Popioły/Tom drugi/Dziwak

<<< Dane tekstu >>>
Autor Stefan Żeromski
Tytuł Popioły
Podtytuł Tom drugi
Pochodzenie Pisma Stefana Żeromskiego
Wydawca J. Mortkowicza
Data wyd. 1925
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom drugi
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
DZIWAK.

Tylko kilka dni młodzi panowie zabawili w Olszynie. Krzysztof wyrywał się do swoich Stokłosów, folwarku odległego o dobre pięć wiorst od Olszyny. Aczkolwiek dobrze mu było w domu rodzicielskim, pragnął przecież pochwalić się przed Rafałem swą własną chudobą i uwolnić go od dość ceremonialnego życia we dworze.
Pojechali nareszcie. Folwark leżał w lasach, między dwoma płaskowzgórzami, a w dolinie niewielkiej rzeczki, wpadającej do Wisłoki. Trudno było wyobrazić sobie coś piękniejszego nad owe lasy. Każdy parów napełniony był ostępami buków, dębów, brzóz, grabów, klonów. Każdy pagórek był pięknym parkiem. Teraz, na jesieni owe wzgórza i wąwozy płonęły od żółtej i rdzawej barwy. Jadącemu tamtędy pierwszy raz serce biło ze wzruszenia. Zdawało się, że płomienie i dymy kłębią się, buchają z tych wyniosłości i rozdołów. W głębi kryły się zimne polanki, tem zieleńsze, im bardziej płomienistą była barwa zwisających liści. Sam dwór w Stokłosach stał w lesie, między sosnami, na wysokim brzegu rzeki. Dach jego był już mocno zmurszały, wielokroć reparowany świeżym gontem, a mocno tu i owdzie wygięty. Modrzewiowe ściany zasuwały się w ziemię. Dookoła rozsiadał się ogród, przechodzący w las. Tuż za oknami kwitły, podobnie jak obok chłopskich chałup, wysokie malwy, żółte, albo brunatne georginie, jasne nagietki i ogniste krzaki nasturcyi. Gdy bryczka zatrzymała się przed gankiem, na spotkanie przybywających wyszedł jegomość średniego wzrostu, zawiędły, w wieku, który trudnoby było określić, gdyż mógł wahać się między czterdziestym a sześćdziesiątym rokiem życia. Twarz miał smagłą, ciemną. Gęste jego włosy, związane były staromodnie, z niemiecka, w tyle głowy. Wystający, cienki nos sterczał nad ustami tak wązkiemi, że stanowiły niemal linijkę. Podobnie oczy znać było jakoby dwie szpary pod czarnemi i grubemi brwiami.
Jegomość ów miał na sobie dosyć dziwaczne ubranie, bo żakiet, niegdyś wykwintny, krojem francuskim, z jedwabnemi wyłogami i kamizelką, a na nogach grube buty z cholewami do kolan, dobrze łojem smarowane dla uchronienia stóp od wilgoci. Zamiast żabotu, niezbędnego przy francuskim surducie, miał szalik wełniany, obwiązujący kołnierz koszuli najzupełniej sarmackiego kroju.
— Upadam do nóg pana hrabiego!... — wołał, schodząc ze stopni ganku bez zbytniego pośpiechu. — Nareszcie pan hrabia raczył sobie przypomnieć dziedzinę swoją... cha-cha!... Pewny już byłem, że pan...
— Hrabia... — dorzucił Cedro.
— Że pan... cha-cha! — nigdy do nas nie zjedzie.
Było rzeczą oczywistą, że podkreślał owe tytuły i że z nich właśnie śmiał się tak wesoło. Ku zdumieniu Rafała Krzysztof począł śmiać się również, choć nieszczerze i z przykrością.
— Witam i ja pana posła, dobrodzieja mojego, mentora... Jakże cenne zdrowie?... — krzyczał, wyskakując z bryczki.
— Pan hrabia łaskawość swoją roztaczać raczy, jako to słońce. Miło mi jest ogrzać się w promieniach łaski.
— Pan poseł siwiejesz nie na żarty...
