<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Bliziński
Tytuł Przezorna Mama
Podtytuł komedja w trzech aktach
Rozdział Akt II
Pochodzenie Komedye
Wydawca H. Altenberg
Data wyd. 1890
Druk W. A. Szyjkowski
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 

Cały zbiór
Indeks stron
AKT II.
Dekoracja taż sama.

SCENA I.
(Sędzina siedzi na kanapie robiąc coś na drutach. Mania siedzi na boku zamyślona z książką w ręku).

Sędzina (spoglądając na Manię, po chwili.) Czego się kochaneczka moja tak zamyśliła?
Mania (budząc się z zamyślenia). Ja? nie, mateczko... czytam.
Sędzina (śmiejąc się). I to z takiem zajęciem, że od pół godziny już patrzysz w okno, zamiast w książkę.
Mania. Zdawało się mateczce..
Sędzina (j. w.) Ale, moje kochane dziecię, ja się temu wcale nie dziwię... jesteś w wieku gdy, serduszko zaczyna bić mocniej i główka pracować... (p. c.) a że pana Albina możemy już uważać jak po deklaracyi, gdyż oczywiście lada chwila się oświadczy, po formie...
Mania (wstając). Ale mateczko ja nie o nim wcale myślała...
Sędzina. Nie o nim? więc myślałaś o kim innym?
Mania. Ale ja nie, gdzież tam!... tylko chciałam powiedzieć, że jeżeli pomyślałam o panu Albinie, to bynajmniej nie w tem znaczeniu, jak mama rozumie...
Sędzina. Jak to?
Mania (stanowczo, z minką). Ja przecież żoną tego egoisty nie będę...
Sędzina. Egoisty? oj ty, ty... zkądże wiesz, że on egoista?
Mania (surowo). Egoista bez serca, a obok tego, próżny do najwyższego stopnia.
Sędzina. A już też przesadzasz! ciekawa jestem, co ty nazywasz próżnością? że lubi się ubrać porządnie i mieć ładny ekwipaż? oj, ty dzieciaku.
Mania (j. w) Ale robi z tego cel życia, więc próżny — a samolubstwa dał dowód, zostawiając prawie bez chleba rodzoną siostrę; wszak cała okolica wie jak się z nią obszedł przy działach familijnych... (innym tonem, składając ręce). A przytem, Boże mój drogi, jak on może kochać mnie, albo kogokolwiek, kiedy sam w sobie taki rozkochany!...
Sędzina (śmiejąc się). Więc widzę, że koniec końcem nie podoba ci się?
Mania Spodziewam się.
Sędzina. I że go nie chcesz?
Mania. Oh! mateczko, nie ma nawet mówić o czem...
Sędzina. Najgorzej, że napomykał mi już nieco o swoich zamiarach, a ja nie odbierałam mu nadziei.
Mania. Ah! na miłość Boską, niechże mu rodzice wyraźnie powiedzą, żeby sobie dał pokój.
Sędzina, Powiem ojcu. Czy tobie oświadczał się?
Mania. Zaczynał z dziesięć razy, ale nigdy nie dałam mu dokończyć...
Sędzina. To i lepiej.. mam dla ciebie partję, która pod każdym względem będzie odpowiednią.
Mania (obejmując ją). Mateczko a kto to?
Sędzina. Zgadnij.
Mania (cicho). Pan Józef?
Sędzina. Pan Józef? co tobie w głowie?
Mania (smutnie). Nie on!
Sędzina. Ależ moja Maniu...
Mania. Taki mamy faworyt..
Sędzina. Mój faworyt? dajżeż pokój.
Mania. Czy to raz słyszałam, jak go mama wychwalała i za wzór innym stawiała...
Sędzina. Ale zdaje ci się..
Mania. Ah! mój Boże! ile razy!... dobrze pamiętam, pod niebiosa go mama wynosiła...
Sędzina. No, że pochwaliłam czasem, wielkie rzeczy! dowcipny i miły w towarzystwie, to mu chętnie przyznaję... ma nawet i inne zalety, ale nie na męża dla ciebie..
Mania. Dlaczego? Sędzina (patrząc na nią, pieszczotliwie) Moja jedynaczka musi zrobić karjerę, a śliczna byłaby partja, jakiś tani szlachetka na jednej wioszczynie...
Mania. Albo to ja sama nie będę miała dosyć na dwoje.
Sędzina (z lekkiem zniecierpliwieniem). Ależ moja Maniu, nie bredź i nie nabijaj sobie napróżno głowy panem Józefem..
Mania (n. s.) Zobaczemy, kto postawi na swojem.
Sędzina. (p c. uważając ją). Ale, ale, uważałam dziś rano na wodach, żeś bardzo ożywioną rozmowę prowadziła z Brylańskim...
Mania (śmiejąc się). Z Brylańskim? mateczka chyba żartuje?
Sędzina. Wcale nie żartuję.
Mania. Z tym oryginałem?
Sędzina. Oryginałem?
Mania (śmiejąc się). Prezentował mi go ktoś, i mówiłam z nim tyle, ile nakazywała zwyczajna grzeczność... Czy wie mama, że ledwie mi odpowiadał monosylabami... taki sztywny, taki jakiś...
Sędzina. To nic nie dowodzi, z takich bywają najlepsi mężowie.
Mania. Jakto?
Sędzina. I proszę cię, abyś była dla niego grzeczną...
Mania. Niechże mnie mateczka nie straszy...
Sędzino. Moje kochanie, ty jeszcze sama nie wiesz, co o nim możesz wyrzec, gdy się bliżej poznacie.
Mania (n. s.) Jezus Marya! to klęska z tymi konkurentami.
Sędzina. Przedstawił mi się i prosił o pozwolenie bywania w naszym domu, a że dowiedziałam się, że familiant i bardzo bogaty, przyjęłam to dobrze... obiecał się towarzyszyć nam dziś na przechadzkę... tylko go patrzeć.. więc proszę cię, na wszelki wypadek, nie odstręczaj go kaprysami.
Mania (n. s.) Dobrze go przyjmę. (gł) Będę dla niego słodką jak cukierek, ale pod warunkiem, że mnie rodzice uwolnią od Albina.
Sędzina. Ale dobrze, powiedziałam ci już... bądź spokojną.
Mania (n. s.) Dobrze, że z tym przynajmniej się skończy... z tamtym drugim będzie łatwiej.

