Pieśń białego domu/Historja chłopca i dziewczynki/IX

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Szczęsny
Tytuł Historja chłopca i dziewczynki
Pochodzenie Pieśń białego domu
Wydawca J. Mortkowicz
Data wydania 1915
Drukarz Drukarnia Naukowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cała opowieść
Pobierz jako: Pobierz Cała opowieść jako ePub Pobierz Cała opowieść jako PDF Pobierz Cała opowieść jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


IX.

Doskonałą przewodniczką młodych serc jest — cisza nocna. Kiedy się wieczór skończy, i noc nastaje gdy już wszystkie gwiazdy płoną najsilniej, tak że nad drzewami i nad wszystkiem, co wtedy ciemne wznosi się nad ziemią, rozścieła się jakby jedno drgające świetliste morze, wtedy, zamieniona w nieuchwytny oddech nocy, rozścieła się między niebem a ziemią cisza. Od gór, których prawie nie widać w mroku, aż do nizkiej szepczącej leciuchno wody, faluje ona wtedy i łączy wszystko w jedno wielkie odpocznienie. Cisza nocna jest bezgłośna, ale nie jest głucha. Wszystko co za dnia było, albo choć chciało być sobą, oddaje teraz swoją całą wartość w jej niewidzialne ręce. Ona przyjmuje jednakowo i to co największe i to co najmniejsze, aż powoli ze wspaniałego skarbca, jaki się tworzy, pojawia się i rośnie to, co jest najlepszego — myśl ziemi. Myśl ta idzie na drogi, unosi się pod gwiazdzistem niebem, baczy, czy wszystkie wielkie postanowienia, co dojrzały do czynu, będą spełnione i czy kolebkom tylko co zrodzonych, nic nie zagraża. Myśl ziemi czuwa wtedy również nad wszelką ojczyzną ludzką i wiarę w nią przenosi jako czysty strumień w serca kochających ją nadewszystko ludzi. Wszystko to dzieje się w ciszy, bo te sprawy chociaż są też wielkiemi troskami, mogą być już przez ludzi rozumiane tylko jako największy spokój życia, gdyż powaga tych spraw przechodzi pojęcie ludzkie.
Cisza nocna kocha młode serca. Wie, że wobec niej otwierają się one najlepiej. Doprowadza je więc najbliżej do myśli ziemi, aż tam, gdzie mogą już one pojąć tylko melodję, brzmiącą choć ucho nic nie słyszy.
Tak myślał teraz chłopiec, kiedy piękne noce zaglądały mu przez okno do pokoju. Czasami myśli jego zamieniały się jakby w gwiaździste powietrze i szły daleko ponad wody jeziora bez trwogi i ciężaru. Siedział wtedy cicho całemi godzinami wpatrzony w niebo i wodę. Aż wreszcie szczyty dalekich gór zaczynały się zlekka rumienić. Woda, oddychając głęboko, osłaniała je lekkim welonem aby temu rumieńcowi dodać więcej tajemnicy... Gwiazdy zaczynały się słaniać i mdleć jedna po drugiej... A myśl ziemi powierzała wtedy chłopcu jedną tajemnicę, zdjętą z czoła niby wszechwładną koronę, tajemnicę, którą wiedział, że sam za chwilę będzie musiał od siebie światu ogłosić. Wszystko jakby już teraz tylko na to czekało. Coraz silniejsze wzruszenie ogarniało chłopca. Zdawało mu się, że teraz zamiast oczu ma słodkie płomienie, dla których nie istnieją oddalę.
A tymczasem góry płonęły coraz silniej... Nagle na ich czoło zlatywał iskrzący promień, niby miecz, zesłany przez niebo, i przybliżał się szybko, jakby on był właśnie owem głoszącem słowem. I oto wszystko stawało się jasnem:
— Ależ tak — mówiła sobie zdumiona myśl chłopca, i głos jego czuł się już niepotrzebnym. Światło mówiło za niego, mgły opadały jak zasłony z posągów; coraz wyżej wschodziło słońce, a pośród tego wszystkiego, co zjawiało się coraz wyraźniej w kłębiącem powietrzu, chłopiec widział wszędzie jedno i to samo... Jego młode serce kochało i to była tajemnica, powierzona mu przez myśl ziemi.
