Resurrecturis (Niewiadomska)/całość

<<< Dane tekstu >>>
Autor Cecylia Niewiadomska
Tytuł Resurrecturis
Pochodzenie Legendy, podania i obrazki historyczne
Data wydania 1921
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk F. Wyszyński i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
BIBLJOTECZKA MŁODZIEŻY SZKOLNEJ Nr. 150.



CECYLJA NIEWIADOMSKA




LEGENDY, PODANIA
I OBRAZKI HISTORYCZNE


XIX


RESURRECTURIS.



Gebethner i Wolff - logo.jpg



NAKŁAD GEBETHNERA I WOLFFA
WARSZAWALUBLINŁÓDŹ ௳ POZNAŃ
KRAKÓW,௳௳G. GEBETHNER I SPÓŁKA.




Drukiem F. Wyszyńskiego i S-ki, Warszawa, Zgoda 5.




ROTA

Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród,
Nie damy pogrześć mowy!
Polski my naród, polski lud,
Królewski szczep piastowy.
Nie damy, by nas zniemczył wróg...
— Tak nam dopomóż Bóg!
Do krwi ostatniej kropli z żył
Bronić będziemy Ducha,
Aż się rozpadnie w proch i pył
Krzyżacka zawierucha.
Twierdzą nam będzie każdy próg...
— Tak nam dopomóż Bóg!
Nie bodzie Niemiec pluł nam w twarz,
Ni dzieci nam germanił,
Orężny wstanie hufiec nasz,
Duch będzie nam hetmanił.
Pójdziem, gdy zabrzmi złoty róg...

— Tak nam dopomóż Bóg!

M. Konopnicka.

Tak przysięgają serca. Nikt nie wie, co nastąpi, ale czują ci, co czuwają, że przyszłość idzie wielkim krokiem, że się zbliża. Oto zapuka wkrótce i powie:
— Wstawajcie! Już świt.

Już świt! A zatem walka. Walka z Moskalem, Niemcem, orężna i wytrwała, do której musimy być uzbrojeni w moc niezwyciężoną, moc wielkiej, niezłomnej miłości ojczyzny.


Wojna japońska.
(1904 — 1905).

„O ty orle, ty orle nasz biały,
Na dalekie leć niwy i pola,
Mów tym sercom, co we łzach omdlały
Że się kończy wiekowa niedola!“

M. Konopnicka.

Wojna! wojna! — radośnie powtarzają usta Polaków, jeszcze cicho, ale z uśmiechem nadziei. Wojna oczekiwana, upragniona! Wszyscy wierzą, że ona zburzy tę pozorną potęgę białego cara, której się świat obawia. I wszyscy ujrzą, że ten groźny kolos z żelaza i złota ma gliniane nogi, na których się utrzymać nie może.
Więc radośnie biją wszystkie polskie serca — nie, niewszystkie: obok radości — rozpacz.
Rozpacz wzywa ratunku, bo zabierają rekruta. Nasi synowie, ojcowie i bracia pójdą ginąć za sprawę wroga na obczyźnie, na drugim końcu świata, z ran, nędzy, głodu, tęsknoty do kraju. Będą tam umierali tysiącami, na rzeź przeznaczeni, mięso ludzkie.
Straszne. Gorętsi chcą wybuchnąć i nie dać rekruta; kobiety rzucają się na szyny przed pociągiem, — ale cóż to pomoże? Rosja dość jeszcze silna, aby tu, tak blisko, przywrócić porządek i zmusić do spełnienia swojej woli. Jeszcze dość silna. Giną w nierównej walce jednostki i garstki, krople krwi naszej. Ha, wolą zginąć tu, na własnej ziemi.
Inni mówią: — Nie płaczcie: z krwi wyrośnie wolność, wybiła dla Rosji stanowcza godzina.
Polacy tego pragną, ale i wśród Rosjan wielu w to wierzy i gotuje się do czynu. Rosja zajęta wojną daleką i trudną (choć opowiada, że nieprzyjaciela zarzuci wielkiemi czapkami, w jakie swoje wojsko ubrała), nie będzie miała siły stłumić innej walki, która obali carat, da ludziom prawa i swobodę, uwolni pracujące klasy od wyzysku możnych bogaczy.
Do tego dążą rewolucjoniści, którzy przez rewolucję chcą zmienić porządek, jaki dotąd panował w społeczeństwach. Wierzą oni, że tylko gwałtowny, krwawy przewrót dokonać tego może.
W Rosji ucisk największy, car ma przecież władzę nieograniczoną nietylko nad ciałem, lecz i duszą ludzką, bo jest głową Kościoła. Car sam nie podołałby takiej władzy, która jest niedorzecznością, więc ma do pomocy wiernych urzędników, jak Iwan Groźny miał swych „opryczników“. I chociaż car nazywa siebie „samodzierżcą“, często nawet nie wie, co się w państwie dzieje, a rządzą urzędnicy, jak im się podoba, te krocie, które trzymają w ręku jego władzę, i dano im prawo robić z niej użytek.
Tym sposobem w Rosji od ostatnich czasów zamiast prawa rządziły krocie „carów“. Reszta ludzi — to niewolnicy.
Pośród tych niewolników wielu myśli, czuje i sądzi, nie chce znieść takiego stanu i musi dążyć do przewrotu. Dlatego Rosji ciągle grozi rewolucja. Żyje ona w pałacach i w ubogiej chacie, wszędzie, gdzie człowiek nie wyrzekł się duszy, gdzie czuje się człowiekiem i pragnie wolności i prawa.
I walka bezustanna. Rewolucja woła: — Daj nam prawo i konstytucję, bo zginiesz z całą zgrają sług twoich niegodnych. — Car otacza się rojem szpiegów, aby słuchali, skąd głos ten pochodzi, i rojem katów, aby mordować lud własny.
W roku 1881 car Aleksander II zabity został w Petersburgu na ulicy, ponieważ nie chciał wysłuchać tych głosów. Jedna bomba go oszczędziła, drugą rzucono mu prosto pod nogi. Niech ginie!
Rozumie się więzienia, śledztwa, szubienice, lecz umierają jedni, a rodzą się nowi; tej hydrze żaden car głowy nie zetnie.
A teraz wojska pójdą het, daleko — czyż nie najlepsza chwila?
Te same nadzieje mają i inne stronnictwa. Socjaliści dążą także do przewrotu, niekoniecznie jednak drogą rewolucji. Im chodzi przedewszystkiem o klasy pracujące, robotnicze, o ich dobrobyt, ich prawa, walkę z kapitałem, który wyzyskuje pracę. Ale można to wszystko zdobyć w inny sposób: w państwach konstytucyjnych walka się toczy w sejmie, tam ich przedstawiciele zdobywają potrzebne prawa.
W Rosji jednakże niema sejmu, konstytucji, więc bez rewolucji tu nic nie zdobędą, dlatego ich dążeniem jest też rewolucja. Przytem socjalizm jest międzynarodowy, bo przecież o to samo chodzi robotnikom wszystkich narodowości. Wygłaszają też hasło: „Robotnicy wszystkich krajów, łączcie się!“ Ten wspólny cel zbliżyć musi robotnika Polaka, Moskala i Niemca.
Ale jeśli chodzi o prawa narodu, czy to zbliżenie może być szczere i trwałe? Widzieliśmy je w Niemczech w 48-ym roku.
To też obecnie w Polsce większość narodowa nie chce mieć nic wspólnego z dążeniami rewolucjonistów rosyjskich. Niech tam u siebie zrobią rewolucję, życzymy powodzenia, ale nie chcemy mieszać się do tego. Przeciwnie, — rewolucja jest zniszczeniem kraju, wiec pragniemy Polskę od tego uchronić. Tu u nas rewolucja niepotrzebna, bo konstytucję mieliśmy oddawna, a gdy będziemy wolni, ustanowimy sobie prawa sprawiedliwe bez krwawego przewrotu. Nam chodzi o cały naród, nie o jedną klasę. Chcemy dla wszystkich prawa i sprawiedliwości, oświaty i zupełnego zjednoczenia stanów. W jedności dla nas siła, nie w walce wewnętrznej.
Lecz i w Polsce są ludzie, którym przedewszystkiem chodzi o polepszenie bytu robotnika, o dobrobyt klas pracujących. Celów narodowych się nie wyrzekają, nie zgodziłby się na to ten sam robotnik polski, o którego dobro chcą walczyć, więc starają się łączyć obie sprawy. Od narodowców tem się głównie różnią, że na pierwszem miejscu stawiają byt robotnika, a na drugiem narodu.
Wyobrażają sobie, że to najprostsza droga. Dlatego też chcą działać zgodnie z rewolucją w Rosji, popierać ją, robiąc rewolucję w Polsce. Narodowcy zupełnie przeciwni są temu: — myśmy co innego, nasz cel inny i inne drogi.
Stąd zatargi i spory, niesprawiedliwe często oskarżenia.
A mamy już i takich, których obchodzi tylko rewolucja. Przeszłości własnego narodu nie znają, a przyszłość — to dobre zarobki dla wszystkich. Poczucie narodowe zatracili.
Na szczęście takich garstka, ale mogą być szkodliwi.
A wojna już się toczy, i jak wszyscy przewidywali — nieszczęśliwie. Brak amunicji, pomyłki i zdrady, brak żywności, mróz, brak odzieży, brak lekarstw i lekarzy, schronienia dla rannych. Straszliwe męki cierpi ta nieszczęsna armja, lecz o tem tylko z listów dowiedzieć się można. Jakąś tajemną drogą dochodzą te listy, pełne bólu, tęsknoty i rozpaczy. Jedyne odetchnienie w niewoli japońskiej.
W gazetach naturalnie co innego. Wprawdzie Japończycy oblegają Port-Artura, największy port i twierdzę niby niezdobytą, lecz o ich bohaterstwie, zwycięstwach — ni słowa. Dopiero przyjdzie Mukden i Cuszyma, największe klęski na lądzie i morzu, — wszyscy ich oczekują z nadzieją i bólem, bo ilu zginie tam naszych! a choć nie naszych, to ilu niewinnych!
W powietrzu groźby. Szepczą o wojnie z Austrją, o zamiarach Turcji, może w ogniu stanie cała Europa. W Warszawie popłoch, lud gromadzi się na ulicach, odbiera pieniądze z kas oszczędności rządowych, policja jest bezsilna.
Rozlepiają srogie przepisy, grożą użyciem broni, — strzelają.
Nie pomaga. Jedni giną, a drudzy stają, jedni się rozproszą, a zgromadzą inni. Trudno czekać spokojnie, kiedy wszyscy czują, że zbliżają się wielkie rzeczy — może jutro...
A tam, daleko, na mrozie, o głodzie — giną i umierają w nędzy bracia nasi.


Pierwsza rewolucja w Rosji.

Bądź silnym! Ziemia pod stopą się chwieje...
Stać trzeba z męskiem wytrwaniem wśród burzy...

M. K.

Żelazny olbrzym na glinianych nogach uczuł pierwszy dreszcz niepokoju: możeby rzucić jakiś okruch łaski tym na zachodnich kresach? Zaczną spodziewać się więcej i nie będą tak skorzy do buntu.
Więc dla Litwy — tak dawno pożądane prawo drukowania książek łacińskiemi literami, a dla Polski — pozwala się uczyć języka polskiego w seminarjach nauczycielskich i szkołach ludowych!
Wspaniałe dobrodziejstwa! a jednak przejmują radością, bo to zapowiedź pękania łańcucha, który tak mocno cisnął. Łaskawej Rosji nikt się już nie lęka: jeszcze chwila, jeszcze chwila cierpliwości, a runie wszystko w gruzy.
I przychodzi ta chwila. Wieści z Petersburga: stutysięczny tłum robotników ruszył przed cesarski pałac, domagając się konstytucji. Powitano go wystrzałami, kilka tysięcy zginęło.
To rewolucja! Do broni! do broni! — wołają najgorętsi. — Mamy stać bezczynni, kiedy wróg się chwieje?
Inni radzą ostrożność. Może w tem być przesada: sprawozdanie urzędowe takie suche.
Zebrania i narady gorączkowe, bo ziemia zdaje się drżeć pod nogami.
Rewolucja w Rosji musi ogarnąć i Polskę — wołają rewolucjoniści, — pomagając jej, mamy prawo korzystać ze zdobyczy.
Narodowcy dowodzą inaczej: Nasze prawa nie na rewolucji oparte. Niech sobie Rosja walczy i strajkuje, my pracujmy spokojnie i nie niszczmy własnego kraju. Do sprawiedliwości mamy wszelkie prawo, a więcej nic nie chcemy.
To tchórzostwo, — to obojętność na wielką sprawę ludu.
To rozwaga i obrona polskiej ziemi przed klęską i zniszczeniem.
Nie mieli czasu przekonać się nawzajem, kiedy zaszły nowe wypadki, zupełnie nieprzewidziane.
Pochód rewolucyjny w Warszawie. Ale jaki! — Jakieś nieznane, tajemnicze bandy zjawiają się o zmroku na ulicach, — grad kamieni tłucze latarnie, tłum rzuca się na sklepy, wybija szyby, rabuje i grabi, dopuszcza się morderstw i gwałtów.
Kto to? — Niewiadomo. Opowiadano sobie, że kryminalistów wypuściła policja na rabunek. Wszystko prawdopodobne.
A nazajutrz brak chleba, sklepy puste albo zamknięte, dowozu żadnego; kto zapasów nie ma, niech przymiera głodem.
Partja rewolucyjna ogłosiła strajk powszechny jako hasło. Nie pozwalają pracować w fabrykach ani warsztatach, piekarnie nieczynne, stanęły dorożki i tramwaje, sklepy pozamykane, strajk na kolejach, w szkołach żądają przerwania nauki.
Bo tam w Rosji tak samo, więc powinniśmy iść za jej przykładem. Niewolno mieć innego zdania, kto chce pracować — zdrajca.
Wybijają szyby w drukarniach, które drukują gazety, zabierają z domu służące. Bezrobocie — to bezrobocie.
I siedzi się wieczorem pociemku bez nafty, w zimnie, bo niema węgla, bez chleba, bez mleka dla dzieci, bez gotowanej strawy.
Ludzie możniejsi jakoś sobie radzą, pomagają jedni drugim, mają jeszcze zapasy, lecz biedniejsi próżnują i cierpią straszną nędzę. Bo nędza coraz większa: fabryki zamknięte, poniszczone materjały i robota, w warsztatach biją tych, co chcą pracować, sklepy puste. Robotnik nie zarabia i z czego żyć będzie?
W Warszawie, w Łodzi, wszystkich większych miastach tworzą się komitety ratunkowe: płyną składki, lud wiejski darmo daje zboże, rozdają żywność, biorą pod opiekę dzieci, ale któż tyle tysięcy wyżywi?
Niecierpliwią się wreszcie robotnicy: Dopókiż tego będzie? — Oni też nie rozumieją, do czego potrzebna ich nędza.
Cierpliwości, jeszcze trochę cierpliwości — tłumaczą kierownicy strajków. — Rząd nie wytrzyma, runie, a wtedy my będziemy dyktowali prawa.
Już ustępuje: cesarz ustanawia dumę, to taki rodzaj sejmu. Ze wszystkich stron Rosji zbiorą się posłowie i będą sobie gadali. A car łaskawie słucha,
I dla „kraju Priwislińskiego“ nowe łaski: język polski w szkołach, w urzędach i wolność wyznania: nie będzie do prawosławia przymusu.
Pierwsze zwycięstwo! głoszą socjaliści.Otośmy coś zdobyli na początek. Nasza zasługa, bo my walczyliśmy.
I na pierwszego maja z czerwonym sztandarem urządzają szereg pochodów. Niestety, witają ich śmiertelne strzały. Są zabici i ranni.
Wzburzenie ogromne: oto wolność! Więc znowu walka.
I zaczyna się okres zamachów: walka z policją i wojskiem, zabijanie szpiegów, rzucanie bomb na znienawidzonych urzędników, aresztowania, śledztwa, rewizje, obławy, krew się leje.
W całej Rosji zresztą to samo. W Moskwie zabito stryja cesarskiego, w Petersburgu zaburzenia robotnicze, dalej w Rydze, Libawie, Rewlu, Kijowie, Sebastopolu, Odesie, Tyflisie i t. d. Pożar widocznie objął całe państwo.
Więc car zwołuje dumę. Może to uspokoi wzburzone żywioły, choć zapowiada znowu, że duma nie ogranicza jego władzy, może doradzać tylko, lecz on zawsze jest samodzierżcą.
Sejm i samodzierżca, — jakże to pogodzić? Ale niechno się zacznie!
I car liczy na dumę: trzeba tem naród zająć, bo wojna japońska skończona, przegrana, powszechne niezadowolenie i groźby.
Polaków także trzeba rozbroić nadzieją, więc manifest 30 października 1905 r. mówi o konstytucji, prawach narodowych. O „kraju Priwislińskim“ nie wspomina, wzywa Polaków do udziału w dumie.
Jakże się nie cieszyć? Przecież to krok naprzód. Przecież o tem niewolno było dotąd myśleć. Teraz na wszystkich ustach autonomja: osobny rząd i prawa. Niema cenzury: pisać o tem wolno!
Amnestja: uwalniają więźniów.
Tłum gromadzi się przed ratuszem: dlaczego niewszystkich więźniów uwolniono? Prosimy, dopominamy się o wszystkich.
A wtem plac otoczony, rzucają się Kozacy z nahajkami, padają strzały raz, drugi i trzeci. Ludzie kryją się w klomby, krzaki, szukają schronienia w budce tramwajowej, uciekają w popłochu, krzyk, jęki, krew, ofiary.
Przeszło czterdzieści osób zostało zabitych, rannych nikt nie policzył; wielu nocowało pomiędzy krzakami, nie śmiejąc się ruszyć do rana.
Taka wolność, — tego można się spodziewać. Jednak radość rozpiera serca. Ludzie muszą śpiewać, gromadzić się razem, ażeby ją okazać. Więc idą przez ulice z modlitwą i pieśnią. Wojsko zdejmuje czapki albo strzela, — niepodobna przewidzieć powitania.
Piątego listopada pochód narodowy. Naród to wszystkie stany, wszystkie partje, wszyscy Polacy. Od lat czterdziestu nie było w Warszawie narodowej manifestacji.
Miasto przybiera wygląd uroczysty: na domach powiewają flagi narodowe, balkony przybrane kwiatami, na dywanach białe orły, portrety Kościuszki i księcia Józefa. Wylęga wszystko, co myśli i czuje: duchowieństwo z krzyżem, 63-ci rok ze sztandarami, lud, tłum, inteligencja, wszyscy razem: niema dziś stanów, sługa obok pani, robotnik przy profesorze, bogacz i nędzarz, wszyscy dzisiaj braćmi, wszyscy czują się Polakami i zniknęły wszelkie różnice, bo dziś serca takie szczęśliwe, że każdy gotów objąć w uścisku świat cały.
Miejsce zbioru przy pomniku Mickiewicza i stamtąd idą w stronę Belwederu ze śpiewem i muzyką. Z balkonów przemawiają do nich ludzie znani, w Alejach Ujazdowskich — Sienkiewicz. Idą w porządku, z powagą, dumą i radością, która przepełnia serca. Wszak te tysiące po raz pierwszy w życiu obchodzą takie święto. Czy wypełniły się już dni pokuty? Lód pęka, czy to wiosna? Wiosna nowego życia?