— Z trosków o dobro pańskie... cha-cha... Ośmielę się zapytać nawzajem o zdrowie... choć to od iednego rzutu oka widać, że tyjemy na niemieckim chlebie...
— Czy być może?
— Prawdę mówię. Zupełny butrym!
— Cha-cha!... — śmiał się Krzysztof, stając naprzeciwko i biorąc się pod boki.
— Jakże ja się cieszę!
— Pozwoli pan poseł dobrodziej, że mu przedstawię przyjaciela a najbliższego socyusza od serca, kolegę z lat szkolnych, i że poproszę dla niego o gościnę w Stokłosach. Jest to imć pan Rafał Olbromski. Rafałku — imć pan Szczepan Nekanda-Trepka, ci-devant posiadacz wielkiej fortuny, którą na polityczne interesa przefacyendował, prawie poseł na sejm, wielki peregrynant, wolteryanista, encyklopedyk, tudzież szyderca z rzeczy, że się tak wyrażę...
— Cieszę się mocno z poznania przyjaciela pana hrabiego i służby moje pokorne polecam. Zarazem muszę zaprzeczyć nadawanej godności: nigdy w izbie poselskiej nie byłem.
— Ale mogłeś być. Był wybrany... Ale uważasz, upór, coś tego... cyrkumstancye...
— Zbyt wysoka godność, jak na chudopacholski rozumek. Nec sutor... A co do uporu, to może i prawda. Twarde łby i karki rodziła nasza ziemia lubelska. Proszę pokornie do pokojów...
Weszli do izb wybielonych wapnem, o małych oknach i wielkich belkach, podtrzymujących powałę. Szare, drewniane sprzęty, bardzo dawne karła, stoły, ławy i szafy były w porządku utrzymane. Krzysztof Cedro zrzucił płaszcz z ramion i objął Trepkę serdecznie a czule. Śmieli się obadwaj do rozpuku, leżąc w ramionach.
— Długo też pan hrabia myśli zabawić w tej dziurze?
— O, długo, stary adherencie dyabłów, bardzo długo! Włazimy ci na kark obadwaj oto z Rafciem. Będziemy gospodarowali. Bierzemy się do roli.
— Pan hrabia także!
— Sądzisz może, Szczepanku, że tylko ty masz prawo do gospodarki na roli dlatego właśnie, żeś swoją lekkomyślnie puścił z dymem?
— E, cóż tam moje sądy! Oto przyjaciel pana hrabiego mógłby w istocie myśleć, żem wielką jakowąś fortunę dyabłom przyniósł w ofierze. Bynajmniej! Mierna to była, pośrednia fortunka szlachecka. Fenomena klimatyczne, tudzież inne, zmniejszyły jej okrągłość, a ostatecznie lubelski upór popchnął wyż wzmiankowaną Wólkę z przyległościami nad nieprzyjemną rzekę Kocytus. Dziś niemasz dla mnie nic z niej innego okrom pragnienia, ażeby teraźniejszy właściciel udławił się jej dochodami. Oto wszystko.
— Nie wszystko. Opowiedz historycznie.
— Treść nie warta formy. Chyba na rozkaz hrabiowski. Byłem właśnie w stadyum peregrynacyi po obcych krajach, kiedy z mego dziedzictwa zostało jeno pewne quantum druków, traktujących o uzdrowieniu tego, co już było na dobre strupieszało w grobie. Wówczas ten oto, tutaj przytomny rodak, imć pan Krzysztof Cedro, spotkawszy mię w ciężkiej opresyi na ryngach wiedeńskich, zaprosił po sąsiedzku. Chodź, prawi, stary włóczykiju, na rezydenta do Stokłosów... Poszedłem volens nolens. Co większa, fornalów posłał aż do Wólki i ze starego lamusa zabrane kazał przywieźć dwa półkoszki druków, oraz skryptów do tego oto Tusculum. Słyszane rzeczy? Przybywszy ja zaś personaliter, aby pożegnać paterna rura i zapłakawszy...
— Tyś zapłakał, szyderco!...