Od kiedy chłopcu stało się to wszystko wiadomem, myśli jego podjęły jeszcze większą pracę. Bo do zagadnień, do jakich poczuł się stworzonym, aby je w melodję pozaklinać, dołączyło się jeszcze szczęście, jego ludzkie szczęście. Nie mógł mu bronić miejsca w swem sercu, gdyż tam się poczęło za sprawą słonecznego promienia, przeciwnie, przez nie z większą niż przedtem łatwością zbliżał się do rzeczy najbardziej tajemnych i poznawał skarby ich harmonji. Cały świat, jako piękny żywy obraz, nigdy wyraźniej nie stawał mu jeszcze przed oczami. Ale zato często, wtedy właśnie, kiedy żądał od serca wielkiej radosnej powagi, nie chciało ono wiedzieć o tem. Obraz dziewczynki zajmował mu wtedy całą serdeczną pamięć i uśmiechał się oczami, po za któremi wszystko zdawało się niepotrzebne.
A przytem chłopiec musiał coś dziewczynce powiedzieć, musiał jej to wyrazić słowami, które, pomimo że znaczyły zupełnie co innego, miały być jednak zrozumiane...
Spacery ich stały się teraz jeszcze dłuższe i każda najdrobniejsza spostrzeżona rzecz, obłok, sunący po niebie, motyl rozkołysany na tle ciemnych prostych drzew, mała chata przy ścieżce, wszystko miało dla nich dziwne znaczenie i potwierdzało to, czego dopowiedzieć nie było można. Nie patrząc na siebie, uśmiechali się wtedy. Dzieci spotykane po drodze, często sprzedawały im zebrane kwiaty i owoce, a potem nazywały ich w swoim języku zakochanemi, i biegły za niemi, długo zaglądając w oczy. Nie sprawiało im to wcale przykrości: zatopieni w rozmowie mało zwracali uwagi na ich słowa i na upływający czas. I w taki sposób opowiedzieli sobie wszystko, co przeżyli.
A potem musieli się dowiedzieć, dla czego byli tacy przez cały przeszły czas. Niepewności różnych chwil, które były dla każdego z nich inne, musiały się teraz zacząć zgadzać ze sobą...

Tego, kto może być tylko rzeczywistym artystą, cierpienie nigdy nie ominie. Jest ono inne, niż to, jakie pospolicie cierpieniem nazywamy, bo człowiek, którego sobie wybrało, też jest inny. Cierpienie sprawia zwykle człowiekowi odczucie jego własnej krzywdy, cierpienie artysty, to zmaganie się z krzywdą całych mas ludzkich, którą jego bystre oczy i czujne serce dostrzegły nawet tam, gdzie prawie nikt się jej jeszcze nie spodziewa...