Tak w Trójcy Świętej dopomóż nam, Boże!
Tak nam błogosław, krzyżu Chrystusowy!
Na nową Polskę i na żywot nowy!
M. K.


Koło Bagateli zwrot na Marszałkowską. Pod szarem niebem wije się ten łańcuch długi, bez końca, dwakroć sto tysięcy ludzi, może więcej, a drugie tyle widzów w oknach, na chodnikach, na balkonach.
Zmrok zapada, a jeszcze idą, nie czując znużenia, szeregami, obok siebie pan i sługa, nikt nie pyta: kto taki? wszystko bracia.
Nakoniec koło Zielonego Placu rozpraszają się, rozpływają grupy, w mroku zapadającym tonie i znika wszystko.

Była to błyskawica wśród ciemności, chwila objawienia, co przyszłość przyniesie, choć to światło zagaśnie. Najnieufniejsi odczuli głęboko, że —

„Pryskają nieczułe lody
I przesądy, światło ćmiące.“


Ale dopiero zadrżały, dopiero zdradziły swą słabość. Więc nie są wieczne, nie!
Polska chce jasno postawić żądania, zwołuje chłopski wiec. Niech lud przemówi.
I znów po raz pierwszy od czasu istnienia ogląda Warszawa tak niezwykły widok. Setki, setki chłopów ze wszystkich stron kraju płyną do wielkiej sali Filharmonji, zapełniają najszczelniej cały parter, w swoich chłopskich sukmanach, kożuchach, bo to już grudzień. Wszystkie galerje pełne, na estradzie mówcy. Przedstawiają słuchaczom położenie kraju, zapytują o zdanie: co myślą, czego pragną.
Chcemy swego języka w szkole i urzędzie, chcemy praw własnych i własnego rządu.
Żądanie autonomji jest powszechne, głoszą je wszystkie partje, z nielicznemi jedynie wyjątkami, które rzucają słowo: niepodległość. Na to zawcześnie jeszcze i bardzo zawcześnie, bo właśnie w Rosji toczy się ostatnia walka, i carat tryumfuje.
Walka krwawa, zacięta. Na ulicach Moskwy barykady, obrońcy uzbrojeni. Nie chcą komedji dumy bez jakiejkolwiek władzy, żądają rzeczywistej konstytucji.
Lecz występuje wojsko, które pozostało wierne, giną setki, tysiące, padają najdzielniejsi obrońcy wolności, przywódcy krwawej pracy.

I znów na lata całe ruch życia stłumiony. Car dumę zwoła, Rosja nazywać się będzie państwem konstytucyjnem, ale wszystko pozostanie po dawnemu.


O szkołę polską.

Straszliwa, czarna plama w dziejach naszych — to szkoła rosyjska; dawała uczniom tylko nieprawość i kłamstwo. Wielcy poeci malowali jej obrazy, jako obrazy piekła.
„Ujrzeli obóz cały małych dzieciątek i pacholąt — opowiada Słowacki — a we środku gromadki siedział pop na tatarskim koniu, mający u siodła dwa kosze z chlebem. I zaczął owe dzieciątka nauczać podług nowej wiary ruskiej i podług nowego katechizmu. I pytał dzieci o rzeczy niegodne, a pacholęta odpowiadały mu, przymilając się, albowiem miał u siodła kosze z chlebem i mógł je nakarmić, a były głodne“.
Szkoła rosyjska dawała chleb, była jedyną drogą do nauki, do fachu. Jedyna droga!
Zygmunt Krasiński maluje ją w sposób podobny:
„A pod każdą z szubienic klęczały chłopięta, po bokach siedzieli prawnicy i biegli w piśmie, ucząc je, jak mają imię naddziadów przeklinać. Dzieci owe przekleństwa szemrzącym powtarzały chórem, a gdy które ucichło z niemocy lub zapłakało ze wstrętu, przystępowali nauczyciele z biczem w ręku, a ono, zasłaniając się rączętami, ciągnęło dalej“.
Słowacki maluje pokusę chleba, Krasiński srogość kary i obawę, obaj przewrotność gnębicieli. Ohydny warsztat do torturowania polskich dusz dziecięcych, zatruwanie ich fałszem. Wielką okazała się siła narodu, że w takiej szkole nie zatracił ducha, nie spodlał.
I oto młodzież zrywa nagle pęta. Ona zrobi uczciwą, polską rewolucję.
Miesiąc luty, rok 1905, dzień mroźny i pogodny. Południe. Na ulicach Warszawy widok bardzo dziwny: jeszcze takiego nie było.
Nie środkiem, lecz po chodnikach, Nowym Światem, Alejami, Marszałkowską, idą w porządku, spokojnie, z tryumfem, niezliczone szeregi uczniów. Wszędzie są, idą w tę i w tamtą stronę, z wyrazem zadowolenia i dumy, przechadzają się swobodnie i śmiało, choć to godziny lekcyj, przedpołudniowe godziny.
A dzień jasny i słońce świeci, zdaje się dobrotliwie spoglądać z wysoka na ich młodzieńcze twarze.
Co to znaczy?
To młodzież polska pod przewodnictwem uniwersytetu opuściła szkołę rosyjską, aby nie powrócić do niej.
Nie powróci. To już skończone na zawsze.
Jest dumna i szczęśliwa z tego czynu. Nie będzie słuchać więcej kłamstw nauczycieli, nie lęka się wizyty inspektora-szpiega, będzie mówić po polsku i nic jej nikt nie zrobi.
Co za rozkoszne uczucie swobody!
Rodzice patrzą na to z niepokojem. Co teraz będzie?
Dzieci mają słuszność, och, zupełną słuszność, ale jakże zrobić z nauką? Przecież nie można tych wszystkich tysięcy zostawić tak, bez szkoły, aż tam się coś stanie... A co począć?
Zbierają się rodzice i nauczyciele, kierownicy narodu, przedstawiciele partyj, wszyscy radzą, co począć.
Hasło dla wszystkich: szkoła polska! szkoła narodowa! ale jej niema i czy prędko będzie?
A młodzież nie ma czasu do stracenia, tembardziej teraz, gdy nowe nadzieje, gdy przyszłość otwiera się przed nią. Młodzież to naród. Przygotowana być musi do pracy, do wielkiej pracy, jaka czeka na nią. A jakże przygotuje się bez szkoły? Tysięcy nie ogarnie prywatna nauka, sił nie ma.
Komplety podług klas urządzono w najkrótszym czasie, po kilku, kilkunastu uczni, za biedniejszych płacą bogatsi, uczą nauczyciele Polacy, ale to nie wystarczyło dla wszystkich. Niema miejsca, nauczycieli, brak pieniędzy.
Zrozpaczeni rodzice, właśnie ci najbiedniejsi, dla których czas najdroższy, bo o wszystko trudno, zapytują nieśmiało, czyby nie wrócić do szkoły. Można nią pogardzać, ale tymczasem — — póki — —
Nigdy! nigdy! Młodzież stanęła oporem, — żaden nie wróci nigdy. To skończone. Gdyby się znalazł taki, nikt go więcej nie zna, żaden z kolegów ręki mu nie poda, potępiony na całe życie!
Niema szkoły rosyjskiej, przestała istnieć dla nas. Więc trzeba zdobyć polską.
Walka rozpoczęta, ale jaka trudna! Za polskie pieniądze i dla polskich dzieci niewolno szkoły polskiej otworzyć. Niewolno.
Manifest obiecywał piękne rzeczy: prawa narodowe, język polski w szkole, w urzędach, a tymczasem — we własnym kraju, za własne pieniądze niewolno uczyć po polsku.
I niedość na tem: bronią nauki w kompletach, grożą karą pieniężną, policja wchodzi do mieszkań prywatnych.
Wszystko jedno, wytrwamy. Kraj bez szkoły zostać nie może, czekajmy. Trzeba tylko wytrwania, męstwa, cierpliwości.

Zwyciężyli! Jest szkoła, pierwsza szkoła polska w Warszawie. Jaka szkoda, że wszystkich pomieścić nie może! Ale jest. Będzie druga i dziesiąta, początek najważniejszy. Jest szkoła Mazowiecka. Co za czapki! Kepi księcia Józefa i konfederatka i barwy narodowe, cały zapał maluje się w tej czapce. Pierwsza czapka szkolna nie podług moskiewskiego wzoru. To też wzrusza naiwnością i przesadą.
Jest szkoła, polska szkoła, to już dobrze. Tylko że bardzo droga i nie daje uczniowi matury.
Ha, i na to trzeba poradzić! Musimy. Większość uczniów wpisu opłacać nie może, jest biedna, — więc tworzy się opieka rodzicielska, która musi zdobyć pieniądze, żeby szkoła miała z czego płacić nauczycieli.
Szkoła polska nie może dać matury, trzeba składać egzamin rządowy, a przy nim obetną każdego. Musimy jednak zdobyć i maturę, bo inaczej młodzież polska nie miałaby dostępu do uniwersytetu. I radzą sobie jakoś. Temu się udał egzamin rządowy w Warszawie, bo doskonale był przygotowany, — inny pojechał zdawać go do Rygi, Kijowa, Moskwy nawet, bo tam nauczyciele bezstronniejsi, — a jeszcze inny jedzie za granicę.
Byle szkoła była, poradzimy sobie.

A uniwersytet? Jakże on wygląda, jeśli polscy uczniowie nie mają do niego dostępu?
Bardzo pięknie wygląda, bo w nim prawie sami Rosjanie. Rosjanie-popowicze, których niechętnie widzą w rosyjskich uniwersytetach, tu dostają nasze stypendia, za polskie pieniądze się kształcą.
Tak wygląda po manifeście, obiecującym prawa narodowe, polski uniwersytet w Warszawie.

Ale szkoła średnia i uniwersytet to niewszystko, najważniejsza szkoła powszechna, ludowa, jakże tam z polskim językiem?
Nauczyciel ludowy postąpił odważnie: w szkole początkowej uczyć zaczęto po polsku. Nie może być inaczej, to jest polska szkoła.
Cześć ci, nauczycielu ludowy, żeś zrozumiał swój obowiązek.
Oprócz tego powstała Macierz Szkolna. Ma ona przedewszystkiem podnieść oświatę ludu, tak strasznie zaniedbaną, a nawet tłumioną. Należy ziemię polską pokryć siecią szkółek, cały naród wezwać do tej wielkiej pracy.
I stanął cały naród: księża, obywatele, lud, mieszczanie, wszyscy. Zobaczmy, co zdobiono w ciągu roku.
W lipcu 1907 roku pierwsze roczne zebranie sprawozdawcze. Wielka sala Filharmonji przepełniona. Obok inteligencji siedzą chłopi w swoich sukmanach, księża, mieszczanie z prowincjonalnych miasteczek. Na estradzie ustawiono długie stoły, leżą na nich stosy papierów, obok poważni ludzie, starzy, młodzi, kobiety.
Przedstawiciele różnych kółek przemawiają i każdy zdaje sprawę, co zrobiono w jego okręgu miasteczku, okolicy. Bo sieć kółek Macierzy pokryła kraj cały i wszędzie zakładają szkoły, szkółki, bursy czytelnie, domy ludowe, kursy dla dorosłych, biura porady, jak praw swoich bronić i t. d. i t. p.
Jeden mówi pięknie, słowami poetów, a po nim prostak w słowach wzruszających opowiada dzieje jednej szkółki wiejskiej. Tak jej pragnęli dawno, teraz ją stworzyli i utrzymują własnymi siłami; mają nauczyciela z polskiem sercem i polską duszą, więc szanują go wszyscy i dobrze im razem. Przychodzą dzieci z okolicznych wiosek, rodzice płacą składkę, byle się uczyły. Budynku niema, ale go postawią: jest ziemia, zdobyli cegłę, pracy nie pożałują, to i stanie szkoła na zimę.
Noc zapadła i sprawozdania nie skończone, bo tych kółek już setki, chociaż praca dopiero się przecież zbudziła, trwa rok jeden. Czegóż możemy spodziewać się dalej? Kraj wielkim krokiem dąży do oświaty, i ciemnota wnet zniknie, jak noc przed porankiem. Taki naród nie zginie, przyszłość przed nim jasna.