— A obaczywszy siedzącego w pradziadowskiem gnieździe szczygiełka, udałem się za książkami i razem z niemi znalazłem gościnę...
— Żebyż to gościnę! Zaczął się tu, Rafałku, rządzić, jak szara gęś! Włada majątkiem, wtrąca się w interesa całego dominium, rachuje nas, jak fiskus, akcydensa wydziela, jak skąpy dziadzio. Toż z Wiednia musiałem go zasypywać słodkimi listami, żeby mi przysłał choć parę czeskich na makagigi. Pędza nam mandataryuszów tak dalece, że ani jeden wytrwać przy nim nie może...
— Przesada!
— W sztuce ekscytowania pejzanów przeciwko zwierzchności gruntowej przeszedł samych urzędników krajzamtu. Chaty im buduje z pałacowatemi oknami, felczerów sprowadza, gdy się w karczmie pokrwawią, dni na pańskiem zmniejszył usque ad absurdum...
Trepka cmokał ustami.
— Ale co najzabawniejsza... cha-cha!... szkołę umyślił wybudować tu w Stokłosach. Sam powiedz, Rafałku, mogęż pozwolić na takie marnowanie mienia? Sam ja tu teraz popatrzę na twoje sprawki!
— Naprzód trza było waści same sprawki obaczyć we wzorze. Ale tego w Wiedniu nie znajdzie.
— A gdzież to trza jeździć, żeby obaczyć? Do Paryża?
— Nie, na honor, tylko do Puław, do Włostowic, do Pożoga, do Końskowoli, Celejowa... cha-cha!... — śmiał się Trepka.
— Cóżbym zobaczył w owej Końskowoli?
— Wielką kulturę. Jak mamę kocham! Wielką polską kulturę... Warsztat pracy dawno już rozpoczęty, a sprawki dokonane. No, ale potem trza być wielkim panem... Mały panek polski szuka czego nie zgubił po całym świecie, a jeśli co znajdzie, to...
— Tytuł hrabiowski... — rzekł Cedro do Rafała.
— A waszmość również z Wiednia zstępujesz w te powiaty? — zapytał Rafała.
— Nie, on nie z Wiednia, tylko z Warszawy.
— Reprezentanci dwu stolic na mnie jednego. Eheu me miserum!
— A jakże też pan hrabia myśli brać się do roli, jeśli spytać wolno?
— Rękami, chudopachołku, rękami i nogami.
— Nowe jakieś podrygi mody wiedeńskiej?
— Niech sobie będzie...
— Pewnie jaki Turn-Taxis zakopał się w swoich folwarkach, i teraz moda runęła na młodzież.
— Jakbyś wiedział. Powinieneś chodzić po odpustach i zbierać cwancygiery za prorokowanie.
— Kiedyż znowu z powrotem do naddunajskiej stolicy?
— Nic nie wiadomo. Aj, Nekando, Nekando! żebyś ty wiedział...
— Do dyaska!... Cóż takiego?
— Żebyś ty wiedział, jak ja jestem znudzony... Powiedz-no mi, braliście też już psy w pole?
— Tędy go wiedli!...
— Mów-że!
— Brać się brało.
— Lotkę?
— Była Lotka, był i Doskocz.
— Któż jeździł?
— Ja, nie chwalący się i Grzesik.
— Powiedz-że, na czemże ty jeździłeś?
— Na karym.
— Mój koń kochany! Chodzi?!
— Chodzić chodzi!
— A czy ja z mojemi ślepiami nie zwalę się z niego pierwszego dnia?
— Kon uważny, mądry... Reszta zależy od jeźdźca.
— A w której też stronie zakładaliście?
— Od Jałowcowego smugu ku Bielom.
— Paradne pole! Rafciu, będziemy szaleć co się nazywa! Powiesz mi, co myślisz o moich, chartach...
— Charty! — zapalił się Trepka, aż mu oczka zabłysły: — charty lekkie, jak upiory!
— No, mości panie pośle, cóż tam teraz badasz, studyujesz? Powiedz prawdę.