SCENA II.
Poprzedzające. — Sędzia (wchodzi głębią w kapeluszu i z laską).

Sędzia (idąc prosto do otwartego w głębi okna z prawej strony i zamyka je). Mój Boże kochany, co się naproszę, żeby nie otwierać okien, aż dopiero po zachodzie słońca... co tu much naleciało!
Sędzina. Ter, ter, ter... ledwo wszedł, już gdera... daj też pokój muchom, bo tu jest coś ważniejszego...
Sędzia (u okna). Basia mi zawsze na złość robi, jak honor kocham.
Sędzina. Wiesz, żeś zabawny.
Sędzia. Nie lubię tego; spodziewam się, że jako pan domu mam prawo żądać, aby robiono tak, jak ja sobie życzę.
Sędzina. I któż ci się sprzeciwia?
Sędzia. Wszyscy, cały dom, proszę cię: okien nie otwierać!... gdzie tam, jak groch na ścianę.
Sędzina (ironicznie). Jesteś przywiązany mąż i czuły ojciec!
Sędzia. Skądże Basia wyjechała z mojem ojcowstwem?
Sędzina. Bo kwestja otwierania okien i wpuszczania much, wydaje mi się bardzo nędzną, w porównaniu z przedmiotem, o którym właśnie chciałam się z tobą naradzić...
Sędzia. Masz tobie! znowu narada... człowiek nie ma spokojnej chwili, jak honor kocham.
Mania (która przez ten czas przeglądała pisma na stole; do ucha matki). Czy mateczka będzie mówić o panu Albinie?
Sędzina. Tak jest.
Mania. To ja wyjdę... dobrze?
Sędzina (z uśmiechem). Dobrze, dobrze.. ale pamiętaj coś mi przyrzekła...

(Mania idzie do ojca, wiesza mu się na szyi, potem wychodzi na prawo).

SCENA III.
Sędzina (siedzi na kanapie), Sędzia (siada po drugiej stronie na krześle, chłodząc się kapeluszem, potem wstaje i w ogóle w ciągu tej sceny zajęty jest opędzaniem się lub biciem much).

