Serce (Amicis)/Rozdanie nagród

<<< Dane tekstu >>>
Autor Edmund de Amicis
Tytuł Serce
Data wydania 1938
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Drukarnia „Antiqua” St. Szulc i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Maria Konopnicka
Tytuł orygin. Cuore
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Rozdanie nagród.
14 marca.

Około drugiej wielki teatr był zapchany ludźmi. Parter, galeria, loże, balkon — wszystko pełne. Tylko że się w oczach migały te tysiące twarzy, ci uczniowie, te panie, ci nauczyciele, te kobiety z ludu, te dzieci; taki był ruch głów i rąk, taki szum piór, wstążek, jedwabi, taki szmer przeciągły, uroczysty, że to aż się coś w sercu działo!
Cały teatr był obwieszony trójkolorowymi draperiami, czerwono, biało i zielono. Z obu stron parteru zrobiono po kilka stopni; z jednej strony mieli uczniowie po nagrody na scenę wchodzić, a z drugiej schodzić dostawszy już nagrody. Na froncie sceny był rząd czerwonych foteli, a na oparciu środkowego wisiał wieniec z wawrzynu; całą zaś głębię sceny ozdabiało mnóstwo chorągwi, a po jednej stronie stół pięknie nakryty, na którym leżały nagrody, trójkolorowymi wstążkami związane. Orkiestra stała poniżej sceny, jak zwykle w teatrze; nauczyciele i nauczycielki zapełniali już z połowę pierwszej galerii, która była przeznaczona dla nich; ławki i przejścia w orkiestrze zajmowała może setka chłopców, którzy mieli śpiewać chórem i już trzymali w rękach rozwinięte nuty; a jeszcze tu, to tam, przechodzili nauczyciele i nauczycielki ustawiając rzędem tych, co mieli brać nagrody, a matki poprawiały im włosy i krawatki.
Ledwom wszedł z rodzicami do loży, zarazem zobaczył w loży przeciwległej tę małą nauczycielkę z czerwonym piórem, która się śmiała ukazując śliczne dołeczki w okrągłej twarzyczce, a z nią nauczycielkę mego brata i tę, co ją nazywają „zakonnicą“, ubraną zupełnie czarno, i moją drugą nauczycielkę z wyższego oddziału pierwszej; była tak blada i kaszlała tak głośno, że ją z jednego końca sali w drugim było słychać.
W parterze zobaczyłem zaraz tę kochaną facjatę Garronego i małą blond główkę Nelliego, który stał przytulony do jego ramienia.
Nieco dalej spostrzegłem Garoffiego ze spiczastym nosem jastrzębia, który był silnie zajęty zbieraniem listy nagrodzonych i miał już w ręku sporą paczkę, którą pewnie będzie później handlował. Ano, zobaczymy to jutro.
Tuż przy drzwiach stał przekupień drzewa ze swoją żoną, oboje wystrojeni od święta, a przy nich syn, który ma dostać trzecią nagrodę z drugiej klasy. Osłupiałem nie widząc jego zwykłej czapeczki z kociej sierci ani brązowej kurtki. Wyelegantowany był jak jaki panicz.
W jednej z galerii ujrzałem przelotem Vatiniego, w wielkim koronkowym kołnierzu, ale mi zaraz zniknął gdzieś sprzed oczu.
Na proscenium, pełnym publiczności, stał kapitan artylerii, ojciec Robettiego, tego co to o kulach chodzi, co wyratował od śmierci wstępniaka.
Równo z uderzeniem drugiej godziny orkiestra poczęła grać, a jednocześnie przez schodki z prawej strony wszedł na scenę pan syndyk, pan prefekt, pan asesor, pan inspektor i wielu innych panów, ubranych czarno, którzy zasiadali na owych czerwonych fotelach. Nagle orkiestra urwała, a nauczyciel szkoły śpiewu zbliżył się z laseczką w ręku. Na jego znak, wszyscy chłopcy siedzący w ławkach orkiestry powstali i zaczęli śpiewać chórem. Ach! jak to było prześlicznie! Wszyscy słuchali nieruchomie, jak zaczarowani. Bo to był taki słodki, czysty, powolny śpiew, jak gdyby w kościele, albo w raju... Gdy umilkł, zagrzmiały oklaski, a potem zrobiło się cicho. Miało się zacząć rozdawanie nagród. Już stał na scenie mój mały nauczyciel z drugiej, ten z rudą głową i bystrymi oczyma, bo to on właśnie miał czytać nazwiska nagrodzonych. Czekano tylko przybycia tych dwunastu chłopców, którzy mieli przedstawiać świadectwa.
