Spiskowcy (Thierry, 1891)/VI. Chrystus w katedrze Najświętszej Panny

<<< Dane tekstu >>>
Autor Gilbert Augustin Thierry
Tytuł Spiskowcy
Podtytuł Romans z czasów drugiego cesarstwa
Wydawca Księgarnia Br. Rymowicz
Data wyd. 1891
Druk Trenke i Fusnot
Miejsce wyd. Petersburg
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


VI.
Chrystus w katedrze Najświętszej Panny.

Tłum, który przed chwilą zapełniał po brzegi plac Carrousel, już się rozproszył. Parada wojska skończyła się: grenadjerzy zeszli z placu, muzyki nie było słychać, bębny zamilkły, trąby nie wydawały głosu. Policja również w boczne skierowała się ulice. Najświetniejsza część program owego, chociaż bez ogłoszonego zgóry programu, widowiska już się odbyła: cesarz ukazał się na balkonie, publiczność kilkakrotnemi okrzykami go powitała. Na obszernym dziedzińcu Tuileryjskiego pałacu, po dwóch stronach bramy tryumfalnej, przechadzali się poważnie dwaj kirasjerzy, pełniący raczej honorową, aniżeli faktyczną służbę. Była to warta dla efektu, poprostu dla dopełnienia obrazu konieczna. Wiatr przybywał z północy, chłodząc powietrze suche, mroźne: przechodnie śpieszyli się w rozmaitych kierunkach. Jasno-niebieska kopuła niebios nakrywała swym barwnym kloszem całą tę przestrzeń, którą każdy paryżanin uważał za najpiękniejszą część swego miasta, a to ostatnie za najpiękniejsze ze wszystkich miast na świecie.
Hrabia Besnard nie udał się na plac, przez boczne wyjście skierował się ku Pont-Royal. W tej chwili hrabia Besnard nie zdawał sobie sprawy ze swych czynności: nie wiedział, gdzie się znajduje, nie wiedział, która może być godzina, nie wiedział, dokąd zmierza. Jak automat, zmierzał starzec do rady stanu, nie myśląc o tem wcale... Nagle na samym rogu pawilonu Flory hrabia Besnard stanął: teraz dopiero wstąpiła weń samowiedza...
«O tak! Wszak dziś miał mówić, stanąć się zobowiązał w obronie projektu ministrów, zobowiązał się go zalecać i za cenę własnego nieposzlakowanego honoru zbawić swego syna... Chwila męki nie nadeszła jeszcze: miał całe trzy godziny w swem rozporządzeniu, te trzy godziny były jogo własnością, z tym czadem mógł robić, co mu się podoba!»
Hrabia Besnard stanął, a po chwili krótkiego namysłu wrócił tą samą drogą, którą przyszedł... Szybkim krokiem podążał teraz przed siebie. Dokąd?... Nie umiałby na to pytanie odpowiedzieć. Szedł wzdłuż Sekwany i wpatrywał się w jej ruchome fale... Od wczorajszego dnia nic nie miał w ustach, zimno go przejmowało, starzec trząsł się jak w febrze, a pomimo ostrego wiatru, nie wiedział, czy mróz krew mu w żyłach ścina, czy żar piersi rozsadza... Głowa go bolała, serce albo biło gwałtownie, albo nagle zamierało, ażeby tem większy ból mu sprawić... Starzec szedł jednak ciągle, coś mówił głośno, a przechodnie patrzyli na niego z uśmiechem. Czasem groźnie brwi ściągał i wówczas z ust jego wychodził straszny wyraz:
— Nędznik!
Po chwili znów ogarniał go smutek, jakaś żałość niewypowiedziana, a wówczas ten wyraz osiadał mu na ustach:
— Nieszczęśliwy!
W pobliżu zegar głośno uderzył... Hrabia Besnard ocknął się z ciężkiej zadumy i rozejrzał się dokoła. W tej chwili znajdował się przed ratuszem miejskim, a zegar wskazywał dwunastą. Wkrótce trzy srebrne, uderzenia dzwonu uleciały w powietrze z kościoła Świętego Gerwazego, a powolniejszy i poważniejszy dzwon świętego Seweryna pośpieszył z odpowiedzią. Stopniowo po nad Paryżem w rozmaitych punktach odezwały się dzwony, zapowiadające ludności, że czas już na chwilę wznieść myśli do Boga. Wezwanie na «Anioł Pański» uspokoiło hrabiego Besnarda: spłynął on duszą w duszę zbiorową wielkiego Paryża, która w tej chwili wznosiła się ku niebiosom, do krainy nieskończoności...
