Rodzina de Presles/Tom III/XXIV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Xavier de Montépin
Tytuł Rodzina de Presles
Data wyd. 1884-1885
Druk Drukarnia Noskowskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Amours de province
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXIV.
TRZY LISTY.

Dochodzimy do ostatecznego rozwiązania tej długiej historyi.
Pozostaje nam już do zakończenia miejsca tak niewiele a przecież tyle jeszcze mamy rzeczy do powiedzenia; ale na ten cel, należy nam użyć szerokich, pospiesznych rysów piątego akta dramatu, aby coprędzej wreszcie zaspokoić usprawiedliwioną ciekawość czytelnika, podniecaną już od tak dawna.
Takim jest nasz program.
Bodajby nie usprawiedliwił on czasem trafnego nader wyrażenia jednego z naszych przyjaciół, który mawiał często o rzeczach i ludziach: Kłamliwy jak program!...


∗             ∗

Raul w dwie godziny mniej więcej po odejściu Marcelego z zamku Presles, powróciwszy do willi Labardès, dowiedział się, że przybrany jego ojciec wyjechał zeń konno, natychmiast niemal po powrocie, pozostawiając dlań tylko list.
List ten, którego kopertę rozerwał młodzieniec z łatwą do pojęcia trwogą, jeśli sobie uprzytomnimy tylko zaszłe w zamku zdarzenia, zawierał co następuje:
»Moje kochane dziecko. Pośród zasłużonego nieszczęścia, które mnie dotyka, zostaje mi ostatnia pociecha: jest nią możność powiedzenia sobie, że mnie kochasz... Miałem dawniej już to przświadczenie, ty dziś dałeś mi dowód tego, podejmując się tak szlachetnie mojej obrony przeciw ojcu ukochanej twej Blanki... odpowiadając za mnie własnem życiem i własnym honorem.
«Jakie to szczęście, czuć się kochanym!...
»Ja po trzykroć w życiu nim byłem....
»Naprzód przez twego ojca....
»Następnie przez Jerzego Herbert....
»A nakoniec przez ciebie, Raulu!...
»Niestety! Obyś ty na sobie nie zrobił również tego smutnego doświadczenia: przynoszę nieszczęście tym, którzy mi dają część swej duszy!...
»W istocie, dziecko moje drogie, nie wiem doprawdy na co ci mówię to wszystko.... Myśl moja wraca gdzieś w tę przeszłość a za nią biegnie pióro.
»Ale nie to ja chciałem pisać....
»Oddalam się... może to nie potrwa długo...
»Może zaś przeciwnie nieobecność ta będzie do tyła długą, że jej terminu oznaczyć nie jestem w stanie.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

»W każdym razie proszę cię, a w potrzebie rozkazuję nawet, ażebyś się o mnie nie niepokoił ani trochę.
»Zastanawiają się nad kilku słowy, które wobec ciebie wymówiłem w zamku Presles, spostrzegam się, że te słowa, źle wytłómaczone, mogłyby naprowadzić cię na myśl, iż powziąłem zamiar samobójstwa.
»Jeśli ci myśl podobna przyszła do głowy, oddal ją od siebie, moje dziecko.... Bądź pewnym, że Marceli Labardès nie skończy nigdy samobójstwem.... Dość mam na to jeszcze serca i inteligencji, aby pojąć, że kula pistoletowa nie jest właściwem zakończeniem ekspiacji, podjętej przez cały lat szereg za dwie wielkie zbrodnie mego życia. «Bom ja popełni! dwie zbrodnie Raulu....
»Jednej z nich już się domyślasz.
»Może nadejdzie dzień, w którym dowiesz się o drugiej.... Ale o tej drugiej zbrodni dowiesz się tylko odemnie samego... nazajutrz po mej śmierci.
»Nie staraj się zrozumieć tego co ci mówię.... Zagadka ta na teraz jest dla ciebie nieprzeniknioną.
»Powtarzam ci, kochane moje dziecko, cobądź się stanie, nie lękaj się o moje życie.
»Przed upływem dwóch dni otrzymasz odemnie wiadomości.