Sędzina. Domyślasz się zapewne, o czem chcę mówić...
Sędzia. Proszę Basi zawsze, żeby do mnie zagadkami nie przemawiała... nie jestem student.
Sędzina. Nie moja wina, że kwestje najwyraźniejsze, są dla ciebie zagadkami.
Sędzia. Jakie kwestje?
Sędzina. Wszak masz córkę?
Sędzia. No, to przynajmniej nie zagadka.
Sędzina. Ale może być zagadką, czy ta córka nie osiędzie na koszu, jeżeli w ojcu zamiast troskliwości, znajduje obojętność, jak dotychczas.
Sędzia. Ja? obojętny dla Mani? co też to Basia gada!
Sędzina. Może już nawet zapomniałeś, że ma już dwudziesty rok...
Sędzia. E! już dwudziesty rok jak to lata lecą... przyznam się, że nie myślałem.. ale bo to te wszystkie rachuby, tu już rzecz was, kobiet...
Sędzina. Czas ją wydać zamąż.
Sędzia Naturalnie... wielki czas..
Sędzina. A czy myślisz o tem?
Sędzia. Ciekaw jestem, kto myśli za mnie? Pracowałem całe życie żeby zebrać dla niej posag; a że chwała Bogu poszczęściło mi się, to się i mąż złapie, jak tylko jest na co. Niech się Basia nie boi — posag, to lep.
Sędzina. Tak, lep dla tych ich mościów, co to w małżeństwie widzą spekulację, i posagiem chcą łatać dziury w kieszeniach.
Sędzia. No, żeby mąż Mani, miał chociaż połowę tego, co jej damy, to i tak mieliby bardzo ładne utrzymanie... (nagle) Ale! wie też Basia, kto dawał mi do zrozumienia, że pragnąłby się starać o nią?
Sędzina. No, któż?
Sędzia. Józef... (n. s.) Bąk, czy pszczoła?!... (wygania chustką za okno).
Sędzina (żywo). I cóżeś mu odpowiedział?
Sędzia (do siebie). Uciekł! (zamyka okno).
Sędzina. Kto uciekł?
Sędzia. Bąk, a Józefa odesłałem do Basi.
Sędzina (j. w.) Możeś mu zrobił jaką nadzieję? tegoby tylko brakowało...
Sędzia. Ale gdzie tam!... chociaż bogiem a prawdą, ja go lubię... to tęgi chłopak, jak honor kocham!.. i rządzi się bardzo dobrze...
Sędzina (unosząc się). Dajże mi pokój, ja go niechcę.
Sędzia. Masz tobie!... alboż ja go swatam? Basia zabawna.. przecie mówiliśmy już o tem kiedyś, i wiem, że to być nie może...
Sędzina. Za mało zwracaliśmy uwagi na ich stosunki... to mąż wcale nie dla Mani... tymczasem wystaw sobie, przekonałam się, że ma słabość do niego.
Sędzia. Niepodobna! a to smarkacz dziewczyna, jak honor kocham... (po chwili) no. ale kiedy tak, to jakże zrobić?
Sędzina (wzruszając ramionami). Jak zrobić? od czegóż jesteś ojcem? i głową domu? postarać się, żeby mogła zająć się kim innym; ściągnąć do domu kogoś, co był mógł się jej podobać i odpowiadał naszym wymaganiom pod względem urodzenia i majątku.
Sędzia. Tak, ale gdzie, tego feniksa szukać?
Sędzina To też nieszczęście, że teraz o to coraz trudniej. Dziś mężczyzna mający majątek odpowiedni posagowi, jaki mieć będzie Mania, marzy Bóg wie o czem, i chciałby dostać przynajmniej dwa razy tyle.
Sędzia. Ogromna demoralizacja, interesowność.
Sędzina. Dziś trzeba bez skrupułu polować na zięcia, i to jest właśnie twoja rzecz.
Sędzia. No. a Albin? mówiła Basia, że on niby..
Sędzina. Albina, Mania nie chce...
Sędzia. Nie chce znowu? Dla czego?
Sędzina. W żaden sposób — a przyznam się, że nie ma znów tak dalece ubiegać się za czem. Jego stan majątkowy, pomimo że oszukał rodzinę, nie nazbyt świetny... inaczej nie uważałabym i na kaprysy.
Sędzia. Podobno, podobno... ale familijant i chłopiec bardzo przyzwoity.
Sędzina. Już daj pokój; hałas na niego ogromny o siostrę. Przytem jakie prowadzenie się... fe!
Sędzia. He, he, he, to już Basia słyszała o owej Karolci?
Sędzina. Śmiej się, śmiej, wyście wszyscy po jednych pieniądzach... (Sędzia z zalotnością całuje ją w rękę) Więc cóż ja to chciałam powiedzieć... a!... otóż, mam projekt który gdyby mi się udał, dziękowałabym panu Bogu..,
Sędzia. Jakiż to projekt?
Sędzina. Powiedz mi, jak ci się zdaje Brylański.
Sędzia. Brylański... piu! hm... (z miną poważną) bardzo porządny i dorzeczny człowiek. Natręcka mówiła, że miljoner... (po chwili) Ho, ho. jak honor kocham, Basia jest genijalna.
Sędzina. Przecież raz oddaje mi pan mąż sprawiedliwość.
Sędzia, Bardzo przepraszam! i dawno wiem i mówię, że Basia jest stworzona na dyplomatę. Zresztą są na to dowody
Sędzina. Jakież naprzykład?
Sędzia. No, a ja? mąż Basi?
Sędzina. I cóż ty?...
Sędzia. Żeby nie dyplomacja i taktyka Basi, bylibyśmy się sto lat znali, i nie pobrali się. Kto inny byłby ojcem Mani...
Sędzina. Mówisz to w taki sposób, jak gdybyś chciał dać do zrozumienia, że cię złapałam.
Sędzia (dobrodusznie, zażywając tabakę.) No, jużcić Bogiem a prawdą...
Sędzina. Co! co powiedziałeś?
Sędzia. Ale nic!.. Basia się przesłyszała!
Sędzina. Masz szczęście żeś nie powtórzył.. (z ironją.) Mój Boże! I ja go łapałam! byłoby też co!...
Sędzia (niecierpliwiąc się.) Ale kiedy Basia zaraz tam z jakiemiś wnioskami!.. mówiłem tylko po prostu, że Basia jest jedyna do, dyplomacji i do pomysłów... (zagadując.) Istotnie, Brylański zdaje mi się wyborną partją dla Mani... (po chwili.) tylko, że jakoś nie uważałem, żeby się brał do niej... przecie to w takim razie, to się nadskakuje.. coś... owoś...
Sędzina. Toteż właśnie daje miarę jego wartości; nie widzi potrzeby zbytecznego narzucania się.
Sędzia. Prawda. (n. s.) Kuta baba, kuta baba, jak honor kocham!
Sędzina. Manię już ja biorę na siebie... a ty, spodziewam się, że potrafisz z nim dać sobie radę; będzie nam dzisiaj towarzyszył na przechadzkę.. bądźże dla niego grzecznym.
Sędzia (zażywając.) No, to najmniejsza!
Sędzina Ale, ale... trzeba koniecznie usunąć Albina, bo gdyby nie przestał bywać jako konkurent, tamten gotówby się zrazić...
Sędzia. Zapewne...
Sędzina. Mania ani chce słyszeć o nim, a trudno ją znów przymuszać, kiedy można znaleźć co lepszego.
Sędzia. Spodziewam się. Opieka i czujność rodzicielska, nie powinna przechodzić w tyranję.
Sędzina. A że mnie się już oświadczał i na pół zezwoliłam, więc wypada koniecznie dać mu do zrozumienia...
Sędzia. Oho! Basia Metternich, to potrafi z nim dać sobie radę..
Sędzina. Przepraszam, to twoja rzecz.
Sędzia. Wszystko moja rzecz!
Sędzina. Naturalnie... (wstaje.) Mówię ci przecie, że na pół przycięłam jego oświadczenie; z tobą zaś nie mówił wcale, prawda?
Sędzia. Ani słówka.
Sędzina. Więc moje zobowiązanie nic nie znaczy, wszak ty jesteś głową domu.
Sędzia. Zdaje się..
Sędzina. Do ciebie zatem należy rozstrzygnąć rzecz ostatecznie. Gdy przyjdzie Albin, daj mu zręcznie poznać, że masz względem Mani inne zamiary, a gdyby się odezwał z pretensjami, odpowiedz mu tak, żeby stracił nadzieję.
Sędzia Ale co ja mu powiem?
Sędzina. Alboż ja wiem? Uczyć cię nie będę... od czegóż koncept?... (patrząc przez okno.) Ot, zdaje mi się, że właśnie idzie... tak, to on, poszedł do altany, spodziewając się tam zastać Manię, więc za chwilę tu przyjdzie... Odchodzę, żeby wam nie przeszkadzać.. tylko proszę cię, zrób to zręcznie... wymyśl co.. mógłbyś nawet w ostateczności użyć jakiej małej intrygi... (odchodzi na prawo.)

