Podróż naokoło świata w ośmdziesiąt dni/Rozdział XX

<<< Dane tekstu >>>
Autor Juljusz Verne
Tytuł Podróż naokoło świata w ośmdziesiąt dni
Podtytuł Zajmująca powieść z życia podróżników
Data wydania 1923
Wydawnictwo Wydawnictwo „Argus“
Drukarz Druk. W. Cywińskiego, Nowy Świat 36
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Tour du monde en quatre-vingts jours
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XX.
Niespodziewane zniknięcie Passepartout. Wyprawa łodzią do Szangai. Fix towarzyszem podróży.

Podczas opisywanej wyżej sceny, pan Fogg w towarzystwie pani Andy, przechadzał się po ulicach angielskiego miasta.
Od czasu, kiedy pani Anda zgodziła się na wyjazd do Europy, zaczął myśleć o wszystkich drobiazgach, niezbędnych w podróży.
Bo, że on Anglik, objeżdżający świat, mógł wybrać się w podróż tylko z workiem podróżnym, to nic dziwnego, ale kobieta nie mogła w takich warunkach odbywać dalekiej podróży. Konieczność zakupienia ubrań i niezbędnych rzeczy, zajęła umysł Fogga, a gdy przy zakupach młoda kobieta oponowała przeciw rozrzutności dżentelmena, ten wciąż powtarzał jedno i to samo:
Jest to w interesie mojej podróży, i w moim programie.
Po skończonych zakupach weszli do jadalnej sali hotelu, gdzie zjedli obiad, poczem pani Anda, trochę znużona, udała się do swego pokoju, uścisnąwszy przedtem rękę swego wybawcy.
Pan Fogg zaś zatopił się cały w odczytywaniu Times’a i „Nowości Ilustrowanych" Londyńskich. Ale, wiedząc, że parowiec odejdzie z Hong Kongo dopiero nazajutrz rano, nie przygotowywał się do wyjazdu. Passepartout na dzwonek pana Fogga nie zjawił się wcale.
Co myślał dżentelmen, nie znalazłszy swego służącego, o tem nie wiedział nikt.
Pan Fogg wziął walizkę i poszedł szukać powozu.
Była godzina ósma, kiedy powóz zajechał przed hotel i kiedy pani Anda z panem Fogg zeszli na dół.
W pół godziny potem podróżni wysiedli nad brzegiem morza i dowiedzieli się, że parowiec odjechał poprzedniego dnia wieczorem.
Pan Fogg, który liczył niezawodnie na to, że znajdzie tu i parowiec i służącego, zawiódł się bardzo. Ale ani odrobiny zniecierpliwienia nie ukazało się na twarzy podróżnika, gdy zaś pani Anda patrzała na niego z niepokojem, rzekł:
— To wypadek tylko, proszę pani, nic więcej!
W tej chwili osobnik jakiś, który obserwował pana Fogga z zainteresowaniem, zbliżył się do niego. Był to inspektor policji Fix, który ukłonił mu się i rzekł:
— Czy przypadkiem nie jest pan jednym z pasażerów, wczoraj przybyłych na Rangunie?
— Tak, panie, — odpowiedział chłodno pan Fogg, ale nie mam zaszczytu...
— Przepraszam pana bardzo, ale myślałem, że znajdę tu służącego pana.
— Czy nie wie pan, co się z nim stało? — spytała żywo młoda kobieta.
— Jakto? spytał Fix, udając zdziwienie, czyż nie znajduje się on z państwem?
— Nie, — odpowiedziała pani Anda, — od wczoraj nie wrócił. Czyżby wsiadł bez nas do parowca?
— Bez państwa? — powtórzył agent. — A czy państwo również liczyli na to, że pojadą tym parowcem?
— Tak, panie.
— Ja także jestem zrozpaczony z tego powodu. Karnatik naprawiony opuścił Hong Kongo o dwanaście godzin wcześniej bez uprzedzenia nikogo, a teraz trzeba będzie czekać aż ośm dni na wyjazd!
Wymawiając te słowa; „ośm dni“ — Fix uczuwał w sercu ogromną radość. Ośm dni! Fogg zatrzymany przez ośm dni w Hong Kongu! Będzie miał czas na otrzymanie rozkazu aresztowania. Nakoniec zwycięży on, przedstawiciel prawa!
Któż pojmie przerażenie jego, gdy posłyszał, jak Fogg wypowiedział głosem spokojnym te słowa: — przecież są inne parowce w porcie Hong Kongo.
I mówiąc to pan Fogg podał ramię pani Andzie i skierował się ku przystani.
Fix, złamany zawodem, postępował za nimi przybity.
Filip Fogg w przeciągu trzech godzin przebiegał port, aby znaleźć statek do Jokohamy.
Wtem zaczepiony został przez jakiegoś marynarza:
— Czy szanowny pan szuka łodzi?
— Czy ma pan łódź, gotową do wyjazdu?
— Mam, proszę pana № 43 — najlepszą z całej flotylli.
— Czy prędko płynie?
— Bardzo szybko. Czy chce pan zobaczyć?
— Tak.
— Będzie pan zadowolony. Czy idzie o przejażdżkę morzem?
— Nie, o podróż.
— O podróż?
— Czy zobowiąże się pan przewieźć nas do Jokohamy?
Marynarz na te słowa opuścił ręce, oczy zabłysły mu zdumieniem.
