Posażna panna/Część II/X

<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Bąkowski
Tytuł Posażna panna
Podtytuł część II, rozdział X
Data wydania 1899
Wydawnictwo Spółka Wydawnicza Polska
Drukarz Drukarnia Uniwersytetu Jagiellońskiego
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cała część II
Pobierz jako: Pobierz Cała część II jako ePub Pobierz Cała część II jako PDF Pobierz Cała część II jako MOBI
Indeks stron
X.

Do miłego zobaczenia! Te pożegnalne słowa panny Adeli brzęczały w uszach sędziego, gdy zstępował ze schodów mieszkania Armanów. Do widzenia! Trzeba zatem znowu postarać się o urlop. W interesach familijnych, oczywiście — trudno w podaniu napisać: w interesie konkurów! Co powie prezydent na tak częste urlopy? Ech! jakoś to będzie!
Na schodach spotkał pana Koziełka. Filolog przyłączył się do niego, ale sędzia zbyt był zajęty własnymi interesami, aby słuchać użalań filologa na zuchwałego Lola; szedł milcząco naprzód, umyśliwszy sobie pożegnać pana Koziełka na najbliższym rogu ulicy. Ale pan Koziełek zdołał go przecie zaintrygować, odzywając się po chwili milczenia:
— Panna Adela est pulcherrima virgo Leopoliensis (najpiękniejsza panna we Lwowie). Sędzie drgnął i odpowiedział pod nosem:
— Zapewne, zapewne.
Sicuti Fryne Atheniensis! (jak ateńska Fryne).
— Co za porównanie! krzyknął oburzony sędzia.
Nulla comparatio satis magna! (żadne porównanie nie jest za wielkie). Muszę panu sędziemu powiedzieć wielką tajemnicę...
— Nie żądam wcale — mruknął sędzia.
— Słodko jest zwierzyć się z boleści serca, rzekł z westchnieniem p. Koziełek. Albowiem słowo przyjazne łatwo ukoi ranę, vulnus amoris (ranę miłości)!
Sędzia przystanął i spojrzał z podziwieniem i niepokojem na natarczywego przyjaciela.
Vulnus amoris cordis mei (ranę miłości serca mego), kończył, wzdychając znowu, pan Koziełek. Serce moje przeszyte strzałą Amora. Leander amavit Heronem, Adalbertus Koziełek amat virginem Adelam! (Leander kochał Hero, Wojciech Koziełek kocha pannę Adelę).
Sędzia oburzył się, przystanął znowu, spojrzał groźnie na filologa i rzekł podniesionym głosem: Mój panie!!! poczem wsiadł do przejeżdżającej doróżki i kazał odwieść się do hotelu. Filolog został zmartwiony na trotoarze, postał chwilę, pomyślał: Homo crudelis! (Okrutny człowiek), westchnął i poszedł na piwo do Naftuły, aby ukoić ranę serca swego.
Zirytowany sędzia miotał w duszy pioruny na filologa, jak śmie podnosić oczy na jego ideał, i stukał od czasu do czasu laską w dno doróżki, jakby w filologa. Po niejakim czasie uspokoił się nieco i powrócił myślami do głównego przedmiotu. — Muszę oddać sobie sprawiedliwość, myślał, że postąpiłem sobie odważnie i stanowczo. Bardzo odważnie. I wymownie. Nie myślałem, że mam taką wymowę! Poszło wcale gładko. Arman jest człowiek zacny, rozsądny; sprzyja moim zamiarom, zatem może wielce mi być pomocnym. Szczęście, że zdobyłem się na odwagę zwierzenia mu moich uczuć... sytuacya przez to jaśniejsza i pomyślniejsza. Postąpiłem dobrze i odważnie. Sam Plichta się zdziwi mojej stanowczości. Ręczę, że będzie mię namawiał, abym zaraz najbliższym razem oświadczył się pannie... na to trzebaby strasznej odwagi! Jak jej to powiedzieć! A jednak.... chyba będę musiał raz jej powiedzieć! Możeby napisać? Wolałbym — ale to jakoś nie wypada... czekać potem listownej odpowiedzi... hm! wiem, jak zrobię: napiszę list i — sam go jej oddam i wysłucham odpowiedzi. Klęknę, dobędę list z kieszeni i oddam go jej... To trochę głupio mi wygląda!... Najlepiej byłoby powiedzieć tak, jak powiedziałem Armanowi — ale na to trzebaby nadludzkiej odwagi!
