Podróż naokoło świata w ośmdziesiąt dni/Rozdział XXI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Juljusz Verne
Tytuł Podróż naokoło świata w ośmdziesiąt dni
Podtytuł Zajmująca powieść z życia podróżników
Wydawca Wydawnictwo „Argus“
Data wyd. 1923
Druk Druk. W. Cywińskiego, Nowy Świat 36
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Tour du monde en quatre-vingts jours
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

ROZDZIAŁ XXI.
Ryzykowna jazda. Burza kończy się pomyślnie.

Była to awanturnicza podróż, ta wyprawa ośmiusetmilowa na barce o dwudziestu tonnach. W ogóle morza chińskie są niedogodne dla jazdy zwłaszcza w pierwszych dniach listopada, gdy dmą straszliwe wichry.
Ogromną odwagą ze strony marynarzy było wieźć naszych pasażerów o takiej porze.
Podczas ostatnich godzin dnia, barka Tankadera szła, kołysząc się ciągle, potem znów spokojnie i lekko unosiła podróżnych.
— Niech szanowny pan nie obawia się wypadku, — odezwał się marynarz, — chociaż by nie wiedzieć jakie były wichry, dotrzemy do celu.
— To zawód pana, nie mój, panie marynarzu, ufam panu zupełnie.
Filip Fogg wyprostowany przyglądał się wciąż morzu. Młoda kobieta, usadowiwszy się na przodzie, poddała się nastrojowi wzruszenia, przyglądając się ogromowi morza, ocienionego przez zmrok.
Ponad jej głową powiewały białe żagle, podobne do skrzydeł ptaków. Zapadła noc. Księżyc w pierwszej kwadrze ukazał się na niebie i bladem światłem oblał niebiosa.
Ale zaraz po ukazaniu się księżyca chmury zaległy niebo i marynarz wydał polecenia co do zabezpieczenia barki na wypadek burzy.
Fix drzemał w pokoju i chwilami myślał o sprycie, z jakim Fogg wykręcił się od posądzenia.
Ta podróż naokoło świata, to wspaniały pomysł złodziejski!
Zaś Filip Fogg myślał o swym służącym, tak dziwnie zaginionym. Miał jednakże wrażenie, że biedny chłopak w ostatniej chwili wskoczył do Karnatika i odpłynął. To samo myślała i pani Anda, która żałowała bardzo uczciwego Passepartout. Pocieszali się nadzieją, że znajdą go może w Jokohamie.
Tymczasem barka posuwała się doskonale, a o dwunastej Fogg i młoda kobieta poszli do swoich kajut.
Fix uprzedził ich, kładąc się już o wiele wcześniej, co zaś do marynarza i jego robotników, to ci spoczęli na pomoście.
Nazajutrz 8-go listopada ze wschodem słońca, zrobiono już sto mil.
Barka dosięgła maximum szybkości. Jeśliby powiał wiatr przychylny, mogła przybyć wcześniej niż obiecano.
Pan Fogg i pani Anda zajadali konserwy i biszkopty, nie podlegając zupełnie morskiej chorobie.
Fix został również zaproszony na ucztę i przyznać trzeba, że zajadał z ogromnym apetytem. Żenowało go to trochę, bo i jakże? Korzystać z grzeczności człowieka, którego się śledzi i którego się chce aresztować, to niemiłe.
Gdy zakończono jedzenie, chciał wziąć pana Fogga na stronę, wreszcie wyszeptał:
— Panie...
To słowo „panie“ dusiło go w gardle i zaledwie powstrzymał się od ujęcia tego pana za kołnierz.
— Panie, — odezwał się głośniej, — byłeś pan bardzo uprzejmym, biorąc mnie na wynajętą przez siebie barkę, ale pozwól, że zapłacę ci część wydatku...
— Nie mówmy o tem, — odpowiedział pan Fogg.
— Ale, jeśli ja mogę...
— Nie, panie, — odpowiedział dżentelmen tonem, który nie znosił opozycji — zdarzają się przysługi bez zapłaty.
Fix zamilkł i nie mówiąc już nic do końca dnia, położył się i usnął.
Tymczasem jechano bardzo szybko. John Bunsby miał jaknajlepsze nadzieje. Powtarzał wciąż panu Fogg, że przyjadą do Szangai na czas oznaczony. Cała załoga pracowała z gorliwością, nadzieja nagrody, którą mieli otrzymać, podwajała ich zabiegi. Ale nazajutrz zjawiły się oznaki zbliżającej się burzy.
Marynarz podszedł do pana Fogga i powiedział.
— Czy mogę mówić z panem szczerze?
— Bardzo proszę.
— A więc będziemy mieli silny atak wichru.
— Z północy czy z południa?
— Z południa. Widzi pan. Przygotowuje się tajfun.
— Nie zaszkodzi nam tajfun południowy, jeśli zawieje z pomyślnej strony.
— Jeśli pan tak uważa, nie mam nic do nadmienienia.
Przeczucia marynarza sprawdziły się. W innej porze roku tajfun mógł być niebezpieczny, jednak w porze zimowej mógł przejść bez wielkiego hałasu i strat.
Marynarz przedsięwziął środki przeciw temu szkodnikowi, kazał przymocować żagle, jeden tylko żagiel trójkolorowy rozwiewał się nad barką.
John Bunsby poprosił pasażerów, żeby zeszli do kajut, ale wszyscy woleli zostać na pomoście.
Koło ósmej spadła straszliwa ulewa z wichrem. Barka podniesiona została, jak piórko do góry, poczem unoszona wichrem, gnała na północ. Żadna lokomotywa nie dorównałaby jej w szybkości.
Parę razy groziło jej porwanie przez fale i zatopienie w głębi morza, ale zawsze umiejętne pchnięcie marynarza w porę oddalało katastrofę.
Fix klął ciągle i wyrzekał, ale pani Anda, zapatrzona w spokój pana Fogga, nie bała się również i okazała się godną jego towarzyszką.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.