Salve natura!

<<< Dane tekstu >>>
Autor Cezary Jelenta
Tytuł Salve natura!
Pochodzenie Upominek. Książka zbiorowa na cześć Elizy Orzeszkowej (1866-1891)
Data wydania 1893
Wydawnictwo G. Gebethner i Spółka, Br. Rymowicz
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków – Petersburg
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część II
Pobierz jako: Pobierz Cała część II jako ePub Pobierz Cała część II jako PDF Pobierz Cała część II jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
SALVE NATURA!

Cezary Jelenta.jpg

Gdy długo kołysane nadzieje zawiodą mię, a marzenia prysną — jak mydlane bańki i nic już z życiem i mrowiskiem ludzkiem wiązać mię nie będzie, wtedy pomknę między turnie i wirchy niebotyczne rozmawiać z srebro-płynnemi potokami, poić słuch szmerem i hukiem wodospadów i wchłaniać wonie bezbrzeżnego kobierca górskich kwiatów. Śród tych gojących balsamów i kojącej muzyki — dusza z pewnością odetchnie radośniej i pocieszy się.
Może i zapał do czynu zamieni się w chłód apatji i stanę się żużlem, na nic nie przydatnym, a posępny gienjusz wieku, siejąc dokoła zatrute ziarno smutku i goryczy, i mój umysł zrobi podobnym owej jałowej wydmie piasczystej, co to nie rodzi nic, prócz karłowatego zielska... Wtedy ucieknę nad brzeg jeziora, co swem modrem, jasnem i przezroczem okiem wyziera z kotliny tatrzańskiej, i będę w głębie jego zadumane patrzył godzinami, szukał odbicia chropawych skał i kędzierzawych borów, soczystych hal i lazurowego stropu nieba. Tam duch ocknie się z letargu i choć nie dla innych, żyć będzie mógł dla siebie, znowu wrażliwy i czuły, znów czarodziejskiemi snami pieszczony, znów pełen barw świetlanych, wiosenny i odrodzony...
Jeżeli ci, którym w kornej daninie składam najlepszą cząstkę swego jestestwa, odepchną mię, jako natręta, moją dobrą wolę i poświęcenie wyszydzą, i skromne te dary rozrzucą po ziemi, jak śmiecie; jeżeli na tęsknotę ku nim odpowiedzą uśmiechem ironji, a najbiedniejszy z nich, najbardziej maluczki za kęs chleba kamieniem mi zapłaci, i będę bez ziemi, ogniska i bliźnich, jako wygnaniec i przybłęda, wtedy schronię się na krawędź lasu, zdala od pysznych i przemądrzałych. Niechaj rażą szyderstwem i drogę do serc swych najeżają ostremi głazami; widok łanów bezmiernych ból mój złagodzi. Równina zbóż i łąk ze swemi chatami, gdzie nie pytają jeszcze: skąd, z jakiej krainy przyszli twoi praojcowie, lecz podejmują cię jak brata, bo człowiekiem jesteś, stanie mi się światem daleko godniejszym miłości. Można go czcić i miłować: nie zdradzi i nie zelży.
W łonie były niegdyś pożary, wzniecone źrenicą kobiety. Dziś przygasły i tleją już tylko niedojrzaną iskrą, którą przywala stosem popiołu myśl przetrawiona, otrzeźwiała i dobru ogólnemu oddana. Stanęła ona pod sztandarem bojowym wieku i stłumiła porywy, zdławiła pragnienia. Jeśli pierś kobiety nanowo tchem gorącym iskrę tę rozdmucha w płomyk, wówczas, gdy na głowę padać zaczną szrony starości, i duch uspokojony na nowo jęknie tęsknotą niewczesną, ucieknę od pokusy i błądzić będę śród kraterów przygasłego wulkanu; uczuję pod stopami, jak się bezsilnie miota i drży wnętrze tytana, i zamiast dawnych płomieni ujrzę, jak osłabiony wyrzuca jeno od czasu do czasu kłęby gryzącego dymu na śmiech i zabawkę ludzi, co niegdyś przed ogniowym jego oddechem drżeli. On będzie obrazem własnej mojej istoty i sprawi, że pojmę siebie samego lepiej, że zrozumiem nicość i komizm spóźnionych wybuchów i zamiast rozweselać ludzi westchnieniami, zgniotę w sobie, zduszę, zuchwałą iskrę na zawsze, wystudzę uczucia swe na zgliszcza, które podmuch rozsądku rozwieje potem na cztery wiatry. Bracie przygasły! — zawołam — jednaki nasz los, zawrzyjmy przymierze! Nikt do czeluści twej nie zajrzy i nie obaczy kipiącego w niej jeszcze żaru, lecz powie, spojrzawszy na twój krater, że — kopcisz. I w głąb mojej piersi żadne oko ciekawe nie zajrzy i rozsadzających ją płomieni nie obaczy, lecz powie, żem stary. Jednakośmy samotni: ty gniewną swą paszczą, bo przez obłoki ku niebu ziejesz, ja myślą posępną nad szare tło ludzi uciekam. Ty wielki, ja robak niedojrzały, lecz czyż dwojga stworzeń, przez ludzi wzgardzonych nie łączy naturalne przymierze? Zawrzyjmy je, a będę cię odwiedzał i przynosił echa z ziemi, co pojmuje głos tłumów, a na głos jednostek jest głucha...