Wtem stanęła doróżka: zatrzymał go Florek Guzowski.
— A! żeby wszyscy djabli!... pomyślał sędzia, którego cierpliwość wyczerpała się nagle. Że też na chwilkę nawet nie mogę sam z memi myślami pozostać!... Chciałbym już raz siedzieć w wagonie, przynajmniej mógłbym odpocząć, bo obcy ludzie nie będą mię męczyć swoją uprzejmością i gadaniną...
— Dobrze, że cię spotykam, ozwał się Guzowski, inaczej odjechałbyś bez pożegnania... właśnie szedłem do ciebie do hotelu. Bywaj zdrów zatem, kłaniaj się odemnie wszystkim kolegom w Krakowie, i nie zapomnij o Lwowie.
— Do widzenia, do widzenia.
— Jakbyś miał jaki interes tutaj, albo chciał dowiedzieć się o kim, pisz tylko do mnie. Dostaniesz odpowiedź odwrotną pocztą i wiadomość o — Armanach — co, jak myślę, będzie cię szczególniej obchodzić...
— Dziękuję, dziękuję, odparł rumieniąc się sędzia.
— Do widzenia zatem kochany!
Pożegnał się wreszcie Guzowski, sędzia pojechał do hotelu, zapłacił rachunek, zabrał kufry i pojechał na kolej.
Jak zwykle przyjechał o dwie godziny zawcześnie. Czekał z godzinę otwarcia kasy, zaopatrzył się w bilet i pobiegł na peron. Pierwszą osobą, która mu wpadła w oko był pan Kropiński, przechadzający się w zadumaniu. Sędzia poszedł coprędzej w drugą stronę, aby uniknąć z nim rozmowy, do której nie czuł najmniejszej ochoty. Ale mógł być z tej strony spokojnym: pan Kropiński dojrzał go także, i również cofnął się w odwrotną stronę, aby uniknąć spotkania, mówiąc do siebie:
— Tegoby brakowało, żeby zobaczył, iż wracam trzecią klasą!... Skandal! Gdybym wiedział, kto puścił pierwszy tę bajkę o stu tysiącach Marzyńskiej, to połamałbym laskę na łajdaku! Potrzebnie tu jechałem! Niedość, że na darmo wyekspensowałem się na koszta podróży, jeszcze obębnili mię w karty, że mi ledwo dziesiątka została z dwustu wziętych od Abramka, za które w dodatku podpisałem weksel na trzysta! Łajdaki wszyscy bajczarze i lichwiarze! Łotry! żebym go dostał w moje ręce!...
Pociąg zajechał wreszcie. Sędzia rzucił się z trzema kuframi i myślą o pannie Adeli do wagonu, gdzie znalazł się między trzema żydami i dwoma żydówkami. Ulokował się w rogu wagonu, nasunął kapelusz na oczy i oddał się w zupełności swoim myślom, zapominając o świecie.
— Postąpiłem sobie odważnie, myślał, ale nie wiem jak to będzie z moją odwagą, gdy przyjdzie wyznać pannie Adeli... a jednak bez tego nie może się obejść... nie może w żaden sposób. Arman powiada, że sądzi, iż ona nie będzie przeciwną... ja także tak sądzę... Tak mi jakoś przychylnie w oczy patrzyła!... Darowała mi czerwoną różę z bukieciku, który miała na piersi. Mam ją, mam i przechowam jako drogą pamiątkę. Powiedziała: do widzenia! do miłego widzenia, zatem widok mój jest jej miły, wniosek logiczny... ale trudno może brać rzecz tak dosłownie? biorąc a contrario, widok mój nie jest jej niemiły. Do widzenia! zatem spodziewa się, a może i pragnie mię widzieć? inaczej powiedziałaby: żegnam i basta! Słowem, interpretując jej słowa według paragrafu szóstego, t. j. według zgłoskowego znaczenia wyrazów związkowo uważanych, muszę do korzystnych dla mnie dojść wyników... zresztą patrzała tak przychylnie!... przecież i milcząco, dorozumianie można wolę objawić według paragrafu ośmset sześćdziesiątego trzeciego!...
Tak marzył sędzia w wagonie, rozbierając krytycznie każde słowo Adelci, łączył je z okolicznościami, spojrzeniami, rumieńcami, westchnieniami i dochodził do przekonania, że może przecież jakoś to będzie!...
Wśród takich rozmyślań zasnął w końcu i prędzej, niż się spodziewał, przeminął mu czas podróży...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Bąkowski.