— Pan hrabia przybywasz z jednej ze stolic świata i mnie, chudeusza, wypytujesz o nowiny? Toż ja winienbym dowiadywać się czegoś nowego!
— Wiesz dobrze o mnie, że nie jestem szczurem książkowym; więc czego się ze mną droczysz! Jeżeli chcesz nowin, to ci o jednej wspomnę: przywiozłem ci w darze taki sztucer dziwerowany, jakiego jeszcze twoje oko nie oglądało na tym padole. Teraz na ciebie kolej: mów, co czytasz?
— Sztucer... — szepnął Trepka, przymrużając oko: — to mogłoby być ciekawe. Ale gdzież on jest?... niech go obejrzy moje oko na tym padole! Co do mnie, to czytam sobie naprzemiany... Raz odczytuję jakiś rozdziałek z «Miasta mistycznego» Maryi Agreda a Jesu, to znowu dla odmiany jakieś kazanko księdza Łuskiny... Oto i wszystko.
— Ty wolteryanisto! czytujesz księdza Łuskinę... Ktoby cię nie znał, toby cię kupił. Toż lada dzień dyabeł cię porwie w nocy i tylko kałuża mazi w tem dworzyszczu po tobie zostanie.
— Pan hrabia żartuje sobie nieprzystojnie.
— Skończ-no, proszę cię, z tym hrabią!...
— Albowiem?
— Trepka! żebym ja ci kości nie nadwerężył...
— Może tedy można pana tytułować przynajmniej szwabskim, niemieckim, austryackim hrabią, bo jakże tak bez niczego?... Nie przystoi szlachetce na dwu wioskach w Zachodniej Galicyey być bez tytułu, a cóż dopiero dziedzicowi tylu kluczów!...
— Nie jestem ani niemieckim, ani żadnym innym! Nie jestem wcale hrabią! — zawołał, rumieniąc się dziewiczo. — Wiesz sam dobrze, że to ojciec mój życzył sobie tego tytułu, no więc, przyznasz... musiałem... Ma, czego pragnął.
Trepka spuścił głowę i z podełba świdrował Krzysztofa ironicznie spojrzeniami. Ostra drwina czaiła się w jego wargach zaciśniętych, jakby na zamki zawartych.
— Cóż tak patrzysz? — krzyknął Cedro.
— Patrzę i tyle.
— Nie radzę zbyt długo!
— Postanawiam i ja kupić sobie tytuł austryacki. Cóż u dyaska! Przecież to wiadoma rzecz, że Trepkowie, Nekandy, Toporczyki z Grzegorzewie, ba-ba! Najstarsze w Polszczę nazwisko: za Lechów byli wojewodami!
— Może nie wiesz Rafał, że Rzepicha była Trepczanka z domu?
— A właśnie!
— Oni także świętego Stanisława ze Śmiałym królem zasiekli.
— Kłamstwo!
— I stąd wszyscy są wolteryany... Cóż tak patrzysz?
— Patrzę, którędy z waści niemiecki rozum wylezie.
— Myślisz, szlachciuro, że dam ci się zjeść w kaszy... Śni ci się, że będę tańczył, jak mi zagrasz. Wezmę ja się teraz do ciebie, Szczepanku!
— Może i to być.
— Zacznę ja cię edukować w polityce.
— Wszystko, okrom polityki. Nie bawię się. Teraz dopiero widzę, żem do polityki od urodzenia był dureń. Nie mam ucha do tej melodyi. Sadzić ziemniaki, orać, żąć, konie leczyć, a nawet owce — oto moja dziedzina.
— Wcalę nie przeczę. A poco się do moich spraw wtrącasz! Ja politykuję...
— A no, wyznaję, nie wiedziałem.
— Musimy, uważasz, żyć. Rozumiesz?
— Rozumiem.
— Samem sadzeniem i kopaniem ziemniaków nie wyżyjesz.
— I to rozumiem.
— Gdybyśmy się wszyscy zamknęli w borach, w polach, schowali między kupy nawozu i sterty żyta, tobyśmy do reszty zmarnieli.
