Popioły/Tom drugi/Powrót

<<< Dane tekstu >>>
Autor Stefan Żeromski
Tytuł Popioły
Podtytuł Tom drugi
Pochodzenie Pisma Stefana Żeromskiego
Wydawca J. Mortkowicza
Data wyd. 1925
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom drugi
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
POWRÓT.

W kilka dni później, dobrze po północku, obadwaj przyjaciele dojeżdżali do Olszyny. Zabawili dzień w Tarnowie, gdzie Rafał przeistoczył się w eleganckiego młodzieńca, a następnie w ciągu całej niemal doby, dwa razy przeprzągłszy konie, dążyli ku ostatecznemu celowi podróży. Jakiś czas jechali brzegiem rzeki, płynącej w dość wązkiej dolinie, którą zasypał kamieniec, żwir i piasek. Nad wieczorem dopiero powóz zjechał z wynioślejszych płaskowzgórz, z garbów bezleśnych w sam rozdół Wisłoki. Rafał poczuł nozdrzami powiew z ziemi, nasiąkłej wodą, zadrzewionej, wiklowej. Oczy jego nie mogły dojrzeć w szarzejącym krajobrazie przeciwległych, zawiślańskich brzegów... Każdy szczegół był dla nich tutaj poniekąd znajomy. Mijali wsie długie, zamożne, gęsto zabudowane, gdzie pleciak wiklowy wynagradza każdy zakątek, każdą ścieżkę. Pędzili alejami wierzb i brzóz, złożonemi z drzew tak grubych, wyniosłych i rozłożystych, że zdawały się być utworami ludzkiego snu o widziadłach. Latarnie powozowe ciskały w zapłocia, w podwórza i sady wiejskie raptowne smugi światła. Widzieli wtedy ogromne tarcze słoneczników, jakby przestraszone gęby prostacze, gapiące się z za parkanów... Wysokie, badylaste malwy i jaskrawe georginie przypominały Rafałowi wsie z tamtej strony... Tak samo jak tam śliwkowe drzewa gięły się w pół pod ciężarem owocu i podpierane drągami chyliły się ku przechodniowi gałęzie z nieskończonych sadów. Gruszki, jak dzbany i śliczne jabłka migały między strzechami. Suchy liść łopotał już wszędy po drzewach i przejmował serce szczególną tęsknotą do rodzinnego domu, troską e swoich.
Krzysztof opowiadał przyjacielowi o tych miejscach szczegóły co ciekawsze, legendy, dawne podania i dzieje, w umyśle słuchacza tworzył się jakoby welon, zasłona drogocenna, osłaniająca tajemniczo te sioła, ledwie widoczne, wzgórza, łęgi, lasy, krzyże przydrożne...
W nocy powiał ostrzejszy wiatr od Wisłoki, i odwieczne aleje wydały z głębin swych głos stary i potężny. Rafał nastawił twarz przeciwko temu powiewowi rzecznemu. Rzeźwo serce uderzyło mu w piersi, ale wnet je zdławiły wspomnienia... Znowu zamknęło się w sobie.
Dojeżdżając do Olszyny, Cedro nie mógł usiedzieć na miejscu. Stawał w bryce, przechylał się to na tę, to na tamtą stronę, o coś wypytywał woźniców... Czasami wyskakiwał i szedł prędko pod górę, wesoło gwiżdżąc i pośpiewując. Z pewnego pagórka dały się widzieć w oddaleniu światła.
— Nie śpią! — zawołał Krzysztof dziecięcym prawie dyszkantem.
Zawstydził się zaraz tej swojej czułostkowości i dodał tonem sztucznie chłodnym a drwiącym:
— Będziesz musiał, kochanku, asystować przy ministranturze czułych scen familijnych od początku do końca...
Powóz stoczył się ze wzgórza i chwilę zatrzymał przed bramą. Ale nim służący zlazł z kozła, żeby otworzyć, już wierzeje rozwarły się z trzaskiem. Słychać było zajadłe naszczekiwanie psów, wrzawę i wołania ludzi z latarniami biegnących do powozu. Wprędce obadwaj przyjezdni znaleźli się na stopniach szerokiego przedsionka. Krzysztof rzucił się w ramiona czyjeś, co stał w cieniu. Szeptał najczulsze nazwy, oddawał najrzewniejsze pocałunki. Rafał zażenowany stał z boku. Był onieśmielony i wściekły na przyjaciela za te czułości.
