Pieśń białego domu/Historja chłopca i dziewczynki/VIII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Szczęsny
Tytuł Historja chłopca i dziewczynki
Pochodzenie Pieśń białego domu
Wydawca J. Mortkowicz
Data wydania 1915
Drukarz Drukarnia Naukowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cała opowieść
Pobierz jako: Pobierz Cała opowieść jako ePub Pobierz Cała opowieść jako PDF Pobierz Cała opowieść jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


VIII.

Nad brzegiem południowego morza leży wielki, bardzo stary kamień. Pochodzi on z głębi lądu, ale ta historja nie jest już nawet jemu samemu wiadomą. Było to tak dawno, że opowiadanie o sobie mógłby on zacząć tylko od tej chwili, kiedy postawił na nim nogę pierwszy człowiek, już jako na nadmorskim głazie. Kamień, kiedy go woda łagodnie trąca, jest prawie taki gadatliwy jak ona. Wydrążony i podkopany przez fale, huczy wtedy jak wielka muszla, a zawsze jest w tem huczeniu mowa o przychodzących w te strony ludziach. Więc gdybyśmy go posłuchali, dowiedzielibyśmy się, że widział kiedyś fenickie barki pełne brodatych marynarzy, gdy mijały go wolno, płynąc wzdłuż brzegu. Na tyle pierwszego okrętu rozbity był namiot kupca, wioślarze poruszali się u wioseł jak mrówki, a słońce iskrzyło się na włóczni niewolnika, stojącego pod namiotem i paliło twarze ruchliwych dozorców wioślarzy.
Potem widział kamień galery wojowniczych rzymian, pełne żołnierzy świecących zbrojami; na przodzie jednego okrętu stał dowódzca, skrzyżowawszy ręce na piersiach; płynął na wojnę w dalekie kraje i patrzył może po raz ostatni na swoją ojczyznę. Na niektórych statkach sterczały w górę dziwaczne pomosty, wiosła poruszały się szybko jak nogi ogromnych owadów, a twarze bożków, któremi poozdabiane były przody statków, posuwały się milcząco nad błękitną wodą. Później od strony lądu omijały kamień wyjące hordy barbarzyńców; ubrani w skóry zwierzęce prowadzili oni za sobą całe gromady jeńców, idąc wzdłuż brzegu, jak niezmierzona fala. Z głębi lądu ciągnęły wtedy nad wodę dymy spalonych miast, a nocami piana na piaskach czerwona była od łuny jak pączek kwitnącej róży. To znowu prześcigały się wodą wązkie łodzie normanów obwieszone tarczami i najeżone dzidami wojowników. A potem okręty pierwszych zdobywców nowego świata chwiały się na falach jak niezgrabne ptaki. Huk armatni rozlegał się już wtedy w powietrzu a kamień odpowiadał mu slabem echem. Przez cały ten czas wielu ludzi stawiało na nim stopy. Nie zliczyłby teraz traw i mchów, jakie porosły go i zwiędły z kolei.
Ale zawsze jednak zazdrościł morzu, że zna ono starsze od jego pamięci rzeczy i czasem, kiedy jest poważnie usposobione, podszeptuje mu je niewyraźnie. Aż oto kiedy przepłynęła znów nad światem cała fala czasu i dodała kamieniowi wiele nowych wrażeń, choć sam się nigdy z miejsca nie ruszał, przyszedł tutaj i usiadł na nim jeden człowiek.
Był wtedy piękny wieczór księżycowy. Zielona latarnia parowca migała gdzieś daleko nad wodami, a słup srebrnego światła podchodził aż do samego kamienia, wyrzucając na brzeg srebrne rybki odbłysków.