Hrabia Besnard na chwilę zapomniał o własnej boleści i z zachwytem przysłuchiwał się «Ave Maria» dzwonów paryzkich. Nagle myśl, że tak srodze cierpiąc, nie udał się jeszcze o pomoc do Boga, że nie modlił się, dotknęła go do żywego. Wobec niej, na chwilę przynajmniej, znikły wszystkie inne uczucia z jego serca!...
Hrabia Besnard rozejrzał się dokoła i zatrzymał oczy na wspaniałych wieżach wiekowej katedry Najświętszej Panny: dwie poważne wieże wznosiły czoła ku górze, w tej chwili hrabia Besnard ujrzał w nich modlitwę zaklętą w kamienie, ujrzał symbol ufności w Boga!... A dzwony poważnie wzywały do modlitwy, w głosach ich starzec wyraźnie słyszał: «Sancta Maria, ora pro nobis!...» «O, Pocieszycielko Najświętsza, w takich chwilach rozpacznych boleści Ty jedna tylko duszę zbolałą natchnąć możesz siłą, której żadna moc nie złamie!...»
Starzec pod wrażeniem tej myśli uległ wezwaniu dzwonów i udał się na plac Parvis — ten przepyszny zakątek starego Paryża, w owe czasy nadzwyczaj malowniczy, na którym dziś nawet panuje jakaś atmosfera starych wieków: prześliczna katedra, arcydzieło sztuki, w swych cieniach ukrywa wspaniały ołtarz... Obraz prawdziwej opieki Panny Najświętszej, opiekunki cierpiących, która swym płaszczem wszystkich uciekających się do Niej okrywa... Hrabia Besnard wszedł przez drzwi Zodjaku i wolnym krokiem podążył ku bazylice.
Około południa kościół był prawie pusty. Pod wyniosłem sklepieniem nawa kościelna rozciągała swe poważne cienie aż do wielkiego, ołtarza. Boczne wgłębienia oddychały spokojem. Żaden hałas uliczny nie wdzierał się do tego poważnego domu modlitwy. Organy milczały, księża już kościół opuścili, nabożeństwo już się skończyło. Najmniejszy szmer nawet nie zakłócał spokoju katedry. W tej chwili był to rzeczywiście kościół, prawdziwy Domus Dei, tajemnicze siedlisko Odwiecznego, Pełnego tajemnic, Którego tylko sercem można odgadnąć. Zdawać się powinno, że Stwórca wszechrzeczy, że Odwieczny, Nieskończony, Ten, który jest Wiecznością i Wiecznotrwałością, w tych półcieniach chętniej przemieszkiwał, aniżeli wówczas, gdy świece gorzały i śpiewy ludzkie wznosiły się ku górze. Hrabia Besnard skierował się ku prawej stronie nawy, ale tutaj drzwi żelazne, prowadzące do bocznych kaplic, były zamknięte. Jedne z nich jednak zapomniano widać zamknąć: hrabia Besnard otworzył je i wszedł do kaplicy, w której, spodziewał się, że nikt nie przeszkodzi mu modlić się...
Z początku nie zauważył przedmiotu o dziwnych kształtach, który stał oparty o ścianę. Pewien czas musiał rozpatrywać się dokoła w panującym mroku, ażeby módz rozróżnić otaczające go przedmioty. To, co najpierwsze powinno było uderzyć jego uwagę, było i dziwaczne i poważne zarazem. Był to olbrzymi krucyfiks, dzieło pochodzące z XII wieku. Niewprawną ręką twórca tego posągu chciał wyrazić w drzewie wszystkie swe uczucia religijne, wszystkie boleści, wszystkie rozpacze i uniesienia. W tym celu chciał przedstawić uroczystą chwilę, w której Syn Boga, stawszy się człowiekiem, odezwał się z głębi serca do Ojca temi strasznemi wyrazami: «Lamma Sabathani... Dlaczegoś mnie opuścił?... Ramiona i nogi ból srogi powykręcał, ciało w konwulsyjnych drganiach, czoło skrwawione cierniową koroną, a z otwartego włócznią boku sączyła się krew, do łez podobna... Głowa Chrystusa opadała na ramię, usta otwierały się z boleści... Jeszcze chwila i ofiara miała się spełnić!... Dzieło to w półmroku wyglądało jak wcielona rozpacz!
Hrabia Besnard nie widział jednak nic. Zmęczony okropnie siadł na krześle, bezwiednie plecy ma zwrócony ku krucyfiksowi... W tej chwili zbolała jego dusza wpadła w stan letargu.
Po pewnym czasie kroki jakieś w pobliżu, śpiew ludzi, którzy bardzo blizko znajdować się musieli, zwróciły uwagę nieszczęśliwego starca. Hrabia Besnard spojrzał dokoła i przez drzwi kaplicy zauważył, że po drugiej stronie kościoła odprawiano skromne nabożeństwo żałobne: cicha msza w bocznej kaplicy, bez organów, czasami tylko ksiądz głośno odmawiał psalmy: widocznie skromny pogrzeb jakiegoś pokornego śmiertelnika.
