Serce (Amicis)/Na wsi

<<< Dane tekstu >>>
Autor Edmund de Amicis
Tytuł Serce
Data wydania 1938
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Drukarnia „Antiqua” St. Szulc i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Maria Konopnicka
Tytuł orygin. Cuore
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Na wsi.
19. poniedziałek.

Wszystko dobrze! Tatuś mi i tym razem przebaczył i pozwolił mi iść na majówkę, którąśmy ułożyli we środę jeszcze z ojcem Corettiego, przekupniem drzewa.
Okropnie już nam było wszystkim trzeba odetchnąć powietrzem wzgórz, pól, łąk... Było prawdziwe święto! Prawdziwa majówka!
Spotkaliśmy się wszyscy na placu Konstytucji: Derossi, Garrone, Garoffi, Precossi, Coretti z ojcem i ja, z naszymi prowiantami. Były owoce, wędliny, gotowane jajka. Mieliśmy także cynowe kubki.
Garrone przyniósł wydrążoną dynię a w niej białe wino; Coretti manierkę żołnierską ojca, z winem czerwonym, a mały Precossi, w swojej kowalskiej bluzie, trzymał pod pachą czterofuntowy bochen chleba.
Pojechało się omnibusem aż do Matki Boskiej Łaskawej, a stamtąd na przełaj po wzgórzach!
Co za zieleń! Co za cień! Co za świeżość! Taczaliśmy się po trawie, maczali twarze i głowy w strumieniach, skakali przez płoty.
Duży Coretti z daleka za nami szedł, kurtkę zdjął, tylko tak ją na plecy zarzucił, palił swoją glinianą fajeczkę i od czasu do czasu groził nam ręką, żebyśmy sobie spodni nie porozdzierali.
Precossi gwizdał. Nigdym go jeszcze gwiżdżącego nie słyszał. Mały Coretti ciągle coś dłubał po drodze. On wszystko potrafi wydłubać, ten majster, swoim zakrzywionym nożykiem na palec długim: kółka, wiatraczki, widełki, sikawki. A jeszcze koniecznie się uparł, żeby wszystkie nasze ubrania nieść i taki był obładowany, że pot z niego kapał, a i tak żwawy jak młody koziołek.
Derossi zatrzymywał się co chwila i powiadał nam, jak się nazywa jaka roślina, jaki owad. Nie pojmuję, skąd on może wiedzieć tyle rzeczy?
A Garrone zapychał się chlebem w zupełnym milczeniu; alem zauważył, że teraz już nie gryzie i nie zajada tak wesoło, od czasu jak stracił matkę. A zresztą zawsze jednako dobry! Kiedy który z nas rozpędzał się, żeby skoczyć przez rów, to zaraz biegł na drugi brzeg i podawał rękę; a że Precossi bał się krów, bo go jedna jak był mały ubodła, to jak tylko spotkaliśmy którą, zaraz Garrone od jej strony szedł i Precossiego zasłaniał.
Doszliśmy pieszo aż do Santa Margerita, a potem na dół, w skokach, w kozłach, na łeb i na szyję! — Wtem Precossi zaplątawszy się w krzaku rozdarł swoją kapotę i był ogromnie zawstydzony tym wiszącym strzępem; ale Garoffi, że to on ma nawtykanych szpilek w kurtkę dosyć, pospinał mu jakoś kapotę, podczas gdy Precossi zaczerwieniony powtarzał: — Przepraszam... przepraszam... — po czym znów puścił się biegiem.
Garoffi także nie tracił czasu w drodze; zbierał po łąkach rzeżuchę na sałatę, szczaw na zupę, ślimaki, na drodze podnosił kamyki, które troszkę błyszczały i tkał je do kieszeni pewno myśląc, że może to srebro albo złoto.
I tak biegnąc, wspinając się, żartując, w cieniu i w słońcu, w górę i w dół, przez wyniosłości i zakręty drożyn doszliśmy nareszcie zziajani i spoceni na szczyt wzgórza i siadłszy na trawie rozłożyliśmy swój podwieczorek. — Widać było z tego wzgórza niezmierną równinę i Alpy szafirowe, z śnieżnymi szczytami.
