Resurrecturis (Niewiadomska)/Resurrecturis!

<<< Dane tekstu >>>
Autor Cecylia Niewiadomska
Tytuł Resurrecturis
Pochodzenie Legendy, podania i obrazki historyczne
Data wydania 1921
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk F. Wyszyński i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

Resurrecturis!
11 listopada 1918.

„W górę serca! Polska wstaje,
Krwią obmyta z krwawych plam,
Uścisnęła ludy, kraje,
Ludom rzekła: — Pokój Wam!“

M. Romanowski.

Wstrzęsła się ziemia w wojnie wszechświatowej, runęły trzy mocarstwa, chwieją się, walczą jeszcze wszystkie państwa, stara skorupa świata popękana, z grobowego kamienia Polski spadło trzech olbrzymów-karłów i — stał się cud...
Naród Polski zmartwychwstał: „na trzech stoi koronach, a sam bez korony“ — jak prorokował wielki wieszcz-poeta — „a życie jego — trud trudów, a tytuł jego — lud ludów!“
Czas wiekowej niewoli Polski — zakończony, zamknięty ostatnim piorunem, który zwalił pruskiego wroga. Kłębią się ciężkie chmury i grzmi jeszcze, ale burza minęła.
Niemiec błaga o pokój, nie może walczyć dłużej, on, ten żelazny naród — zwyciężony.
Dlaczegóż jednak rozkazuje u nas?
Ocknęli się Polacy: — Precz z Prusakiem!
Beseler sam miarkuje, że lepiej cichutko wyjechać. Boi się! Polscy oficerowie eskortują go do granicy, — dziękuje im za opiekę!...
A teraz rozbrojenie. Niemcy nie stawiają oporu. Czują, że zgasł nagle ten prąd elektryczny, który nimi kierował i dawał im siłę: wiara w zwycięstwo. Stali się bezwładną masą.
Odbierają im broń żołnierze, młodzież, robotnicy, ba! — kobiety.
— Nie, nie, nie róbcie tego — upomina szlachetne współczucie. Nad pokonanym wrogiem pastwić się nie godzi.
Więc bezbronnych umieszczają w Cytadeli, tam są zupełnie spokojni, bezpieczni. Polskie wojsko zajmuje odwach na Saskim placu, koszary, składy broni i amunicji, działa, samochody, wszystko staje się własnością Polaków: zapasy gotówki, żywności, odzieży, całe magazyny już naładowane i gotowe do wywiezienia — wszystko nasze. Zdobycz wojenna.
Wielka zdobycz, a jednak jakaż drobna cząstka tego, co zabrał Niemiec.
Powstają polskie władze, polscy urzędnicy, w biurach Niemcy zniknęli, wszędzie mowa polska. To nie sen!
Na ulicach ruch gorączkowy, radosny: ludność spiesznie zaciera ślady Niemców: zdejmują ich ogromne szyldy z napisami, zamazują niemieckie napisy na murach, usuwają orły dwugłowe. Polskie flagi ukazują się na gmachach.
Jesteśmy w Polsce! Jesteśmy u siebie! Zniknęła pruska pięść!
Rada Regencyjna ma już dosyć władzy i ciężkiego lawirowania między łaską cesarską i wolą narodu, chciałaby pozbyć się tego ciężaru. Upomina się w imieniu narodu o uwolnienie więźnia, Piłsudskiego.
Jemu oddaje władzę. On stworzył legjony. Zna go wojsko i Polska cała, — niechaj rządzi.
Aż do zwołania sejmu Piłsudski Naczelnikiem Państwa.
Niema Państwa bez skarbu; niema rządu; Polska potrzebuje pieniędzy. Musi stworzyć wojsko, ubrać je, uzbroić, żywić, bo zewsząd jeszcze grozi nieprzyjaciel. Musi płacić urzędników, tworzyć coraz nowe władze, utrzymywać niezbędne instytucje, — to wielkie gospodarstwo, które wymaga miljonów, aby wystarczyć na wszelkie wydatki.
I patrzmy, co się dzieje: skarb wzywa do ofiar, a naród niesie dary.
