, otworzył przed chłopcem niby rycerski rozkaz ciężkie tajemne wrota i pokazał mu za niemi najjaśniejszy ze wszystkim dom słońca, którego nie mogła mu już zaćmić żadna omyłka.
I w tej chwili chłopiec dowiedział się, że tylko tam wobec tej opuszczonej zamkniętej pamiątki samego dzieciństwa, wobec zamkniętego białego domu przy drodze, poczuje się artystą aż do końca.
Kiedy to nastąpiło, chłopiec zrozumiał też, dlaczego dziewczynka nie wiedziała o co mu chodzi, dojrzał, że nie wiedziała więcej, niż on mógł dawniej przypuszczać. Bo chłopiec jeden nigdy nie zapomniał czasu, kiedy był dzieckiem. Dobroć i miłość rozumiał później tak, jak je odczuł wtenczas w zimie i na wiosnę w białym domu. Życie późniejsze rozwijało w nim to, co w łasce dzieciństwa zostało mu dane; teraz serce jego wybrało ponad wszystkie rozpacze tylko ten niedosłyszalny płacz tęsknoty, który nie odbiera oczom jasnych promieni. I chłopiec był gotów do wielkiej swojej pracy: wyśpiewania całej pieśni białego domu.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Szczęsny.