Posażna panna/Część II/IX

<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Bąkowski
Tytuł Posażna panna
Podtytuł część II, rozdział IX
Data wydania 1899
Wydawnictwo Spółka Wydawnicza Polska
Drukarz Drukarnia Uniwersytetu Jagiellońskiego
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cała część II
Pobierz jako: Pobierz Cała część II jako ePub Pobierz Cała część II jako PDF Pobierz Cała część II jako MOBI
Indeks stron
IX.

Im bliżej sędzia był swego ideału, tym powolniejszym szedł krokiem. Nareszcie stanął przed kamienicą, w której mieszkali Armanowie. Do sieni wiodły drzwi kolorowemi szybami oszklone. Od strony dziedzińca były również drzwi podobne i takieżsame drzwi zakrywały klatkę schodową. Sędzia jednym rzutem oka zauważył te szczegóły, które niezmiernie mu się podobały, bo chroniły przed przeciągami i nagłemi zmianami temperatury. Wstąpił na schody i drżącą ręką pociągnął za rączkę od dzwonka.
Po chwili uchyliły się drzwi, w nich pokazała się najprzód kopcąca fajka, potem kawałek cybucha, następnie ręka trzymająca cybuch, dalej dalszy ciąg cybucha, a wreszcie okrągła twarz dawnego znajomego, filologa.
— Dzień dobry panu, panie profesorze, przemówił sędzia, który natychmiast poznał p. Koziełka.
— A! a! to pan sędzia! ktoby się spodziewał! Hannibal laetatus est, quum Hasdrubalem vidisset! (Hannibal ucieszył się zobaczywszy Hasdrubala).
— Są państwo w domu?
— Są, są. Walenty! zanieście kartę panu. Proszę pana sędziego do salonu.
— Jak się pan ma; panie profesorze? dzieci się uczą? co?
— Teraz są w szkole. Lolo est atrox, (zuchwały), ale Staś za to mitis ingenii invenis (młodzieniec łagodnego usposobienia), Jaś jeszcze mały, puer septem annorum, (dziecko siedmioletnie). Panna gra teraz na fortepianie, pulcherrima virginum! (najpiękniejsza z dziewic).
Tak prawiąc wprowadził filolog sędziego do salonu, do którego po chwili wbiegł ucieszony Arman.
— A! kochany sędzia! zawołał. Jakże się cieszę! Jakże moje panie będą kontente! Siadajże kochany sędzio!
— Pośpieszyłem natychmiast złożyć państwu moje uszanowanie, skoro tylko interesa dały mi sposobność odwiedzenia Lwowa.
— Czemuż pana wcześniej nie sprowadziły tutaj! Andziu! Adelciu! Dziękuję panu jeszcze raz za przysłaną książkę o służebnościach. Czytałem pochlebne recenzye... sam, oczywiście, nie mogę wydać zdania, nie będąc prawnikiem, ale uznaję metodę pańską i piękny styl. Andziu! Adelciu! Pięknie zbudowane zdania, po pół strony okresy. Bardzo, bardzo dobre wrażenie robi pańska książka...
Sędzia ruszył posuwistym krokiem, aby ucałować rączkę pięknej gospodyni, wzruszony uścisnął rączkę panny Adeli i zasiadł na rożku fotela. Po życzliwem powitaniu zaczęły panie rozpytywać o znajomych z Krakowa, i o dalszy ciąg karnawału po ich odjeździe.
— Zabaw nie brakło, odpowiedział sędzia — ale, po wyjeździe pań, brakło rzeczywiście ozdób.
— Och! dla komplementu robi pan ujmę Krakowiankom.
— Mówię szczerą prawdę, jestto najszczerszem mojem przekonaniem, zaręczał sędzia, a mówił prawdę. A panie bawiły się wiele tu we Lwowie?
— Bynajmniej... my tak rzadko tu się bawimy! W niedzielę będzie u nas popołudniu parę osób — tu spojrzała pani znacząco na męża — pan sędzia będzie również łaskawy przybyć?
— Oczywiście! odparł za niego Arman. Tak rzadki gość nie może nam odmówić swego towarzystwa... długo pan sędzia zabawi we Lwowie?
— Mam tylko tygodniowy urlop — muszę zatem na tak krótkiej bytności poprzestać.