W bankach i biurach, na to przeznaczonych, szeregi urzędników i tłum ludzi. Urzędnicy liczą, notują, spisują i wydają pokwitowania, — a ludzie z jasną twarzą cisną się do stołów, każdy składa, co może.
Starzec przynosi srebrną tabakierkę, lichtarz i dwa pierścionki, — młodzieniec papierośnicę, łańcuszek od zegarka, jakaś pani kolczyki, broszkę, inna łyżki srebrne, ten wyjmuje z węzełka pozłacany kubek, tamta korale, ta obrączki ślubne, dziecko przynosi krzyżyk, złoty medalik, a wszyscy, wszyscy srebrne rosyjskie pieniądze. Chowali je widocznie na czarną godzinę, lecz oddają w tej jasnej, złotej.
I piętrzą się na stole złote i srebrne monety, ruble, czterdziestówki, dwudziestki; — dalej przedmioty złote, biżuterje i kosztowności: pierścionki i obrączki, kolczyki, broszki, drogie spinki i naszyjniki, łańcuszki, bransolety, ozdoby do włosów, kubki srebrne, koszyczki, cacka; — tam stołowe zastawy, srebrne łyżki i łyżeczki, widelce, noże, patery, świeczniki, któż to wyliczy wszystko?
To samo dzieje się i w innych miastach, w Krakowie; w Poznaniu trochę później, bo teraz zagrabiłby Niemiec: tam jeszcze panuje.
Hojna, wspaniała ofiarność Warszawy, lecz poznańska głębiej nas wzrusza, bo tam lud wiejski oddaje, co zebrał, na potrzeby ojczyzny. Lud uświadomiony. Gnębił Niemiec, lecz nie miał jednej strasznej broni: nie siał ciemnoty, zabójczej trucizny.
Płyną wiec dary, lecz wszystko za mało wobec ogromnych potrzeb. Wojska, wojska nam trzeba, a wojsko tak dużo kosztuje. Ale wojsko niezbędne, bo Niemiec podstępnie rozpala dokoła pożary.
Przedewszystkiem Wschodnia Galicja, o którą tak gorliwie kusiło się trzech sprzymierzeńców. Jeszcze się łączą, by ją wydrzeć Polsce. Na czele staje książę Habsburg, lecz przybrał ruskie imię i kozacki mundur. Tworzy oddziały z niemiecką komendą, układa plan zdradziecki, i budząc się pierwszego listopada, mieszkańcy Lwowa słyszą ze zdumieniem, że Rusini opanowali część miasta i posuwają się dalej.
Rusini? —
Nie czas dochodzić teraz, kto ten nieprzyjaciel, przedewszystkiem bronić się trzeba. Ale kto bronić będzie? Wojska niema.
Wszystko jedno, nie damy miasta! —
I spieszą na plac boju: młodzież, rzemieślnicy, byli wojskowi, nieliczna załoga, kobiety, dziewczęta i dzieci. Dziesięcioletni chłopcy walczą jak starzy żołnierze, znoszą zimno i niewygody, giną bez trwogi, a dzieci-koledzy zastępują ich miejsce.
Bohaterska obrona. Podziwia ją kraj cały, na pomoc spieszą ochotnicy, lecz wojska nie przybywa, bo go niema.
Jednak nie dali miasta. Broń zabrali Rusinom, bo nie mieli własnej, nieopisanem męstwem i pogardą śmierci wyparli ich z ważniejszych punktów i trzymali się trzy tygodnie, póki nie przyszły z Krakowa posiłki.
Nie skończyło się na tem, bo wróg pozbawił miasto światła i wody, niszcząc elektrownię i wodociągi podmiejskie. Żywności nie dopuszcza.
Zima, mróz, brak opału, ciemność, długie noce, brak wody, głód.
Lwowianie znoszą wszystko mężnie i pogodnie. — Nie damy miasta! — to ich jedyna odpowiedź. Gotowi umrzeć wszyscy. Ale wierzą w zwycięstwo i trwają, pracują, nie opuszczają rąk, ani na jedną chwilę nie poddają się zwątpieniu i rozpaczy.
Upływają miesiące, oni zawsze w pogotowiu. Niemcom zerwano maskę, wyszły na jaw ich zdradne intrygi, pozorny spokój wrócił. Lecz mieszkańcy Lwowa czuwają.
