Scena z komedji »Królowa Opinja«

<<< Dane tekstu >>>
Autor Kazimierz Zalewski
Tytuł Scena z komedji »Królowa Opinja«
Pochodzenie Upominek. Książka zbiorowa na cześć Elizy Orzeszkowej (1866-1891)
Data wydania 1893
Wydawnictwo G. Gebethner i Spółka, Br. Rymowicz
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków – Petersburg
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część II
Pobierz jako: Pobierz Cała część II jako ePub Pobierz Cała część II jako PDF Pobierz Cała część II jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
SCENA Z KOMEDJI »KRÓLOWA OPINJA«.

Kazimierz Zalewski 2.jpg


(AKT I. — SCENA VIII).
ORECKI, KACPER, potem CHARLSTOWN.
ORECKI (dzwoni, Kacper wchodzi).

Proś ostatnich.

KACPER, (meldując).

Mister Charlstown (wychodzi).

CHARLSTOWN.

John Charlstown z domu Smith and Company, New-York, Five Avenue, Hundert Twenty Three — czy pan inżynier Orecki?

ORECKI.

Tak panie, ale jak na teraz minister komunikacji.

CHARLSTOWN.

To mnie nie obchodzi: przyszedłem do inżyniera, nie do ministra, a właściwie do autora dzieła o „Turbinach“.

ORECKI.

Aha.

CHARLSTOWN.

Rozumiemy się. Pan wiesz, że tam tkwi wynalazek, który może powiększyć siłę motorów o 60 na 100.

ORECKI.

Przyjmijmy czterdzieści na początek.

CHARLSTOWN.

Sześćdziesiąt! ani trochę nie ustąpię, bo przy liczniejszych doświadczeniach można będzie jeszcze powiększyć tę siłę. Otóż jako reprezentant domu Smith & Cy przychodzę traktować z panem o prawo eksploatacji pańskiego wynalazku. Ile pan żądasz za przywilej?

ORECKI.

Nic, bo nie jest na sprzedanie.

CHARLSTOWN.

Jak to? nie jest, kiedy ja go chcę kupić.

ORECKI.

Ale ja go nie chcę sprzedać.

CHARLSTOWN.

Ale dlaczegóż pan nie chcesz sprzedać?

ORECKI.

No, bo mi się nie podoba.

CHARLSTOWN.

Nie traćmy spokoju, nie unośmy się. Pan nie chcesz sprzedać, bo może myślisz, że propozycja nie jest dość poważna, albo firma, którą reprezentuję nie dość solidna. Co do pierwszego, stawiaj pan warunki: zobaczymy, czy będą zbyt wygórowane dla mnie, a co do domu Smith & Cy, to rozporządzam kapitałem zakładowym 10 miljonów dolarów i olbrzymim kredytem, nietylko w Stanach Zjednoczonych, ale i tutaj. Pierwsze firmy bankierskie Europy odpowiedzą za nas, nawet Baron Schwartzbild, którego tu przed chwilą widziałem.

ORECKI.

Nie kwestionuję wcale odpowiedzialności pańskiej, ani domu, który reprezentujesz; przypuszczam, że za wynalazek mój, gdyby z dziedziny teorji w praktykę przeszedł, zapłaciłbyś mi pan nawet sumę tak znaczną, że mogłaby być dla mnie majątkiem.

CHARLSTOWN.

Pięćdziesiąt tysięcy dolarów płacę odrazu; maszyny, budowy, grunt do doświadczeń naszym kosztem, a procent w zyskach oznaczymy.

ORECKI.

Nie posuwaj się pan dalej, bo, powtarzam, rzecz nie jest na sprzedanie.

CHARLSTOWN.

Ależ do licha... nie unośmy się. Zwracam pańską uwagę, że to nie jest żadna odpowiedź, a raczej pańska odmowa musi mieć jakieś przyczyny.

ORECKI.

Prawdopodobnie.

CHARLSTOWN.

Sądząc po tem, co wiem o panu, przyczyny te muszą być logiczne.

ORECKI.
Pochlebiasz mi pan.
CHARLSTOWN.

Traktujmy rzecz po amerykańsku: krótko i dobrze. Dam na początek 60.000 dolarów.

ORECKI.

Nie mogę.

CHARLSTOWN.