„Ten tylko bowiem lud upada w cienie,
Który sam sobie nie dochował wiary“ —

słusznie mówi wielka poetka. A my?

Praca Macierzy piękną jest, bogatą, to posiew, co zapowiada plon złoty, ale wymaga ziarna, potrzebuje wiele pieniędzy. To też 3-go maja urządzono kwestę na szkoły.
Kwesta majowa wszędzie, ale naturalnie, że głównem ogniskiem Warszawa. Ta Warszawa, gdzie dotąd za rzucony kwiatek w Botanicznym ogrodzie na szczątki kapliczki aresztowano sprawcę takiej zbrodni, wywożono w głąb Rosji. A dziś — wenty w sklepach, na ulicach stoliki, młodzież roznosi znaczki i zbiera pieniądze, szyby sklepów wyklejone temi dowodami gorącej ofiarności, zrozumienia wielkiej potrzeby. To też rezultat naprawdę wspaniały: zebrano około pół miljona rubli. Będzie za co pracować.
Lecz i wróg to zrozumiał. To też w tym samym ku ukaz carski „miłościwie“ rozwiązuje Macierz Szkolną. Oskarżono ją, że „grozi spolszczeniem Królestwa!“
Po uznaniu praw narodu — taki zarzut.
Niewolno dążyć do oświaty, — niewolno być Polakiem.
Cios był okrutny. Pozbawione opieki szkółki upadały, starano się je niszczyć.
Niszczyć Moskal umie. Ale naród powtarzał z wiarą:

„Żadna grudka ziemi, którą ocean skrzydłami srebrnemi lotnych fal swoich od brzegu odbije, nie ginie marnie; żadne piasku ziarno, lecące w otchłań straszliwą i czarną, gdzie miljon cudów i przerażeń żyje, nie jest straconem. Żadna kropla rosy, co rankiem pada na łąki i wrzosy, nie traci bytu, choć taje mdlejąca od pocałunków płomiennego słońca...“
(M. Konopnicka).

Więc czyż mogłyby zmarnieć męki i praca narodu?


Przed burzą.

Zdaje się, że mieli słuszność rewolucjoniści, i w Rosji tylko krwawy przewrót otworzyć może drogę do postępu. Pierwsza rewolucja niedość była krwawa, by zmyć wiekowe zbrodnie. To też po krótkim świcie wróciła noc czarna, a jedyna zdobyczą pozostała duma, którą rozwiązywano, ile raz zaczynała mówić śmielej.
To też dumy jedna po drugiej następowały szybko, jak w kinematografie. Pierwsza, ufna w swoje znaczenie, krzyknęła: Precz z ministrami! Lecz ministrowie zostali, a dumę rozwiązano po paru miesiącach.
W drugiej — posłowie polscy, których było 36, ośmielili się żądać autonomji, dopominać o prawa narodowe, więc — ograniczono liczbę posłów polskich do 12, żeby ich głosy nie miały znaczenia.
Manifest cesarski zapowiadał szkołę polską, ale tej szkole polskiej narzucano nauczycieli Rosjan do historji i geografji, odmawiano jej prawa dawania matury. Więc uczeń polskiej szkoły praw nie zdobywa żadnych, uniwersytet dla niego zamknięty.
Macierzy zarzucają, że chce „spolszczyć Królestwo“.
Rząd z każdym rokiem śmielej cofa dane obietnice, — w dumie się oburzają na „polskie mrzonki nacjonalistyczne“, — nikt w tej konstytucyjnej Rosji nie rozumie, że sprawiedliwość jest jedna, i Rosjanie nie zdobędą jej sami dla siebie, jeśli nie wymierzą innym.
Ale gdzie o tem mówić! Sprawiedliwość? Wszędzie, we wszystkiem — bezprawie i ucisk, szpiegów pełno, a nawet powstał nowy ich gatunek t. zw. prowokatorzy. Jest to płatny ajent rządowy, który wywołuje niezadowolenie, sam tworzy spiski, ażeby je zdradzić i wydać caratowi ofiary. Urządzają także po miastach pogromy, organizują bandy zbójeckie rządowe (czarne sotnie, chuligani). Taka banda to niby ludność prawosławna, oburzona na Żydów, inowierców. Naprawdę — to kryminaliści, złodzieje wypuszczeni z więzień, najgorsi zbrodniarze. W oznaczonym dniu i godzinie zjawiają się się nagle w mieście, na ulicy, rozbijają sklepy, wpadają do domów, rabują, mordują, niszczą i znikają.
Rząd niby szuka winnych, nowe aresztowania, rewizje, więzienia — nie za pogromy, lecz za co innego zupełnie. Chuliganów nikt nie więzi, i nie szuka.
Czyż można sobie wyobrazić, żeby takie postępowanie nie wywołało oburzenia i oporu? Naturalnie, że budzi nienawiść, chęć zemsty. Więc na prześladowania odpowiedzą bomby, zamachy, napady.
Najgorętsze żywioły tworzą zbrojne organizacje, bojówki. Napadają np. na pociąg, wiozący znaczne sumy rządowe. Zatrzymują, zabierają pieniądze, znikają. Zaczyna się rabunek kas rządowych. Ale droga to bardzo śliska i niekażdy zuch umie utrzymać się na pochyłości. Zresztą bandyci tworzą bojówki własne i osłaniają zwyczajny rabunek płaszczykiem rewolucji.
Stąd gwałty, chaos, bezustanna walka podstępem i siłą, bezprawie, przemoc, nędza.
A rząd idzie wytkniętą drogą: zniszczyć polskość, zgnębić Królestwo.
Za język polski w szkołach i urzędach gminnych nakładają surowe kary, wydalają urzędników i nauczycieli, prześladują każdą dzielniejszą jednostkę, która się poważyła bronić praw narodu.
Tysiące urzędników traci nagle podstawę bytu przez wykup rządowy Kolei Wiedeńskiej. Całe rodziny zostają bez chleba, ich posady zajmują przyjezdni Rosjanie.
Jeszcze mało. Duma uchwala oderwanie od Polski ziemi Chełmskiej, bohaterskiej Chełmszczyzny, by wcielić ją do Rosji i zdeptać szczątki unji.
A senator Neuhardt przybywa do Polski, by sprawdzić, jak w „Prywiślińskim kraju“ postępuje rusyfikacja i jakiegoby potrzebowała wzmocnienia.
Czarny obraz. Prusy zacierają ręce: w znacznej części to ich robota. Prusy nie życzą sobie, żeby Rosja była państwem konstytucyjnem, oświeconem, a zgody z Polską lękają się już przedewszystkiem. To dla nich najgroźniejsze. Rosja rządna, rozumna, oświecona, nie pozwoliłaby przecież wyzyskiwać dla pruskich celów swoich sił i bogactw. A Rosja szczerze pojednana z Polską to dla Prus bardzo niebezpieczna groźba utraty Poznańskiego.
Dlatego przeciw Polsce odwieczne intrygi, podżeganie do krzywdy i ucisku.
Tembardziej teraz, kiedy i z drugiej strony zachmurza się dla nich horyzont. Przeciw nim Francja z Anglją połączyły się przymierzem, do którego ma wejść i Rosja. Starają się temu przeszkodzić, aie coraz słabsza nadzieja. A wobec takiego przymierza Prusy dziwnie osamotnione, bo w razie wojny któżby im pozostał? Bezsilna Austrja i niepewne Włochy.
Mimo to jednak jakby w zaślepieniu wyzywają niechęć Polaków w Poznańskiem, nie cofając się nawet pod straszną krzywdą wywłaszczenia. Z nienawiścią prześladują język polski, zabraniają śpiewu w prywatnem mieszkaniu.
Ciężkie lata zewsząd grożącej zagłady.
Tylko Austrja uśmiecha się słodko, przyjaźnie, choć to obłudny uśmiech. Słabe państwo lęka się wojny i Rosji, lęka się także Prus i chciałoby w Polakach znaleźć sprzymierzeńca wzamian za przyjemne złudzenia. Może zresztą Prusak uczy ich tej roli?
Chodzi o to, ażeby w razie wojny z Rosją w Królestwie wybuchło powstanie. Wtedy Rosja musi rozdzielić swe siły. Wtedy intrygi pruskie okażą się prawdą. I obu państwa zyskać na tem mogą.
Więc niechże sobie Polak marzy o niepodległości dwóch połączonych dzielnic pod berłem Habsburga i niechaj krew przelewa za austrjacką całość. Popierają te mrzonki bronią i pieniędzmi: w Austrji tworzą polskie drużyny strzeleckie.
Niech będą w pogotowiu, bo wojna wciąż grozi. Serbja nic chce się wyrzec Bośni i Hercegowiny, którą Austrja dla siebie zagarnęła, a za Serbją stoi jej opiekun Moskal. Jeśli Rosja pozwoli, Serbja rzuci się na Austrję, a wtedy — Bóg wie tylko, co stać się może w Europie.


Wojna wszechświatowa.
(r. 1914).

„O wojnę powszechną za wolność ludów
Prosimy Cię, Panie!“

A. Mickiewicz

„Stu chorągwi szumami nakryty.
Stu chorągwi z przesławnych pól bitwy,
Biały Orzeł wzlatuje w błękity
Ponad ziemie i Polski i Litwy!“

M. Konopnicka.

Nie pamiętali ludzie tak pięknego lata. Słońce przyjaźń z ziemią zawarło i świeci tak łagodnie, a serdecznie. Niema słoty, i niema suszy. Zboża na polach stoją jak mur złoty, wysokie, gęste, ciężkie i bogate, a lasy szumią jakąś pieśń błogosławiącą i sypią hojne dary.
Jest tak pięknie, że wszystkim dobrze i nikt nie ma przeczucia złego. Dzieją się rzeczy groźne, ale ludzie nie myślą o nich. Tyle razy straszono wojną...
W Bośni zamordowano następcę tronu austrjackiego z małżonką. Serb rzucił bombę, potem dobiły ich strzały. Co będzie?
I nic jakoś. Śledztwo. Wyznaczono innego następcę tronu. Ucichło wszystko.
Przez cały lipiec cisza — i taka wspaniała pogoda.
Nagle piorun — z tego pogodnego nieba! Austrja wypowiedziała wojnę Serbji.
Rosja wypowiedziała wojnę Austrji, ujmując się za Serbja.
Prusy wypowiedziały wojnę Rosji, ujmując się za Austrją, a jednocześnie Francji, sprzymierzonej z Rosją.
Trzask! trzask! trzask! — pierwsze dni sierpnia wstrząsnęły całą Europę. Zadygotała ziemia.
Ale to nie koniec.
Ponieważ Francji na wschodniej granicy od najścia niemieckiego broni szereg fortec, więc aby je ominąć, Prusy wkraczają do Belgji. Belgja, kraik maleńki i prawie bezbronny, zatrzymać ich nie zdoła, żądają wolnego przejścia, w nagrodę obiecują przyjaźń.
Lecz stała się rzecz nieoczekiwana, prawdziwie wielka rzecz.
Król belgijski Albert odmawia potężnym Niemcom prawa wstępu do swego kraju, śmiało podnosi miecz w obronie prawa i sprawiedliwości. A czyni to z wiedzą i wolą narodu.
Piękny czyn, nieśmiertelny. Słowo nie wstrzyma srogiego Krzyżaka, wkroczą niemieckie hufce na te pola, zdepczą plony, stratują końmi piękne wioski, miasta zamienią w gruzy, skarby, bogactwa zagrabią dla siebie, mieszkańców wymordują z okrucieństwem, — zginie nieszczęsna Belgja.
Tak, padnie ofiarą, ale wierzy, że zmartwychwstanie: prawo zwyciężyć musi.
Bohaterski opór stawiają Niemcom Belgijczycy, bronią się za każdym murem, patrzą na cudne swe miasta zburzone, a tymczasem Francja się zbroi. Francja bezbronna, do wojny nieprzygotowana.
Zuchwała napaść Prus na państwo neutralne, to znaczy nie biorące w tej wojnie udziału — oburza cały świat. Anglja uznaje za swój obowiązek stanąć w obronie prawa przeciw pogwałcicielowi.
„Boże, skarz Anglję!“ rozlega się okrzyk niemiecki — i oto cała Europa w ogniu.
Cała Europa, bo nie na tem koniec: wystąpi Turcja, Włochy, Portugalja, Bułgarja, Grecja, Rumunja, — w szeregach austrjackich walczą od początku Węgrzy, — z państw azjatyckich sprzymierzona z Rosją bierze udział w wojnie Japonja; na pomoc Anglji przybywają pułki hinduskie, australijskie, Burowie; — a gdy wszystko to nie wystarczy, oburzona zbrodniami niemieckich łodzi podwodnych, Ameryka rozstrzygnie straszną walkę.
Więc wojna wszechświatowa: walczą wszystkie części świata, Niemcy stawiają im wytrwały opór. Żelazne państwo.
Niemcy są pewne siebie. Dawno oczekiwały tej godziny, przygotowały się do niej zupełnie. Nagromadziły skarby nieprzebrane w złocie, zbożu i sile zbrojnej: mają olbrzymie działa, zeppeliny, gazy trujące, niewyczerpany zapas amunicji, wojsko pewne i wyćwiczone.
Któż się z nimi porównać może?
Wprawdzie Belgja im trochę pokrzyżowała plany: w ciągu tygodnia Prusak miał stanąć w Paryżu, a tymczasem pod koniec sierpnia zaledwie doszedł do Marny, i tam wielka bitwa wstrzymała pochód tryumfalny. Wstrzymała, bo Francuzi mieli czas się przygotować. Takie tam przygotowanie w ciągu paru tygodni. Ale zawsze. Nie stanęli z gołemi rękami i kraj nie jest otwartą bramą. Flota angielska także nie pomaga. Ha, to przedłuży wojnę. Wielka szkoda, ale cóż robić? Zamiast za kilka miesięcy, może za lat parę Niemcy staną się panami świata, ale kto na tem straci?
To samo na granicy wschodniej. Następca tronu niemieckiego w przeddzień rozpoczęcia wojny powiedział w Sobotach do pięknej warszawianki, która z nim grała w tennisa:
— Do zobaczenia za tydzień w Warszawie.
Więc i w Warszawie mieli być w ciągu tygodnia i też się nie udało. Widocznie rachunek nie był zupełnie dokładny.
Wogóle mądry Niemiec jakoś źle rozpoczął i zraża sobie wszystkich. Po co naprzykład taka dziwna srogość a nawet okrucieństwo względem kuracjuszów, którzy w granicach państwa niemieckiego spędzali to nieszczęsne lato? Zamiast krótkiego rozkazu: — Wyjechać natychmiast! — a choćby odwieźć wszystkich do granicy specjalnemi, zamkniętemi wagonami, — robi się coś takiego, czego nie było jeszcze w dziejach świata. Jak trzodę chlewną tłoczą ich gromady w towarowych wagonach, przerzucają z miejsca na miejsce, bez rzeczy, bez pieniędzy, bo tylko marka niemiecka ma wartość, bez pożywienia, zamykając na noc w szopach, oborach i stajniach, rozdzielając rodziców z dziećmi. Jedni dostają pomieszania zmysłów, słabsi umierają w drodze. Wreszcie wyrzucają te ofiary gwałtu na granicy państw neutralnych, głównie Szwajcarji i Szwecji.
Ci jeszcze wrócą po kilku tygodniach, ale ileż tysięcy uwięziono w Niemczech. Wyobrażali sobie, że to na parę miesięcy, a tymczasem wojna nie skończyła się tak prędko, trzeba więźniów żywić choć najlichszą strawą i wkońcu — odesłać. Bo wyżywienie to za ciężki obowiązek.
Nie byłoby o to troski: pamiętali przecież o wszystkiem i zapasy mają niemałe, lecz Anglja nie dopuszcza dowozu żywności. — Jej potężna flota stoi na straży portów i niema tędy handlu ani komunikacji. Więc choć zapasy duże, niewiadomo dzisiaj, na jak długo wystarczyć muszą, i trzeba oszczędzać. Po roku odechciało im się żywić obcych i odesłali jeńców.
To już było przyznanie się do błędu.
Zresztą w Niemczech dobrze, mało śladów wojny, ich granice bezpieczne. Na obce ziemie przerzucili klęski i wszystkie okropności walki: tam spalone miasta, zburzone kościoły, zdeptane łany, obszary całe bezludne i puste; — w Niemczech spokojnie żną żeńcy na łanach, zielenią się w jesieni młode zboża, sady uśmiechają się pięknym owocem, a na wiosnę okryją świeżym kwiatem. W miastach spokojna praca: idą fabryki, szkoły, tak jak było. Ludzi mniej tylko, mężczyzn w sile wieku: gdzieś tam walczą i giną. Ale to daleko, huku armat nie słychać, a po każdej bitwie wywieszają flagi i brzmi radosny okrzyk: Zwycięstwo! Zwycięstwo!
Tu i owdzie jednak w rodzinie żałoba. Ha, trudno, dla ojczyzny. W szpitalach ranni, — opieka nad nimi troskliwa. Tylko chleba przyskąpo, oszczędność surowa, obliczono dzienną porcję dla każdego i więcej nie dostanie. Ani kupić nie może, ani użyć własnych zapasów. Tak każe rozum, a więc tak być musi.
Nie potrwa to długo. Niemiec ma sposoby: aby koniec wojny przyśpieszyć — przerazi!
I zaczyna przerażać rzeczywiście. Ludzie sobie wyobrażali, że w XX wieku podczas wojny biją się wojska, a spokojna ludność może pracować jak zwykle, choćby nawet nieprzyjaciel wszedł do kraju. Jakaż okropna pomyłka!
Nieprzyjaciel gorszy niż pożar i trzęsienie ziemi. Gdzie on przejdzie, zostają krew i gruzy. Ziemia zryta okopami, niezdatna do uprawy, piękne lasy spalone, miasta zbombardowane, szczątki wspaniałych świątyń, odwiecznych pamiątek, i zbiorowe mogiły poległych i pomordowanych. Niemcy zabijają starców, uprowadzają młode i zdrowe kobiety, mężczyzn zdolnych do pracy, matkom odbierają dzieci.
Nad miastami zdala od linji bojowej krążą zeppeliny i rzucają bomby, giną dzieci, kobiety, niewinne ofiary.
Ich kule wypełnione materjałem wybuchowym, który rozsadza kości i szarpie muskuły. Kula dum-dum niesie śmierć albo kalectwo, jej rany są okropne.
I jeszcze coś nowego, czego nie znano dotąd: na obóz nieprzyjacielski wypuszczają gazy trujące. Na obóz? Tylko w kierunku obozu, całą przestrzeń ogarnia zabójcze powietrze, śmierć niesie! Giną dziesiątki tysięcy żołnierzy, umierają w mękach, bez rany, konają na ręku niosących im pomoc.
Kto ją nieść może? Ludność okoliczna otruta również zabójczym wyziewem. Ale ratować trzeba. Na wieść o nieszczęściu przybywają sanitarjusze w maskach ochronnych na twarzy. Jakiż straszny widok przed nimi! Tysiące martwych ciał, — inni konają w męczarniach. Martwe konie i bydło w całej okolicy, ptactwo leży na ziemi niby owoc wiatrem strącony, wyginął wszelki twór, rośliny zwiędły i pożółkły, na ogromnej przestrzeni zamarło wszelkie życie.
Straszne obrazy i nieznane dotąd spustoszenia, ale to jeszcze niewszystko. Głód grozi coraz bardziej, wojna się nie kończy, państwom sprzymierzonym czyli koalicji przybywają posiłki coraz nowe, i oto nowy sposób przerażenia, złamania przeciwnika: łodzie podwodne.
— Chwilkę cierpliwości, narodzie niemiecki, — przemawia cesarz Wilhelm, — zaraz nas będą prosili o pokój. My ogłodzimy całą Europę, nam zboże łodzie podwodne dowiozą. Gdy przekonamy o tem przeciwnika, nie będzie mógł walczyć dalej. Wybrzeża Europy w naszej będą mocy, pomimo całej potęgi licznej angielskiej floty.
I łódź podwodna, wbrew prawom narodów, zatapia pierwszy statek pasażerski, wiozący podróżnych z Anglji do Ameryki.
Milcząca dotąd Ameryka rzuca groźbę:
— Pierwszy statek amerykański, zatopiony przez łódź podwodną, stanie się hasłem wypowiedzenia wojny.
Lecz Niemcy się nie boją: Ameryka nie ma gotowego wojska. Nim je wyćwiczy, to wojna się skończy. Wiedzą oni, ile lat pracy kosztuje przygotowanie dobrego żołnierza. Ameryka może wypowie im wojnę i na tem się skończy, bo czem wojować będzie?
Giną statki angielskie, francuskie, portugalskie i brazylijskie. Toną podróżni i zapasy zboża, niebezpiecznie teraz puszczać się na morze. Nakoniec tonie okręt Stanów Zjednoczonych.
Wojna wypowiedziana. Ameryka łączy się z koalicją, prezydent Stanów Zjednoczonych Wilson rzuca na szalę zwycięstwa potęgę całej części świata.