— Będziemy więc w każdym razie mieli przyjemność widzieć pana częściej...
— Jakże podoba się panu nasze miasto? wtrąciła panna Adela.
— Niezmiernie! odparł sędzia z zapałem, który prócz hotelu, Placu Maryackiego i kawałka ulicy Akademickiej właściwie nic Lwowa nie widział. Wielkomiejskie wrażenie... Ulice szerokie, długie, ruch...
— A Wysoki Zamek? Kopiec Unii?
— Jeszcze nie widziałem, dopiero dzisiaj rano przybyłem ale będę starał się zwiedzić wszystko — kopiec, tabulę krajową....
— Oprowadzimy sędziego, oświadczył Arman.
W tej chwili wszedł p. Koziełek z żałobą na Lola, iuvenem atrocem (młodzieńca zuchwałego), który wróciwszy ze szkoły wylał atrament do fajki filologa. Armanowie musieli okazać i wykonać władzę rodzicielską, skutkiem czego sędzia został na moment sam na sam z Adelą, oglądając album, objaśniane przez piękną sąsiadkę... sędzia więcej patrzył na nią, jak na fotografie, i zarumienił się po uszy. Pokraśniała i panna Adela i siedzieli obok siebie niemi, rozmawiając oczami — słowa nie przemówili, lecz zrozumieli się zupełnie...
Gdy po chwili wrócili Armanowie, sędzia, głosem o parę tonów niższym ze wzruszenia, począł się żegnać i poczerwieniawszy znowu za ciepłem uciśnieniem dłoni panny Adeli, wyszedł wzruszony, jak jeszcze nigdy w życiu.
Następnych dni zwiedzał sędzia osobliwości miasta w towarzystwie Armanów. Wśród pięknych dni wiosennych objeżdżali weseli kwitnące okolice, a sędzia poił się wzrokiem panny Adeli... Zasmakowawszy w tem miłem, szczupłem, a ciepłem kółku, niechętnie widział sędzia, że w zapowiedzianą niedzielę ma być liczniejsze towarzystwo. On wolałby być z nią sam na sam...
Zastał panie wystrojone jak na bal, niewiele miał czasu do rozmowy z niemi, bo zaczęli schodzić się goście, a panie musiały oddawać honory domu, witać, bawić i przedstawiać. Pierwszy przybył profesor Żymalski, chudy, wysoki, w czarnych okularach, z małżonką równie długą i szczupłą. Po nich zjawił się emerytowany radca Schieber z trzema córami, dalej jakiś okrągły nadradca, również emerytowany, jakaś ciocia zażywająca tabakę, wreszcie parę starszych panów i pań, których nazwisk i godności nie dosłyszał sędzia, wreszcie jedyna znana fizyonomia, pan Floryan Guzowski z swem stryjostwem.
Panie zasiadły razem po jednej stronie salonu, panowie ugrupowali się naprzeciw po drugiej stronie, i obie płci zabawiały się oddzielnie, mierząc się oczyma z daleka, jakby jakie dwa wrogie obozy. Sędzia czuł jakąś zimną, obcą atmosferę. Oparł się o konsolę i bawiąc się łańcuszkiem od zegarka, pochłaniał oczyma pannę Adelę. Ona czasem spojrzała ku niemu, a gdy ich oczy się spotkały, rumieniła się i spuszczała powieki.
Pani Armanowa zaczynała dopiero prowadzenie »domu otwartego«, nie miała więc jeszcze wprawy w bawieniu liczniejszego towarzystwa — było więc dość cicho i niewesoło w salonie. Nareszcie znudził się sędzia milczeniem, przybliżył się do najbliższej reprezentantki płci pięknej, pani profesorowej Żymalskiej, i rozpoczął rozmowę na temat ubiegłego karnawału. Profesorowa podniosła oczy w niebo i rzekła z indygnacyą:
— Karnawał! Boże! Czas szaleństwa! Szczęściem, nasze towarzystwo dalekie jest od szaleństw tego świata!
Sędzia, jak zmyty, umilkł, sparzył sobie palce podaną mu filiżanką herbaty, ulokował ją coprędzej na kraju stoliczka i wrócił do poprzedniej zabawy, to jest do milczącego podziwiania panny Adeli.
