Policzek (Liciński, 1917)

<<< Dane tekstu >>>
Autor Ludwik Stanisław Liciński
Tytuł Policzek
Pochodzenie Halucynacje
Wydawca Księgarnia K. Wojnara
Data wyd. 1917
Druk Drukarnia Ludowa w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

Nazywali go warjatem (bzik w skróceniu). Cierpiał podobno manję prześladowczą.
Właściwie unikał ludzi i nie ufał im.
O ile mogę zapamiętać, nie miał ani jednego bliższego znajomego. Nie rozumiem po prostu, w jaki sposób mogliśmy się zbliżyć do siebie. Jednak zbliżyliśmy się...
Był przyprószony siwizną i starczo zasuszony. Ze mnie życie dopiero zaczęło zwiewać rumieńce... Byłem wyrostkiem zaledwie. Ot i sprzęgliśmy się... Na brukach dużych miast zdarzają się takie kombinacje... Dzieliliśmy się nieraz pieniędzmi lub tytoniem... Czasem nawet jadaliśmy razem obiady. Częściej nie jadaliśmy wcale, ale to nie zawsze robiło nam różnicę.
Chciał, zdaje się, stworzyć wielką statystykę znanych prokuratorjom zgwałceń... W tym celu czytywał pilnie wszystkie europejskie dzienniki i wiecznie robił notatki.
Poza tym był zwolennikiem czystej miłości i przymierał z głodu. W wolnych od tych zajęć chwilach, pisywał do zagranicznych pism korespondencje i niekiedy otrzymywał nawet honorarja.
Nauczył mnie pijać czarną kawę i używać do papierosów dwa razy jedną tutkę.
Nie lubiłem go za jego małomówność i podejrzliwość.

∗             ∗

Jednego dnia wziął kij do garści i, kiwnąwszy mi głową na pożegnanie, poszedł... Nie było go dwa dni...
Czułem śmiertelną nudę... Co parę godzin przychodziłem do jego mieszkania, by się dowiedzieć, czy jeszcze nie wrócił?
Brałem klucz od stróża, otwierałem drzwi i czekałem.
Do tego jeszcze zacząłem odczuwać przykry brak pieniędzy. Drugi dzień nic nie jadłem.
Postanowiłem za jakąbądź cenę najeść się.
Wzrokiem głodu mierzyłem i oceniałem wszystkie sprzęty mego przyjaciela. Nie wiedziałem jeszcze, że popełniam kradzież. Instynkt tylko ciągnął mnie do rzeczy drobniejszych, łatwiej dających się ukryć.
Zdarłem z łóżka prześcieradło i, owinąwszy je w papier, wyszedłem. Sprzedałem je handlarzowi.
Ponieważ do mego mieszkania było zbyt daleko, zapasy żywności zniosłem na miejsce kradzieży.
Była właśnie pełnia... Jadło rozłożyłem na stole i przy świetle księżyca zacząłem je żreć...
Drzwi otworzyły się cicho — ktoś wchodził. Spojrzałem — był to mój przyjaciel. Nazywali go warjatem (bzik — w skróceniu).
Był okryty kurzem. Kijek trzymał pod pachą i, nie zdejmując jeszcze kapelusza, śmiał się pełnym niekłamanym zadowoleniem.
— A haha... co? hahaha... jakże?... haha..
W oczy zajrzało mi upokorzenie.
— Co to? Wędlinka? — mówił rozpromieniony — niezrównanie! Właśnie głodny jestem jak pies... Niema świecy?
— Zdaje się, niema.
— Tym lepiej: księżyc... Oh! jaki świat miły!
Drwi! chce zabić szyderstwem! — pomyślałem.
— Panu dziś dopiero miło? — rzuciłem z ironją — to dziwne!
Ogarnął mnie suchym zezowatym podejrzeniem.
Głos mu schropowaciał.
— Czy pan tu długo siedzi? — spytał.
Zaśmiałem się...
— Tyle właśnie, ile mi było potrzeba... Co? A pan chce się bawić w kotka i myszkę? Mnie się taka zabawka może nie podobać.
Posmutniał... Patrzył na mnie z jakąś bolesną nieśmiałością.
— Przepraszam pana — mówił powoli. — Ja to rozumiem, tylko czasem muszę być sam. Musiałem iść, więc poszedłem. Panu samemu podle tu było? — wiem.
Głuchy wstyd połamał we mnie wszystkie myśli.
— Gdzie pan był? — spytałem cicho.
— Na powietrzu, od wioski do wioski, panie! Cała ziemia kwitnie... Panuby także potrzeba. Lubi pan zsiadłe mleko? obdarte bachory? co? Tamby się całe lato kąpać w tych sadkach... Nawet nie wiele kosztuje. Nasz chłop oddaje swoją strawę byle za co... Cóż? kiedy i na to niema!
— A poszedby pan po żebraninie? — spytałem.
Wykrzywił się.
— Gdzie pan upolował taki pomysł?
— Przeraża pana?
— Nie! zdziwiło tylko — czekaj no pan... Dla nowości chyba? co? ale i to nie... Z rozpaczy? — także nie! Ukraść, zabić... — to jeszcze... to prędzej w pańskim stylu. Ale ostatecznie i to więcej w fantazji, niż w czynie.
— Ale zawsze mój styl? prawda? mój?
Klepnąłem go ni z tego, ni z owego po ramieniu i zacząłem się śmiać.
— Co? mój? widzi pan! — powtarzałem — jednak mój i jednak styl.
Ruszył ramionami.
— Co to właściwie takiego śmiesznego?
— Ba! właśnie! w tym cały sęk... hahaha... cały rosół, że tak powiem... hahaha...
Niezwalczony, męczący atak śmiechu zatrząsł mojemi ramionami. Wykrztuszałem jakieś monosylaby, ale słowa nie chciały się już okrąglić, — mięły się w zygzaki.
Przyjaciel patrzył na mnie ze zdziwieniem... Później zaczął się uśmiechać... Później podszedł do łóżka i podniósł kołdrę.
Spojrzał na siennik ogołocony z prześcieradła, chwilę stał w zdumieniu i poszedł spokojnie ku szafie.
Wyjął czyste prześcieradło, rozpostarł je na sienniku, zaczął się rozbierać.
Przestałem się śmiać... tylko jeszcze łzy ocierałem z oczów i powtarzałem:
— A niechże pana... A niechże pana...
Wkońcu nastało milczenie.