— Zaczyna się ministrantura... — myślał w pasyi.
Krzysztof porwał go za ramię i ciągnął ku drzwiom.
Tam przedstawił go ojcu, mówiąc:
— Oto papa ma przed sobą mojego wybawcę z nurtów Wisły. Sam we własnej osobie — Rafuś Olbromski!
— Proszę, proszę... Witam! — mówił przyjaźnie stary pan, którego Rafał miał przed oczyma.
— Siłą go zabrałem z drogi...
— Wchodźcież, wchodźcie do pokoju, bo zimno. A gdzieżeście się to zdybali? To dobrze, że przybywasz, panie Rafale... Cieszę się podwójnie, boć jesteśmy w kuzynostwie, aczkolwiek dalekiem. Ojca pańskiego pamiętam jeszcze z roku... czekajcież...
Rafał widział to doskonale, jak wielkiego wysiłku owocem było zastosowanie względem niego koniecznej grzeczności w chwili, gdy stary pan tak dalece był zajęty synem, że się potykał na progach, potrącał o odrzwia i zawadzał o rogi stołów. Był to szczupły mężczyzna lat około sześćdziesięciu z twarzą schorowaną, wydelikaconą, subtelną i jeszcze piękną. Głowę jego osłaniała gładka peruczka bez pudru, a górną wargę okrywał mały, podgolony i przyczerniony wąsik. Ubrany był we francuskie, jedwabne szatki, w pończochy, pantofle. Żabot i chustka na szyi, koronkowe mankiety, utrzymanie paznogci i rąk, sposób trzymania ich na stole, nawet wówczas, gdy oczyma i słowami pieścił syna, dawało możność w starszym panu Cedrze poznać eleganta pierwszej wody, człowieka najlepszego towarzystwa. Oczy jego były przymglone łzami szczęścia, gdy patrzał a patrzał na syna, ale i wówczas nie ustał w nich wyraz badawczości i siły. Wśród najczulszych słów i najrzewniejszych uścisków padały z jego warg rozkazy, które w mgnieniu oka wykonywali lokaje, kręcący się dokoła stołów. Gdy przybyli zasiedli do wieczerzy w wązkim pokoju, przylegającym do wielkiej sieni, z drzwiczek ukrytych w kącie, za szafą kredensową wybiegła młoda panienka, lat czternastu, piętnastu, w nocnym szlafroczku. Rzuciła się w ramiona brata.
— Mery! — zawołał młody Cedro z uczuciem radości.
Panienka wnet podniosła głowę i spojrzała na niego z zabawnym uśmieszkiem. Za chwilę szepnęła:
— Czy przywiozłeś?
— Naturalnie! A teraz patrz-no, trzpiocie...
— Jakżem szczęśliwa!
— Jesteś ubrana, jak pasterka Filis, a tymczasem... Przedstawiam ci naszego kuzynka Rafała Olbromskiego,
— Kuzyna... — wyszeptała z najgłębszem zdumieniem, odgarniając loki i wlepiając w Rafała oczy tak oszołomione, jakby jej przedstawiono białego niedźwiedzia, albo jaguara.
— Masz go czcić, szanować, poważać i comme de raison kochać, jest to bowiem wybawca z nurtów Wisły twego brata, szambelana Jego Cesarskiej Mości, rozumie się szambelana in spe, a oprócz tego jest to przedstawiciel society warszawskiej, który właśnie wyda wyrok o twoich koafiurach. Ależ prawda, gdzież Kurtiwronka?
Elle dort... — szepnęła siostra, nie spuszczając oczu z Rafała. — Śpi ślicznie, złożyła ręce...
Krzysztof z błazeńską miną pokazał, jak to Kurtiwronka trzyma rączki złożone nadobnie na sześćdziesięcioletniem łonie dziewiczem.