SCENA IV.

Sędzia (sam). Basia mądra!... zawsze ustrzeli jakiego bąka, a potem mnie każe naprawiać... (po chwili) ja do konceptu i do intrygi... to się znalazła! jak żyję nie intrygowałem, jak honor kocham... Co innego być głową domu, a co innego intrygantem... (po chwili). No, i co ja wymyślę..

SCENA V.
Sędzia i Albin (wchodzi głębią.)

Albin. Panu Sędziemu moje uszanowanie.
Sędzia (chodząc). Dobry wieczór, dobry wieczór... (n. s.) Jak tu zrobić?
Albin. Gdzież są panie?
Sędzia (stając przed nim.) Jest? zaraz, panie! Co ty tak zawsze dopytujesz się o te kobiety?
Albin. Cóż w tem dziwnego?
Sędzia. A, bo ciekaw jestem, co ci z tego przyjdzie?
Albin. Jakto?
Sędzia (chodząc). A naturalnie; wiem, że pytasz się tak sobie tylko... na wiatr... bez celu...
Albin. Mógłżeby pan Sędzia przypuszczać?
Sędzia. Ja wszystko przypuszczam... Oho! znam ja cię ptaszku, jesteś bałamut... kobieciarz...
Albin. Ja?
Sędzia. A któż?... ja może?
Albin (układnie całując go w ramię). Panie sędzio... tak, mówiąc między nami.. rozumie się nie dziś, ale kiedyś.. bo bądźmy sprawiedliwi... (Sędzia unikając jego wzroku chodzi znowu) wszak ludzie są ułomni... a jednak, pomimo to wszystko, dziś pan sędzia jest mężem przykładnym, i ojcem najpiękniejszej panny z całego tutejszego towarzystwa..
Sędzia (n. s.). Basia dała mi głupią rolę.
Albin. Czyż każdy z nas, jeżeli tylko niema w żyłach wody zamiast krwi, nie nosi już w sobie wrodzonego uwielbienia dla tej płci nadobnej?
Sędzia (n. s ) Ma rację.
Albin. Ktoś, coby tego nie doświadczał, nie wartby był nazywać się mężczyzną....
Sędzia (n. s.) Ma rację, jak honor kocham..
Albin. Wszystko to, na co zżymają się przesadzeni moraliści i dewotki, nie dowodzi nic innego, jak tylko pełni życia, stanu normalnego człowieka, i nie sprowadza owych fatalnych następstw, o jakich podoba im się mówić...
Sędzia. Nie sprowadza, nie sprowadza; kto wie!
Albin. Panie sędzio, mówmy otwarcie. Cobyś pan powiedział o człowieku, nie mówię już o młodym, ale nawet w pewnych latach, tak naprzykład w wieku pańskim, chociażby ojcu rodziny... któryby przechodząc koło ładnej kobiety, odwrócił się ze wstrętem, od tego arcydzieła natury?
Sędzia. Co bym powiedział?... No, cóż chcesz... powiedziałbym, że to — jest... jakiś wyrodek, dziki człowiek..
Albin. I ja toż samo... zatem, jesteśmy w zgodzie...
Sędzia (spostrzegając się). Ale przepraszam, nie jesteśmy w zgodzie... ja o Pawle, ty o Gawle...
Albin. Jakto, mówimy obadwaj o kobietach... (sędzia znowu chodzi) i wiem, że pan sędzia jest przekonany, tak samo jak ja, że chwilowe zajęcie się pięknością, owe przelotne zachwycanie się wabiącemi nas po drodze wonnemi kwiatkami, nie obowiązuje do niczego, jestto tylko niewinna praktyka, próbowanie sił własnych. Tymczasem każdy z nas ma jeden cel wytknięty przed sobą, to jest ożenienie się, ustatkowanie... i w tej myśli, pomiędzy owemi kwiateczkami upatruje takiego, któryby posiadał coś więcej, od samej woni i barwy, tem czemś jest stanowisko, i...
Sędzia (stając). I majątek zapewne...
Albin. No chociażby i majątek... Wszak zakochujemy się zawsze dla czegoś.. a im więcej zalet...
Sędzia (ironicznie). Naturalnie... (n. s.) Mam gotową intrygę, jak honor kocham! (gł.) Więc tybyś się bez majątku nie potrafił zakochać?
Albin. Za pozwoleniem, nim przyjdziemy do dyskusji nad tą kwestją, pragnąłbym...
Sędzia (przerywa z powagą). Panie Albinie, bądź łaskaw siadać... (siada sam — odchrząknąwszy). Położenie ojca mającego córkę na wydaniu jest niekiedy tak drażliwem, że...
Albin (n. s. siadając także). Do czego on zmierza?
Sędzia (n s.) Nie, takby było głupio.. (po chwili uroczyście, zażywając tabakę). Panie Albinie, lubiłem cię zawsze, jako sąsiada, i ceniłem w tobie otwartość, która wynagradzała wady, bodące następstwem młodości.
Albin (skromnie). O! panie sędzio!
Sędzia. Tej otwartości dałeś nowy dowód przed chwilą, co zniewoliło mnie, że równąż chcę ci się odpłacić!...
Albin. Słucham..
Sędzia (n. s.) I tak niema sensu... (po namyśle.) znasz Feingolda?
Albin (zdziwiony). Jakiego Feingolda?
Sędzia. No! tego... kupca zbożowego...
