Podróż naokoło świata w ośmdziesiąt dni/Rozdział XXVI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Juljusz Verne
Tytuł Podróż naokoło świata w ośmdziesiąt dni
Podtytuł Zajmująca powieść z życia podróżników
Data wydania 1923
Wydawnictwo Wydawnictwo „Argus“
Drukarz Druk. W. Cywińskiego, Nowy Świat 36
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Tour du monde en quatre-vingts jours
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

ROZDZIAŁ XXVI.
Podróż po wspaniałych ziemiach Ameryki. Pochód stada bizonów hamuje dalszą drogę.

Wagon, zajęty przez pana Fogga, był rodzajem długiego omnibusu, opierającego się na czterech kołach. Wewnątrz mieściła się bez żadnego komfortu mała toaleta tylko dla dam i druga dla mężczyzn. Przez całą długość wagonów, można było sobie spokojnie spacerować, przejścia z jednego wagonu do innych były zupełnie bezpieczne.
Były tam i wagony restauracyjne i salony i kawiarnie, brakło tylko teatru.
Ale urządzono wkrótce widowisko, które i ten brak zastąpiło w zupełności.
W przejściach krążyli wciąż handlarze książek i pism, zachwalający swój towar i kupcy, sprzedający likiery, cygara, wodę gazową i t. p.
Podróżni wyruszyli ze stacji Okland o godzinie szóstej wieczorem. Była już noc, noc zimna, ciemna, z niebem zasnutem chmurami, zapowiadającemi lada chwila śnieg. Pociąg szedł z niewielką szybkością, rozmawiano w wagonie wesoło, dopóki sen nie skleił oczu podróżnych.
Passepartout siedział obok Fixa, ale nie rozmawiał z nim zupełnie. Od ostatniej rozmowy z nim stosunki ich bardzo ochłodły. Zanikła wzajemna sympatja i zaufanie.
Fix nie zmienił w niczem swego postępowania, ale Passepartout trzymał się zdala od agenta i gardził nim.
W godzinę po wyruszeniu pociągu, spadł śnieg, — śnieg drobny, który nie mógł zaszkodzić szybkości pociągu.
O godzinie ósmej wszedł urzędnik kolejowy i oznajmił, że czas układać się do snu. Byłto bowiem wagon sypialny, który w kilka minut zamienił się na sypialnię.
Uniesiono w górę ławki, a za ich poruszeniem, wyskoczyły ukryte we wnętrzu poduszki i każdy z podróżnych miał do swej dyspozycji wygodne łóżko, osłonione w dodatku firanką. Prześcieradła były bardzo czyste, poduszki miękkie.
Pozostawało tylko położyć się i usnąć, co też każdy z przyjemnością uczynił.
Wyjeżdżając z Sakramento, pociąg przejechał olbrzymie Sierra Newada i zatrzymał się na minutę na stacji Cisco. W godzinę potem sypialnia zmieniła się znów w zwykły wagon i podróżni przyglądać się poczęli górzystym krajobrazom.
Droga była fantastyczna i urozmaicona.
Tu góry, tam przepaście, tam znów most nad rzeką.
Pociąg spuszczał się, to znów wznosił na wzgórza.
Gwizd olbrzymiej lokomotywy mieszał się z hukiem wodospadów i potoków, koło których, lub nad któremi przejeżdżali nasi podróżni.
Zamęt, hałas, szybki bieg pociągu łączył się z poświstem wichrów i uderzeniami kół o skały, wyżłobione na tunel.
Około godziny dziewiątej, przez dolinę Karson, pociąg wpadł do Stanu Newada, zawsze kierując się ku północo-wschodowi.
W południe zatrzymali się w Reno, gdzie podróżni spożyli śniadanie.
Od tego punktu droga szła wciąż na północ, poczem skierowała się na wschód.
Po śniadaniu pan Fogg i pani Anda zajęli znów swe miejsca w wagonie.
Przyglądali się oni przepysznym widokom, które przebiegały przed ich oczyma, a więc obszernym łąkom, górom i wodospadom, rzucającym w przepaście swe pieniste wody.
Czasem widać było stada bizonów, które bardzo często zatamowują przejście pociągom i stają się powodem katastrofy. Teraz również stado, składające się z jakichś dziesięciu do dwunastu tysięcy sztuk przechodziło przez szyny. Lokomotywa nie odstrasza ich zupełnie swym gwizdem, trzeba było więc czekać, aż przejdą.
Bizony przechodziły wolno, wydając od czasu do czasu jakieś beczenie i cichy ryk. Miały one postawę wyższą od zwykłych byków, nogi i ogon krótkie, na plecach garb, rogi zakrzywione, głowę, szyję i plecy, pokryte długą sierścią.
Ani sposób było powstrzymać tych bizonów w ich marszu. Byłto potok żywych ciał, którego się nie da zahamować w biegu. Podróżni, rozproszeni w przejściach, przyglądali się temu widowisku.
Ale Filip Fogg siedział spokojnie, nie denerwując się bynajmniej tą przeszkodą w podróży.
Passepartout był wściekły na bizony, że opóźniają przybycie do celu, i chciał użyć rewolweru na przerwanie pochodu.
— Cóż to za kraj! — wołał w pasji, — zwykłe byki zatrzymują pociągi! Idą sobie procesjonalnie, ani myśląc uciekać przed lokomotywą.
Ciekawym, czy pan Fogg przewidział taką przeszkodę!
A i ten niezdara maszynista, żeby bać się puścić pociąg na bestje!
Maszynista nie myślał walczyć z bizonami i miał rację.
Rozbiłby zapewne pierwsze szeregi zwierząt, ale nie mógłby przemóc dalszych i lokomotywa napewno byłaby zniszczona. Najlepiej było czekać cierpliwie, a potem szybciej pędzić, aby dogonić czas stracony.
Trzy godziny trwał pochód bizonów i jeszcze się nie kończył; wreszcie o dziewiątej i pół wieczorem pociąg ruszył, przebiegając terytorjum Utah, krainę Słonego jeziora i ciekawy kraj Mormonów.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.