Podróż naokoło świata w ośmdziesiąt dni/Rozdział XXV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Juljusz Verne
Tytuł Podróż naokoło świata w ośmdziesiąt dni
Podtytuł Zajmująca powieść z życia podróżników
Data wydania 1923
Wydawnictwo Wydawnictwo „Argus“
Drukarz Druk. W. Cywińskiego, Nowy Świat 36
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Tour du monde en quatre-vingts jours
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

ROZDZIAŁ XXV.
Passepartout przestrasza krzykiem ptaki. Sprzeczka z Amerykaninem.

Była godzina siódma rano, kiedy pan Fogg, pani Anda i Passepartout wyszli na ląd amerykański, — jeśli można nazwać lądem to miejsce, na które wylądowali.
Passepartout, z radości, że dotknął nareszcie brzegów amerykańskich, wyskoczył z barki, a że deski były przegniłe, noga wpadła mu w otwór. Ze strachu narobił takiego hałasu i krzyku, że aż kormorany i inne morskie ptaki, które gnieździły się na brzegach morza, uciekały z przerażenia.
Pan Fogg wysiadłszy na brzeg, poszedł zaraz dowiedzieć się, o której godzinie odjeżdża pociąg do Nowego Jorku.
Odchodził o godzinie szóstej wieczorem, pozostawał więc cały dzień do obejrzenia miasta. Kazał przeto zawołać powóz, do którego wsiadł z panią Andą, Passepartout usiadł na koźle i powóz ruszył do hotelu Międzynarodowego. Kiedy Passepartout zajechał przed hotel, zdawało mu się, że jest jeszcze w Anglii.
Przedsionek hotelu zajęty był przez olbrzymi bar, rodzaj bufetu, gdzie każdy mógł jeść gratis, co mu się ogromnie podobało: biszkopty, wędliny, zupę z ostryg. Płatne były tylko trunki.
Restauracja hotelu była wspaniała. Pan Fogg z panią Andą zasiedli do stołu, gdzie przynoszono im wyborowe potrawy na lilipucich półmiskach.
Usługiwali im murzyni.
Po śniadaniu Filip Fogg z panią Andą opuścili hotel i udali się do konsula angielskiego dla wizowania paszportu. Na chodniku spotkał Passepartout, który pytał swego pana, czyby nie zakupić trochę karabinów albo rewolwerów. Słyszał bowiem, że czasem dzicy napadają na pociągi.
Pan Fogg powiedział, że jest to zbyteczne, ale, że może kupić, jeśli sobie tego życzy.
Filip Fogg nie zrobił jeszcze dwustu kroków, kiedy naraz spotkał Fixa, który udał wielkie zdumienie na widok swego znajomego z podróży.
Jak to? jechali razem i nie spotkali się? Teraz wraca do Europy, gdyż ważne interesy go tam wzywają i rad, że będzie miał tak miłe towarzystwo.
Pan Fogg odpowiedział, że zaszczytem będzie dla niego podróżowanie z panem Fixem i tak mówiąc sobie grzeczności, poszli oglądać miasto.
W głównej ulicy posłyszeli jakiś zgiełk, krzyki, wywoływanie dwóch nazwisk. Zrozumieli, że to zebranie.
Odeszli więc na stronę i usiedli na schodkach.
Naraz cały ten tłum rzucił się w ich stronę. Zaczęła się bójka na dobre, latały w powietrzu buciki, kije, zjawiły się nawet w rękach rewolwery.
Pan Fogg, pani Anda i Fix wstali, żeby odejść, ale w tem tłum runął na nich i dostało się im parę ciosów.
Ochraniając panią Andę i pana Fogga, Fix dostał porządnie pięścią.
— Yankes! — odezwał się pan Fogg z pogardą.
— Anglik! — odpowiedział mu przeciwnik.
— Wynajdę pana! — rzekł Fogg!
— Imię pana?
— Filip Fogg, a pana?
— Kolonista Proctor.
Tłum rozszedł się, Fix zaś podniósł się z ziemi pobity i w poszarpanej odzieży, Fogg także miał ubranie podarte.
Musieli iść do magazynu i kupić nowe garnitury.
O szóstej godzinie wieczorem podróżni wyjechali do Nowego Jorku.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.