Ludzie, którzy przetrwali swoje wielkie cierpienia, mogliby o ich początku opowiedzieć, jak o zjawieniu się jakiegoś szarego ptaka. Już przed jego przybyciem coś w nich oglądało się na wszystkie strony, pełne niepokoju. Ale to coś, nie było wtedy jeszcze całą ich istotą; tłum pogodnych postaci zasłaniał je, chór pogodnych głosów mówił jeszcze w człowieku co innego, nie dając dojść do słowa czemuś, co było już trwożne. Aż pewnego dnia i godziny, oczy człowieka dostrzegły nagle szarego ptaka cierpienia, jak chwiał się tuż nad jego głową na suchej gałązce. Ale oczy widziały dopiero ptaka, tylko dziwnie smutnego ptaka i litowały się nad nim, jak nad jakimś niepodobnem do innych stworzeniem. — Biedny ptaku, — myśli człowiek — gdybym ci mógł pomódz; i zbliża się sam do swego cierpienia, nie myśląc, że to, co ptak śpiewa, jest jego własną niedolą. A wtedy myśl człowieka przestępuje właśnie próg współczucia i wchodzi na drogę własnej niepewności. Jak tylko myśl to uczyni, staje się jej straszno, ptak zlatuje na pierś człowieka i śpiewa już na jego sercu, a głos przenika do środka i płoszy wszystkie pogodne uczucia. Serce się zasępia, głos rozlega się w niem, jak w pustym domu. Aż gdy rozebrzmi od niego całe serce, człowiek zagląda w nie z boleścią i nie może się nadziwić, co się tam bez jego wiedzy stało. Cały świat widzi tam odbity jak w czarnej szybie: i drzewa proste, wysokie, zielone i błękitne niebo i głosy obojętne naokoło rozmawiających ludzi. Wtedy dopiero z wielkim gniewem, przypomina sobie człowiek szarego ptaka: zacina usta, brwi mu się zbiegają, żałuje swego współczucia; wszystko zdaje się być przeciw niemu, więc gotuje się do jakiejś walki, aby wyczerpać gniew. Ale z nikim walczyć nie potrafi, wszyscy i wszystko umyka mu z drogi, nim się podźwignie naprzeciw. Wtedy człowiek zamyśla się wreszcie w sobie i nieruchomieje. Dziwny człowiek, cóż on sobie myśli, mówią wtedy o nim z niechęcią, A on zatopiony w sobie goni za własnem nieszczęściem, tak jakby zbiegał światy całe, goni zaciekle i długo, aż wreszcie kiedyś znajduje swego krzywdziciela i rozprawia się z nim jak rycerz. I wreszcie staje się, że człowiek odzyskuje nanowo pogodę w sercu, jednak zachowuje sobie wiele skrytych wiadomości z tamtych czasów. Trzyma je jak dziwak, często między największemi swojemi skarbami, aby kiedyś za ich pomocą leczyć innych niby znachor, cierpkiemi, zbawiennemi ziołami.

Gdy chłopiec z dziewczynką zaczęli sobie przypominać swoje niepewności, rozkochane ich serca oświadczyły, że nie chcą słyszeć o tem. I miały słuszność, bo czyliż w dzień słoneczny można sobie wyobrazić niepogodę? Wtedy czułyby się one jak dwa ptaki trzymane w ręce, kiedy świat piękny i jasne słońce wołają je ze wszystkich stron, jako najmilszych towarzyszy. Ale chłopiec był dziwnie uparty. Może przeczuwał, że i on kiedyś będzie znachorem ludzi, a melodje jego zrodzone w sercu, które przecierpi niepewność i gniew staną się cudownemi ziołami dla innych, dość, że teraz, wspominając prosto i wyraźnie to, co dotąd przeszedł, nie myślał o tem, że to samo może stać się zaciężkiem dla ukochanej dziewczynki. A dziewczynka myślała jednocześnie, że chłopiec wie o jej zupełnie innej istocie. Mądrzy ludzie myślą dużo, ale serce ich łatwo prowadzi, szeptało w niej coś, jakby radząc i przypominając, aby nic nie opowiadać chłopcu o tem, czego się kiedykolwiek wstydziła.
A wstydziła się nieraz i ze słów chłopca domyślała się, że on to niekiedy przypuszcza... Niema po co przypominać tak szczegółowo dziecinne sprawy, uspakajała się wtedy. Teraz jestem szczęśliwa i jeżeli wiem, że mogłabym się za tamto wstydzić, to samo to już znaczy, że zacznę być zupełnie inną. Niema już tamtej dziewczynki, która nie potrafiła tak się nauczyć grać, jak mój kochany chłopiec.