Polacy w trzech mundurach.

„Na śmierć, na skon
Młodość mą niosę,
Pod żeńca kosę,
Jak złoty plon!“

M. Konopnicka.

Skończona bitwa krwawa. Moskwa tym razem zwycięża. Ustępują pułki pruskie, austrjackie, zostało kilku rannych, kilku jeńców, a na straży żołnierz rosyjski.
— O Boże! Jezus, Marja! jęknął ranny.
Żołnierz rosyjski zadrżał, przypada do ziemi, pobladłe usta szepczą:
— Bracie! bracie!
Austrjacy klękają, ręce podnoszą ku niebu.
— Pod Twoją obronę, święta Boża Rodzicielko! Bo to wszystko Polacy. Prusak, Austrjak, Moskal — to tylko mundury, pod niemi jeden duch i jedno serce: wszyscy biją się za ojczyznę, wszyscy wierzą, iż krew przelana, nawet bratnia, to odkupienie win, może ostatnia ofiara, za którą świta „jutrzenka swobody“.
Boleśnie jednak walczyć bratu z bratem. A los do tego zmusza.
Prusak bierze rekruta z Poznańskiego, i Polak musi przywdziać mundur wroga, stanąć w jego szeregach. Nie ma żadnych złudzeń, żeby mu to przyniosło jaką korzyść, ale stawiać oporu w tej chwili nie może, byłby zdeptany jak zuchwały robak.
A nie o to mu chodzi. On chce żyć i wierzy, że nadeszła godzina życia dla ojczyzny. Potęga Prus olbrzymia, każą iść na śmierć, — idzie, wie, że zginie: ale ma mocną wiarę, że z nim razem zginie wróg, zginą Niemcy.

Rosja wielka ale nierządna stara się obudzić ufność. W pierwszej chwili wzięła rekruta, gdzie mogła, bo na szczęście niewszędzie mogła: w panicznym strachu zmykali poborcy, nie troszcząc się o powołanych. Mimo to wzięto wiele, opłakała Warszawa dni mobilizacji, a dziś — dobrowolnie daje ochotnika!
Co się stało?
Uderzono w strunę wolności, w strunę uczuć narodowych. Dziki wróg łączy głupotę z prawdziwie wężową chytrością. Wódz naczelny armji rosyjskiej (nie cesarz! choć także Mikołaj, co ma swoje znaczenie, bo w błąd wprowadzi niejednego) — otóż ów wódz naczelny w pięknie brzmiących słowach wzywa naród polski do walki o wolność!
„Polacy! wybiła godzina, w której święte marzenie ojców waszych ziścić się może“. „Żywe ciało Polski rozszarpane, ale dusza nie umarła“. „Niech zajaśnieje godło zmartwychwstania!“
Święte marzenie“ — za które więziono, wieszano, — „godło zmartwychwstania“ niewiadomo jakie, bo orła białego jeszcze pokazać niewolno; — ale słowa są wzruszające, a Polak w szlachetność tak wierzy! Może w duszy rosyjskiej zbudziło się wreszcie poczucie sprawiedliwości? Może tam zrozumieli, że istnienie Polski jest warunkiem istnienia Rosji wolnej? Może nadeszła chwila, o której mówił wieszcz:
„On jeden się poprawi, i Bóg mu przebaczy!“
Wszyscy pragną i potrzebują komuś wierzyć, — a komu? Rosja w przymierzu z państwami Zachodu dąży do zguby Niemca, najgroźniejszego wroga, wojna musi znieść dawny carat, a wtedy — a wtedy —
„O wojnę powszechną za wolność ludów błagamy Cię, Panie!“
wołał jeszcze Mickiewicz, i oto przyszła ta wojna powszechna, oczekiwana, święta; stamtąd, z Zachodu idzie zwycięstwo wolności, a z tym Zachodem Rosja — więc jakże? — nie wierzyć?...
Czyż naturalny związek państw słowiańskich nie jest przyszłością naszą?...
Piękne, szlachetne, młodzieńcze marzenia, świadczą, że Polska jeszcze nie zgrzybiała, że młodzieńczo łudzić się może, ale zarazem młodzieńczą ma siłę uczucia.
Dlatego ochotnicy śpieszą do armji rosyjskiej: tam idą walczyć z Niemcem, za Ojczyznę.

A w trzecim zaborze znów inne nadzieje. Tutaj Józef Piłsudski, działacz rewolucyjny, z byłych drużyn strzeleckich formuje legjony, które z hasłem niepodległości wkroczą od pierwszej chwili do Królestwa.
Czy słyszycie, Polacy? Legjony, polskie legjony, z białym orłem w czerwonem polu na sztandarze, wkroczą w granice królestwa Polskiego, aby ogłosić wolność Polski niepodległej!
Czy wam nie biją serca?
Austrja na to pozwala?
Owszem, nawet zachęca, daje broń (najlichszą), i niech Polacy biją z nią razem Moskali. Austrja wszystkie swe „dzieci“ pędzi w pole. Bardzo się boi biedaczka i wroga Moskala i przyjaciela Prusaka, czuje swą słabość i za pozwoleniem cesarza Niemiec, a króla Pruskiego, tworzy legjony polskie. Niech się biją. Dla pewności jednakże każe im składać przysięgę wierności dla siebie.

„Austrjacki generał dziś przysięgę odbierał: Na morzu czy na lądzie, czy kto stoi, czy siądzie, czy tłusty, czy mizerny, zawsze bądź Austrji wierny!
Wiara bardzo się cieszyła, ręce, nogi podnosiła! A to ci frajda była! hu, ha!“[1].

Tak o tej przysiędze śpiewa legjonista, lecz smutna to piosenka, w której żołnierz z własnej żartuje przysięgi.
Ha, trudno! w niewoli jesteśmy, w niewoli! On śpieszy oddać życie za Ojczyznę, a każą mu przysięgać na wierność wrogowi. Bo przecież Austrja i Prusak to jedno, a czyż Polak przysięgać może Prusakowi?
Są tacy, co mu wierzą. Obiecuje bardzo poważnie odbudowanie Polski, a zdaje się, że dosyć jest potężny, łudzić nie potrzebuje.
Więc jakże?

„Będzie wojna z Moskalami,
Nasz komendant pójdzie z nami,
Dalej, bracia, dalej wraz!“


śpiewają legjoniści i 6-go sierpnia przekraczają w Kieleckiem granicę Królestwa.
— Już? — dziwi się rozsądek zaniepokojony. — A jeżeli Moskal zwycięży?... A jeżeli Prusak zwycięży?...
Wszyscy wierzą, że godzina dla nas uderzyła, wszyscy podziwiają bohaterską młodzież, i wszystkie serca z nią, a jednak — wielu, wielu z niepokojem patrzy na te nasze legjony. Niedowierzają Niemcom i lękają się ich zwycięstwa, więc po co się do niego przyczyniamy? Walcząc z Moskalem, walczymy z Zachodem. Jakież straszne dla nas rozdarcie!
Czyż Prusak kiedykolwiek dotrzymał nam słowa?...
Trzy mundury, choć jedno serce.
Jeden cel mamy wszyscy — czyż możemy zbłądzić dlatego, żeśmy inaczej ubrani?
Błądzą jedynie ludzie małej wiary, którzy, lękając się o duszę polską, wołają: „Niećmy nienawiść do wroga“.
Nie, to zbyteczne. Zła niecić nie należy. Wystarczy nam szczera i głęboka miłość. Miłość ojczyzny, nie własnej sławy i znaczenia.
A tymczasem wre walka, stają bracia przeciw braciom. Widocznie musi spełnić się i ta ofiara, nim pęknie grób olbrzymi, i w huku armat zstąpi Anioł Zmartwychwstania, wołając:
— Wstań, Łazarzu!


Do moich synów.

Synkowie moi, poszedłem w bój,
Jako wasz dziadek, a ojciec mój,
Jak ojca ojciec i ojca dziad,
Co z legjonami przemierzył świat,
Szukając drogi przez krew i blizny
Do naszej wolnej ojczyzny!

Synkowie moi, da nam to Bóg,
Że spadną wreszcie kajdany z nóg,
I nim wy męskich dojdziecie sił,
Jawą się stanie, co dziadek śnił:
Szczęściem zakwitnie, krwią wieków żyzny,
Łan naszej wolnej ojczyzny!

Synkowie moi, lecz gdyby Pan
Nie dał wzejść zorzy z krwi naszych ran,
To jeszcze w waszej piersi jest krew
Na nowy świętej wolności siew:
I wy pójdziecie, pomni puścizny,
Na bój dla waszej ojczyzny!

Jerzy Żuławski
zginął 1915 r.


Trzecie wzięcie Warszawy.
(5 sierpnia 1915 r.)