Człowiekiem siedzącym był chłopiec. Zapatrzył się stąd na morze, a że miał skrzypce ze sobą — zagrał, nie wiedząc co. Zdawało mu się w tej chwili, że wszystko to, co ludzie nazywają miłością, chce użyczyć mu jakiejś nieznanej nikomu mowy i że mowa ta chce wejść w jego serce. Ale na progu jego, co rade by było takiemu gościowi, ktoś oczekuje. To tęsknota za tem, co chłopiec zostawił za sobą. I przychodzi chwila, że spotykają się dwie potęgi, a dom serca drży cały od tego, choć cisza jest na wodach i ziemi. Wtedy właśnie chłopiec usiłuje grać walkę tęsknoty z miłością, która wszystko rozumie, to wieczne zagadnienie człowieka, potężniejsze nad czas, zapamiętany przez głaz nadmorski. Aż morze — się zdumiało. Oto ktoś wie to samo, co i ono. Oparło się morze wygodnie o brzeg, aby lepiej słuchać, a najdrobniejsze fale powyskakiwały na piasek i uciekły w dołkach i zagłębieniach, tak że tylko leciutkie drżenie ich powierzchni świadczyło, jak słuchają.
Chłopiec nawet nie wiedział, jak wdzięcznym był mu kamień za jego granie. Nie mówił on tego głosem ludzkim, ale huczał cicho tonem swoich zagłębień, przypominając sobie powoli wszystko. Wiedział już teraz, że pochodził z wielkich ośnieżonych gór, których wierzchołki majaczyły w pogodne dnie nad widnokręgiem, w głębi lądu. Muzyka obudziła w niem najdawniejszą pamięć której zazdrościł morzu.

Zapytacie pewno teraz ciekawie o chłopca?
Tu nad brzegiem morza mieszkał on już od dość dawna w dużym gwarnym białym domu gdzie zawsze pełno było przejezdnych gości, i choćby dlatego, niebył to dawny biały dom. To był tylko hotel, zmieniający ciągle ludzi, z których prawie żaden nie zostawił w nim ani cząstki swej prawdziwej historji. Obrzydł on wreszcie chłopcu, tak jak się prędzej czy później znudzi każdemu próżny nieustanny gaduła. I chłopiec właśnie po owym wieczorze księżycowym wyjechał, zabierając swoje skrzypce, odjechał żałowany przez gości, spodziewających się, że kiedy rozproszy swoją grą ich nudę. — Jadąc dalej, zatrzymał się dopiero po dłuższym czasie. W podróży minął odwieczne ruiny, co jak szeregi słoni ciągnęły się przez równinę, minął miasta pełne pięknych budowli, gwaru i świateł. Góry o śnieżnych głowach coraz wyrastały przed nim na horyzoncie, zawiewał od nich świeży chłodny wiatr, a wieczorem szczyty ich płonęły jak purpurowe kwiaty. Wreszcie chłopiec zatrzymał się nad pięknem wielkiem jeziorem. Cicho tu było. Drobne domy nad brzegiem odbijały się w spokojnej wodzie, otoczonej górami, powtarzając całe ich piękno i wyniosłość.
Tutaj zamieszkał chłopiec w małym domku, nad samą wodą. Kiedy słońce wschodziło rano z za gór, przychodziło tu do niego po wodzie aż pod same okno obwieszone kwiatami i rozsiadało się potem na cały dzień pod ścianą jak odpoczywający gospodarz. Oko jego doglądało wszystkiego, a ono samo jakby drzemało wśród pachnących traw i drzew, aż do wieczora.
Tutaj postanowił sobie chłopiec opracować to, co mu wtenczas przyszło do głowy nad morzem. Zaczął pracować nad swojemi myślami, badać każdą z nich jak kamień, zanim je się ujmie w jedną oprawę. Tworzył pieśń tęsknoty ludzkiej, którą powtórzyć miała ludziom muzyka.

Dziwnym trafem, wkrótce potem przyjechała tu dziewczynka z ojcem i chorą matką, sławny doktór, który tak zadziwił wtenczas kolegów swoją trafną przepowiednią, wskazał im to miejsce, jako najlepsze do kuracji. Odtąd chłopiec nawet nie wiedział, z kim sąsiaduje, chociaż przecie jego żywe wspomnienia były teraz tak niedaleko. W małym ogrodzie na wysokim brzegu jeziora siadywała dziewczynka z matką w każdy słoneczny dzień. Chłopiec widział ze swego okna jasne ich suknie, ale właścicielek nie poznał zdaleka. Był zresztą zapracowany i nie wiedział prawie, co się naokoło działo. Wyśpiewać pieśń tęsknoty — czyż to tak łatwo?