— Ile razy ziewnęła przed zaśnięciem?
— Siedmnaście grubo i trzy w wiolinie.
— Siadajcie, siadajcie do stołu!... — wołał ojciec. — Jutro będziecie mieli dosyć czasu na plotki wiedeńskie i olszyńskie. Patrz-no Krzyś, co tu podają...
Najstarszy z lokajów, uśmiechnięty z tak szczerą radością, jakby to jego rodzony syn zawitał pod strzechę domową, wlewał pieczołowicie na talerz Krzysztofa zupę z owoców, zaprawioną śmietaną. Młodzieniec, ujrzawszy to widowisko, wyciągnął ręce ku niebu i zawołał:
— Garus! Nareszcie, nareszcie... O, Niemcy, jeśli wam kiedy przebaczę, że blizko rok nie kosztowałem ludzkiego jedzenia... O, Niemcy, narodzie filozofów i kiepskich generałów! Skarż mię, gromowładny Jowiszu, pozbaw mię nadziei otrzymania klucza szambelańskiego, wydrzyj mi z piersi serce hrabiowskie...
— Krzyś, już drugi raz... lekkomyślnie... — syknął ojciec, wznosząc uroczyście palec do góry.
— Milczę, papo, gdyż jem i jestem wzorem kochających synów... A czy są i kartofle ze skwarkami?
— Ze świeżuteńką młodą sperką! — szepnął mu prawie do ucha ów najstarszy między lokajami.
Kilku młodszych z nabożnem niewolniczo zadowoleniem przypatrywało się, jak to jaśnie panicz zawija prostacką zupę.
— A gdyby też tak domniemany szambelan... Przepraszam, papusiu!... — mruczał Krzysztof — gdyby też wasz młody pan i dziedzic, przybywający z dalekich Niemców, dostał jeszcze »pędziźrybię«? Cóż wy na to?
— Jest gotowe... — uśmiechnął się lokaj, wstawiając nowy talerz.
Za chwilę Krzysztof z błyszczącemi oczyma krajał na ćwierci pain de gibier, mrugając na Rafała, żeby czasu nie tracił. Ojciec i siostra w milczeniu i zachwycie przypatrywali się młodemu. Mery czasami odrywała wzrok od jego twarzy i zabawnie śledziła Rafała.
— Czy papa widzi, co za koafiura! — mówiła, parskając śmiechem i wskazując ostrzyżenie głowy brata z pozostawieniem na ciemieniu wysokiego, ufryzowanego czuba.
— Nie śmiej się z elegantów wiedeńskich, bo zostaniesz starą panną, i będziesz wtedy przed zaśnięciem ziewała siedmnaście razy grubo i trzy w wiolinie.
— Rafuś! czemu nie jesz? — wołał, rzucając się z nożem i widelcem na ulubione potrawy. — Zlituj się, nie zwlekaj, bo ja za nic nie ręczę. Mogę zjeść wszystko. Tylko jeszcze pieczone kartofle...
— Już podają...
— Myślałam, że zgubisz nareszcie w Wiedniu swe furmańskie gusta... — szydziła siostra.
— Tylko jeszcze pieczone kartofle...! Herr Je! cóż za kartofle!... Tylko w Polsce, to jest w Zachodniej Galicyi, ta amerykańska sierotka... Niemcy, jeśli wogóle jedzą...
— Później będziesz obmawiał Niemców, teraz musisz, musisz opowiadać. Już mogłeś zaspokoić głód, więc zaczynaj. Ostrzegam, że jeśli nie będziesz mówił rzeczy ciekawych, wcale nie dostaniesz ciastek od cioci Matyni.
— Opowiem wszystko, tylko dawajcie dużo ciastek cioci Matyni, dużo, jak dla chorego! Rafuś! nie żyłeś jeszcze na świecie, jeśli nie znasz ciastek...
— A propos... gdzieżeście się panowie zetknęli? — spytał stary pan.
— W Tarnowie — szybko rzekł Krzysztof. — Rafał powracał właśnie z Bardyowa, gdzie na wodach bawił z przyjaciółmi, szukając... czyż mam wyznać?