»Twój przybrany ojciec i kochający cię z całych sił duszy przyjaciel
»Marceli de Labardès.«

∗             ∗

Nazajutrz po opisanym poprzednio wieczorze, ciężki powóz, liczący przynajmniej z pół stulecia wieku, zatrzymał się przed wschodami zamku Presles.
Z powozu tego wysiadł starzec rzeźki jeszcze i dobrze zakonserwowany, mający na głowie (w 1847!...) perukę pudrowaną, mały harcap z kokardą, wielki brylant w żabocie, spodnie sięgające do kolan, jedwabne czarne pończochy i trzewiki z klamrami.
Staruszek ten, którego dziwaczne to przybranie nie czyniło bynajmniej śmiesznym, był seniorem Tulońskich notaryuszy. Od czasu wstąpienia w służbę, to jest od lat czterdziestu pięciu, zajmował on się sprawami domu Presles i był zarazem notaryuszem zmarłego barona Antydesa de Labardès zanim został notaryuszem Marcelego.
Przywoził on generałowi projekt kontraktu ślubnego, o którym już była mowa.
Prócz tego jeszcze miał z sobą akt prawomocny dla Raula i list od jego przybranego ojca.
Akt zawierał autentyczną donacyę wszystkich dóbr, ruchomości i nieruchomości, składających majątek Marcelego.
List zaś był takim:
«Moje kochane dziecko, nie myśl zupełnie o dziękowaniu mi za to co czynię, nie mam prawa do żadnej wdzięczności z twej strony.
»Czyniąc co czynię, uiszczam się tylko z świętego długu.
»Opuszczam natychmiast zaraz Prowancyę. Nie staraj się dowiedzieć co się stanie ze mną, bo nie zdołałbyś dojść tego nigdy. Wierzaj tylko, że zdała czy z blizka, myślą zawsze wśród was będę. Nie żegnam cię listem tym na wieki, raz jeszcze odbierzesz wiadomość o twym starym przyjacielu.
«Zostaniesz mężem panny Blanki de Presles.... Kochaj ją, Raulu.. kochaj, jak na to zasługuje... To twoja powinność a zarazem twe szczęście....
»Żegnam cię... wierz, że cię kocham...

»Marceli de Labardès.«

Raul, z sercem pełnem niepokoju, ze łzami w oczach badał notaryusza.
Odpowiedzi jego wszakże nie mogły żadnych dostarczyć wskazówek, jakichkolwiek choćby donioślejszych.
Po podpisaniu aktu donacyi na korzyść swego przybranego syna, pan de Labardès oznajmił, że natychmiast opuszcza Tulon, zabierając z sobą tylko sumę dwudziestu pięciu tysięcy franków, jedną maleńką cząsteczkę, którą pragnął zachować dla siebie z całego swego majątku.


∗             ∗

Cztery dni upłynęły.
Oznaczono termin ślubu Raula z Blanką, a termin ten był bardzo blizkim.
Wstrząśnienia okropne, których w tym czasie doznał generał, jak się zdało, wywarły wpływ szczęśliwy na stan jego umysłu.
Od czasu owych scen przejmujących, które opisaliśmy w ostatnich rozdziałach, nie można było dopatrzeć się ani luk w jego pamięci, ani osłabienia władz umysłowych.
Blanka zrozumiała teraz, że owa mniemana rywalizacya Dyanny i jej wstręt nieusprawiedliwiony do Raula, były jakiemś przywidzeniem po prostu, złudzeniem, którego prawdziwych przyczyn nie starała się zgłębiać bynajmniej.
Dyanna czuła się szczęśliwą widząc, że dawne uczucie Blanki odzyskać zdołała, tem więcej, że sądziła już, iż je musi utracić na zawsze.
Raul dnie całe spędzał w zamku, zkąd odjeżdżał tylko wieczorem.
Gontran przeciwnie rozłożył generalną swą kwaterę w Tolunie. Zdawało się, że ucieka i lęka się rodzicielskiego domu a nie potrzebujemy dodawać, że wszyscy mieszkańcy zamku przyklaskiwali temu jego postępowaniu i aprobowali je w zupełności.
Piątego dnia po południu, lokaj Gontrana wszedł do salonu, w którym wszyscy byli zebrani i oddał pani Herbert bilecik.
Pobladła lekko, spojrzawszy na adres, poznała bowiem rękę brata.
Rozerwała kopertę i odczytała po cichu z mocnem biciem serca następne wiersze:
»Moja kochana Dyanno, przyjdź zaraz do mego pokoju, gdzie na ciebie czekam, nie ma ani chwili do stracenia