Wieczorami siadał znużony i grał. Pomysły, nuty opuszczały wtedy jego głowę. Wracał do swoich lat dziecinnych, przypominał sobie przeszłe swoje pieśni, które doprowadziły go do dnia dzisiejszego. Cisza nad jeziorem jakby mu była wdzięczna zato. Powtarzała daleko aż do samych gór, to, co jej opowiadano, prowadziła nad kwiatami i wodą głos strun, tak że nawet samotna barka rybacka, stojąca daleko od brzegu z opuszczonym żaglem, wydawała się zasłuchaną.
U sąsiadów okna ze względu na chorą, były wieczorem zamknięte, ale dziewczynka wychodziła wtedy do ogrodu. Głos skrzypiec wkrótce stał się jej nieobcym. Coś w nim nawet było takiego, co zdawało się, że zna oddawna. Nie było to to samo, co piękny śpiew z niedalekiej opuszczonej willi. Kiedy tu przyjechała, usłyszała go i była zachwycona. Ktoś widać zwiedzając pusty dom, zaśpiewał wtedy pięknym głosem. Łabędzie pływały po zarośniętej sadzawce, proste, wysokie drzewa stały nieruchomo, a głos jakby tłomaczył to, co się gdzieś tymczasem niewidzialnie działo. Teraz skrzypce zaćmiewały go powoli. Dziewczynka myślała nad tem i nie była jednocześnie pewną, czy to dobrze, gdy się dorosłej osobie przypominają coraz wyraźniej dziecinne lata. Bo skrzypce przypominały je. Nie mogła się oprzeć ich urokowi i słuchała, jak tych swoich myśli co już niby dawno przepadły, a teraz ktoś je za nią głośno przypomina. Ale przytem nie są one jak stare dziecinne zabawki, które zwracają tylko oczy ku dawnym czasom. Pielęgnowane w czyjejś głowie tak, że wyrosły jak wyrastają ludzie, wracają teraz do niej melodją i całują niby dobre duchy.
Kto przysyłał jej te myśli? Kto je dotąd piastował? Dziewczynka nie zadawała sobie tego pytania, bo nie poznawała ich tak dobrze, pragnęła tylko coraz bardziej poznać samego muzyka.

Kiedy ktoś chce kogo poznać, staje się to jakimś trafem, prędzej czy później. I dziewczynka poznała chłopca, poznała go zupełnie nanowo, a potem powoli dowiedziała się wszystkiego. Ojca i matkę bardzo to cieszyło. Nigdyśmy nie myśleli, że w panu spotkamy nanowo maleńkiego chłopca, — mówili, — a muzyk uśmiechał się i pochylał głowę.
Odtąd nad jeziorem odbywały się koncerty. Wielu ludzi drogo by zapłaciło, aby je usłyszeć. Chłopiec grał wtedy swoje młode lata, których dziewczynka wcale nie znała, grał wszystkie po kolei, tak, jakby skrzypce w pamięć się zamieniły.
W dzień, oboje młodzi chodzili na długie spacery. Dziewczynka poznawała coraz lepiej swego towarzysza, chociaż rozmowy ich nie zawierały jeszcze w sobie tego, co nazywamy zupełnem przypomnieniem sobie ubiegłych lat. Ulubionem miejscem ich spacerów była opuszczona willa. Kamienna ławka nad sadzawką z łabędziami dziwnie przypominała dziewczynce pensję. — Czy pan wie, że to miejsce jakby żywcem przeniesiono tutaj z naszego kraju? Drzewa tylko są inne, ale gdy tu siedzimy, zdaje mi się, że poza nami zamiast tego pustego domu stoi budynek szkolny. I dziewczynka zaczęła opowiadać o szkole to, co pamiętała, ale w pewnej chwili zarumieniła się i umilkła. Chciałam kiedyś grać tak, jak pan, ale właśnie od czasów tej próby wszystko poszło inaczej, — zakończyła opowiadanie.