Dzienniki zapowiedziały, że chłopcy wybrani zostali ze wszystkich części Włoch. Publiczność wiedziała o tym i wyglądała ich przyjścia patrząc ciekawie w drzwi boczne, którymi wejść mieli. Pan syndyk, inni panowie milczeli i cały teatr milczał w tym oczekiwaniu...
Naraz wbiegli, aż na proscenium samo, i stanęli rzędem, wszyscy dwunastu z uśmiechem radości i dumy. Cały teatr, trzy tysiące ludu, zerwało się z miejsc wybuchając grzmotem oklasków jak burza.
Chłopcy stali przez chwilę zupełnie oszołomieni.
— Oto Włochy! — zawołał jakiś głos donośny z loży.
Ludzie byli bardzo wzruszeni, a choć nie było smutno, jakoś się płakać chciało. Poznałem zaraz Coraciego, naszego Kalabryjczyka; był czarno ubrany, jak zawsze.
Jeden pan z municypium, który był z nami, a znał wszystkich, pokazywał ich po jednemu mojej matce.
— Ten mały blondynek jest przedstawicielem Wenecji. Rzymianin to ten wysoki, kędzierzawy.
Ze trzech może było paniczyków między nimi, a reszta dzieci robotników, ale że ślicznie wyglądali w swych ludowych strojach! Florentczyk, najmniejszy ze wszystkich, był przepasany wpół błękitną szarfą.
I zaraz poczęli przed panem syndykiem z paradą iść, a on każdego z nich całował w czoło; podczas gdy pan, co przy nim siedział, mówił mu z uśmiechem z jakiego miasta który:
— Florencja, Neapol, Bolonia, Palermo...
A co który przeszedł, to mu cały teatr oklaski walił, aż grzmiało. Po tej paradzie przed panem syndykiem pobiegli wszyscy do stolika po leżące na nim świadectwa; nauczyciel zaczął odczytywać z listy imiona szkół, klas, oraz nazwiska nagrodzonych, którzy zaczęli wstępować na scenę równym, wolnym krokiem.
Zaledwie wstąpili pierwsi, kiedy za sceną odezwała się cicha muzyka samych skrzypiec. Przez cały czas rozdawania nagród trwała ich słodka, jednostajna pieśń, zupełnie jakby szmer wielu łagodnych głosów; głosów matek, nauczycieli i nauczycielek cieszących się razem z nagrodzonymi chłopcami.
A chłopcy, wywoływani z listy, zbliżali się jeden po drugim do siedzących panów, którzy im podawali nagrody głaszcząc ich głowy i mile przemawiając do nich. A pokazał się który maluśki, to zaraz ci najmniejsi w galeriach i w parterze klaskali w ręce; niemało też osób klaskało tym, którzy byli biednie odziani, albo mieli długie wijące się w puklach po ramionach włosy, albo ubrania w narodowych barwach.
A te wstępniaki! Wgramoliło się to na scenę, stanęło i nie wiedziało co ze sobą zrobić i gdzie się obrócić. To cały teatr pękał od śmiechu! Aż jeden, może na łokieć wysoki, z wielką różową kokardą na plecach ledwo się wdrapawszy na schodki zaplątał się w dywan i bęc, leży! Skoczył pan prefekt, podniósł go, postawił na nogi, a wszyscy się śmieją i klaszczą, że taki bohater po nagrodę idzie...
Któryś tam znowu przyciskając nagrodę obu rękami pośliznął się przy zejściu na schodach i spadł.
Panie krzyknęły, ale nic mu się nie stało, i choć parę kozłów wywrócił, nagrody nie puścił!