»Gontran.«

— Powrócę za chwilę, — rzekła pani Herbert, podnosząc się i wychodząc z salonu.
Dręczona instynktownym niepokojem, wiedząc wybornie zresztą, że obecność wicehrabiego mogła zwiastować tylko jakieś nieszczęście lub jaką nową niegodziwóść, Dyanna wbiegła coprędzej na schody, prowadzące na pierwsze piętro.
Drzwi apartamentu Gontrana stały otworem.
Dyanna weszła i znalazła się wobec brata, którego nie widziała od czasu owej urzędowej wizyty prokuratora królewskiego w zamku.
Gontran przechadzał się wzdłuż pokoju wielkiemi krokami; twarz jego wyrażała niezmierne wzburzenie i trwogę bez granic.
Nie śmielibyśmy utrzymywać zresztą, że to wzburzenie i ta trwoga były rzeczywistemi.
Zobaczywszy siostrę wchodzącą, zatrzymał się i podał jej rękę, którą ona wszakże nie uznała za właściwe przyjąć.
Wicehrabia wzruszył ramionami.
— Jak ci się podoba! — rzekł.
I podeszedl, aby drzwi zamknąć.
Powróciwszy następnie do Dyanny podał jej krzesło, którego ona jednak nie przyjęła, jak przed chwilą odmówiła przyjęcie ręki.
— Jak ci się podoba! — powtórzył po raz drugi Gontran.
— Zobaczmy... — spytała Dyanna, — czego chcesz jeszcze odemnie?
Jeszcze! — powtórzył wicehrabia. — Wiesz, że to trochę za ostro!... Zdaje mi się przecież, że od wielu dni nie naprzykrzałem ci się moją obecnością, ani tobie, ani tamtym.
— Nakoniec, dziś nie powracasz bez powodu, sądzę?
— I masz słuszność tak sądząc.
— Spodziewasz się po mnie czegoś?
— Tak.
— Mów więc, mój bracie i oby Bóg dał, bym bez występku i bez wstydu mogła uczynić to czego żądasz odemnie.
— Nie zapomniałaś, siostro, że żyję pod grozą najstraszliwszej ze wszystkich gróźb... że honor mój i moja wolność są na łasce człowieka, który jednem słowem może mnie zgubić, zgnieść jednym giestem!..
— Owego nikczemnika, którego ty nazywasz baronem Polart...
— Jego właśnie.
— Ależ, zdaje mi się, że powinien być zadowolniony z ciebie, ten człowiek!... zdaje mi się, żeś się nie cofnął przed żadną niegodziwością, byle wobec niego tylko okazać się uległym i posłusznym.... Nie jestże jeszcze zadowolnionym?...
— Nie.
— Może uważa, że rozciągniecie kurateli nad naszym ojcem opóźnia się bardzo....
— Tak utrzymuje, rzeczywiście.
— Ale czegóż od ciebie chce wreszcie?
— Chce być spłaconym bezzwłocznie... żąda, abym mu się natychmiast uiścił.
— Wie przecież dobrze, że nie możesz.
— Sądzi przeciwnie, że nie byłoby dla mnie nic łatwiejszego nad to.
— Ale jakże?
— Ja ci to powiem.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Xavier de Montépin i tłumacza: anonimowy.