∗             ∗

Siedziałem oparty na stole. On leżał w łóżku...
Nie patrzył na mnie, ale nie spał.
— I cóż? — spytałem — zrozumiał pan teraz?
— Zrozumiałem — odparł — jesteś pan zdenerwowany.
— Tylko?
— Nie wiem...
— Czy pan zauważył w swoim mieszkaniu kradzież? — spytałem szorstko.
Podniósł się z pościeli, wsparł głowę na ręku.
— Pan ma dziś niezmiernie ciekawy dzień — mówił.
— O tak, bez wątpienia.
Siadłem przy nim na łóżku i mówiłem szeptem:
— Ukradłem dziś panu prześcieradło... Sprzedałem je. Ot widzisz pan tę wędlinkę? — to prześcieradło. A teraz mów pan, czyś pan poznał brak skradzionej rzeczy?
Kręcił głową i, przymrużając oczy, mówił:
— Niezmiernie, niezmiernie ciekawy ma pan dzień.
— Panie! czy pan słyszy? Pan mnie musi odpowiedzieć! — mówiłem coraz gwałtowniej.
Wykrzywił się bolesnym uśmiechem.
— Pan mnie przykrość robi — odparł.
— Więc czemu mnie pan dręczy?
— Nie rozumiem... nie rozumiem... — powtarzał. — O co idzie? Jakie znaczenie może mieć prześcieradło? Właściwie, co mnie to może obchodzić, czy pan je sprzedał, lub nie? Dajmy na to, że jest pan głodny i sprzedaje jedno z moich prześcieradeł... Cóż z tego wynika? Poco mi pan bryzgasz w oczy takie słowa, jak „kradzież“. Jesteśmy chyba przyjaciółmi.Z cyklu „Halucynacje“ .
— Więc sprzedałem pańskie prześcieradło, czy nie? — krzyknąłem w najwyższym rozdrażnieniu...
— Dajmy na to, że je pan nawet sprzedał... — mówił niecierpliwie.
— Panie! — wtykałem mu niemal w same uszy. — Mnie nie obchodzą żadne „dajmy na to“... Chcę kategorycznej odpowiedzi... Ukradłem, czy nie ukradłem?
Podniosło się w nim oburzenie.
— Ależ pan mnie tyranizuje — zawołał, rozkładając ręce i siadając na łóżku.
Palcami wdarłem się w jego chude ramiona i zacząłem trząść niemi w paroksyzmie niecierpliwości, jak się potrząsa gruszą, aby ją ogołocić z owoców.
— Żądam odpowiedzi... słyszy pan?
Zwinnym małpim ruchem odepchnął moje ręce, skoczył na podłogę i, przewracając krzesło, uciekał w śmiesznych susach na środek pokoju.
— To jest formalny gwałt! — krzyczał jakimś przyciętym głosem.
We mnie zbudziło się wtedy najbrutalniejsze zwierzę.
Najpodlejsza rdzeń człowieka zapanowała uczuciem i instynktami. Stałem się najmniej i najwięcej samym sobą.
Podbiegłem do przyjaciela i wyciąłem go w twarz.