— Racya! Powinniśmy leźć do Niemców.
— A tak! Tyś sam nie łaził? Nie włóczyłeś się po Francyi, po Włoszech, po Niemczech?
— Jam się włóczył z rozkazu starszych, jam żebrał. I nie przypominaj mi waść dróg moich, do wszystkich dyabłów! Nędza, wy włóczenie gałganów, dziur i skamlanie — bodaj to!...
— Ja... — mówił Cedro przez ściśnięte zęby — nie żebrzę i nie bawię się z własnej woli. Ojcowski rozkaz jest dla mnie najwyższą świętością. To wszakże jest moja myśl, że musimy poznawać świat, rozumieć europejskie życie. Powinniśmy iść do Niemców! Właśnie do nich, do ich domu, przypatrywać się ich żywotowi, poznać ich siłę. Jakże inaczej odwrócić ciosy? Trzeba zawiązywać stosunki, aby je wyzyskać. Gdybyś wiedział, ile razy ja nędzny przydałem się... Nie dla chwalby mówię, ale wyznaję, jak bratu, żebyś wiedział. Palce nieraz do krwi gryzłem, czekając w poczekalniach, składając wizyty, jeżdżąc, chodząc, wyczekując, prosząc...
Twarz Trepki była dziwacznie wykrzywiona. Śmiał się szyderczo.
— Bynajmniej mi waszmości nie żal... — cedził, zmrużywszy oczy. — Wcale to jest zbyteczna fatyga.
— Zbyteczna fatyga!
— Owo zgoła,
— Tak... — przedrzeźniał go Krzysztof, szybko chodząc po pokoju. — Zamknąć się we dworze, zatarasować gumno — i niech się wali! Alboż to moja rzecz?... nie przy mnie się zaczęło i nie za mnie się skończy!
— A żebyś waszmość wiedział, że szydząc sobie lekce, prawdy samej dotykasz. Tyłem się odwrócić i swoje robić — oto wszystko. Żadnych a żadnych podłażeń i tych tam łagodzeń. Pyszneś słowo powiedział: nie przy nas się zaczęło i nie za nas się skończy! Nie tak to łatwo zmiamlać, jak się byle amtowi wydaje. A odrobić! Ba! Miazga dopiero... Sama jeszcze nowina, nie tknięta sochą. Życia mało, żeby ją w tylej cząsteczce przeorać, a waść swój czas, siłę, duszę i rozum tracisz na wysiadywanie w antyszambrach. Starczy honoru na wyrabianie za pieniądze cudzoziemskiego tytułu, ale go niema na tyle, żeby w sobie wzbudzić dumę.
— Jeżeli możesz powiedzieć, że ja tylko tego...
— Jeszczem nie powiedział, że tylko... — Ale ja znam naturę ludzką. Ta natura — to jest szelma, co się zowie. Wiem po sobie, a i napatrzyłem się świata. Widziałem duchy czyste, jak przemieniały się w glinę podłą, którą rzekomo gardziły. Środek w przeciągu niewielu lat staje się celem, osobliwie pod miękką dłonią podwiki.
— Aha, już swoje!
— A swoje... Bo zawsze, ilekroć waszmość wracasz z nad modrego Dunaju, patrzę z abominacyą, czy nie jadą za tobą niemieckie bety i kołyski.
— Ech, Rokito! nie będę z tobą rozmawiał. Rafał, chodź-no, pokażę ci skrytkę tego szczura.
— Cóż znowu!
— Tak, odkryję cię w całej nagości. To mówiąc, młody Cedro otworzył drzwi do sąsiedniej stancyi i ukazał ją Rafałowi. Pokój ten dawno, widać, nie był bielony, bo nagie, jędrne, brunatne belki z modrzewia gęsto przeglądały z pod wapna. Cała ściana w głębi zastawiona była ogromnemi półkami najprostszej, ciesielskiej roboty, a na nich bez ładu i porządku stały i leżały książczyska. Stosy pism i bibulastych gazet piętrzyły się na szerokim stole pośrodku izby. Tu i owdzie wisiały na ścianach mapy, stare sztychy i karykatury. W ciemnym kącie stało sosnowe łóżko z lichą pościelą, a nad niem wisiała broń: pistolety, sztucery. dwururka i przybory myśliwskie.