— Tu leży sekret... — śmiał się starzec.
— Ale nic sobie nie upatrzył. Niemeczki, Czeszki, Węgierki... To nie dla nas. Miał już z Tarnowa wracać do siebie w Sandomierskie, ale go namówiłem, żeby zamiast gnuśnieć u rodziców zawitał do mnie, żeby poznał oryginała Trepkę. Obiecałem mu dla zachęty, że papuś obmyśli dla niego jakąś doskonałą karyerę... — dodał bez wahania, widząc dobrze, jak ojciec skrzywił się i wzruszył ramionami.
— Opowiadaj... — nastawała Mery, przypatrując się wciąż Rafałowi, jak dziwowisku.
— Zaraz, zaraz... Nie można odrazu, mościa panno... Ale skoro się tak wszyscy niecierpliwią, więc incipiam... Od czegóż? Naturalnie... Skoro zjawia się w domu rodzicielskim hrabia Krzysztof Cedro...
Policzki starego pana wolno się zabarwiły, i radość śmiała się w jego oczach, z lekka przysłoniętych rzęsami.
— Skoro zjawia się w domu rodzicielskim hrabia Krzysztof Cedro, to od czegóż ma zacząć swe wiedeńskie epos? Naturalnie od poszukiwań w archiwach. Okazało się, że Marcin Cedro...
— No, tak, tak... — rzucił ojciec z nieszczerem lekceważeniem — wiemy dobrze, kto był Marcin Cedro...
— Ależ kiedy wynalazłem nową jego misyę, jakiej oko nie widziało, ani ucho nie słyszało. Za Michała Korybuta jeździł w misyi sekretnej...
— Kto tam dziś na takie rzeczy zwraca uwagę!... — rzekł ojciec sentencyonalnie. — Dziś dla nas powinno być maksymą to samo, co za Rzeczypospolitej: równość szlachecka. Szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie. Posłuchaj, co mówi Trepka. Nie prawdaż, kuzynie?
Rafał mruknął coś niezdecydowanego. Uczuł tylko po tem pytaniu bardziej niż przed chwilą, jak go twarz pali zarówno od schłostania drogowego przez wiatr, jak od nawału wrażeń.
— Filut z papusia... — szepnął Krzysztof, nachylając się ku ojcu i całując go w rękę.
Po chwili rzekł głośno, zwracając się do lokajów:
— Od dnia dzisiejszego macie, zbiry, tytułować jaśnie pana nie inaczej, tylko jaśnie panem hrabią, panienkę — panną hrabianką, a mnie... Mnie tymczasem jeszcze nie! Jak ma być równość, to równość. I tak jestem szlachcic na zagrodzie, więc równy temu oto... panu hrabiemu i pannie hrabiance.
Stary pan poprawiał mankiety, uśmiechał się, ale i sykał niecierpliwie.
— Jesteś hrabianką z mojej łaski... — rzekł Krzysztof, zwracając się do siostry. — Przynieś za to jeszcze ciastek. Gdyby nie ja, siedziałabyś między parafialnemi makolągwami, jako równa pierwszej lepszej na zagrodzie. Aha! Nakaż Kurtiwronce, żeby do ciebie nie przystępowała bez comtesse’y.
— No, teraz już opowiadaj o Wiedniu, Krzyś... — błagała siostra, wieszając się u jego ramienia.
Rafał przypatrywał się tej panience, gdy tak z roziskrzonemi oczyma brała udział w rozmowie, z uczuciem nieuchwytnej prawie odrazy. Jej loki, białe czoło, różowe policzki, ładna, ściągła twarzyczka przypominały mu o istnieniu kobiet i napełniły głowę niejasnem udręczeniem, piersi szlochaniem, których opanować niema czasu wśród ożywionej rozmowy. Nadewszystko, gdy pochylała się z szeptem gorączkowym ku bratu, gdy zatapiała w nim oczy, Rafał wzdrygał się i cierpiał na całem ciele. Czuł, jak się w nim wówczas zatapiają niewidzialne kły męczarni.