∗             ∗

Całą noc tułałem się po mieście. Śladami mojemi stąpał mój wstyd. Starałem się zagłuszyć jego kroki i zatykałem uszy mej Boleści. Wstyd nie odchodził... Siadałem na kamieniach samotnych ulic i wyciągałem ręce do niebezpieczeństw. Ulice były ciche i milczące, a koło mnie nikogo nie było krom mojego bólu. Szybkiemi krokami postanowienia zbliżałem się do domu zelżonego przyjaciela i zamierzałem go rozbudzić. Sam nie wiedziałem poco? Ale w ostatniej chwili ręce odpadały od zamiaru i czułem się jeszcze smutniejszy.
Tak przebyłem noc...
Ranek obluzgał mnie promieniami światła, a wstyd mój stępiał i zawiądł... Patrzyłem nań, jak się patrzy na nieuniknioną szubienicę.
Znużone jęki ogłuchły i dały się kierować rezygnacji. Wszedłem do przyjaciela...
Nie spał... Długie godziny męczącej nocy pobieliły mu twarz długiemi żółtemi smugami. Pod okiem siniała plama otrzymanego policzka.
Blademi nieruchomemi oczami patrzył w siebie.
Przyjściu memu nie zdziwił się, ale nie mówił ani słowa. Siadłem przy nim na łóżku... Obaj milczeliśmy... I tak trwało długo...
Spojrzał na mnie cicho, jak skarcone dziecię i wyszeptał:
— Wiedziałem, że pan przyjdzie.
Milczałem ciągle.
Po twarzy jego przebiegały jakieś ponure cienie.
Zadrgały i zsunęły się... Oczy zbladły i wykrzywiły się, jak się wykrzywiają usta.
W głosie zadrżała jakaś niezmierzona, tajemnicza trwoga.
— A co jest najstraszniejsze — mówił — to ten fatalizm.
— Pan wie o tym? pan wie? — zawołał gwałtownie — że ja już pięć takich policzków otrzymałem. Pięciu przyjaciół i od każdego policzek! Każdy policzkiem zrywał... Jak z psem. Idź pan, idź pan! Jutro pan przyjdź, pojutrze... ale nie dzisiaj... Zrozumiałem pana... wiem wszystko... Jabym także wypoliczkował. — Jednak odejdź pan!...
Ująłem lekko jego dłoń i rzekłem:
— Uspokój się pan...
— Uspokoić? haha... I tamci to samo mówili... Fatalne! Podli! dzicy! Tfy!...

Plunął przed siebie, jakby w kierunku stojących tam pięciu przyjaciół... Obejrzałem się bezwiednie zdało mi się, że tam opluci stoją ci wszyscy „podli i dzicy“. I długo potym wycierałem na czole widmo tej rozprysłej śliny...




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ludwik Stanisław Liciński.