Pisarze polscy (Sten)/Włodzimierz Perzyński

<<< Dane tekstu >>>
Autor Ludwik Bruner
Tytuł Pisarze polscy
Podtytuł Wrażenia literackie
Data wydania 1903
Wydawnictwo Polskie Towarzystwo Nakładowe,
Księgarnia Teodora Paprockiego i Ski
Drukarz Drukarnia narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Lwów - Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron



IV.


WŁODZIMIERZ PERZYŃSKI



Jeden niewielki tomik poezyj o stu stronicach — oto cały dorobek poetycki Perzyńskiego.
Dziwny urok ma dla mnie ta mała książeczka, bez ozdób i secesyjnych winiet, bez powodzi pustego papieru, ze skromnym staroświeckim tytułem: »Poezye«. Zda się, wieje od niej jakaś dziecięca prostota, jakaś subtelna obojętność na błyskotki, na pozę, którą każdy do siebie przykuć się stara oko chwili. Wszystko jedno, czy jeszcze ócz kilka padnie na nią, czy jeszcze ten i ów krytyk raczy na kolanie przyznać talent »młodemu poecie«, bo »młodym« jest przecież każdy, kto pierwszy raz się odzywa, chociażby to co mówi, miało na sobie stygmat odwiecznego, niezgaszonego pragnienia i bólu. Więc Perzyński jest młody. Ale młodość to bolesna, pełna rozterki, na pół zwiędła, jak kwiat w dzień zbyt parny, wlokąca za sobą ciężkie, niby ołów kajdany wspomnienia, podniecana, lecz nie podtrzymywana marzeniem, z jasną samowiedzą w duszy, a przez to niesłychanie szczera i smutna, smutkiem omdlewającym, zniechęconym. Ponad życiem tej duszy unosi się jakaś nieskrystalizowana wizya, niby przeczucie możności innego życia, niby pożądanie przepychu, rozkoszy, szczęścia, zachwytu, rozpusty czy ekstazy, coś niejasnego, co nie daje i nie obiecuje nic, a każe tęsknić, cierpieć i odwracać oczy ze wstrętem od miski strawy, którą podsuwa to życie »bezsłoneczne, szare — którego treścią obiad, dach nad głowę, kąt ciepły, pożywienie zdrowe«. A choć oczy odchylają się z odrazą, ręka nie ma dość siły, aby potargać węzły, odepchnąć przemocą rzeczywistość, która przeklęta, odtrącana jak cień ciągle kroczy, i sen swój wcielić w życie — albo w śmierć, w wielką mistrzynię rozdźwięków. A chwile biegną i spadają gdzieś, skąd cała ta tragedya widziana wydaje się być mniej niż głupstwem, niczem.
Tymczasem wizya plącze się i kala: po nocach bezsennych staje przed nią rozsądek i z cynicznym, a słusznym może uśmiechem plwa na nią, bezsilną, by wyrwać się z jego szponów — i zaręcza: »Będzie pan wesół i zdrów, daję słowo«; barwy jej bledną i sama nie zjawia się już przed oczy, dopóki zmysły podniecone nie ożywią jej i nie nasycą krasami, dopóki na bój nie wyjdzie »dusza z likierem i puder ze łzami«. I niewiadomo doprawdy co gorsze, czy bezustanna walka i szamotanie z jasną świadomością o koniecznej przegranej, czy ostateczna porażka, bezmyślne, gęste, ciężkie ukojenie, zwycięstwo duszy, czy zwycięstwo likieru.