Na szczęście, po wieczerzy wszyscy przeszli do pokojów paradnych, znajdujących się po prawej ręce od wejścia. Były świeżo, widać w przewidywaniu pełnoletności Mery, wyrestaurowane w guście angielskim. Wszystkie meble były z drzewa mahoniowego, a proste, bez ozdób. Ściany pomalowano w arabeski, albo widoki ruin i bladych pejzażów. Dwa niewielkie gabinety odznaczały się szczególnie ową modną simplicitè: były powleczone nikłym kolorem z wątłymi szlaki, a ozdobione niewielkimi obrazami szkoły włoskiej. Ale w głębi domu istniały jeszcze stare, nieodnowione, zapomniane pokoiki, saloniki nie na pokaz, gdzie ocalały podniszczone, staromodne obicia szpalerowe i brokatele, dawne meble w guście francuskim, esowate, na wygiętych nóżkach z rzeźbionymi kwiatami i bukietami. Tam jeszcze marzyły o ubiegłej świetności i dniach tryumfu chińskie stoliczki, poobłamywane i starte inkrustowane szafki i cacka. Straciwszy prawa modnego bytu i łaski w salonie, zdawały się kryć swoją nędzę po kątach najmniej widocznych. Przechodząc obok dużego zwierciadła w pierwszym salonie, Rafał rzucił w taflę spojrzenie — i cofnął się na widok swojej osoby. Pomimo przebrania w przyzwoite a nawet wykwintne suknie, wyglądał na zamaskowanego złoczyńcę. Nalana twarz była w tej chwili pokryta sinemi i szkarłatnemi plamami, rzadkie włosy oblepiły czoło poorane w brózdy, a oczy spoglądały z dzikością i drapieżnem brutalstwem. Wszedł prędko do sąsiedniej salki. Staremu panu sprawiało to oczywistą przyjemność, że przed dalekim a niezamożnym krewniakiem może pochlubić się nowomodnem urządzeniem domu. W istocie salon był obszerny i pięknie umeblowany, ale Rafałowi nie zaimponował. Lokaje zapalili świece w kandelabrach ściennych, w świecznikach wiszących i stojących. Krzysztof obrócił się do pantaleonu, stojącego w rogu i zagrał ulubioną, widać prawie domową piosenkę:

La nuit tomboit dans la prèrie,
L’Echo dormoit dans la vallon
Pri du ruisseau chantoit Amèlie...

Stary pan usiadł w fotelu, przymknął oczy i z uśmiechem rozkoszy, z niewymowną radością w załzawionych źrenicach oddychał tą melodyą. Nogi jego, obute w płytkie pantofle i pończochy, nieruchomo spoczywały na dywanie; splecione i zaciśnięte ręce zdawały się przytulać do serca oddalone głowy dzieci.
Panna Mery, wsparta na ramieniu brata, z początku nieśmiało, a później coraz wyraźniej, piękniej zaczęła nucić bez słów. Głowa jej otulona obłokiem loków, nachylona była zrazu ku bratu, ale stopniowo wznosiła się, zwracała ku ojcu, wreszcie ku niemu, ku gościowi. Z piersi dziewiczej płynęła coraz wyżej i wyżej, uroczyściej i piękniej, bujna melodya piosenki. Wreszcie popłynęły wyrazy:

Au matin dans les près de Flore,
La rose à l’instant de s’ouvrir
Attend que la vermeille Aurore
Sur son char amène Zèphir...

Ale Krzysztof przerzucił się wnet do innej melodyi. Siostra z początku nie mogła jej znaleźć w pamięci. Zawołał, nie przerywając gry:
— Air: «Dans un bois solitaire et sombre..«
— Aha, już wiem!... Zaczęła śpiewać:

Auprès d’une fèconde source,
D’ois coulent cent petits ruisseaux
L’Amour fatiguè de sa course
Dormoit sur un lit de roseaux...

Stary pan nie mógł udźwignąć powiek, ani rozerwać uśmiechu, leżącego na ustach. Nie chciał może spłoszyć chwili głębokiego, śpiewnego szczęścia, co napełniało po brzegi zaciszne pokoje wiejskiego domu...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stefan Żeromski.