Pieśń podsłuchana

<<< Dane tekstu >>>
Autor Hipolit Bogumił Tarczyński
Tytuł Pieśń podsłuchana
Pochodzenie Upominek. Książka zbiorowa na cześć Elizy Orzeszkowej (1866-1891)
Data wydania 1893
Wydawnictwo G. Gebethner i Spółka, Br. Rymowicz
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków – Petersburg
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część II
Pobierz jako: Pobierz Cała część II jako ePub Pobierz Cała część II jako PDF Pobierz Cała część II jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
PIEŚŃ PODSŁUCHANA.

Hipolit Bogumił Tarczyński.jpg


Z wielu miłych wspomnień, jakie mi zostały z czasów mego nauczycielstwa po wsiach, gdziem naszą jasnowłosą chłopską dziatwę uczył — szczególniej jedno uwięzło silnie w mózgu i sercu. Stało się ono więcej niż pieszczotą mego życia — stało się świętością, i nic nie zdoła go zatrzeć i z niem już umrę.
Jesienią 1873 roku, gdym w okolicach Czerwińska, po długiej przyjacielskiej pogawędce z ks. Piotrem Jabłońskim, opuścił progi jego plebanji w Radzikowie, była już noc późna, ziemię zalegała gęsta mgła, i wśród majestatycznej dokoła ciszy, unosił się w przestrzeni poważny księżyc w pełni. Szedłem pieszo do odległej stąd trzy wiorsty wsi Boguszyna, gdzie miałem szkołę — i idąc z początku miedzą przez pola, potem doliną między wzgórzami, wpatrywałem się w otaczającą mnie zewsząd sinawą mgłę, którą miejscami lekko światłocienił mistrzowskim pendzlem gienjalny malarz księżyc, ów księżyc w górze zadumany.
Fantastycznych kształtów z świetlanemi rąbkami kłębiące się obłoki mgły, w których się posuwałem, oraz głęboka, pełna boskiego uroku cisza, wysoko podniosły duszę.
Wpatrywałem się w oną cudną naturę, i pieściłem ucho jej ciszy koncertem, którego huczniejsze ustępy stanowiły: stoczenie się kropli rosy z źdźbła na źdźbło trawki, lub szelest spadku zeschłego z krzaku listka... Stąpaniem mem zbudzone żabki umykały mi zpod nóg, skacząc na łąkę, i żerujące szaraki pomykały spłoszone w góry. Kiedy zaś, przerzynając się wciąż przez morze mgły, dostałem się na wynioślejsze miejsce, uderzył mnie nagle widok dziwny.
Z po za sinawej opony pary drgał zdala w nizinie krwawy słup niewyraźnego ogniska, a przy nim, gdyby widma jakie, majaczyły ciemne sylwetki ludzkie, to znów wzruszały ogień koszturami, zpod których jaskrawe płomienie i złote gwiazdy iskier wzlatywały. Byli to pasterze — strzegli pasących się obok na rżysku koni.
Zachwycony poetycznym obrazem, postąpiłem na wierzchołek góry, skąd dostrzegłem dalej i drugie podobne, omglone ognisko, z szeroką nad niem łuną, z szarą wstęgą dymu, a płynęła odeń stłumiona pieśń skrzydlata, niewysłowionego uroku... Siadłszy na wilgotnym kamieniu, wsłuchiwałem się w oną cudną melodję ludową, gdy rozległo się pienie i przy bliższem mnie ognisku, pienie z głębi serc, z całą potęgą uczucia, głosem dźwięcznym i donośnym.
I odpowiadali sobie zdaleka pastusi obydwóch ognisk na śpiew śpiewem, śpiewem tęsknym, mazurskiej, rodzinnej mej ziemi!... Ha!... pełzał on smętny po łąkach, to wybiegał przeciągły wysoko, wołając skargą jakąś, nieokreślonym bólem, a wzrastając w tempie i sile, wybuchał następnie krzepkim chórem, dziarskim rozgwarem, porywał sobą śpiewaków, i ci, ujmując się wtedy za ręce, puszczali się w taniec długim wieńcem koło ogniska... Potem znów rzewna pieśń jęczała, a gdy zmilkła przy jednem ognisku, odzywała się przy drugiem. I stojący opodal starcy, kiwając się wsparci na kijach, pochwytywali w pewnych pauzach dalszy pieśni wątek, snując go w takt nizkiemi tony, dopokąd ich znów chłopcy nie podnieśli do dźwięków wysokich. Tak mknęły tony szeroko po rosie, i bogińka odgłosu Oźwiena, kochanka Wołosa, boga pasterzy, miłośnika gędźby, powtarzała zza gór każde brzmienie wdzięcznem echem. Długo tak zawodziły one ciemne przy ogniskach widma. Słaniały się przy nich w mroku spętane konie, tentniąc kopytami po rżysku, i otulała to wszystko mgła sina, różowiona płomieniami ogni, i przypatrywał się temu z góry księżyc, owa nasza słowiańska, nadobna Nocena.
Pieśni, o której mówię, próżnoby szukać w wydanych ludowych śpiewnikach. Nie miała ona słów, była przelotnym utworem chwili, i sam już więcej nad ten raz jeden nie słyszałem jej w tych, ani innych stronach. Żadne dzieło muzyczne, żadna opera najbardziej nawet narodowych naszych kompozytorów, nie przemówiły tyle do mej duszy, co ów prostaczy, i z tą malowniczą żywej natury dekoracją — śpiew pastuszków. Stał się on dla mnie iskrą z niebios, ogniem Dyblika. Noc ową, z jej obrazem i śpiewem odczuwam dotąd w snach i na jawie. W ciężkich chwilach życia, czy zabierając się do nowej jakiej pracy literackiej, uprzytomniam ją sobie zawsze — wspomnienie jej dodaje mi sił, orzeźwia znużonego ducha.

Warszawa.Hipolit Bogumił Tarczyński.[1]



Upominek - ozdobnik str. 195.png



Przypisy

  1. Zmarł w Warszawie dnia 2 listopada 1892 roku.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Hipolit Bogumił Tarczyński.