„O, wy boje narodowe,
Wyście naszą chwałą!
Wyście siewem tej przyszłości,
W którą idziem śmiało!“

M. Konopnicka.

„Naród polski nie umarł: ciało leży w grobie, a dusza zstąpiła z ziemi do życia ludów cierpiących niewolę, by widzieć ich cierpienia.
A trzeciego dnia dusza powróci do ciała i Naród zmartwychwstanie i uwolni wszystkie ludy Europy z niewoli.
I przeszło już dni dwa: jeden dzień zaszedł z pierwszem wzięciem Warszawy (1794); a drugi dzień zaszedł z drugiem wzięciem Warszawy (1831); a trzeci dzień wnijdzie, ale nie zajdzie“.
Takie słowa nadziei pozostawił nam Mickiewicz, kończąc przepowiednię słowami modlitwy:

„O wojnę powszechną za wolność ludów
Prosimy Cię, Panie!“

Oto wojna powszechna. Oglądamy ją własnemi oczami i nie wierzymy sobie: taka straszna!
Więc tak wygląda wojna? A myśmy o tem nie wiedzieli!
Gdzie przejdzie stopa wroga, ruiny i zgliszcza, — pustynia.
Jakiego wroga?
Wszystko jedno: pali Moskal i pali Prusak, nielepszy Austrjak, Węgier, — śmierć niosą i zniszczenie.
Polska jest szachownicą, na której rozgrywa się partja. Po niej przesuwają się tam i z powrotem straszliwe, niszczycielskie armje.
Pierwszy wystrzał — i pada Kalisz. Piękne, duże miasto, zbombardowane, spalone, zniszczone, mieszkańcy wymordowani, rozpędzeni. Pustka.
Dlaczego tak się stało?
Dla niczego. Może dla zastraszenia, a może to wybuch pruskiej nienawiści. Podawano powody, lecz były to kłamstwa. Zniszczyli, bo tak im się spodobało.
A po takim przykładzie już nic nie dziwiło. Wczoraj tu była wioska lub miasteczko, a dziś kilka kominów, zgliszcza.
Na drogach nieznane dotąd widowisko: ciągną szeregi wozów, idą ludzie piesi — to bezdomni. Trochę gratów na wózku, stara kobieta, ojciec powozi idąc obok wozu, za wozem krowa na postronku, czasem pomiędzy dziećmi kwiczy prosię; pościel, kufer, węzełki — zdążyli coś z dobytku zabrać. I to wszystko dąży do większego miasta, szukać schronienia, dachu.
Takich wozów dziesiątki, setki — w Warszawie stoją na ulicach, na podwórzach. Bezdomni biedacy mieszczą się, jak mogą: ci w prywatnem mieszkaniu, u znajomych lub dobrych ludzi, inni w stajni, w wozowni, w szopie, a tamci poprostu mieszkają na wozie mimo deszczu, chłodu i słoty jesiennej.
Warszawa usiłuje pomieścić ich wszystkich, ale to nie jest łatwo. Urządzono przytułki w salach koncertowych, otwierają dla dzieci ochrony. Kobiety wszystkich stanów zajęły się gorliwie tą opieką, a praca to niemała: trzeba przed zimą umieścić te rzesze, odziać, nakarmić, dzieciom dać naukę, dorosłym, zdrowym — pracę.
Warszawa żyje życiem gorączkowem, bo i szpitale pełno i tu sił trzeba wiele. Kobieta polska zawsze była samarytanką, gdy huk strzałów rozległ się na polu bitwy, więc i teraz stanęła w pogotowiu. Rozgrywają się losy ojczyzny: każdy czyn miłosierdzia na naszej szali będzie złożony w tej walce. W szpitalach niema nieprzyjaciół, tam równie troskliwa dla wszystkich opieka.
— Wyście święty naród — mówi jakiś Moskal do siostry miłosierdzia — i płacze. Może się odezwało w nim sumienie.
— Dwa razy w życiu było mi dobrze — szepcze inny nieszczęśliwy — w japońskiej niewoli i w polsku szpitalu.
A bitwy coraz bliżej. Huk armat słychać w mieście i codzień pociągi przywożą setki rannych. Z sanitarjuszami jadą ochotnicy, bo służby szpitalnej za mało. Zbierają rannych z pola bitwy, w Warszawie wynoszą z pociągu. To też codzienna, bardzo ciężka praca.
Ale nikt nie narzeka. Z pogodą, spokojem pełnią wszyscy swoją powinność. Wiara sił im dodaje. Wiara mocna, że wybiła godzina wyzwolenia, że ktokolwiek zwycięży, sprawiedliwość zwyciężyć musi.
A prócz tego ufają i ludziom: trochę tym, trochę tamtym, — wszak obie strony dają obietnice, — czyż w ludziach tylko fałsz, tylko przewrotność?
Tego nikt przypuścić nie chce. Spełniają się czasy, bądźmy godni szczęścia, czyńmy, co do nas należy.
Ta szlachetna droga chroni od zwątpienia, które byłoby zabójczą trucizną. A nietrudno o nie, bo Prusak i Moskal jeden mają zamiar: oszukać, wyzyskać. Dlaczego nie korzystać z głupoty Polaka? po wojnie pięść zobaczy i ucichnie.
Legjony polskie okryły się chwałą: tam ich miejsce, gdzie niebezpieczeństwo największe, gdzie najtrudniejsza walka. Bez opieki, bielizny, w najcięższych warunkach, z najlichszą bronią — walczą i nie ustępują, giną, krew leją hojnie, kładą młode życie na ofiarę za winy ojców, za wolność przyszłych pokoleń. Ale to zawsze tylko ochotnicy, to armja pomocnicza, wojska regularnego, polskiego wojska nie stanowią. Wojska polskiego niema w tej okropnej wojnie, gdzie walczą miljony Polaków.
Dlaczego niema?
Bo nikt z kusicieli nie wierzy w państwo Polskie, nie uznał go szczerze, choć łudzi pięknemi słówkami. Austrja się boi Polski i słucha Prusaka, a Prusak, ciemiężyciel Poznańskiego, słusznie nam niedowierza.
Lecz Niemiec pewny siebie, nie obawia się legjonów: niech mu tymczasem służą, — a Rosja nie ma odwagi ich tworzyć, — zabrania! Wódz naczelny w odezwie pisze o zmartwychwstaniu, ale boi się orła polskiego. Ochotnicy niech walczą w szeregach rosyjskich.
Więc w duszach polskich jaśniej maluje się prawda: na nikogo liczyć nie można.
Ale walczą w obu obozach i wiedzą, o co walczą.
A Prusak pod Warszawą. Już w październiku 1914 r. otoczył ją ciasnym pierścieniem wojsk swoich. Grzmią armaty, drżą szyby, padają bomby na ulicach, od dziesięciu dni huk wystrzałów nie milknie dniem i nocą. Co będzie? Czy postąpi jak z Kaliszem?
Warszawa oczekuje i nie ustaje w pracy, żadnego nie zaniedbuje obowiązku. Stanie się, co być musi. Już zajęli Pruszków. Kolej Wiedeńska stanęła, pociągi nie odchodzą, dzieli swój zapas węgla, aby nie został zabrany. Lepiej zaopatrzyć swoich.
I nagle — zupełnie nieoczekiwanie — po jedenastu dniach nastaje cisza. Umilkły strzały. Więc odstąpił nieprzyjaciel? Czy został pokonany?
Nie, tylko inny jakiś plan ułożył. Na polskich ziemiach wciąż kontredans walki: Moskal posuwa się prawie pod Kalisz, grozi bombardowaniem Krakowa, — to znów Niemiec przekracza Wisłę, zagarnia lubelskie, Lwów, Galicję...

Wiosna zdaje się wróżyć zagładę Moskala: ustępuje, cofa się wszędzie. Mówią, iż postanowił oprzeć się na trzech fortecach: Kownie, Brześciu, Dęblinie, a Królestwo odda Niemcowi.
Cofa się jednak walcząc. Musi osłaniać odwrót, aby wywieźć, co mu się uda.
Warszawa przetrwała mężnie ciężką zimę, przy pracy, bez opału, w niepewności jutra, lecz na twarzach mieszkańców spokój. To poczucie spełnionego obowiązku, ufność, że lepiej być musi.
A huk armat zbliża się znowu, coraz bardziej, coraz groźniejszy. Już nikt wątpić nie może o tem, co nastąpi. Rosjanie ustępują, zabierając wszystko, co tylko wywieźć można, bez porządku, ładu, pospiesznie, brutalnie, jak prawdziwi grabieżcy. I pozostają kościoły bez dzwonów, szpitale bez łóżek, teatr bez dekoracyj, poczta bez skrzynek pocztowych. Zabierają klamki, druty telefoniczne, ławki szkolne. Wywożą meble z mieszkań swoich dygnitarzy, amunicję, zapasy zboża. Coraz pospieszniej wszystko wywożą na Pragę, a stamtąd długie szeregi wagonów podążają codziennie na wschód, obciążone łupem i ludźmi.
Ludzi wyjeżdża mnóstwo: teraz dopiero widać, ile się tu gnieździło obcych. Oprócz Moskali jednak wyjeżdża i mnóstwo Polaków: urzędnicy, którzy nie chcą stracić chleba, bo z czego będą tu żyli pod Niemcem? Ich rodziny, z któremi nie chcą się rozłączyć, zostawić je na łaskę losu. Fabryki wysyłają tam część urządzenia i urzędników swoich, aby dalej prowadzić pracę. Wyjeżdżają nakoniec tacy, którzy nie mogą pogodzić się z myślą rządów niemieckich, albo się obawiają odpowiedzialności za swoje przekonania i działalność.
Na ulicach Warszawy coraz większa pustka: koni prawie niema, więc nie kursują dorożki, samochody dawno zniknęły, na mostach i na Zjeździe całe zatory wozów ciężko naładowanych, które nie mogą posuwać się dalej, tak przed niemi droga zapchana. Praga — jedno obozowisko.
A strzały coraz bliżej, coraz bliżej, — wieczorem łuny dookoła, płonie Ożarów, Włochy...
Czwartego sierpnia podjazdy niemieckie ukazują się w Ursynowie, Konstancinie...
Ostatki wojsk rosyjskich ustępują, tylko policja jeszcze stoi na posterunkach: wyjdzie ostatnia. Powstaje polska straż obywatelska, aby zająć jej miejsce, czuwać nad porządkiem i bezpieczeństwem w mieście. Straż uzbrojona, białe przepaski na ręku.
Na noc każą otworzyć okna, ponieważ nastąpi wysadzenie mostów. Chodzi o szyby.
Na ulicach ruch gorączkowy się wzmaga: Nieprzerwanym łańcuchem ciągnie w stronę Pragi wojsko, armaty, tabory, żołnierze przy nich biegną. Strzały coraz głośniejsze, wyraźniejsze, słychać chrzęst karabinów maszynowych. Od strony Czerniakowa ciągną znów wozy bezdomnych, pędzą bydło, ryk, głośny płacz i jęki, popłoch.
Noc zapada cicha, gwiaździsta.
Ale nikt się nie kładzie: oczekują wszyscy wypadków. Dokoła widać łuny, słychać strzały. Na Nowym Świecie tętent: to pędzi galopem kawalerja uciekająca. Policji niema. Straż obywatelska zajęła posterunki.
Nakoniec cisza. Dziwna, martwa cisza, jakby umilkły wszystkie echa życia.
Cisza. Już świta, godzina 6-ta rano. Nagle huk i wstrząśnienie: wszystkie domy zadrżały w posadach. To most Poniatowskiego zerwany.
Coś zapadło się w duszach, jakby tam powstała otchłań.
Nowy huk: most Kierbedzia, potem kolejowy. Warszawa odcięta od Pragi. Oddana...
Już się stało.
W Alejach Ujazdowskich pierwszy samochód niemiecki, w nim kilku oficerów: szkła na oczach, twarze jak maski. Od rogatek tu i owdzie maszerują drobne oddziałki niemieckich żołnierzy, po 3—5—7. Jest ich coraz więcej i coraz liczniejsze. Oto kilkunastu konnych zbliża się ku zamkowi zwolna, spokojnie, dumnie... A tam oddział piechoty, na czele dwóch jeźdźców. Twarze wielkie, brodate, długie ciemne płaszcze spływają na konie, — nie białe z czarnym krzyżem, a jednakże...
Wojska wkraczają zewsząd: piechota, jazda, artylerja, dudnią po bruku koła i kopyta, słychać stąpania i głosy komendy.
Miasto zajęli — Krzyżacy.


Ogniem i mieczem.

„Ojczyzno moja, ty jesteś jak zdrowie,
Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,
Kto cię stracił.“...

Warszawa zajęta niby bez wystrzału, ale teraz właśnie zaczyna się walka. Wojska stanęły naprzeciwko siebie po obu brzegach Wisły i grad pocisków pada na Warszawę, grad pocisków leci z tej strony na Pragę. Grzmią działa, kordon wojska odgradza Powiśle, ruch miejski w tamtą stronę powstrzymany. Rosyjskie aeroplany rzucają bomby na opuszczoną stolicę, ulice opustoszały, tu i owdzie gruchot szrapnela, mur się sypie, szyby wypadły, tam zabiło na posterunku milicjanta, gdzieniegdzie wyglądają z okna blade twarze.
Na Pradze łuny i pożary.
Lecz trzeciego dnia cisza: prawy brzeg Wisły opustoszał, Moskale ustąpili. Już zabrali wszystko, co chcieli.
Nowy władca Warszawy spuszcza na Wisłę łodzie. Jakie wieści przyniesie z przeciwnego brzegu?
Dziwne, o, dziwne płyną stamtąd wieści, już dawno, już od wiosny. Nie z Pragi, ale dalej.
Aby je sprawdzić, trzebaby na skrzydłach choćby aeroplanu wznieść się wysoko, wysoko, objąć okiem obszary całej ziemi polskiej, dawnej Polski i Rusi Czerwonej, Wołynia i na północ, do Brześcia, Kowna. Na całej tej przestrzeni widok niebywały: ruchoma fala pożarów i ludzi. Płoną nietylko wioski, ale łany zboża, stogi siana, lasy i miasta. Płonie wszystko, kraj cały. Pozostają zgliszcza, kominy, pustynia. Dym opadł i odsłonił mrowie ludzi. Idzie na wschód obóz olbrzymi: wozy, ludzie i bydło, cała karawana, z tysięcy głów złożona, bezdomna, otoczona przez wojsko, Kozaków, pędzona nahajkami i groźbami.
Tam dalej las zielony, złote kłosy oczekują rąk żniwiarza, — lecz zamiast sierpa iskra na nie spada, znowu wybucha płomień, rozlewa się wokół. A na drodze lud klęczy w boleści, w rozpaczy, ręce wznoszą ku niebu, — to przypadają znów do matki-ziemi, czoła nurzają w prochu, objąćby ją chcieli w uścisk nierozerwalny. Kozactwo bodzie koniem, uderza nahajką, przekleństwa zagłuszają szloch i jęki.
Dym opadł, wkoło zgliszcza, nowa gromada ludzi dąży na wschód, coraz większe, większe rzesze. Piętnaście wieków nie widziała Europa podobnej wędrówki narodów.
Wszystkie drogi, całe ogromne przestrzenie zalewają te hordy wędrujące. Dokąd? Dlaczego? Po co?
Drogi zbróżdżone tysiącami wozów, pola depczą tysiące, tysiące stóp ludzkich. Idą i jadą, dzieci, bydło i dobytek, psy wyją, krowy padają na drodze, dzieci płaczą, matki szlochają, tam umiera jakieś maleństwo, przysypują je ziemią w dołku tuż przy drodze...
Na noc rozkładają się wielkim obozem, płonie tysiące ognisk, ludzie siedzą, odpoczywają, gotują pożywienie, karmią dzieci i zasypiają pod gwiaździstem niebem lub — na słocie i deszczu.
To też mogiły dzieci znaczą ślad przebytej drogi, dziesiątki ich, setki, tysiące.
Upływają dnie i tygodnie: wciąż idą. Polska ziemia pozostała hen, za nimi, — pustynia. Weszli w kraj obcy, zielony i świeży, bogaty, nie skazany na zagładę ognia, lecz oni śmierć mu niosą. Wyczerpały się zapasy żywności, padły krowy, zabrakło chleba, wiec co znajdą na polu, to ich własność. Wykopują kartofle, niszczą jarzyny, zboże, żywić się przecież muszą. A po ich przejściu nic nie pozostało.
Lecz o kilka mil dalej, na granicy wioski, obcy lud staje przed nimi uzbrojony, w groźnej postawie. Podnoszą w górę drągi, widły i siekiery: nie wpuszczą tu do siebie tych włóczęgów! Nie pozwolą zmarnować swojej pracy! Wracajcie, skąd przyszliście. Po co ciśniecie się do nas?
Po co? — Czy oni chcieli?
Oto miasteczko, stacja kolejowa. Kilku ludzi zbliża się do nich. Czy znów odpędzać będą?
— Bracia — odzywa się jeden po polsku — mamy dla was chleb, zupę, gorące pożywienie.
Więc ktoś pamięta o nich! Wielki Boże!
Zasiadają na bruku, na błotnistej ziemi, w łachmanach, brudni, głodni, wyczerpani, chorzy. Ratunkowy komitet polski rozdaje chleb, herbatę, gotowaną strawę. Cóż to za dobrodziejstwo! Może już koniec męki? Od wiosny idą, a tu jesień blisko, — nocne przymrozki, słoty.
Nie, to nie koniec męki, ale teraz zacznie się inna. Czekają na nich odkryto platformy, wagony towarowe, powiozą ich dalej jak bagaż. Dokąd? Daleko, daleko, rozrzucą ich po całej tej olbrzymiej Rosji, po Syberji, kirgiskich stepach, Turkiestanie — wszędzie, wszędzie ich pełno.
Ostre zimy przebywać będą w norach wygrzebanych w ziemi, w szałasach i lepiankach, bez opału. Żywność? — Niech sobie radzą. — Jak?...
Tubylcy nie chcą sprzedać im żywności, patrzą na nich, jak na zbrodniarzy, na klęskę. Po co przybyli tutaj?
Cóż odpowiedzieć mogą? Po co tu przybyli? Czy oni wiedzą sami? Komu potrzebna ich męka? Czy skazani są na zagładę?
Pożera ich straszna tęsknota do kraju, w dzień i w nocy, starszych i dzieci; nie mogą tu pracować, nie, nie mogą żyć! Serce i umysł wybiega wciąż i bezustannie „do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych, do tych pól, malowanych zbożem rozmaitem, wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem“, — tam, tam, tu niema takich!