Była to jej pierwsza próba skrytykowania samej siebie, uczyniła to wobec chłopca, człowieka, który zjawił się teraz w jej pamięci niby osoba zdawna znana, tylko jakoś skromnie pozostała na boku przez cały czas jej młodzieńczego życia. Ta skromność, którą nie wiedziała, czy sobie, czy jemu przypisać, gniewała ją teraz i dziwiła. Skądże teraz znowu takie szybkie zbliżenie? I dziewczynka myślała nad tem nieraz długo nim usnęła. Jezioro pluskało pod ogrodem o kamienny brzeg, kwiaty pachniały bardzo silnie, a jakiś daleki śpiew jakby jej podpowiadał wyraźnie to, czego się sama domyślić nie mogła.
Bo to, co miała zrozumieć, nie mogło być powiedziane ani jednem słowem, ani temi wszystkiemi głosami, jakie napełniały wspaniałą noc południową. To musiało w niej dojrzeć, a wtedy dopiero jej oko dostrzeże w całym świecie to samo, bo nic innego nie istniałoby już gdziekolwiek. I gdyby kto, co wiele już zrozumiał chciał pomódz jej myśleniu, wytłomaczyłby napewno, że ma ona w sercu maleńkie, ledwo co posiane ziarno, pochodzące z tej samej słonecznej krainy, co i ziarna skrzydlatych siewców. Samo ziarno było coprawda inne. Jako pierwszy owoc nieświadomych często wyobrażeń, było ono tak słabe, że nie mogło mieć jeszcze wielkiej wartości nawet dla niej samej. Później zaś, gdyby się rozwinęło, byłoby jej szczęściem i w ziemię by go posiać dla wszystkich nie było można. Bo było to jedno małe ziarno dziewczynki, która teraz dopiero zaczęła łamać się z myślami. Niestety jednak, nikt o tem z nią nie rozmawiał. Ona sama niewiele o sobie wiedziała, a chłopiec, jej mądry nanowo znaleziony towarzysz, nie umiał jeszcze tego jej powiedzieć.
Chłopiec, pracując nad tem, aby pojąć cały świat jako jedną ogromną muzyczną harmonję, spotykał się już nieraz z miłością, drogi jej zdumiewały go nieraz, przejmując otuchą, to znowu troską i ciężką żałością. Powoli zadaniem jego jako artysty stało się — zrozumieć ją. Wszystko, co dotąd uczynił, stawało się jednem tego pragnieniem. A to była jakby coraz pełniejsza pieśń tęsknoty ludzkiej. Poznanie nanowo dziewczynki zmieniło mu pracę. Długie spacery odbywane razem, rozmowy, w których od czasu do czasu jakby coś zaczynało niewyraźnie mówić poza niemi i naokoło nich, pozwalały odpoczywać, ale nie zasypiać lego myśli. Niewyraźne odpowiedzi, błąkające się w powietrzu południowych dni, jakby zapowiadały, że mu dopomogą.
Ulubionem miejscem spacerów dziewczynki i chłopca, była, jak już wiadomo, stara willa. Wielki zdziczały ogród ciągnął się za nią daleko wzdłuż jeziora. Znaleźli w nim długie kręte aleje, gdzie na zakrętach spotykali często kamienne omszone posągi, zrujnowane ławki, łączki pełne kwiatów i dzikich pszczół. Wtedy przypominali sobie zawsze dawne czasy. Byłem maleńki i taki zmarźnięty wtenczas, powtarzał chłopiec i oczy mu się smuciły. Napewno widział on wtenczas zamiast błękitnego nieba, ośnieżoną aleję, którą zbliżał się ku białemu domowi.
A potem oboje przypomnieli sobie wiosnę. Usiądźmy tu na ławce, powiedziała kiedyś dziewczynka, gdy o wiośnie była mowa. A gdy usiedli, mówili akurat o dniach, kiedy ogród naokoło białego domu pełen był jakby białego pachnącego śniegu. Ogród kwitł, jak bukiet — powiedział chłopiec i spojrzał dziewczynce w oczy. Tak się to jakoś zdarzyło, że musiał akurat spojrzeć; chciał zobaczyć ten ogród, który wtedy wygrał na swoich skrzypcach. Ależ on jest teraz tutaj, pomyślało coś w nim z radością, gdy patrzył. W tej chwili ogród znikł, a dziewczynka zarumieniła się i wstała. Oboje doszli do domu w milczeniu.
Nie milkły tylko głosy wkoło nich mówiące teraz coś, co już niedługo będzie przez nich zupełnie zrozumiane.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Szczęsny.