A tymczasem wybuchnął pożar w innej stronie.
W grudniu wracał do Polski Paderewski, jeden z twórców komitetu szwajcarskiego, dzielny i niestrudzony obrońca praw Polski na Zachodzie i w Ameryce. Cała Polska oczekuje go z wielkiem wzruszeniem, to też kiedy ukazał się w Poznaniu, pękła żelazna tama przymusu, milczenia, w którem wytrwała podczas wojny Wielkopolska. Tysiące wdzięcznych dzieci wyległo powitać swojego żywiciela i obrońcę, rozległy się okrzyki: — Jeszcze nie zginęła! — polskie flagi ukazały się na domach.
Och, tak długo Poznańskie nie mogło okazać radości i nadziei, które kwitły w sercach, — tak długo!
Lecz Prusak oburzony: — tego już za wiele! Poznańskie to Prusy, to ziemia niemiecka. Tu Polska? Nigdy! Nigdy!
Padają strzały do bezbronnych, — walka. Ludność chwyta za broń, wydziera ją ciemiężcom. Szał wolności ogarnia Wielkopolskę: — dość już tego! dłużej nie zniesie!
Stają w szeregach chłopi, lud miejski, żołnierze, wszędzie starcia, napady, krew się leje, — ale w ciągu dni kilku Poznańskie wolne od Prusaków.
To nie znaczy wcale, że walka skończona: ona rozpoczęła się dopiero. Niemcy tworzą oddziały straży pogranicznej i toczą wojnę z Polską. Krew płynie, — trudno: za wolność życiem płacić trzeba. A zapał tak ogromny, Wielkopolska uzbraja się tak szybko, iż nietylko swoje granice osłania, lecz wysyła pomoc dla Lwowa. Choć walka z Niemcem trwa.
W Wilnie gospodarują bolszewicy, posuwają się coraz dalej, i ten pożar powstrzymać trzeba. Jeszcze jedno ognisko walki.
Odzyskane Wilno, ale Prusak pragnie opanować Litwę, wiec gra podstępną rolę przyjaciela. Złotem, intrygą, kłamstwem zyskuje sobie zaufanie, i walka trwa znowu, koniec może jeszcze daleki.
Niedarmo sto lat prawie z taką gorliwością polskość tępiono na Litwie.
Ognisty wieniec walk opasał Polskę: od Litwy przez Podlasie, Ukrainę, Wschodnią Galicję, Czechy, aż do Niemców, aż na Pomorze — wojna dookoła, cała granica Polski to jeden krwawy front. Wróg walczy ogniem, mieczem, kłamstwem, okrucieństwem, podstępem i gwałtem, żadnej nie odrzuca broni. A w tem ognistem kole tworzy się państwo Polskie.
Kongres w Paryżu przyznaje nam dostęp do morza, lecz nie oddaje Gdańska. To rozstrzygnie przyszłość. Tymczasem jednak w imieniu narodu generał Józef Haller rzuca w morze ślubny pierścień, czyli bierze je w posiadanie.
A w Warszawie dnia 20 lutego 1919 roku po stuletniej przerwie marszałek Trąbczyński otwiera pierwszy sejm zmartwychwstałej Polski.
Sejm ma wielkie zadanie: stworzyć musi konstytucję, obronić granice, zyskać uznanie wszystkich praw narodu przez państwa Europy; wewnątrz przywrócić dobrobyt, porządek, dać krajowi rząd silny, mądry, zatrzeć ślady zniszczenia, rozproszyć ciemnotę, szerzyć światło, dać przykład miłości ojczyzny.
Czy taki ten sejm będzie?
Na to odpowie nam nowa historja, historja Polski Odrodzonej. Dziś na gmachu sejmowym powinniśmy wyryć złotemi literami wielkie słowa wieszcza, które wskazują nam jedyną drogę do potęgi, sławy, wielkości i szczęścia:
O ile polepszycie i powiększycie dusze wasze, o tyle polepszycie prawa i powiększycie granice“.

(A. Mickiewicz).






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Cecylia Niewiadomska.