Głodni byliśmy jak wilki. A chleb znikał w oczach, jakby tajał właśnie. Ojciec Coretti powydzielał nam wędlinę, każdemu porcję podając na liściu. A wtedy zaczęliśmy wszyscy gadać razem: O nauczycielach, o kolegach, którzy nie mogli tu z nami przyjść, i o egzaminach.
Precossi jakoś się wstydził jeść, a Garrone kładł mu gwałtem do ust najlepsze swoje kawałki; Coretti siedział przy ojcu skrzyżowawszy nogi. Wyglądali raczej na braci, niźli na ojca i syna, obaj czerwoni i pokazujący w uśmiechu równe białe zęby. Ojciec popijał ze smakiem a wypróżniając nawet szklaneczki i kubeczki, któreśmy rozpoczęli ledwo, tak mówił:
— Dla was, co się jeszcze uczycie, wino jest nicpotem; ale dla przekupniów drzewa to zbawienna rzecz!
Po czym chwycił syna za nos i pociągając go rzekł:
— Chłopcy, kochajcie tego oto trznadla, bo to jest sam kwiat rycerstwa! Już ja wam powiadam!
A wszyscy się śmiali, prócz Garronego.
A on znów popił i rzekł:
— Żal, żal! Eh!... Teraz wszyscyście sobie dobre kompany; a za lat kilka, kto wie, Henryk i Derossi będą adwokatami, profesorami, Bóg sam wie czym, a wy znów czterej będziecie w sklepach, w rzemiosłach, licho wie gdzie... A wtedy — dobranoc kompanija cała!...
— Ale co! — żywo zaprzeczył Derossi. — Dla mnie Garrone będzie zawsze Garronem, a Precossi Precossim, a inni tak samo, choćby pozostawali cesarzami chińskimi. Gdzie będą, tam do nich i ja trafię!
— Zuch! — zawołał Coretti ojciec przechylając flaszkę. — Tak się mówi! do kroćset bomb! Nie inaczej! Dalej! trąćmy się! Niech żyją dobrzy koledzy! Niech żyje szkoła, która łączy nam chłopaków w jedną rodzinę na pociechę kraju! która daje braci tym, co braci nie mają.
Trąciliśmy wszyscy jego flaszkę naszymi kubkami, pijąc po łyku, a on:
— Wiwat czwartaki z 49. kompanii! — i skoczył na nogi i stojąc wychylił co było we flaszce do ostatniej kropli. Po czym spojrzawszy po nas:
— A jakby wam kiedy przyszło, chłopcy, robić karabatalion, pamiętajcie tak twardo stać, jak my stali!
Tymczasem zaczęło się już robić późno, więceśmy ze wzgórza zeszli śpiewając i trzymając się pod ręce i przyszliśmy nad Po, który już zachodził zmierzchem a tysiące świetlików latało nad brzegiem i nie rozłączyliśmy się aż na placu Konstytucji, ułożywszy się po drodze, że wszyscy spotkamy się znowu w niedzielę, żeby iść do teatru Wiktora Emanuela, gdzie mają rozdawać nagrody uczniom szkół wieczornych.
Piękny był ten dzień! Jakże wesół byłbym powrócił do domu, gdybym był nie był spotkał mojej biednej nauczycielki. Spotkałem ją na schodach naszego domu. Wychodziła od nas. Był zmrok, ale jak tylko mnie poznała, wzięła obie moje ręce i rzekła mi szeptem do ucha.
— Bądź zdrów, Henryku! Pamiętaj o mnie. — Wydało mi się, że płacze. Przyszedłszy opowiedziałem mamie.
— Spotkałem moją nauczycielkę.
— Poszła się położyć do łóżka — odrzekła mama i zaraz spostrzegłem, że oczy ma czerwone. A potem spojrzawszy na mnie smutnie dodała:
— Twoja biedna nauczycielka jest bardzo, bardzo chora.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Edmondo De Amicis i tłumacza: Maria Konopnicka.