— Czy pan ze mnie żartuje?
— Nie, opóźniłem się do Karnatika, a trzeba, żebym był czternastego najpóźniej w Jokohamie, aby wyjechać parowcem do San Francisko.
— Żałuję mocno, — rzekł — ale jest to niemożliwe.
— Ofiaruję panu sto funtów za dzień i nagrodę dwustu funtów, jeśli przybędę na czas.
— Czy to na serjo? — spytał marynarz.
— Zupełnie serjo, — odpowiedział pan Fogg.
Marynarz odszedł na bok. Obejrzał morze, w rozterce pomiędzy chęcią zdobycia olbrzymiej sumy, a obawą zaryzykowania swego statku.
Fix był w śmiertelnej obawie.
Tymczasem pan Fogg zwrócił się do pani Andy.
— Czy nie boi się pani?
— Z panem niczego się nie boję.
Marynarz wrócił znów do pana Fogga i obracał kapelusz w ręku.
— A więc, panie marynarzu? — pytał Fogg.
— Nie mogę, proszę pana narażać ani swoich ludzi, ani siebie, ani pana, biorąc statek o dwudziestu tonnach zaledwie i o tej porze roku.
Wreszcie i tak nie dojechalibyśmy na czas, gdyż do Jokohamy jest 1600 mil z okładem.
— Tysiąc sześćset tylko, — zauważył pan Fogg.
— To wszystko jedno.
Fix odetchnął spokojnie.
— Ale, — powiedział marynarz — jest może jeszcze inny sposób wyjazdu do Jokohamy.
Fix przestał oddychać.
— Jaki? — spytał Pan Fogg.
— Jadąc do Szangai na południe od Japonji. Nie oddalalibyśmy się od strony Chin, co byłoby znacznie bliżej.
— Marynarzu, — odezwał się Fogg, — do Jokohamy jechać muszę, nie zaś do Szangai.
— Czemu nie? — powtórzył marynarz — Parowiec do San Francisko nie wyjeżdża z Jokohamy, port jego jest w Szangai.
— Czy pan jest tego pewnym ?
— Jaknajpewniejszy.
— A kiedy parowiec opuszcza Szangai?
— Jedenastego, o siódmej godzinie wieczorem. Mamy cztery dni przed sobą. Cztery dni to 96 godzin, a z możnością przejeżdżania ośmiu mil na godzinę możemy, o ile morze będzie spokojne, przejechać te ośmset mil, które nas oddzielają od Szangai.
— I może pan zaraz jechać?
— Za godzinę po zakupieniu żywności.
— A więc zrobione. Czy pan jest właścicielem statku?
— Tak. John Bunsby, właściciel Tankadery.
— Czy chce pan zadatek?
— O ile to nie przeszkadza panu...
— Oto dwieście funtów a conto... — Panie, — rzekł Fogg, obracając się do Fixa, — jeśli pan chciałby skorzystać...
— Panie, — odpowiedział Fix — proszę pana o tę łaskę.
— Dobrze. Za pół godziny będziemy na brzegu.
— Ale ten biedny chłopak... — odezwała się pani Anda, którą niepokoiła ogromnie nieobecność Passepartout.
— Zrobię wszystko, co w mojej mocy, aby go odszukać, — rzekł pan Fogg. I podczas, gdy Fix zdenerwowany i wściekły szedł do statku marynarskiego, ci dwoje skierowali się do biura policji w Hong Kongu.
Tutaj Filip Fogg przedstawił rysopis Passepartout i pozostawił dlań pieniądze na wyjazd.
To sam o zrobiono w konsulacie francuskim, poczem powrócono na miejsce, gdzie złożone były rzeczy i po przeniesieniu ich na statek, wyruszono w podróż.
Obsługa statku składała się z czterech ludzi i właściciela. Byli to odważni marynarze, którzy znali morze i nie obawiali się puszczać w podróż nawet wtedy, gdy pogoda nie sprzyjała.
Pan Bunsby, właściciel statku byłto człowiek lat czterdziestu pięciu, wysokiej postawy, silny, z żywem wejrzeniem, wrodzoną inteligencją i wzbudzający zaufanie w każdym.
Filip Fogg i pani Anda wyszli na brzeg, zanim nadszedł statek i spotkali oczekującego już Fixa.
Pan Fogg wprowadził go do pokoju kwadratowego z dywanem pośrodku, na którym stał stół z lampką. Byłto pokoik mały, ale czysty.
— Żałuję, że nie mam lepszego pokoju dla pana — rzekł grzecznie pan Fogg do agenta.
Ten skłonił się, nic nie mówiąc.
Inspektor policji odczuwał coś w rodzaju zawstydzenia, przyjmując usługę od człowieka, którego śledził.
O godzinie trzeciej uniosły się żagle. Sztandar angielski powiewał na szczycie statku. Pasażerowie usiedli na pokładzie. Pan Fogg i pani Anda rzucili ostatnie spojrzenie na brzegi, aby zobaczyć, czy nie widać przypadkiem Passepartout.
Fix miał sumienie niespokojne, obawiał się więc, czy Passepartout nie zjawi się w ostatniej chwili. Ale Francuz nie zjawił się, gdyż z pewnością odurzenie narkotyczne jeszcze nie przeminęło.
W końcu John Bunsby zakomenderował i statek popłynął szczęśliwie ku celowi.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.