Podróż naokoło świata w ośmdziesiąt dni/Rozdział XXII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Juljusz Verne
Tytuł Podróż naokoło świata w ośmdziesiąt dni
Podtytuł Zajmująca powieść z życia podróżników
Data wydania 1923
Wydawnictwo Wydawnictwo „Argus“
Drukarz Druk. W. Cywińskiego, Nowy Świat 36
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Tour du monde en quatre-vingts jours
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XXII.
Passepartout odurzony wypalonym opjum jedzie sam bez swego pana.

Karnatik, opuściwszy Hong Kongo 7 listopada o wpół do siódmej wieczorem, skierował się całą siłą pary ku ziemiom Japonji. Wiózł on z sobą mnóstwo pasażerów i dużo towarów. Dwie przednie kajuty były niezajęte. Były to kajuty, które zamówił Passepartout dla Filipa Fogga i jego towarzyszki.
Nazajutrz rano ludzie pracujący u kadłuba okrętu ujrzeli ze zdziwieniem wychodzącego na pokład człowieka o oku zamglonem, chodzie chwiejnym i twarzą wybladłą.
Człowiek ten usiadł na ławce na pokładzie i zdawało się, iż czeka na kogoś.
Człowiekiem tym był Passepartout. Posłuchajmy, co się z nim stało.
W kilka minut po opuszczeniu przez Fixa karczmy, dwóch chłopców wzięło Passepartout na ręce i zaniosło go na łoże, gdzie spało już wielu palaczy.
Ale w trzy godziny później, Passepartout trapiony przykremi snami, wytężył całą siłę woli, żeby powstać.
Obowiązek zawiadomienia pana Fogga o zmianie pory wyjazdu, podniósł go na nogi.
Opuścił więc pijackie łoże i zataczając się na nogach, opierając się o mury, to wstając, to padając z powrotem, wyszedł z palarni, krzycząc jakby we śnie, Karnatik! Karnatik!
Parowiec stał gotów już do podróży, gdy wbiegł Passepartout i padł nieprzytomny na pokład.
Parowiec wyruszył tejże chwili, a kilku marynarzy podbiegło do biednego chłopca i zaniosło go do kajuty drugiej klasy.
Passepartout obudził się dopiero na drugi dzień rano, o sto piędziesiąt mil od Chin.
I oto powód, dla którego Passepartout znalazł się tego ranka na pokładzie, wdychając pełną piersią świeże powietrze morza.
Zaczęło mu się już rozjaśniać w głowie i nawiedziły go smutne myśli.
Przypominał sobie pijatykę z Fixem, palarnię ect.
— Nie do zaprzeczenia jest, że wpadłem fatalnie!
Co powie pan Fogg? W każdym razie wszak nie spóźnił się na parowiec, a to najgłówniejsze!
— Co do Fixa, — myślał Passepartout, — to napewno uwolniliśmy się od niego, po tem, co mi proponował.
Inspektor policji, detektyw, śledzący mego pana, oskarżonego o kradzież w banku.
Patrzajcie! Pan Fogg jest takim samym złodziejem, jak ja mordercą!
Passepartout namyślał się, czy ma o tem powiedzieć swemu panu?
W końcu postanowił dopiero w Londynie opowiedzieć mu o tem, że tropił go agent śledczy. Naśmieją się wtedy do syta!
Ale teraz najważniejszą rzeczą było wyszukać pana Fogga i przeprosić go.
Passepartout wstał z ławki i poszedł zobaczyć, czy pan jego śpi jeszcze.
Na pomoście nie zobaczył ani pana Fogga, ani pani Andy.
— Naturalnie, pani Anda śpi jeszcze o tej porze, a co do pana Fogga, to napewno gra sobie w wista...
To mówiąc, chłopak wszedł do sali, ale i tam nie było pana Fogga.
Passepartout pozostało teraz jedno, spytać się, którą kajutę zajął pan Fogg.
Odpowiedziano mu wówczas, że niema na okręcie osoby tego nazwiska.
— Przepraszam pana — rzekł Passepartout.
Chodzi mi o jednego dżentelmena, wysokiego, chłodnego, mało udzielającego się, w towarzystwie pewnej młodej damy.
— Nie mamy żadnej damy na parowcu.
Zresztą przeczytaj pan listę pasażerów.
Oto ona.
Passepartout przebiegł oczyma listę. Nie, rzeczywiście, nie było na niej nazwiska jego pana.
Uderzyło to w niego gromem. Potem przyszła mu myśl do głowy.
— Ach! czy jestem na Karnatiku? — wykrzyknął.
— Tak, — odpowiedział posługacz.
— W drodze do Jokohamy?
— Tak.
A więc był na Karnatiku, ale pana jego nie było!
Passepartout upadł zrozpaczony na fotel.
Zrozumiał teraz, że był pijany i nie doniósł panu Fogg o tem, że parowiec wyjeżdża wcześniej. Z jego powodu nie znajduje się tu jego pan i pani Anda.