„Nocką jedną, nocką drugą
Sioło mi się śni ojczyste...
One olsze ponad strugą...
One lipy rozłożyste...“


Tu ptak inaczej śpiewa, kwiat inaczej pachnie, tu nie nasz, nie nasz świat!

„Do kraju tego, gdzie kruszynę chleba
Podnoszą z ziemi przez uszanowanie
Dla darów nieba...
Tęskno mi, Panie!“

(C. Norwid).

Tęskno. To straszna choroba — tęsknota, — zabija. Umierają. Umierają z nędzy i z rozpaczą w duszy. Żeby choć jaka wieść tam od nich z kraju!
Minęła sroga zima, przyszło lato złote, lecz ich nie cieszy słońce. To nie nasze!

„Serce mi się wciąż wyrywa do dalekich moich stron, do tej ziemi ukochanej serce mi się wciąż wyrywa... U nas teraz na wsi żniwa, złotokłosy pada plon, śpiewką żeńców dźwięczą łany, a na kłosach wiatr przygrywa jak na harfie wyzłacanej“.
(L. Rydel).

A jednak — w tych zakątkach, w tych gniazdach boleści, tam gdzieś na końcu świata, nad Wołgą, pod Uralem, nad morzem Kaspijskiem, na Syberji, gdziekolwiek los twardy rzucił rozbitków polskich, dziwnie szybko powstają szkółki, poprostu uczelnie dla dzieci. To jedyna radość, pociecha wygnańców.
Uczy ten, kto coś umie, — tak, jak umie. Czasem znajdują się nauczyciele: tam już ogromne szczęście. Uczą pisać na piasku patyczkami, jedna książka wystarczyć musi na dziesiątki; ale szukają drogi, aby zdobyć więcej. Wzywając pomocy, nie piszą o nędzy, lecz: — „przyślijcie nam książek, papieru, ołówka!“
W większych miastach rosyjskich skupiły się liczne kolonje, przeważnie ludzi zamożniejszych, lecz i tu nie brak nędzy. Tylko tu tworzy się nad nią opieka. W Petersburgu, Moskwie, Kijowie, Smoleńsku, Mińsku Litewskim, Charkowie, Odesie, Tyflisie i t. d., i t. d. powstały opiekuńcze komitety polskie, które czuwają nad wysiedleńcami. Najbardziej potrzebującym dają odzież i zapomogi, innym pożyczki, pracę, dla dzieci i młodzieży zakładają szkoły, drukują książki, wydają gazety, a gdy nadchodzi pora, ułatwiają powrót do kraju.
Komitety są błogosławieństwem uchodźców: znękani ludzie wiedzą, do kogo się zwrócić; zapewnienie nauki polskim dzieciom napełnia wszystkie serca radością, nadzieją; możniejsi nie skąpią pomocy biedniejszym; wszyscy czują się braćmi.
Niedola jest, ale w niej wiele pociechy.
Rewolucja rosyjska wszędzie wywołuje zamęt, toną i komitety w ogólnym nieładzie, prześladowane przez bolszewików i Niemców, — lecz do ostatniej chwili wiele czyniły dobrego, wielu uratowały.

Gdy upadł carat, mimo niesłychanych przeszkód, przez olbrzymie przestrzenie ciągnęli z powrotem stęsknieni i znędzniali wysiedleńcy, — lecz wielu, wielu zginęło ich w drodze, powróciła cząstka zaledwie.


Okupacja.

„Płynie Wisełka, płynie szara,
Skrwawione fale toczy w dal,
A w polu ginie waleczna wiara,
Aż serce ściska żal!“

Piosenka legjonów.

Polska znów rozdzielona, ten zabór rosyjski, część północno-zachodnia pod Prusakiem, południowo-wschodnia pod Austrją. Trwożne głosy szepczą, że Prusacy chcą tak zostawić.
Nie damy się! — uderzają mocno serca. — Choćby zginąć!
Głośno się o tem nie mówi, lecz dawne zaufanie, które stworzyło legjony, zniknęło już bez śladu. Dziś wszyscy milczą, czekają co dalej.
Od Moskala Królestwo wolne, ma nowego pana, który rządzi inaczej, ale równie ciężko, a może nawet ciężej. Bo rabunek teraz straszliwy, wprost obdzieranie ze skóry. Zdaje się, że po wkroczeniu na tę ziemię pierwszy cel Niemca zabrać, wywieźć wszystko, co jeszcze pozostało. A że to naród we wszystkiem porządny, więc chociaż gwałtów nie brak, rabunek jest systematyczny, podług planu.
Rekwizycje, podatki.
Obliczają kieszeń każdego i zabierają tyle, ile się w niej znajduje. Nie skryjesz nic, Polaku, przed niemieckiem okiem. Wyciśnięty kupiec czy rolnik jęczy, jęczy, szuka ratunku, obmyśla, skąd wyciągnąć trochę grosza, zaczyna łatać dziury, budzi się w nim nadzieja, że wypłynie, wtem — bah! nowy podatek. Oddaj wszystko.
Przemysłowiec nawet nie myśli, bo już nie ma o czem. Z fabryk powywożono maszyny, pozostały mury jedynie. Fabryki w Polsce niepotrzebne, będzie kupowała towary od Niemców. A cóż zrobi robotnik? Pojedzie do Niemiec, tam właśnie potrzeba ludzi, bo tylu na froncie. Robotnik nie chce jechać. Któż go o to pyta? Otaczają wojskiem, sadzają w wagony i wywożą jak towar, razem z maszynami. Nacierpisz się tam nędzy, polski robotniku, ale pracy ci nie zabraknie. Nie zabraknie!
Wywożą także zboże, gdzie tylko zostało, siano, bydło, ziemniaki, wszelką żywność. Tem rozporządza rząd, on sam wyżywi ludność.
Lasy wycinają i wywożą drzewo; — wywożą nawet urodzajną ziemię wagonami.
Do Niemiec idzie węgiel, torf i wszelki opał.
Z kościołów zabierają pozostałe dzwony, organy. Prywatnym ludziom niewolno posiadać miedzi, bronzu ani żelaza, więc zabierają z mieszkań rondle, samowary, moździerze, nawet klamki. Zniesiono telefony do prywatnego użytku, druty zabrane. Obywatele wiejscy oddać muszą podług rachunku żelazo.
Gospodarka porządna, nic a nic nie zostawia nietkniętego, — jeśli potrwa lat parę, może zabiorą — powietrze.
Naturalnie że polski Komitet Obywatelski rozwiązany, cała władza w rękach niemieckich, rząd niemiecki nad wszystkiem czuwa i za wszystko sam odpowiada, — na czele gubernator Beseler. Mieszka w Warszawie i on rządzi.
Trzeba wyżywić ludność, bo zboże zabrane, — zrobi się tak, jak w Niemczech: porządnie i sprawiedliwie. Na każdego obliczono dziennie ilość chleba (tyle żeby z głodu odrazu nie umrzeć), do tego szczypta soli, szczypta cukru, kaszy, — każdy na to dostaje kartkę i — co mu się należy, w sklepie wskazanym odbierze.
Cieszy się bieda: zapewniony choć chleb powszedni. Okazuje się jednak, że chleb nie jest z mąki: z otrąb, kasztanów, plewy, słomy mielonej czy kory brzozowej, mąki w nim prawie niema.
— Dzieci nam pomrą z głodu! — wznosi się krzyk nieszczęśliwych. Lecz Niemiec na to obojętny.
— Ratujmy dzieci! — odpowiada mężnie społeczeństwo i bierze się do pracy.
Powstaje Rada Główna Opiekuńcza R. G. O. i różne Komitety specjalne. One roztoczą opiekę społeczną nad dziećmi i nad nędzą.
Potrzeba na to środków, więc zbierają składki, urządzają loterje, otrzymują dary. To za mało na miljonowe wydatki, ale przychodzi pomoc. W Szwajcarji Sienkiewicz, Paderewski i Osuchowski zawiązują Komitet Ratunkowy, odwołują się śmiało do Ameryki, Anglji, wszystkich krajów i przedstawiają stan Polski, wyniszczenie kraju, straszliwą nędzę tego narodu.
I płynie pomoc, płynie tak potrzebna. Tysiące ocalone od głodowej śmierci.
Rada Główna otwiera kuchnie, bezpłatne i tanie, gorącą zupę rozwozi po mieście, dla dzieci wydają bezpłatne obiady, pracujące ubóstwo znajduje posiłek, zdrowy, tani, dostępny dla biednej kieszeni. Korzystają też z niego, korzystają!
Nadchodzi zima, w mieście niema węgla; niema nafty, świec ani światła. Znowu zaradzić trzeba.
Rada Główna rozdaje gorącą herbatę, nie prawdziwą, bo na to niema, może być owocowa czy z jakich tam liści, byle gorąca, dużo! Więc rozdają nietylko w licznych kuchniach, sklepach, lecz na ulicy stoją samowary: rozgrzej się, biedny, zziębnięty człowieku.
Oprócz tego tworzą „ogniska“. W każdej prawie dzielnicy miasta są ogrzane izby i sale oświetlone od zmroku, gdzie każdy przyjść może z robotą. Tutaj uczą się dzieci, tu szyją, pracują i wypoczywają najrozmaitsi ludzie. W domu zimno i ciemno, a tu spokojnie spędzić mogą wieczór: zjem, co przyniosłem z sobą, i dostanę gorącej herbaty.
A dla nędzarzy są przytułki noclegowe.
Rozdawnictwo odzieży też istnieje, zwłaszcza dla dzieci.
To wszystko, aby żyć, — lecz nie zapominamy, że nie samym tylko chlebem człowiek żyje. Nauka dzieci jest pierwszą potrzebą narodu.
Polacy zawsze pamiętają o tem. Zaraz w pierwszym roku wojny pod Moskalem zaczęto zakładać ochrony i szkoły dla dzieci powołanych do wojska żołnierzy. Zdobywano na to fundusze rządowe. Rozwiązany przez Niemców Komitet Obywatelski cały nagromadzony majątek przeznaczył na szkołę powszechną.
A więc powstają szkoły, — szkoła polska, z polskim programem. Mamy już własny Wydział Oświecenia, z zasłużonych nauczycieli złożony, oni ujmują w rękę sprawy oświatowe.
I wyrastają wszędzie szkoły, kursy dla nauczycieli, seminarja nauczycielskie, Macierz szkolna.
Najwięcej szkół powszechnych w Warszawie, większych miastach i miasteczkach. Na wsi trudniej, bo wsie spalone, albo nie mają budynków. Ale gdzie tylko można, szkoła się otwiera. I tysiące, tysiące dzieci wchodzą na jasną drogę w ciepłych promieniach opiekuńczej szkoły.
Ze szkoły średniej wyrzucono cały olbrzymi balast rosyjskich przedmiotów, — jeszcze tu niema zupełnej swobody, jeszcze planem kierują niemieckie wskazówki, ale to przecież minie, a nauka idzie, prawdziwa, pożyteczna, polska.
Otwarto uniwersytet i politechnikę. Tu najciężej. Tu walka, bo Niemcy chcą narzucać profesorów, po swojemu przedstawiać rzeczy. Burzą się studenci, ale się jakoś klei.
Więc gospodarka taka: Niemiec grabi, ile może, Polak — ile może — pracuje. I posuwamy się naprzód, ku światłu. Przecież wojna skończyć się musi.
Ta ciężka, trudna praca, walka z biedą, jest zarazem błogosławieństwem: pozwala nie myśleć o teraźniejszości, żyć wiarą w lepszą przyszłość.
Tej wiary tak nam trzeba! Nie wiemy przecież, co się tam na świecie dzieje, kraj odgrodzony nie drutem kolczastym, lecz żelazną jakąś kurtyną, przez którą nie przeniknie żaden błysk z Zachodu. Gazety piszą, co im Niemiec każe, co pozwoli, więc cóż my wiemy?
Prusacy głoszą o wielkich zwycięstwach, o klęskach koalicji, o własnych podbojach, nigdy, nigdy o żadnem, choćby małem niepowodzeniu. Przewagę mają zawsze, wygrywają wszędzie, i jedno tylko dziwi, że nie kończą wojny.
To jedno tylko zostawia nadzieję, że te wszystkie zwycięstwa z gazet — —
A ta nadzieja czasem tak bardzo potrzebna, bo wszystkim duszno, ciężko, powietrza już braknie, swobodnego oddechu.
I cóż nam dotąd dał ten sprzymierzeniec za tyle krwi przelanej, łez i nędzy? Gdzie obietnice, które na początku wojny sypali dygnitarze tak wspaniale? Gdzie ta wolność, za którą tyle krwi młodej wylały legjony?
Wolność? Szyderstwo chyba. Wolno nam zbierać składki i chleb rozdawać głodnym. To cała wolność. Stan wojenny, milczeć musimy, bo kary surowe: więzienie, szubienica. Szpiegów pełno.
Czuje jednakże Niemiec, że coś tu dać trzeba, żeby zaufania nie stracić zupełnie. Jeszcze nie można grać w otwarte karty, jeszcze Polak potrzebny i jego legjony, więc chciałby ofiarować jakąś fraszkę, któraby zabawiła, była mydlaną bańką.
Doskonała sposobność: 3-ci maj pod Niemcem. Niechże widzą Polacy, że są wolni, niechże sobie urządzą obchód uroczysty.
Rzeczywiście wielka radość i wzruszenie: po tylu aresztowaniach i zakazach, pierwszy raz wolno uczcić tę pamiątkę. Pierwszy raz.
Arcybiskup celebruje nabożeństwo, potem pochód przez miasto. Na cele oświatowe i społeczne wielka kwesta.
Idą więc tłumy z pieśnią przez Warszawę, idą zamiast wojska drużyny skautowe, potem chluba narodu, owoc pracy polskiej: przeszło trzydzieści tysięcy polskiej młodzieży szkolnej! To przyszłość.
A dalej cechy, tłum wielki narodu, instytucje.
Jasny dzień pokrzepienia, którego tak bardzo potrzeba w tej ciemnej nocy.
Już rok trwa ta noc głucha, żadnej wieści, żadnej — a jednakże jak gdyby pobladły ciemności, jak gdyby powiew jakiś niewidzialny przyniósł ciche słowa nadziei. Żelazny łańcuch, który ściska, zadrżał: w serca wstąpiła otucha.
— Nie zgniotą nas!
Nie zgniotą, chociaż jeszcze butni, — potrzebują tu sprzymierzeńców. Tam na zachodzie ani kroku dalej mimo wielkich wysiłków; a tu Rumunja daje pomoc Rosji; nowy atak na Austrję, bardzo słabą, — trzeba zabezpieczyć Królestwo od pokus. Trzeba coś dać takiego, co je zwiąże, co nie pozwoli wątpić, będzie zadatkiem spełnienia obietnic.
Kto wziął zadatek, ufa, czuje się zobowiązanym — tak rozumuje Niemiec.
Kilka grzecznych słów Beselera, zapowiedź nowej łaski i nakoniec — akt 5-go listopada 1916 roku.
W starożytnej sali zamku królewskiego rozlegają się dawno oczekiwane wyrazy: „samodzielna konstytucyjna monarchja królestwa polskiego“.
Akt podpisany przez Prusy i Austrję, wygłoszony przez Beselera po niemiecku.
Serca słuchaczów uderzają trwożnie. — Co to znaczy? — Czyżby naprawdę? — Po stu latach przeszło niewoli?
— Baczność! — Podstęp i zdrada! — ostrzega zdrowy rozum i instynkt narodowy. — Czuwajcie! czuwajcie!
Cel ukryty prędko wypływa na słońce: Beseler ogłasza werbunek do armji.
Samodzielne państwo musi mieć przecież armję, a jeszcze podczas wojny. Prusak pamięta o tem, i może dlatego tworzy państwo samodzielne. Legjony polskie wejdą teraz do Warszawy, po piętnastu miesiącach, nadziei i oczekiwania; wejdą, bo tu ich miejsce, tu stolica. Kraków niewątpliwie będzie należał do Polski, lecz co dalej? O granicach teraz się nie mówi, nie czas na to.
Niema najmniejszej wzmianki o granicach, nikt nie wie, jaka będzie ta „samodzielna monarchja“. To przedmiot tak drażliwy, że naprawdę trudno go dotknąć w tej chwili. Czyż możemy np. wyrzec się Poznańskiego? A czyż Prusak je odda dobrowolnie?
Lepiej jeszcze tej sprawy nie poruszać, zobaczymy, jaki będzie koniec wojny. Teraz ból i radość: wracają legjony.
Powracają! Śnieg biały pokrył ziemię, bo to grudzień, uroczyście wygląda w tej czystej sukience na powitanie dzieci. Warszawa także stroi się odświętnie, ustawia dla nich bramę tryumfalną, z domów powiewają flagi.
Przed dworcem Wiedeńskim tłum zaległ ulicę, wszystkie twarze wzruszone i radosne: to bohaterzy nasi! Cześć ranom, krwi przelanej za Ojczyznę, męstwu!
Pociąg stanął. Witają ich serdecznem słowem przedstawiciele miasta — (polskiego rządu jeszcze niema!) — rozlegają się radosne okrzyki.
A oni idą. Stanęli w porządku, w wojskowym szyku, z muzyką na czele, i idą równym krokiem przez Aleje, w stronę Nowego Światu. Idą z muzyką, z pieśnią: — Jeszcze nie zginęła! — biały orzeł płynie nad nimi.
I polskie serca drżą wielkiem wzruszeniem, — łzy płyną. Maszerującym towarzyszą rzesze, wpatrzone w tego orła, — idą za nimi długo i słuchają pieśni, która powtarza:

„Jeszcze nie zginęła!“


Z trzech tronów — gruzy!

„O niepodległość, całość i wolność Ojczyzny naszej
Prosimy Cię, Panie!

A. Mickiewicz.

Musimy na chwileczkę sięgnąć myślą w przeszłość, aż do czasów rozbioru Polski.
„Świętem przymierzem“ nazywał się wtedy związek trzech państw zaborczych przeciw Polsce. W roku 1811, na grobie Fryderyka Wielkiego, cesarz Aleksander I z królom pruskim potwierdza nową przysięgą ten związek.
„Święte przymierze“ to nasze kajdany, póki ono istnieje, będziemy w niewoli.
Lecz kajdany rdzewiały: kruszyło się „święte przymierze“.
Prusy grzecznie rządziły Rosją, a na Austrję miały apetyt. Rosja także. Możeby podzielić się i tym sąsiadem? — Prusy nie mają ochoty: po co się dzielić, lepiej zabrać całą.
Na to Rosja zgodzić się nie chce. Niechby zabrały sobie część niemiecką, ale wschodnia Galicja z Rusinami to smaczny kąsek dla niej.
Wszystkie trzy zaborcze państwa biorą galicyjskich Rusinów pod szczególną i najtroskliwszą opiekę. Opowiadają im o swojej przyjaźni, i każde chce być opiekunem, a zaufanie zdobywa pieniędzmi. Zgodne są tylko w tem, że uczą ich nienawiści do Polaków, wyliczając straszliwe, coraz nowe krzywdy, jakie Polska im wyrządziła.
Więc tutaj leży pierwsza kość niezgody, która może wybuchnąć walką.
A jest jeszcze i druga: półwysep Bałkański.
Od niepamiętnych czasów marzy sobie Rosja o pięknej stolicy w Konstantynopolu. I nietylko marzy, ale buduje drogę: roztoczyła opiekę nad drobnemi słowiańskiemi państewkami na półwyspie i po ich karkach zbliża się do celu. Stąd od czasu do czasu wojna z Turcją.
Ale to się zupełnie nie podoba ani Austrji, ani Prusom. Austrja też sobie zagarnia państewka: Bośnię i Hercegowinę. Dlaczego nie mają być pod jej opieką? A Prusy, kiedy widzą zbyt wielkie zapędy, mówią poprostu: — Halt! nie pójdziesz dalej.
To już psuje przymierze najzupełniej: zniknęło, niema go. Rosja wyraźnie pokazuje Austrji zęby, nawet warczy, ale rzucić się nie śmie. Gdyby to sprawa była tylko z Austrją, — ale cóż, kiedy za nią stoją Prusy.
Prus Rosja się boi i nie umie obejść się bez nich. Chwilami ich niecierpi, ale słucha, ulega, nie śmie podnieść ręki.
Wojna jednak wisi w powietrzu, wszyscy rozumieją, że musi nastąpić. Kiedy? Od czyjej woli to zależy?
Prawdopodobnie Prus, bo z tej trójki są najmądrzejsze i najlepiej przygotowane do wojny. No, i stało się wreszcie.
Jak? Kto zaczął? Dziś tego nie wiemy napewno, kiedyś tam historja powie.
Austrja bała się wojny, ale była do niej zmuszona. Czy Rosja umaczała swój mały paluszek w zabójstwie następcy tronu — nie wiadomo, potem musiała ująć się za Serbją, bo to przecie jej sprzymierzeniec. A Prusy na to tylko oczekują: wybiła dla nich stanowcza godzina, teraz staną się panami świata, Rosję pobiją, a Austrję zabiorą.
I rozpoczął się taniec. A ponieważ nieszczęsna Polska leży na drodze między temi potęgami, więc miała zostać zdeptana, zgnieciona, zburzona. Ale może to tylko grób jej runie?
Straszna walka, drży ziemia całe miesiące, lata. Polska jęczy, lecz żyje nadzieją.
Wreszcie pierwszy z mocarzy, cesarz austrjacki, starzec 90-letni, składa w prochu znużoną, skołataną głowę. Ostatni cesarz Austrji. Następca jego nie ma żadnego znaczenia, jest lalką w rękach pruskich. Austrja nazywa się jeszcze cesarstwem, lecz rozsypuje się w gruzy.
Runął ten pierwszy tron i taki koniec 1916 roku.
A na początku 1917 wybucha rewolucja w Rosji. Teraz prawdziwa, wielka rewolucja. Przed niedołężnym carem stają jej przywódcy i przemawiają stanowczo i mocno: — Złóż koronę, lub zginiesz. Petersburg już w ogniu.
Rzeczywiście na ulicach Petersburga lud stanął groźnie przeciw carskim sługom. Naturalnie kierowany niewidzialną ręką, burzy się i woła: — chleba!
Pada strzał. To jest hasło. Wojsko odmawia posłuszeństwa: nie będzie strzelało do ludu, to jego matki, bracia.
Car zadrżał. Składa władzę, byle ocalić życie i rodzinę. Staje się więźniem w jednym z swych pałaców. Potem wywiozą go het, na Syberję, żołdak samowolnie odbierze mu życie, zamordują żonę i dzieci.
Taki okropny koniec drugiego mocarza, ostatniego samodzierżcy wielkiej Rosji. Niema Mikołaja II, drugi tron runął w grozy.
A Rosja?
Tam chaos, coraz większy zamęt. Jest niby Rząd Tymczasowy, ale obok niego jest i druga władza: Rada robotników i żołnierzy. Rada żąda, a Rząd ulega, bo spotkać go może los cara. Wojsko niekarne, bo kiedy nieprzyjaciel następuje, żołnierzom wolno radzić między sobą, czy bić się, czy też nie. Więc front rosyjski przestaje być groźny.
Oprócz tego król pruski „wolnej Rosji“ odsyła w wagonie zapieczętowanym Lenina, dla którego nie było miejsca w carskiej Rosji. Teraz z łaski Prusaka wraca do ojczyzny z całą gromadą komunistów, t. zw. bolszewików i zamienia ją w jedną krwawą ranę, w szał morderstw, okrucieństwa i zniszczenia.
Potęga drugiego mocarstwa skruszona. Co dalej będzie z Rosją, trudno wiedzieć, dziś — to znak zapytania.

Z trzech wrogów Polski został w całej mocy Prusak.
Czy w całej mocy?
Tu na wschodzie nic mu nie grozi, chociaż niby jeszcze jest wojna, ale tam, na zachodzie?.. Tam niezupełnie dobrze, zwłaszcza odkąd za barbarzyńskie zatapianie okrętów pasażerskich wypowiedziała wojnę Ameryka. Nowy wróg i potężny, ale jeszcze nie najgroźniejszy.
Najgroźniejszy jest — głód. Niegodziwa Anglja zaraz od początku wojny zamknęła wejście do niemieckich portów zapomocą swej licznej floty i nie dopuszcza dowozu żywności. To najniebezpieczniejsze. Czwarty rok płynie, zapasy się kończą, — wkrótce przed narodem stanie śmierć głodowa.
Straszliwy nieprzyjaciel. Tego nie zwalczy męstwo ani największe działa. Co począć z groźbą głodu?
Ha, zrobimy „pokój chlebowy“.
Co to znaczy? Zaraz ma się przypatrzymy.

Jak rycerz w boju osłaniał się tarczą, tak Prusak w całej tej wojnie na wschodzie osłaniał granice swe Polską. Nie chcąc, by tarcza kłóła, głaskał i groził naprzemian. Zburzył bez winy Kalisz, ale stworzył „samodzielne państwo polskie“. Nie ma ono granic i nie wie, czem będzie, to zależy od końca wojny i siły pruskiej pięści, ale tymczasem trzeba je łudzić nadzieją, aby nie przysporzyło jeszcze jednego kłopotu.
Wiec choć w Warszawie rządzi samowładnie gubernator pruski Beseler, nazywa się to, że budują państwo polskie. Na początek ustanowiono Radę Stanu. Niech się Polacy cieszą i pobawią.
Jest Rada Stanu, lecz rządzi Beseler. Wszelkie jej rozporządzenia on podpisać musi, inaczej nie mają wartości. Jego rozkazów Rada Stanu nie podpisuje. Cóż znowu! Stan wojenny, prawa wyjątkowe, tak być musi, póki trwa wojna.
Więc szpiegi, aresztowania, kary śmierci, więzienie i wywożenie do Niemiec. W kraju stały rabunek i może coraz gwałtowniejszy, jakby się obawiali, że nie zdążą wywieźć wszystkiego. Długie sznury naładowanych wagonów dążą bez przerwy na zachód, na zachód, a powracają pusto. Ludność głód cierpi, chleb je niewiadomo z czego, mąki w nim prawie niema; — nędza po wsiach i w miastach, brak opału; — elegantki chodzą bez pończoch, obuwia, na bruku słychać od wczesnego ranka stuk drewnianych chodaków; pomimo całej pomocy społecznej przerażająco szerzy się gruźlica i śmiertelność wśród dzieci.
Rok upływa bez zmiany: Rada sobie radzi, a Rząd robi swoje, ale trzeba dać nową zabawkę, bo przydałaby się pomoc Polaków np. polska armja.
Niby nowy szczebel do owej „monarchji“ ustanawia rząd pruski Radę Regencyjną, z trzech Polaków złożoną, która ma objąć władzę i może się znosić nawet z samym Berlinem!
Lecz Beseler pozostaje, jak był dotąd.
To nic, to jest tylko gubernator, a proszę się przypatrzyć, jak uroczyście Rada wprowadzona zostaje na zamek królewski. Jaki pochód, legjony, tłumy. Teraz stworzy rząd polski: premjera, ministrów — i armję. Armję związaną z Niemcami przysięgą.
O granicach Niemiec dotąd mówić nie chce, bo to ostra sprawa, mogłaby przeciąć przyjaźń odrazu, stanowczo, — tajemne tylko toczą się narady, jaką część wezmą Prusy z dawnego Królestwa, a co złączyć z Krakowem? Może Wisła będzie granicą?
Zuchwalcy takie głosy nazywają czwartym rozbiorem, ale wszak cesarz Wilhelm tego nie powiedział, to sobie gazeciarze tak gawędzą, — może za to zapłacą karę.
Cesarz pozwoli stworzyć stotysięczną armję, która złoży przysięgę nietylko ojczyźnie, nie Prusom i Austrji, bo w ich ręku władza wojskowa.
Tego wreszcie za wiele: mamy służyć Niemcom, może przeciw sobie? Józef Piłsudski odmawia przysięgi, większość legjonów także.
Co za niewdzięczność za tyle dobrodziejstw! Piłsudski aresztowany, wywieziony, legjoniści zamknięci w wojskowych obozach pod strażą. Wielu występuje ze służby. Część pozostaje, tworzy nową organizację P. O. W. Polska Organizacja Wojskowa. Ci są zdecydowani: jak wypadnie bić Niemca, to nie wstrzyma ich żadna przysięga.
A wtem wieść niesłychana: Niemiec zrzucił maskę: 14 lutego 1918 roku pokój Brzeski z Ukrainą, „pokój chlebowy“. Niemcy dają jej pomoc przeciw bolszewikom i przywódcy ich Leninowi, a wzamian Ukraina dostarczy im chleba. Dotąd wszystko w porządku, lecz sprawa granicy. Ta Ukraina, która nie istnieje, którą Niemcy dopiero tworzą, otrzymuje od nich w darze ziemie polskie: Podlasie i Chełmszczyznę, męczeńską Chełmszczyznę, która nie zdradziła wiary i ojczyzny pod okrutnym nożem oprawcy.
Tak więc Niemiec, opiekun „samodzielnej“ Polski i jej twórca, zanim raczył z nią mówić o granicach, już część polskiej ziemi oddaje wrogowi!
Jeden krzyk oburzenia i rozpaczy wydarł się z piersi miljonów od Karpat aż po Bałtyk, od Poznania po Lwów i Wilno. I niby na skinienie niewidzialnej siły zamiera nagle życie w całym kraju: stają warsztaty, tramwaje, wszelka praca i wszelki handel, zawieszono wykłady w szkołach, uniwersytetach, tłum ponury i groźny wyległ na ulice. To strajk powszechny, wyraz powszechnego bólu. Naród musiał swoje uczucia wyrazić, zaprotestować przeciw haniebnym układom, zniknęły partje, różnice przekonań, pozostali tylko Polacy.
I po raz pierwszy Niemiec tu, na naszej ziemi, uczuł się pokonany i bezbronny, a może nawet zawstydzony. Milczy, nie waży się na gwałt i rozkaz. Płyną pieśni legjonów: — Jeszcze nie zginęła! — Wieczorem ciemność zalega ulice: niema żadnego światła. Ciemność, pustka i groźna cisza.
Niedość na tem. W Austrji wódz legjonów, generał Haller, uderza na załogi austrjackie, aby się przedrzeć do Rosji i połączyć tam z wojskiem polskiem pod Dowborem-Muśnickim.
To także ochotnicy. Po upadku caratu i rozprzężeniu wojska rosyjskiego żołnierze polscy skupiają się razem, tworzą osobne pułki. O uzbrojenie wtedy jeszcze łatwo. Polacy w Rosji dają na to hojnie. Generał Haller prowadzi posiłki.
Ale Niemcy niechętnie patrzą na wojsko polskie, które nie składało im przysięgi. Mieliby pozwolić teraz na wzmocnienie? Pod Kaniowem uderzają na oddziały polskie, z któremi połączył się Haller, krwawa walka, nierówna, Polacy muszą cofać się na północ, tam mają większe siły.
General Haller przedarł się do Francji przez ocean Północny i tam obejmuje dowództwo nad legjonami polskiemi, które walczyły przeciw Niemcom od początku.