Albin. A któżby go nie znał!.. (n. s.) Obdziera mnie co rok....
Sędzia. Był u mnie wczoraj, zapewne go widziałeś...
Albin. Widziałem, czy mniał jaki interes?
Sędzia. Wziąłem od niego tysiąc rubli, sprzedawszy kilkaset korcy zboża na pniu.
Albin. Jakto? Taki kapitalista, jak pan sędzia? Wolne żarty?
Sędzia (śmiejąc, się z przymusem.) Ha! ha! ha! ja kapitalista! wyborny sobie jesteś! (wstaje.)
Albin (n. s. wstając także.) Co to ma znaczyć?
Sędzia (tajemniczo.) Muszę ci wyznać wszystko otwarcie... bo lubię interesa załatwiać na czysto, i nie życzyłbym sobie, aby ktoś mógł mi kiedykolwiek wymawiać, żem go oszukał...
Albin. Nierozumiem...
Sędzia. Za pozwoleniem! Ludzie roztrąbili, że ja siedzę na pieniądzach.. i rachowali u mnie gotówkę na krocie.. Rzeczywiście, kiedyś było tam coś... ale... licho mnie skusiło, żem się wdał w nie swoje rzeczy... ułakomiłem się na większy procent i wszystkie kapitały ulokowałem w Warszawie na domach.
Albin. Jakto? wszystkie kapitały?
Sędzia. Co do grosza!
Albin. Kiedy? Sędzia. Jeszcze w zeszłym roku.
Albin. Jeżeli na dobry procent, cóż złego?
Sędzia. O niedomyślna głowo! czyż nie wiesz, co się teraz porobiło z cenami kamienic?
Albin. Nie wiem.
Sędzia. Nie wiesz? (n. s.) I ja nie wiem... (gł.) Słuchaj powiem ci, tylko nie powtarzaj nikomu... (do ucha.) wszystko mi poprzepadało
Albin (niedowierzająco.) Jakto? na wszystkich kamienicach razem?
Sędzia. Na wszystkich.
Albin (j. w.) Czy podobna, żeby pan sędzia był tyle nieostrożnym, i nie przekonawszy się...
Sędzia (niecierpliwie.) Co ci do tego, jak zrobiłem... dosyć, że gotówki nie mam... inaczej, czyżbym brał od Feingolda, marnując zboże... zastanów się...
Albin (n. s.) Zapewne... (gł.) I tak pan sędzia przyjął to filozoficznie?... nikt o niczem nie wiedział...
Sędzia (chodząc.) Czy chciałeś żebym sobie zaraz w łeb strzelił?... zresztą, jeszcze tam coś zostało, ale z gorzelnią trafiłem jak kulą w plot... i to mnie dorżnęło...
Albin (n. s.) Patrzcie państwo! dobrze, że się o tem zgadało.. (gł. z ironią.) Zaszczyca mnie zaufanie pana Sędziego... ale nie rozumie, do czego to zmierza...
Sędzia (chodząc dużemi krokami.) Zmierza do tego, aby nikt na pamięć nie sądził o cudzych interesach... ludzie są szczególniejsi!... chcą znać lepiej moją kieszeń, niż ja sam... Mają mnie za kresusa... Manię liczą za partję krociową, tymczasem ja, chociaż mam Zielenice czyste... nie dam za nią więcej za życia... jak około pięćdziesięciu tysięcy... licząc w to wyprawę... to sobie zanotuj!.. i tak jeszcze muszę się zapożyczyć.
Albin (n. s.) A to śliczny interes!... (gł) Ale ciekaw jestem, co mnie to obchodzi?.. Czyż ja jestem konkurentem do ręki panny Marji?
Sędzia (zdziwiony.) Nie jesteś konkurentem?
Albin. Zdaje mi się, że nie dałem nikomu powodu do robienia podobnego wniosku... ani mi postała w głowie myśl, porzucenia kawalerskiego stanu..
Sędzia (n. s.) Po djabłażem ja mu tyle naplótł... co ta Basia zawsze narobi!.. (gł. zły.) Czy ja ci mówię, że jesteś konkurentem?... przeżegnaj się!
Albin. Sądziłem tylko, że mam prawo odpowiedzieć na nacisk, z jakim pan sędzia wspomniałeś o posagu panny Marji...
Sędzia. Jaki nacisk?... przyśniło ci się... mówiłem tylko w ogóle (po chwili, zły.) Najświętsza rzecz, gdy każdy patrzy swojego nosa... najlepiej na tem wyjdzie, jak honor kocham...
Albin (ironicznie.) I ja jestem tego samego zdania... (patrząc na zegarek.) A tymczasem muszę pożegnać pana sędziego...
Sędzia. Odchodzisz?.. (niepuszcza) Czekajno,.. (n. s.) Licho wie, możeby mu powiedzieć... (gł.) Gdzież ci tak pilno?
Albin. Mam interes, i to bardzo ważny... muszę być na stacji... pociąg przychodzi za pięć minut.
Sędzia. Za pięć minut? Czekajno...
Albin Nie mogę, daję słowo honoru. (odchodzi.)
Sędzia (sam.) Spisałem się... ani słowa... mogę sobie przyznać... (chodzi.) Teraz gotów rozpaplać to, co mu powiedziałem... niezawodnie rozpaple... śliczne rzeczy!... (po chwili.) Muszę, zapowiedzieć Basi raz na zawsze, żeby sobie sama intrygowała, gdy będzie potrzeba... a mnie dała święty spokój... (odchodzi na prawo.)