70.000 dolarów — 75.000, ale to już ostatnie słowo.

ORECKI.

Widzę, z pewną dumą przyznaję, że ta licytacja mogłaby trwać jeszcze, ponieważ jednak ja nie mam na nią czasu, a za to wyrobiłem sobie już pojęcie o przybliżonej wartości mego wynalazku, więc wolę otwarcie powiedzieć panu: dlaczego sprzedać go nie myślę, niż narażać pana na trud niepotrzebnego targu. Tylko jako Amerykanin, nie wiem, czy mię pan zrozumiesz.

CHARLSTOWN.

My, panie, rozumiemy wszystko, prócz waszych europejskich przesądów.

ORECKI.

Lękam się: czy pan do tego i moich przekonań nie zaliczysz.

CHARLSTOWN.

Zobaczymy; w każdym razie mów pan, proszę.

ORECKI.

A więc nie chcę sprzedać mojego wynalazku, jakkolwiek nie jestem bogaty, za żadną cenę, a nie chcę dlatego, że pochodzę z biednego kraju, w którym żadne fabryki dotąd rozwinąć się nie mogą, bo nie wytrzymują konkurencji z innemi, już ustalonemi w innych częściach państwa. Jestem i sam biedny, ale jako minister teraz dopiero będę miał pole do wypróbowania mojego wynalazku, i dopiero zupełnie udoskonalony — gdy już jego rezultatów pewnym będę — oddam na użytek mojej ziemi rodzinnej.

CHARLSTOWN.
Która panu za niego zapłaci?
ORECKI.

Nie wiem, ale której ja w ten sposób spłacę dług dobrego syna.

CHARLSTOWN.

Wiedziałem już z pańskiego nazwiska o pańskiej narodowości, która się często u was zaciera z pozyskaniem wyższych stanowisk. Pan jednak pozostałeś jej wiernym, to nie moja rzecz. Ale za to powiem panu, że trochę się obcierałem o twoich współziomków i, ceniąc wysoko przymioty ich fizyczne, również mężczyzn jak i kobiet, bo to piękna rasa, uznając nawet wyjątkowo szlachetne instynkta, dostrzegłem w nich jednak dwie rzeczy charakterystyczne: nieporadność ogólną i brak uznania dla wszystkiego co swoje. Na takim gruncie trudno o pomyślny stan interesów, wobec braku solidarności; zaś brak uznania wyradza zniechęcenie, niewiarę, upadek inicjatywy i użytecznych myśli, a wreszcie niewdzięczność i zapomnienie dla pionierów postępu. Wierz mi pan, ja może nawet o tem więcej wiem, niż mówię — wynalazek pański na gruncie nieodpowiednio przygotowanym nie wyda owoców, a ci, którzy go spaczą i źle zużytkują, zamiast cię błogosławić, przeklinać cię będą!

ORECKI.

Przewidziałem z góry, że mnie pan nie zrozumiesz: nie chcę i nie mogę wdawać się w dyskusję o charakterze moich ziomków, bo zaprowadziłoby mnie to za daleko, ale sprawę mego wynalazku również sądzisz pan po amerykańsku. Powiedziałem, iż nie mam go na sprzedanie, to znaczy, że nie wezmę za niego pieniędzy, choćby mi dawano miljony, a krajowi memu nie oddam go na lichwę wdzięczności, ani sławy nieśmiertelnej. Nie, panie, ja mu go oddam darmo, bez pretensji do niczego, szczęśliwy i dumny, jeżeli go przyjąć odemnie zechce. Tak rozumiem mój obowiązek obywatelski uczciwego syna mojej ziemi. No, jak pan widzisz, są to pojęcia nie amerykańskie i prawdopodobnie dla pana nie dostępne.

CHARLSTOWN.