Taki był „pokój chlebowy“', i tak spadła maska z obłudnego oblicza cesarza Wilhelma. Wiedzą teraz Polacy, czego się można spodziewać po tym sprzymierzeńcu i opiekunie troskliwym. Na szczęście wiedzą także, iż los Polski nie od niego jest zależny. Decydować będzie zwycięzca w tej wszechświatowej wojnie, a zwycięstwo Niemców coraz mniej prawdopodobne. Tam na Zachodzie rozstrzygnie się walka, tam stawiają ostatnią stawkę.
W Paryżu Roman Dmowski w pierwszych latach wojny utworzył Komitet Narodowy polski, który losy naszego kraju łączy ze zwycięstwem lub klęską Zachodu. W Królestwie budziło to pewne obawy, dopóki część narodu ufała Niemcowi, teraz już takich niema. Po pokoju Brzeskim znikły ostatnie złudzenia, i wszystkie serca polskie w tamtą zwracają się stronę, bo stamtąd tylko wypaść może piorun, który zdruzgocze tron trzeciego wroga.
Padnie, padnie, — już błyska, — ale jak długo czekać! Już cztery lata wojny. Mocno stoi ten tron ostatni, choć się chwieje. Nad przepaścią Niemiec, ale jeszcze grozi, jeszcze usiłuje straszyć.
Kiedyż? kiedyż? — jęczymy pod jego ciężką stopą, choć radosna nadzieja sił dodaje.
Nakoniec na początku października 1918 roku Niemcy proszą szczerze o pokój. Wyczerpały się nieprzebrane zapasy amunicji, znużone wojsko nie chce walczyć dalej. Trzeba ulec.
Odpowiedź Ameryki, która rozstrzygnęła wojnę brzmi surowo:
— Żadnych układów z Hohenzollernami.
A więc niema pokoju, póki na tronie zasiada monarcha, który pogwałcił prawa międzynarodowe, mordował bezbronną ludność, szlachetne sanitarjuszki, zatapiał pasażerskie statki, splamił honor narodu tysiącem gwałtów i okrucieństw. Państwa zwycięskie uważają go za zbrodniarza, nie za pokonanego monarchę. Pokój zawrzeć mogą z narodom niemieckim, lecz nie z wiarołomnym cesarzem.
— Musimy przyjąć te ciężkie warunki, — odpowiada naród niemiecki. — Musimy.
I cesarz Wilhelm zdejmuje koronę, usuwa się do Holandji na wygnanie.
Trzeci tron runął w gruzy.


Resurrecturis!
11 listopada 1918.

„W górę serca! Polska wstaje,
Krwią obmyta z krwawych plam,
Uścisnęła ludy, kraje,
Ludom rzekła: — Pokój Wam!“

M. Romanowski.

Wstrzęsła się ziemia w wojnie wszechświatowej, runęły trzy mocarstwa, chwieją się, walczą jeszcze wszystkie państwa, stara skorupa świata popękana, z grobowego kamienia Polski spadło trzech olbrzymów-karłów i — stał się cud...
Naród Polski zmartwychwstał: „na trzech stoi koronach, a sam bez korony“ — jak prorokował wielki wieszcz-poeta — „a życie jego — trud trudów, a tytuł jego — lud ludów!“
Czas wiekowej niewoli Polski — zakończony, zamknięty ostatnim piorunem, który zwalił pruskiego wroga. Kłębią się ciężkie chmury i grzmi jeszcze, ale burza minęła.
Niemiec błaga o pokój, nie może walczyć dłużej, on, ten żelazny naród — zwyciężony.
Dlaczegóż jednak rozkazuje u nas?
Ocknęli się Polacy: — Precz z Prusakiem!
Beseler sam miarkuje, że lepiej cichutko wyjechać. Boi się! Polscy oficerowie eskortują go do granicy, — dziękuje im za opiekę!...
A teraz rozbrojenie. Niemcy nie stawiają oporu. Czują, że zgasł nagle ten prąd elektryczny, który nimi kierował i dawał im siłę: wiara w zwycięstwo. Stali się bezwładną masą.
Odbierają im broń żołnierze, młodzież, robotnicy, ba! — kobiety.
— Nie, nie, nie róbcie tego — upomina szlachetne współczucie. Nad pokonanym wrogiem pastwić się nie godzi.
Więc bezbronnych umieszczają w Cytadeli, tam są zupełnie spokojni, bezpieczni. Polskie wojsko zajmuje odwach na Saskim placu, koszary, składy broni i amunicji, działa, samochody, wszystko staje się własnością Polaków: zapasy gotówki, żywności, odzieży, całe magazyny już naładowane i gotowe do wywiezienia — wszystko nasze. Zdobycz wojenna.
Wielka zdobycz, a jednak jakaż drobna cząstka tego, co zabrał Niemiec.
Powstają polskie władze, polscy urzędnicy, w biurach Niemcy zniknęli, wszędzie mowa polska. To nie sen!
Na ulicach ruch gorączkowy, radosny: ludność spiesznie zaciera ślady Niemców: zdejmują ich ogromne szyldy z napisami, zamazują niemieckie napisy na murach, usuwają orły dwugłowe. Polskie flagi ukazują się na gmachach.
Jesteśmy w Polsce! Jesteśmy u siebie! Zniknęła pruska pięść!
Rada Regencyjna ma już dosyć władzy i ciężkiego lawirowania między łaską cesarską i wolą narodu, chciałaby pozbyć się tego ciężaru. Upomina się w imieniu narodu o uwolnienie więźnia, Piłsudskiego.
Jemu oddaje władzę. On stworzył legjony. Zna go wojsko i Polska cała, — niechaj rządzi.
Aż do zwołania sejmu Piłsudski Naczelnikiem Państwa.
Niema Państwa bez skarbu; niema rządu; Polska potrzebuje pieniędzy. Musi stworzyć wojsko, ubrać je, uzbroić, żywić, bo zewsząd jeszcze grozi nieprzyjaciel. Musi płacić urzędników, tworzyć coraz nowe władze, utrzymywać niezbędne instytucje, — to wielkie gospodarstwo, które wymaga miljonów, aby wystarczyć na wszelkie wydatki.
I patrzmy, co się dzieje: skarb wzywa do ofiar, a naród niesie dary.
W bankach i biurach, na to przeznaczonych, szeregi urzędników i tłum ludzi. Urzędnicy liczą, notują, spisują i wydają pokwitowania, — a ludzie z jasną twarzą cisną się do stołów, każdy składa, co może.
Starzec przynosi srebrną tabakierkę, lichtarz i dwa pierścionki, — młodzieniec papierośnicę, łańcuszek od zegarka, jakaś pani kolczyki, broszkę, inna łyżki srebrne, ten wyjmuje z węzełka pozłacany kubek, tamta korale, ta obrączki ślubne, dziecko przynosi krzyżyk, złoty medalik, a wszyscy, wszyscy srebrne rosyjskie pieniądze. Chowali je widocznie na czarną godzinę, lecz oddają w tej jasnej, złotej.
I piętrzą się na stole złote i srebrne monety, ruble, czterdziestówki, dwudziestki; — dalej przedmioty złote, biżuterje i kosztowności: pierścionki i obrączki, kolczyki, broszki, drogie spinki i naszyjniki, łańcuszki, bransolety, ozdoby do włosów, kubki srebrne, koszyczki, cacka; — tam stołowe zastawy, srebrne łyżki i łyżeczki, widelce, noże, patery, świeczniki, któż to wyliczy wszystko?
To samo dzieje się i w innych miastach, w Krakowie; w Poznaniu trochę później, bo teraz zagrabiłby Niemiec: tam jeszcze panuje.
Hojna, wspaniała ofiarność Warszawy, lecz poznańska głębiej nas wzrusza, bo tam lud wiejski oddaje, co zebrał, na potrzeby ojczyzny. Lud uświadomiony. Gnębił Niemiec, lecz nie miał jednej strasznej broni: nie siał ciemnoty, zabójczej trucizny.
Płyną wiec dary, lecz wszystko za mało wobec ogromnych potrzeb. Wojska, wojska nam trzeba, a wojsko tak dużo kosztuje. Ale wojsko niezbędne, bo Niemiec podstępnie rozpala dokoła pożary.
Przedewszystkiem Wschodnia Galicja, o którą tak gorliwie kusiło się trzech sprzymierzeńców. Jeszcze się łączą, by ją wydrzeć Polsce. Na czele staje książę Habsburg, lecz przybrał ruskie imię i kozacki mundur. Tworzy oddziały z niemiecką komendą, układa plan zdradziecki, i budząc się pierwszego listopada, mieszkańcy Lwowa słyszą ze zdumieniem, że Rusini opanowali część miasta i posuwają się dalej.
Rusini? —
Nie czas dochodzić teraz, kto ten nieprzyjaciel, przedewszystkiem bronić się trzeba. Ale kto bronić będzie? Wojska niema.
Wszystko jedno, nie damy miasta! —
I spieszą na plac boju: młodzież, rzemieślnicy, byli wojskowi, nieliczna załoga, kobiety, dziewczęta i dzieci. Dziesięcioletni chłopcy walczą jak starzy żołnierze, znoszą zimno i niewygody, giną bez trwogi, a dzieci-koledzy zastępują ich miejsce.
Bohaterska obrona. Podziwia ją kraj cały, na pomoc spieszą ochotnicy, lecz wojska nie przybywa, bo go niema.
Jednak nie dali miasta. Broń zabrali Rusinom, bo nie mieli własnej, nieopisanem męstwem i pogardą śmierci wyparli ich z ważniejszych punktów i trzymali się trzy tygodnie, póki nie przyszły z Krakowa posiłki.
Nie skończyło się na tem, bo wróg pozbawił miasto światła i wody, niszcząc elektrownię i wodociągi podmiejskie. Żywności nie dopuszcza.
Zima, mróz, brak opału, ciemność, długie noce, brak wody, głód.
Lwowianie znoszą wszystko mężnie i pogodnie. — Nie damy miasta! — to ich jedyna odpowiedź. Gotowi umrzeć wszyscy. Ale wierzą w zwycięstwo i trwają, pracują, nie opuszczają rąk, ani na jedną chwilę nie poddają się zwątpieniu i rozpaczy.
Upływają miesiące, oni zawsze w pogotowiu. Niemcom zerwano maskę, wyszły na jaw ich zdradne intrygi, pozorny spokój wrócił. Lecz mieszkańcy Lwowa czuwają.
A tymczasem wybuchnął pożar w innej stronie.
W grudniu wracał do Polski Paderewski, jeden z twórców komitetu szwajcarskiego, dzielny i niestrudzony obrońca praw Polski na Zachodzie i w Ameryce. Cała Polska oczekuje go z wielkiem wzruszeniem, to też kiedy ukazał się w Poznaniu, pękła żelazna tama przymusu, milczenia, w którem wytrwała podczas wojny Wielkopolska. Tysiące wdzięcznych dzieci wyległo powitać swojego żywiciela i obrońcę, rozległy się okrzyki: — Jeszcze nie zginęła! — polskie flagi ukazały się na domach.
Och, tak długo Poznańskie nie mogło okazać radości i nadziei, które kwitły w sercach, — tak długo!
Lecz Prusak oburzony: — tego już za wiele! Poznańskie to Prusy, to ziemia niemiecka. Tu Polska? Nigdy! Nigdy!
Padają strzały do bezbronnych, — walka. Ludność chwyta za broń, wydziera ją ciemiężcom. Szał wolności ogarnia Wielkopolskę: — dość już tego! dłużej nie zniesie!
Stają w szeregach chłopi, lud miejski, żołnierze, wszędzie starcia, napady, krew się leje, — ale w ciągu dni kilku Poznańskie wolne od Prusaków.
To nie znaczy wcale, że walka skończona: ona rozpoczęła się dopiero. Niemcy tworzą oddziały straży pogranicznej i toczą wojnę z Polską. Krew płynie, — trudno: za wolność życiem płacić trzeba. A zapał tak ogromny, Wielkopolska uzbraja się tak szybko, iż nietylko swoje granice osłania, lecz wysyła pomoc dla Lwowa. Choć walka z Niemcem trwa.
W Wilnie gospodarują bolszewicy, posuwają się coraz dalej, i ten pożar powstrzymać trzeba. Jeszcze jedno ognisko walki.
Odzyskane Wilno, ale Prusak pragnie opanować Litwę, wiec gra podstępną rolę przyjaciela. Złotem, intrygą, kłamstwem zyskuje sobie zaufanie, i walka trwa znowu, koniec może jeszcze daleki.
Niedarmo sto lat prawie z taką gorliwością polskość tępiono na Litwie.
Ognisty wieniec walk opasał Polskę: od Litwy przez Podlasie, Ukrainę, Wschodnią Galicję, Czechy, aż do Niemców, aż na Pomorze — wojna dookoła, cała granica Polski to jeden krwawy front. Wróg walczy ogniem, mieczem, kłamstwem, okrucieństwem, podstępem i gwałtem, żadnej nie odrzuca broni. A w tem ognistem kole tworzy się państwo Polskie.
Kongres w Paryżu przyznaje nam dostęp do morza, lecz nie oddaje Gdańska. To rozstrzygnie przyszłość. Tymczasem jednak w imieniu narodu generał Józef Haller rzuca w morze ślubny pierścień, czyli bierze je w posiadanie.
A w Warszawie dnia 20 lutego 1919 roku po stuletniej przerwie marszałek Trąbczyński otwiera pierwszy sejm zmartwychwstałej Polski.
Sejm ma wielkie zadanie: stworzyć musi konstytucję, obronić granice, zyskać uznanie wszystkich praw narodu przez państwa Europy; wewnątrz przywrócić dobrobyt, porządek, dać krajowi rząd silny, mądry, zatrzeć ślady zniszczenia, rozproszyć ciemnotę, szerzyć światło, dać przykład miłości ojczyzny.
Czy taki ten sejm będzie?
Na to odpowie nam nowa historja, historja Polski Odrodzonej. Dziś na gmachu sejmowym powinniśmy wyryć złotemi literami wielkie słowa wieszcza, które wskazują nam jedyną drogę do potęgi, sławy, wielkości i szczęścia:
O ile polepszycie i powiększycie dusze wasze, o tyle polepszycie prawa i powiększycie granice“.

(A. Mickiewicz).





Przypisy

  1. Zbiór piosenek żołnierskich.


 
Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Cecylia Niewiadomska.