SCENA VI.
Albin i Józef, (Albin wyszedłszy przed chwilą, spotkał się przed gankiem z Józefem zaglądając na scenę.)

Albin. Niema go... odszedł... (wchodzą obaj.) A! to zgroza, wystaw sobie! najszczęśliwszym w świecie trafem, dowiedziałem się okropnych rzeczy.
Józef. Cóż takiego?
Albin. Że teżto na nic w świecie rachować nie można. Przypominasz sobie naszą rozmowę nie dawno? Mówiąc o Mani, dowodziłem, że ona tu reprezentuje najlepszą partję...
Józef. Czy zmieniłeś zdanie?
Albin. Spodziewam się!... o włos nie złapałem się najszkaradniej. Imaginuj sobie, sędzia bankrut.
Józef. Co ty wygadujesz?
Albin. Jak Boga kocham! wdał się w pożyczki na domy, gdzie mu krocie poprzepadały, a dorżnął się fabrykami... ostatkami goni.
Józef. Czy podobna? (n. s.) A! tem lepiej dla mnie.
Albin. Wiem to z własnych jego ust. Chciał we mnie wmówić, że się staram o jego córunię... dowcipny! Oświadczył mi wyraźnie, że nic za nią nie da, chybaby się w żydy zastawił. Ale odpowiedziałem tak że mu w pięty poszło.
Józef (ironicznie.) Naprzykład?
Albin. Delikatność nie dozwala mi powtarzać... ale znając mnie, domyślasz się, że nie zapomniałem języka w gębie.
Józef. O! ty go nigdy nie zapominasz...
Albin. Może nie wierzysz?... co?... jak sobie chcesz... Dosyć, że stanowczo zwijam chorągiewkę, i zostawiam ci zupełnie wolne pole... wszakżeś się zapisał na listę?.. (podając mu rękę.) Życzę szczęścia... (odchodzi.)

SCENA VII.
Poprzedzający, Mania (wchodzi z prawej strony, ubrana jak do spaceru, za nią Brylański z kapeluszem w ręku.)