Florek Guzowski nie grzeszył wcale domyślnością, ale spotkawszy kilka razy w ostatnich dniach sędziego z Armanami, widząc i teraz Spisowicza zapatrzonego w pannę Adelę, jak w obraz, powziął podejrzenie zbliżające się do prawdy. Zbliżył się do niego i przemówił:
— Nudzisz się dzisiaj, widzę to, widzę; Arman przyjmuje najnudniejsze towarzystwo, dziś poraz pierwszy tak liczne, i ze zdziwieniem widzę tu dwóch młodych ludzi, to jest mnie i ciebie... Ładna panna?
— Uhm! mruknął potwierdzająco Spisowicz, domyślając się, że Guzowski mówi o pannie Adeli.
— Możebyśmy ruszyli z miejsca bawić kobiety? zaproponował Guzowski. Ci staruszkowie ani myślą o tem. Sędzia, który właśnie spiekł sobie wargi wrzącą herbatą, odstawił ponownie filiżankę i podszedł za Guzowskim ku paniom. Na szczęście panny Schieber i panna Adela nie były tak wrogo usposobione względem szaleństw świata, jak pani profesorowa Żymalska, i chętnie rozmawiały o balach, teatrze i ploteczkach, których Guzowski miał pod dostatkiem. Ożywiło się więc kółko gości, właśnie w tej chwili, kiedy profesor Żymalski spojrzał znacząco na zegarek, kaszlnął, krząknął, i powstał z małżonką. Za jego przykładem powstali natychmiast wszyscy inni, poczęli się żegnać, sędzia rzucił ostatnie spojrzenie miłości na pannę Adelę, a wyrzutu na piekącą filiżankę z herbaty — i wkrótce opróżnił się salon.
Jeszcze dzień przepędził sędzia na wycieczkach w towarzystwie swego ideału. Adelcia była rozmarzoną, sędzia zakochany do ostateczności, Armanowie szli sobie naprzód przed nimi, nie przeszkadzając im w rozmowie — sędzia czuł się szczęśliwym, lecz truł się już z góry myślą o rozstaniu. Bał się, że łzy kapną mu z oczu, gdy pożegna Adelcię na czas dłuższy. Ważył przytem w głowie stanowczo myśl »rozsądnego« pomówienia z Armanem. Długo chodził wielkimi krokami po swym pokoju w hotelu, układając w głowie przemówienie do opiekuna swego ideału. Następnie, powtórzywszy sobie jeszcze parę razy przygotowane przemówienie, poszedł, sam chwaląc się w duchu po drodze, że jest bardzo odważnym i stanowczym. Obliczył wizytę tak, aby zastać Armana samego, i rzeczywiście trafił po myśli. Zaczerwieniwszy się — nie powiedział nic. Dopiero na odchodnem pomyślał: Ech! trzeba być odważnym! i — w zupełnie innych słowach, niż sobie obmyślił — zwierzył Armanowi tajemnicę swego serca, oczywiście z odpowiedniem chwili ubarwieniem, t. j. z szerszym poglądem na głębokość i stałość swego uczucia, które, choćby go ocean, choćby miliony mil dzieliły, chociażby mu w drodze stanął najsurowszy ustawodawca, pozostanie niezmienne, stałe, niewzruszone i t. d.
Po wypowiedzeniu tego wszystkiego zdziwił się sędzia sam sobie w duchu, skąd mu przyszła taka swada oratorska. Arman ściskał mu i potrząsał serdecznie rękę, dodając:
— Jestem przekonany... wierzę najzupełniej... domyślałem się oddawna — a po skończeniu perory, przemówił:
— Cieszyłbym się z tego związku nadzwyczajnie hm! ale to zależy od Adelci, hm! poznajcie się tylko, a ja myślę hm! że ona nie będzie miała nic przeciw temu! żona będzie hm! za tem hm! kochany sędzio!
Tu potrząsł znowu Arman ręką sędziego i dodał:
— Kiedyż pan nas znowu odwiedzi?
— Nie tak łatwo o urlop w urzędzie! Może za miesiąc uda mi się znowu przyjechać.
— Oby jaknajprędzej! hm! mam nadzieję, że Adelcia hm! jest rozsądną,.... hm! że się to pomyślnie załatwi. Do widzenia zatem, kochany sędzio!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Bąkowski.