Kiedyś dziewczynka, myśląc tak już nie po raz pierwszy, szykowała się do snu w swoim pokoju. Przez otwarte okno zdaleka z nad brzegu słychać było jeszcze muzykę chłopca. Po całodziennym upale noc była jakaś niespokojna: bardzo daleko za jeziorem i jak gdyby pomiędzy górami, pojawiały się od czasu do czasu blade odległe błyskawice, tak jak gdyby kto kręcił w ręce olbrzymią ślepą latarnię. Czarna woda błyskała od tego lekko, ale naokoło było zupełnie nieruchomo i ani jeden liść nie zadrżał jeszcze na drzewach przed domem. Tylko muzyka unosiła się w ciężkiem powietrzu, jakby rozmawiając z ostatnią niezasłoniętą jeszcze chmurami gwiazdą.
Jakiż on dobry, — myślała o chłopcu dziewczynka i rozplatała powoli włosy. Nie mogę mu stanowczo nic powiedzieć o sobie, tak jak to nieraz czuję. Nie myślałam o tem nigdy słowami i nie mogłabym mu tego dobrze powiedzieć tak, żeby być z siebie zadowoloną. I kiedy to myślała, wzrok jej upadł na stare stojące przed nią lustro, staroświecki sprzęt, który niewiadomo skąd znalazł się w tym wynajętym pokoju. Pierwszy raz zobaczyła teraz, że ma bardzo bladą twarz. Stare szkło pełne plam odbijało ją tak, że dostrzegła w sobie jakby lekkie pomięszanie.
Czegóż mogę być niepewną? — zapytała siebie dziewczynka i pochyliła się nad lustrem, aby zaprzeczyć chwilowemu wrażeniu. I kiedy tak była pochylona, dostrzegła w rogu tuż przy ramce wydrapane drobniutkie litery...
Jednej ciebie nie przestałem nigdy kochać — sztuko, — odczytywała powoli dziewczynka cudzoziemskie słowa i jednocześnie myślała nad niemi.
Więc są tacy ludzie? Więc to, co chłopiec często przy niej nazywa sztuką, jest tak potężne. Wieleż śmierci przeżył ten nieznany człowiek, po których ona jedna pozostała mu żywa w sercu... Powoli zaczynała rozumieć to, co jej się wydało własnem zmięszaniem. Między sobą a chłopcem dostrzegła coś, jakoby leciutką przeszkodę. On bezwątpienia kocha sztukę, myślała dalej i zamyśliła się ciężko. A tymczasem pierwszy powiew wstrząsał już liśćmi za oknem i woda w jeziorze zaczynała słabo szumieć przy coraz szerszych błyskawicach. Jednocześnie dziewczynka coraz bardziej traciła odwagę. Czuła wyraźnie, jak źle jest ukrywać niektóre myśli... Co to jest sztuka? — zadawała sobie uporczywie jedno pytanie. Chłopiec mówił, że przez nią kocha i niebo, i ziemię, i wszystko to, co go otacza. Czyż ona do tego należy, czy też jest kochana osobno — inaczej? Czy, kiedy myśli o niej, zapomina o niebie, ziemi i o wszystkiem. Jeśliby tak było, — uwierzyłaby mu zupełnie. Inaczej, — czuje, że zaczęłaby mu niedowierzać. Chłopiec kocha wszystko przez sztukę, ona też ma być dla niego wszystkiem, to nie mogło się jej pomieścić w zmęczonej głowie. — Wreszcie rozpłakała się, ale z ciężkiego żalu do chłopca. Nie chciała już słuchać dalekiego głosu skrzypiec, był jej teraz przykrym. Zamknęła kołyszące się od wiatru okno i siedząc z głową opartą na ręce, nie mogła długo się uspokoić. — Teraz już zapóźno prosić chłopca, aby ją wysłuchał, — mówiła jej zrywająca się za oknem burza. I dziewczynka postanowiła sobie, choć zdawało jej się, że jakby nie siebie słucha, zamilczeć przed chłopcem o wielu rzeczach. Gniew i żal pląsały naokoło niej, jak pląsają wieczorem po ścianach długie cienie od zapalonej świecy, a ona postanawiała walczyć z sercem chłopca, w którem wydało się jej, że sztuka zajmuje miejsce należne tylko miłości dla niej.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Szczęsny.