Mania (idąc w głąb i zatrzymując Albina, który był już we drzwiach.) Panie Albinie, za pozwoleniem... dokądże to?
Albin (we drzwiach.) Witam panią, i żegnam zarazem...
Mania. Cóż tak pilnego?
Albin. Interes wielkiej wagi.
Mania. Który, spodziewam się, odłożysz pan na moją prośbę. Wybieramy się na spacer, będziesz nam pan towarzyszyć...
Albin. Pani łaskawa, w każdym innym razie, byłbym tą propozycją pani uszczęśliwiony... lecz w tej chwili..
Mania (z kaprysem.) Ale kiedy mnie w tej chwili właśnie, idzie o to więcej, niż kiedykolwiek...
Albin (n. s.) Łapią mnie najwyraźniej. (głośno.) Ale daję pani słowo honoru...
Mania (zwracając się do Brylańskiego, który się zbliżył do niej.) Panowie się nie znacie... (prezentując.) Pan Albin nasz sąsiad... pan Brylański... (n. s. do Albina.) Zabaw go pan, mój dobry panie Albinie, bo mnie okropnie nudzi...
Albin (n. s.) Ciekaw jestem, co mnie to obchodzi?
Mania (spostrzegłszy niby dopiero Józefa.) A! pan Józef.. nie widziałam... (zbliża się do niego.)
Brylański (do Albina.) Pan mieszka w tych stronach?... (przyprowadzają się za drzwi szklanne, gdzie przez parę chwil rozmawiają w ganku; poczem Albin dając do zrozumienia giestami, że nie ma czasu, opuszcza Brylańskiego, który zostaje sam.)
Mania (do Józefa ) Dobrze, że pan przyszedłeś, będzie nam weselej... (ciszej.) Znacie się z tym nieznośnym Brylańskim?
Józef. Poznaliśmy się... ale czemże zasłużył na ten przymiotnik?
Mania. Ach! jaki nudny, to nic równego. Nie wiem dla czego, rodzice upodobali go sobie, i każą dla niego być grzeczną. Czy uwierzysz pan, że przyszedł od półgodziny, i nie powiedział pięciu słów! Nieznośny!
Józef. Dlatego, że nie mówi?
Mania. No, naturalnie! Cóż powiedzieć o mężczyźnie, który w towarzystwie kobiety siedzi jak mumija, nie umiejąc trzech zliczyć?
Józef (żartując) Zdarzają się wypadki, że właśnie obecność tej kobiety, wywiera wpływ paraliżujący władze umysłowe..
Mania. Widzę, że i pan zaczynasz być nieznośnym... w inny sposób.
Józef. Mówię to z własnego doświadczenia.. (po chwili, patrząc na nią.) Czy pani wiesz, co się dzieje z człowiekiem, gdy nosi się z myślą rodzoną w sercu mimo wiedzy, z myślą, która rozsadza mu piersi, a z którą taić się musi gdy okoliczności przemawiające do jego rozumu, nakazują mu milczenie?
Mania. Nie wiem, gdyż nie pojmuję uczucia, nad którem rozum miałby taką władzę.
Józef. Są jednak wypadki, że tak być musi.
Mania. Naprzykład?
Józef. Przypuść pani, że mężczyzna z sercem gorącem, ukochał kobietę, którą prawa wymagań towarzyskich postawiły wyżej od niego, że mężczyzna ten sięgając po jej wzajemność, byłby posądzony o brudne wyrachowanie, że ona sama mogłaby w tem świetle widzieć jego zabiegi.. cóż człowiekowi temu radzi rozum?
Mania. Najprzód powinien mu powiedzieć, że tajenie w sobie tej myśli, powiększa tylko złe, że cierpienie, jeżeli mężczyzna ten rzeczewiście cierpi, doznałoby ulgi, gdyby... przestało być tajemnicą dla... osoby, która te uczucia wzbudziła; a chociażby ich nie podzielała...
Józef. Chociażby nie podzielała?
Mania (z żywością.) Mówię przez przypuszczenie... zresztą w takich razach, lekarstwo gwałtowne będzie podobno najskuteczniejsze... powolna trucizna podług mnie jest najgorszą, bo przedłuża cierpienie.
Józef. Może i to prawda. Lecz są położenia, że mężczyzna musi się wahać, znajdując pewien rodzaj okrutnej przyjemności w zamknięciu wewnątrz siebie tego uczucia. To też sądź pani o radości, tego mężczyzny, gdy niespodzianie dowiaduje się, że skrupuły jego były zbyteczne, że ta przepaść, która jak sądził dzieliła go od przedmiotu ukochanego, nie istnieje, że położenie tej osoby upoważnia go, do ofiarowania jej swego ramienia!
Mania (n. s.) Co on mówi?
Józef. Może to egoizm, ale człowiek ten czuje się najszczęśliwszym, że osoba, którą on mniał za bogatą, jest ubogą jak on, że tym sposobem, nabiera nad nią prawa, uświęconego miłością, która tkwi w jego sercu.
Mania (n. s.) Mój Boże; on się tam gdzieś zakochał!
Józef. Pojmujesz pani szczęście tego człowieka? pojmujesz, z jaką rozkoszą przysięga sobie, życie poświęcić temu skarbowi, który może teraz mieć prawo nazwać swoim?
Mania (zimno.) Możebym pojęłam, gdybym wiedziała, do czego to wszystko zmierza i zkąd to zaufanie, jakiem zostałam zaszczyconą?
Józef. Jakto? więc się pani nie domyślasz?
Mania (j. w.) Źleś pan trafił, wybierając mnie na powiernicę swoich wzruszeń. Nie jestem wcale domyślną.
Józef (z ironją.) O! przepraszam panią.. kobieta jest najdomyślniejszem stworzeniem pod słońcem i to do tego stopnia, że w rozmowie z mężczyzną, staje się czasami nawet zbyt domyślną, dostrzegając w jego słowach intencji, których nie miał...
Mania. Wina to mężczyzny, gdy nietrafnie wybrał przedmiot rozmowy...
Józef. Tym razem, masz pani słuszność najzupełniejszą... lubo nic dlań trudniejszego, jak znaleść pole, na któremby się ich przekonania spotkały...
Mania. O! zapewne... bo mężczyzna... (naśladując jego ton) jest najzmienniejszem stworzeniem pod słońcem.
Józef. Zadałoby to kłamstwo pewnikom, jakie z tysiącznych przykładów... wyciągnęli najpoważniejsi myśliciele, pewnikom które stały się przysłowiami...
Mania. Wątpię, abyś pan był w stanie przytoczyć wiele tych przykładów...
Józef (unosząc się.) Pani! gdybym był artystą, malarzem albo rzeźbiarzem, miłość przedstawiałbym dwojako: męzką i żeńską. Amor męzki, byłby ślepy z zawiązanemi oczyma, tak jak go zwykle wyobrażają; kobiecy w doskonałych okularach z tabliczką do notowania cyfr.
Mania. Być może, żeby to było arcydziełem, ale dla mnie niezrozumiałem, jak cała pańska rozmowa wielce zagadkowa.
Józef (wskazując na Brylańskiego, który w ganku siedzi zamyślony na ławce.) Panno Marjo, jesteśmy niegrzeczni, rozmawiamy tu sobie bez ceremonji, gdy tam pan Brylański porzucony przez Albina, nudzi się sam... (z przyciskiem.) Pan Brylański, dla którego rodzice każą pani być grzeczną! Winnaś mu pani kilka słów, jakkolwiek sam trzech zliczyć nie umie.
Mania. Dziękuję panu za nauczkę, wskazałeś mi pan mój obowiązek. Wyborny pan jesteś na mentora.