— Tu siedzi i knuje swoje przemierzłe myśli.
— O chorobie pyska i racic, o księgosuszu i kołowaciźnie... — odciął się Trepka.
Rafała na widok tych książek ogarnął nieprzełamany wstręt, właściwy jego naturze od pewnego czasu. Uczuł duszenie, jak we śnie. Trepka, bystry spostrzegacz, nie dopuścił, żeby to uczucie rozwinęło się w gościu. Zajął się nim ze starannością człowieka zdrowego, który baczy na wszystko, a nerwy swoje trzyma na wodzy. Zaczął pokazywać fuzyę i rzemienie, żeby odwrócić uwagę obecnych od książek, tak niemiłych szlacheckiemu oku.
— Więc o samych jeno zołzach i zawłokach traktują te wszystkie bibuły? — czepiał się jeszcze Krzysztof.
— A nie, owszem — i o motylicę zawadzają...
— Polityki ani za szeląg!
— Za szeląg możeby i kupił, ale sam sprzedający nie radzi tentować o towar tak nędzny.
— Także się to zraził, przez tyle lat oną nędzą się bawiąc?
— Prawdziwie... Politycy, przewidywacze, znawcy! Jedno pole należycie zorane, jeden rów z loiką wybrany, żeby przerznął i wygoił sapowatą od wieków niwę, więcej mi znaczy, niż sto broszur o rządzeniu narodem.
— Zaślepienie! Sto razy powtarzam: zaślepienie! — krzyczał Cedro, zbliżając twarz aż do twarzy przyjaciela i wlepiając w niego krótkowzroczne oczy.
— Nie! Wiem, co mówię.
— Nie wiesz! Nie znasz Niemców! To jest nie naród, ale wprost zakon straszliwy, zorganizowany mądrze i bezwstydnie do wytępienia takich oto, jak my, rolników i marzących na jawie. Nad Łabą, nad Wełtawą! Słuchaj!...
— Widziałem toto wszystko. Drwię ja sobie z Niemca, dopóki siedzę na roli, na swojej, czy na cudzej. I cóż poradzi, choćbyś sto razy podpatrzył ich zakonne statuta, jeśli sam swoich nie tworzysz? Czy myślisz, że słowiańska nasza dusza przeistoczy się w duszę niemiecką od patrzenia i nauki? Nigdy! Jesteśmy inni, odmienni. Ty traf w to, co jest twoją naturą i twoją siłą, w rolniczą potęgę, którą bezużytecznie trzymasz w ręku. Jeśli potrafisz wydobyć z niej wszystkie zasoby, to cały zakon niemiecki na tobie jednym zęby sobie wyłamie.
— Nie wiem, co mi ty mówisz. Ja się duszę z rozpaczy, widząc co się dzieje, czując w rozmowach pomysły zagłady, wytępienia. On ze mną politycznie mówi, grzecznie się bawi, a zarazem sondę zapuszcza...
— Wytępienia! — śmiał się Trepka — zagłady... Mnie tu kto zgładzi, mnie wytępi w Stokłosach? A no, owszem, niechże przychodzi ze swoim planem i zamysłem. Chłopów, których ja pracować, żyć, myśleć nauczę... — rzekł, chwytając Cedrę za rękę.
— Otóż ja ci mówię, że się łudzisz okropnie! Jam zajrzał w duszę ich, głupca udając, podszedłem ich skrytości. Wśród szelestu jedwabiów w salonach, wśród koronkowych balów śledziłem ich zamysły. Ludzie ci nie cofną się przed niczem. Czy wiesz? — krzyknął blady i przerażony: — ci ludzie mogą to sprawić, że ci oto twoi chłopi podejdą w nocy pod dom, wywloką cię z łóżka i łeb ci utną toporem!... Ich polityka tak daleko sięga...
Trepka śmiał się wesoło.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stefan Żeromski.