Była to jego wina, ale większy wszak był występek zdrajcy Fixa, który, aby rozłączyć go z panem, użył podstępu i spoił go tak okropnie.
Teraz biedny pan Fogg zostanie zrujnowany przez niego. Nie wygra zakładu, a może będzie uwięziony.
Na tę myśl Passepartout wyrywał sobie włosy z głowy.
Ach! gdyby teraz Fix dostał się w moje ręce, załatwiłbym z nim rachunki!
Po wybuchach rozpaczy nastąpiła refleksja i Passepartout zaczął rozglądać się w sytuacji nie była do pozazdroszczenia.
Francuz znajdował się w drodze do Japonji. Pewny był, że dojedzie, bo drogę miał z góry zapłaconą, nie wiedział jednak, jak wróci do Londynu.
Kieszeń była pusta, z czego więc żyć będzie i jechać?
Teraz jeść będzie za siebie, panią Andę i pana Fogga, a potem?
Trzynastego parowiec dopłynął do portu Jokohama.
Passepartout przygnębiony wyszedł na miasto i, nie znając go, zaczął iść główną ulicą.
Znalazł się wkrótce w europejskiej dzielnicy o wysokich domach z werandami.
Tutaj, jak i w Hong Kongu spacerowali Amerykanie, Anglicy, Chińczycy, Holendrzy, kupcy, mający różne towary do sprzedania.
Wśród tych ludzi Passepartout czuł się tak obcym, jakby przeniesiony był do kraju Hottentotów.
Miał on jedno tylko wyjście: udać się do konsulatu francuskiego, albo angielskiego w Jokohamie, lecz w takim razie musiałby opowiadać całą historję o swym panu, postanowił przeto probować innych środków do wybrnięcia z tej biedy.
Idąc i szukając okazji zarobienia na życie i wyjazd, zaszedł do innej dzielnicy miasta zwanej Benten, na cześć jakiejś bogini morza tejże nazwy.
Zobaczył tu prześliczne aleje z jodeł i cedrów, wrota święte jakiejś dziwnej budowli, mosty, ukryte między bambusami i krzewami róż, świątynie na wspaniałych cedrowych wzgórzach, meczety, w których mieszkali buddyści i sekciarze, wyznawcy Konfucjusza.
Widział szerokie ulice, na których bawiły się dzieci o różowej cerze i ponsowych ustach mali ludzie, jakby wycięci z jakiegoś obrazu, pieski o krótkich nogach i żółtawe koty, bez ogona, bardzo leniwe i bardzo wypieszczone.
W ulicach wrzało, jak w mrowisku, szli bonzowie z bębnami, oficerowie o kapeluszach śpiczastych z szablami za pasem, żołnierze, ustrojeni w niebieskie mundury z fuzjami, wojownicy mikada w jedwabiach, pielgrzymi w długich szatach, cywilni, z dużemi głowami o włosach koloru hebanu, o twarzach malowanych na biało, nie na żółto, jak u Chińczyków.
Między tłumem spotkać było można kobiety nieładne, stąpające drobnym krokiem, w bucikach z płótna, słomy lub drzewa, z oczami skośnemi, płaską piersią, uczernionemi zębami w eleganckich strojach, zwanych kimono, przepasanych szeroką szarfą.
Passepartout spacerował sobie, przyglądając się sklepom, bazarom, restauracjom, herbaciarniom, w których pijano aromatyczną herbatę z saki, tj. syropem wyciągniętym z ryżu, i palarniom, gdzie nie pali się opjum, jak u Chińczyków, lecz bardzo delikatny tytuń.
W końcu Passepartout znalazł się wśród pól, obsianych ryżem.
Tutaj pomiędzy polami rosły przepyszne purpurowe kamelje, nietylko na krzewach, lecz i na drzewach, wiśnie, śliwki, jabłka, które Japończycy hodują nie tyle dla owoców, ile dla kwiatów.
Cedry majestatyczne, wierzby płaczące okalały drogi, nadając uroczysty wygląd tym wszystkim cudom natury.
Pozatem widzieć tu było można mnóstwo kruków, kaczek, jastrzębi, dzikich gęsi i wielką ilość żórawi, które w Japonji są symbolem długowieczności i szczęścia.
Błądząc tak, Passepartout spostrzegł wśród trawy kilka fijołków.
— Dobrze! — zawołał, — oto będzie mój obiad!
Ale powąchawszy, przekonał się, że nie mają one żadnego zapachu.
— Nie uda mi się nawet żyć zapachem! — pomyślał.
W rzeczywistości, biedny chłopak był bardzo zgłodniały.
Tego dnia, co przyjechał, jadł bardzo wiele, ale błądząc cały dzień po ulicach, poczuł dotkliwy głód.
Z radością zjadłby kuropatwę, sarnę a nawet rybę, ulubiony przysmak Japończyków, ale nie miał sposobu zarobić na obiad.
Postanowił czekać do jutra. A nuż się uda?
Zapadła noc. Ulice opustoszały, przechodzili tylko niekiedy wojskowi i rybacy, dążący na nocny połów ryb.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.