»Źle jest, ojcze duchowny«. Bo wszystko to jest stara piosenka, nastrój przeżyty, dźwięki skazane na zagładę. Gdzieś ktoś, kto wessał w siebie całą rozhukaną butę słowiańską, grozę łupieżczych Germanów, wdzięk wiośniany Hellady, wykuł posąg nadczłowieka, ostalił mu serce na ból własny i cudzy, wolę dał jako piorun — prędką a potężną, i świat oczarowany padł przed nim w zachwycie. Namnożyło się nadludzi i każdy początkować w swej piersi serce, aby się stało jak dzwon spiżowy czyste i dźwięczne, a pod razem gromu nie pękło. Pieśń ich stała się jednym hymnem mocy, tryumfu i powitania, jednem radosnem: Ave Caesar przed nadejściem ideału. To są tryumfatorzy dnia — i jutra. Dźwięk surm zagłuszy brzęczenie pękniętej struny.
Ktoś inny odkopał zamarłe postacie rycerzy, wichrowe echa stuleci wysłuchał i powtórzył, co serca na tej ziemi miały wspólnego w wizyach potężnych z siebie wyrzucił, do trzew ducha naszego po nową mowę, po nowe dźwięki sięgnął. To także jest tryumfator dnia i jutra.
Na poezyę Perzyńskiego nie ma dziś miejsca. W dniach rodzącej się mocy, gdy się wykłuwa pewien ideał, gdy się budzą echa wieszcze, słyszane i pożądane przez wszystkich, ten jęk niemocy, zapatrzenia się w siebie, osobistego bólu i bezładnej dziecinnej tęsknoty przedźwięczy i zgaśnie. Na nic nie zda mu się piękność, na nic wdzięk wiersza, który spływa czystym jak łza rytmem, na nic harmonijna, rozbłękitniona słodycz obrazów — przeleci bez echa. Perzyński jest pogrobowcem tego nastroju, który żalił się w II-giej seryi Tetmajera — dawne, dawne żale. Jest młodszy, więc do zwątpień swych poprzedników Perzyński dorzucił szczodrą garścią młodzieńczą prostotę, jakąś dziwnie niekłamaną szczerość, bezpośredniość, coś jakby głos spowiedzi, pamiętnika.
Źle jest przyjść zawcześnie, ale stokroć gorzej i boleśniej — przybyć zapóźno. Tamci mogą być zwiastunami, czeka ich nadzieja i sława; tym pozostaje tylko tęsknota i zapomnienie. Dlatego bladolica poezya Perzyńskiego jest dwakroć smutna i cicha; jest cicha nietylko dlatego, że o dotkliwych ukrytych łzach swych mówi, ale i dlatego, że wie dobrze, że głos jej niewielu usłyszy, że otoczą ją tylko ci, którym jest bardzo, bardzo bliska. Będą oni tak jak poeta szukali w tych wierszach nie nowych natchnień, ale dawnych wspomnień, nie zachwytów, ale uświadomień, ale przypomnień chwil, które się zatarły, a nie powinny zniknąć. Będą odkładali książkę często, aby pozwolić rozigrać się wyobraźni, aby stanąć chwilę nad zrębem czasu i wzrokiem ścigać mary nieziszczone, nadzieje i tęsknoty, tak dalekie od życia, że niewiadomo, żali zapadły już w przeszłość, czy też jeszcze błyszczą na zorzy przyszłości. Będą przeżywać drugi raz gorzkie chwile rozterki, chwile bezpłodnego, lecz szlachetnego cierpienia; chwile walki dusznej, od której odpoczęli już może w niszczącem błocie samozadowolenia. I zamkną książkę z wrażeniem, że przeszedł przed nimi nie artysta obojętny, nucący zuchwałą piosnkę swego natchnienia, ale duch jakiś bliski, który przed nimi spowiadał się poezyą. Ta poezya wielbicieli sobie nie podbije, zbyt mało jest na to brutalna, zbyt mało bezwzględna, zbyt czuła i miękka; zyszcze natomiast poecie kilku przyjaciół nieznanych, kilku obcych a bardzo bliskich, którzy imienia jego i słów jego nie potrafią zapomnieć.
Powiedziano gdzieś (może Coppée?), że zadaniem poezyi jest uczyć kochać. Jeśli tak, nie jestże najszczęśliwszym poeta, który zmusił nas i nauczył kochać siebie?







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ludwik Bruner.