Różni tam byli pomiędzy nimi, można się było napatrzeć! Były twarzyczki poważne, były wystraszone, były czerwone jak wisienki, a były też i błazenki małe, które się wszystkim tym panom prosto w oczy śmiały, a ledwie zeszły ze sceny, zaraz je chwytały matki na ręce i zabierały z sobą do domu.
A dopiero jak przyszła na naszą szkołę kolej? No, z tych bardzo wielu znałem. Szedł Coretti w nowym ubraniu od stóp do głów, z tym pięknym, rzeźkim uśmiechem, który mu odsłania rzędy białych zębów. Niktby się nie domyślał ile on dziś już centnarów drzewa przedźwigał od rana! Pan syndyk, dając mu atestat zapytał, co znaczy ten czerwony znak, który ma na czole, i trzymał na ramieniu rękę. Poszukałem oczyma na parterze rodziców jego: śmiali się oboje zakrywając usta dłonią.
Potem szedł Derossi, cały niebiesko ubrany w błyszczących bucikach, z tymi złotymi kędziorami, szczupły, zgrabny, z podniesionym czołem, tak piękny, tak ujmujący, że radbym go był uściskał! Wszyscy też ci panowie w fotelach ściskali go za rękę, i każdy mu coś miłego powiedział.
W tem rudy nauczyciel zawoła:
— Juliusz Robetti! I oto ukazał się kaleka nasz drogi na szczudłach... Wszyscy uczniowie szkół naszego miasta wiedzieli o jego przypadku. W mgnieniu oka przebiegł szept między publicznością. I rozległy oklaski jak teatr długi i szeroki! Od okrzyków ściany drżały! Mężczyźni powstali z miejsc, panie powiewały chusteczkami, a biedny chłopiec zatrzymał się w pośrodku sceny, drżący i oszołomiony. Pan syndyk wstał, podprowadził go sam, a wręczywszy mu nagrodę, ucałował w czoło. Potem myślałem że ryknę płaczem — odczepił ten wianek z wawrzynu, który był nad fotelem jego, i zawiesił mu go na rączce od kuli. A że chłopiec drżał coraz silniej, odprowadził go sam do parterowej loży, gdzie stał ojciec jego, kapitan, a ten chwycił chłopca na ręce i posadził go przy sobie w loży wśród nieopisanej burzy okrzyków: — Niech żyje! Niech żyje!
Tymczasem ciągle jeszcze za sceną grały skrzypce swoją cudną, słodką pieśń, a chłopcy szli i szli...
Szli ze szkoły „Consolata“ (Pocieszenia), prawie wszyscy synowie kupców; szli ze szkoły „Vanchiglia“, synowie robotników; szli z „Boncompagni“, gdzie przeważnie oddają na naukę dzieci swe wieśniacy; szli nakoniec ze szkoły „Rayneri“, która była ostatnia.
Zaledwie przeszli, sześciuset chłopców w orkiestrze odśpiewało inną znowu pieśń prześliczną; potem przemawiał pan syndyk, potem pan assesor, który mowę swoją skończył zwróciwszy się do chłopców tak:
— Zanim opuścicie te mury, pokłońcie się z miłością i czcią tym, którzy pracują nad wami; którzy wam poświęcają wszystkie siły i ciała i ducha; którzy dla was żyją i umierają dla was! Oto oni! — I skłoniwszy głowę ukazał ruchem ręki galerię nauczycieli.
A wtedy chłopcy powskakiwali na ławki, na krzesła wyciągając ręce do nauczycieli i nauczycielek, wywoływali imiona tych, co im najbliżsi i najmilsi byli, wydając okrzyki idące prosto z serca.
A w galerii zrobił się też ruch nieopisany. Nauczyciele i nauczycielki odpowiadali uczniom także okrzykami wzruszonych głosów, a kapelusze, ręce, chusteczki, wszystko to chwiało się w powietrzu ku chłopcom.
Za czym orkiestra jeszcze raz zagrała hymn narodowy, a publiczność raz jeszcze pozdrowiła grzmiącym oklaskiem dwunastu małych reprezentantów prowincji włoskich, którzy w prześlicznej grupie, ramionami i rękoma spleceni, stali na proscenium, pod ulewą rzucanych im kwiatów.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Edmondo De Amicis i tłumacza: Maria Konopnicka.