Widziałem raz olbrzymią połać granitu, polerownego jak stal. Tworzyła taras nad doliną i uderzała oko przedziwnemi deseniami żył, w których nie brakło żadnej z siedmiu barw tęczy. Wiły się one i plątały, jak gdyby ludzką, swawolną wymalowane ręką. Często wpatrywałem się w nie, jak dziecko, zdumione i ucieszone cackiem, które ogląda po raz pierwszy... Kiedym w lat kilka potem wstąpił na tę samą ślizką powierzchnię, nie poznałem jej. Granit czernił się zdala krętą, jak rzeka na mapie, linią, która ciągnęła się przez całą jego długość. Zaciekawiony przybiegłem: to była rozpadlina, wązka, ale bezdenna przepaść. Snadź opoka pod naporem tajemnych sił pękła. Zajrzałem w głąb i gwałtownie rzuciłem się wstecz całym tułowiem. Ostrożniej raz jeszcze zajrzałem i posłyszałem cichy plusk. Uporczywy wzrok mój przebił mroki otchłani i dostrzegłem daleko pod sobą strugę szarawą, która, kotłując się, waliła wściekle w kamieniste boki swego łożyska; później wyśledziłem, że to odpływ wielkiego lodowca, świeżo utorowany... Zaś bliżej powierzchni i światła, tuż prawie podemną, wyrastały ze szczelin wątłe gałązki buczyny; dwie na wprost siebie, równej prawie wielkości, zdały się wyciągać ku sobie wielkie łodygi, by je spleść w jeden miłosny uścisk. I już wyobraźnia moja widziała je złączonemi w niedalekiej przyszłości... Niestety! w rok potem bezdeń była szersza, a młode wyrostki, choć większe, jeszcze większą, niż dawniej, przedzielone próżnią... Więc żałość i rozczarowanie ogarnęły mnie i pomyślałem o przyjaźni, najcenniejszym ze wszystkich klejnotów uczucia, najbardziej szczerym i rozumnym. Nieraz już przedtem w dumaniach samotnych zdejmowała mię złowroga obawa, czy mi losy i ludzie nie wydrą tego skarbu. Nie! to niemożebne! wołałem w duchu. Duch ma swoje opoki, których żadna siła nie zdruzgocze! A dziś przekonałem się, że opok bezpiecznych niema, granit, który mógłby dźwigać na sobie całe światy, pękł, a dwa brzegi uciekają od siebie, a pomiędzy niemi taka straszna czeluść, że postawiono nad nią barjerę i góral stróż trzyma wpół wędrowców, chcących do wnętrza jej zajrzeć...
Rezygnacja jest echem bólu i niemocy, ale i sama jest mocą; więc może jej zbraknąć na zasadzie odwiecznych praw przyrody, gdy zmaleje hart ciała. Jeśli potężny magnes ziemi zacznie to ciało ciągnąć ku sobie, jako prawowitą własność i owionie mię owym wyziewem śmierci, co to ciska na łoże i niedołężnym czyni, nie dam się zamknąć w czterech ścianach sypialni i przekształcić w egzotyczną roślinę, którą hodować trzeba pod kloszem, albo szkłami cieplarni. Nie przykuję do siebie i nie pogrzebię żywcem żadnej miłosiernej istoty, ażeby dzieliła ze mną duszną atmosferę leków, ale ostatnim woli wysiłkiem wyrwę się z kleszczów choroby, każę się zawieść nad brzeg oceanu i tam dogorywać będę, cały wpatrzony w bezmiar żywiołu. Gdy on zawyje burzą i zacznie miotać pod niebiosa spiętrzone wały, gdy brzegi zagrzmią złowieszczym jękiem, gdy pomruk bezgranicznego potworu dojdzie mię, jakby z pod serca globu, wylękły i przerażony, — zapomnę o własnem cierpieniu. I oto, bardziej chyży, niż owa struchlała myśl moja, orkan opadnie, ołowiane na niebie chmury rozproszą się, wyjrzy z za nich czysty błękit, a złote słońca promienie udobruchają rozkiełznany żywioł, głaszcząc go i pieszcząc ciepłem i światłem. Niezmierzone, zielone, wilgotne cielsko morza jeden sygnał wichru wprawił w konwulsje, a teraz znów jeden pocałunek umitygował. Potwór, większy od nieskończoności samej, słucha praw wyższych, jak potulny niewolnik, a moje ciało, pyłek niosący mojego ducha, śmie walczyć z niemi...
A wtedy spojrzę po przylądkach i żwirach nadwodnych: rozjuszone bałwany opluły je szumowinami i szczątkami okrętów, miast pływających, co wiozły po toni tysiące istności krzepkich, zdrowych i nadziei czynu pełnych. Gdy o tych narodach pomyślę, które w mgnieniu oka pochłonął zdąsany Neptun, zmaleje własna moja osoba, zrozumiem, co znaczy prawdziwa rozpacz i boleść, przeczuję, jakie mogą być jej rozmiary i, próżen dziecięcej myśli, że ja, człowiek, jestem całym światem, — nie będę się bał, lecz domagał śmierci w imię samej sprawiedliwości!...
Salve natura!


Warszawa.Cezary Jelenta



Upominek - ozdobnik str. 453.png




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Cezary Jellenta.