SCENA VIII.
Poprzedzający, Sędzia, Sędzina (w ubiorach do spaceru, wchodzą z prawej strony.)

Sędzina (n. s. do Mani.) Już z nim, gdy tamtego zostawiłaś samego, jak na pokucie!... wiesz, że to trochę za wiele... (mówi z nią na stronie.)
Sędzia (który na znak żony, dany zaraz po wejściu, zbliżył się do Brylańskiego) Pan z nami na spacerek? (częstuje go tabaką.)
Brylański (wchodząc z sędzią.) Z największą chęcią... w towarzystwie tak miłem...
Sędzia. Deszczu, bo zdaje się, dziś już nie będzie...
Brylański. Zapewne... przynajmniej mój barometr chwała Bogu nic mi nie przepowiada...
Sędzia. Pan ma z sobą barometr?
Brylański (wskazując na ramie.) Reumatyzm, panie łaskawy.
Sędzia (mimowolnie.) Cyt!... (ogląda się na kobiety n. s.) To się zbajał... ale Basia nie słyszała...
Sędzina (do Brylańskiego.) No, idziemy.
Brylański Służę... (podaje jej rękę.)
Sędzia (do Józefa.) Józefek, ty idziesz?
Sędzina (rzucając na niego piorunujące spojrzenie.) Mężu...
Sędzia. Co?
Józef (spoglądając na Manię.) Byłoby to dla mnie prawdziwą przyjemnością, ale nie mogę.. Odjeżdżam jutro do domu, chwile moje policzone....
Sędzina. Więc żegnamy... (od chodzą, Mania nieco ociągając się.)
Józef (sam.) I ja mogłem dać się tak uwieść prostej kokieterji?! Bo te wabiące uśmiechy, te tak głębokie i tyle obiecujące spojrzenia, niczem innem nie były... oh! kobiety!
Mania. (powracając i jakby szukając czegoś.) Zdaje mi się że mógłbyś pan poświęcić nam godzinkę, bez wielkiej szkody dla interesów.
Józef (pociągnięty jej spojrzeniem.) Pani.. (robi kilka kroków ku niej, poczem wstrzymuje się) Nie mogę... dałem sobie słowo że...
Mania (przerywając, zimno.) Nie tłómacz się pan... dosyć mi na tem... (wychodząc n. s.) Oh! mężczyźni!... (ogląda się nań jeszcze ukradkiem. Józef idzie ku oknu, i spogląda za nią.)

Zasłona spada.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Bliziński.