Kto wie? może. Opowiem panu jednak historyjkę, za której autentyczność ręczę. Spotkałem przed kilku laty w Chikago, jednego z pańskich współziomków, który był tutaj obywatelem ziemskim, szlachcicem, dziedzicem dóbr, jak wy tutaj nazywacie. Miał kilka tysięcy akrów gdzieś tam w jakiejś dziurze galicyjskiej; ale, zamiast wzorem praojców, spokojnie na nich gospodarować, party instynktem i wrodzonemi zdolnościami, obmyśliwał jakieś nowe uproszczone i udoskonalone narzędzia rolnicze: grabie, kosiarki, żniwiarki. Budował coraz nowe modele i robił eksperymenta; samouczek, musiał zaczynać od elementarnych początków, aż gdy doszedł do jakich takich rezultatów swojej pracy, majątek licho wzięło i został na bruku. Wierzyciele wysubhastowali go z dóbr, ogłaszając go, nietylko za bankruta i oszusta, ale nadto za warjata. Żona, bo zapomniałem dodać, że ten poczciwiec miał żonę, piękną, młodą i utalentowaną, porzuciła go, obrzucając błotem, jak i inni, i biedaczysko znalazł się na amerykańskim rynku sam jak palec, goły jak Job, zrozpaczony i przeklinający wszystko i wszystkich.

ORECKI.

I cóż się z nim dalej stało?

CHARLSTOWN.

Spotkał się z jednym z ajentów naszego domu; ułatwiono mu zbudowanie modelu pługa, który był najpraktyczniejszym, i dobił się powoli środków do życia. Dziś jest już podobno dosyć zamożnym, wart około 100.000 dolarów

ORECKI.

I myślisz pan, że jest przy tem szczęśliwy, że nie tęskni za swoimi?

CHARLSTOWN.

Którzy mu dali upaść? i za żoną, która go porzuciła? Ha, wreszcie nie wiem: straciłem go z oczu. Opowiedziałem panu tę historję dlatego tylko, abyś porównał czem jest umysł wynalazcy u nas w Ameryce, a jak w twoim kraju marnieje często i upada, nie przynosząc pożytku ani sobie ani drugim. Pan jesteś dziś ministrem, posiadasz stanowisko wyjątkowe, ale to także kwestja: jak długo się na niem utrzymasz? W walkach parlamentarnych zużywa się nawet gienjalny umysł. Zły wiatr zawieje, ministerjum upadnie: a wtedy będzie pan żałował poniewczasie, że kłopoty i utarczki z opozycją wyniszczyły ci myśl, i niezdolnym do wynalazków, uczyniły. Zużyjesz się, panie ministrze, swoich „turbin“ w ruch nie wprowadzisz, wyjałowiejesz do dalszej pracy, a gdy majątku na tem wszystkiem nie zrobisz, kto wie: czy jak ów szlachcic mój znajomy, nie będziesz przeklinał złych losów, po niewczasie? Namyśl się pan; zmieniam formę mojej propozycji. Imieniem domu Smith & Cy wydzierżawię pana na przeciąg lat pięciu, ofiarując ci pensję rocznie trzy razy większą, niż dzisiejsza twoja ministerjalna. Koszta laboratorjum, warsztatów, modeli, pomocy naukowej i t. d. również my poniesiemy, zapewniając panu czwartą część dochodu zysków z twoich wynalazków — i cóż pan na to?

ORECKI.

Toż samo co poprzednio: nie przyjmuję!

CHARLSTOWN.

Jesteś pan uparty, ale i ja także. Ponieważ interesa naszego domu zatrzymają mnie tu jeszcze przez czas dłuższy, nie daję za wygraną i powrócę.

ORECKI.

Również bezskutecznie, jak dzisiaj.

CHARLSTOWN.

Zobaczymy to po pierwszej interpelacji w Izbie.

ORECKI.

Nawet przy dziesiątej.

CHARLSTOWN.

Wasze izby europejskie, jako motor do wysadzania ministrów, przewyższają nawet pomysł pańskich „turbin“. Szkoda tylko, że do tego jednego są zdolne. A więc do widzenia, — aż do skoku w powietrze!

ORECKI.

A więc do czasu, aż mnie wysadzą.

CHARLSTOWN.

Tylko ostrożnie, żeby się nie roztrząść na części lub nie upaść na głowę.

ORECKI.

O serce panu nie idzie? zawsze po amerykańsku.

CHARLSTOWN.

Zapomniałem znowu, żeś pan Polak. Zachowaj sobie swoje serce: ja tego nie kupuję, ale za głowę zapłacę; jeżeli nie straci na wartości, a będzie do kupienia, to jest „business“ a „business“ to grunt — do widzenia (wychodzi).


Warszawa.Kazimierz Zalewski.



Upominek - ozdobnik str. 182.png




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Kazimierz Zalewski.