Z miejsca, na którem się znajdował hrabia Besnard, niewiele można było dojrzeć, w każdym razie to zauważyć było można, że nabożeństwo żałobne było bardzo ubogie... Hrabia Besnard westchnął: jeszcze jeden nieszczęśliwy uwolnił się z pod brzemienia nad siły!... Starzec ukląkł, przypomniawszy sobie, że przyszedł tu po to, ażeby w modlitwie szukać ukojenia. Ale trudno mu było się modlić: wyrazy z ust schodzić nie chciały, opanowywał go rozpaczny spokój. Nie z serca wypływały wyrazy: «Pater noster... fiat voluntas tua...» Jakiż dziwny opór stawiała mu własna jego wola! Jakże mało mu była przyjazną wola Stworzyciela, który tak okropnie go doświadczał!...
Wkrótce po nad szmerem słów księdza, odprawiającego nabożeństwo, rozległ się głośny śpiew psalmu Dies irae... Hrabia Besnard każdy wyraz słyszał wyraźnie i tłómaczył cały psalm: «Dzień gniewu, dzień gniewu, dzień dni wszystkich! Śmierć skrzydła swe rozpostarła; wiek w proch się rozsypał»...
Powoli dziwne widzenie ogarnęło starca, który uważnie się przysłuchiwał śpiewom. Zdało mu się, że jest na własnym pogrzebie, że to po nim odprawiano nabożeństwo. On, Brutus Besnard, tyle lat sędzia ludzkich czynów, stanął przed Najwyższym Sędzią, który czytał w jego sercu... Teraz ten sędzia Brutus musiał bronić własnej sprawy, którą nie ludzie już sądzili, ale Bóg! Głosy z kaplicy dochodziły go:
— «O nieszczęśliwy, cóż odpowiem? Jakąż ma być obrona moja w tej godzinie, w której najsprawiedliwszy z ludzi przejęty będzie obawą»?
Besnard odpowiadał z głębi duszy:
— Oto moja obrona! Zawsze zachowywałem Twoje przykazania! Pełniłem Twe rozkazy, zachowywałem wstrzemięźliwość, oddawałem się pokucie i postom. Każdego ranka mszy świętej słucham, a kilka razy do roku przystępuję do sakramentu Ciała i Krwi Pana Naszego. Jestem chrześcjaninem!... Dlaczegóż tak okropnie biczujesz sługę Twego prawa?...
Hrabia Besnard uderzył się w piersi.
— Byłem zawsze nieposzlakowany i byłem sumienny! Nigdy nie zwracałem uwagi na osobę przestępcy, ale na jego przestępstwo! Pamiętam, pewnego razu w sądzie domagałem się śmierci dla człowieka, który był mordercą. Bardzo bogata jego rodzina znaczne ofiarowała mi pieniądze za wyszukanie okoliczności łagodzących, a przecie głowa mordercy spadła... Pamiętam znowu, jak gdy ścigałem, do czego byłem obowiązany, bankruta, który ukrywał znaczne pieniądze, pewien minister, krewny fałszerza, prosił mnie, bym sprawę zawiesił, a przecie złodziej poszedł na galery!... Jestem biedny, bardzo biedny! Za cóż więc dręczysz tak nieszczęśliwego, który całe życie starał się być sprawiedliwym?
Hrabia Besnard zadrżał nagle. Jakiś głos szyderczy — zkądże mógł pochodzić? — odezwał się w jego wnętrzu:
— ...A Savelli?
Starzec mimowolnie się odwrócił i ujrzał tuż przy sobie Ukrzyżowanego Boga, który nie był w tej chwili Bogiem miłości i pokoju... O nie! Ten Bóg, który stał przed nim w tej chwili, nie miłosierdzie na świat ten przyniósł, ale miecz!...
Błędnym wzrokiem hrabia Besnard wodził po olbrzymim krucyfiksie, a w sercu jego powstał taki przestrach okropny, że nie mógł utrzymać się na nogach i runął na kamienną posadzkę... Czoło jego dotykało zimnych kamieni... Powoli przytomność mu wracała... Serce i dusza znękanego starca zlały się w jednej modlitwie:
— O tak, czuję to sercem całem, że Ty jesteś Bogiem sprawiedliwym i miłosiernym, Bogiem prawdy, który ma wstręt do wybielonych pomników i do sumień przewrotnych!... Savelli! Krew tego nieszczęśliwego obryzgała moje szaty sędziego, obryzgała moje ręce, obryzgała Ciebie nawet, o Boże!... Savelli! Zapłacono mi za niego, zapłacono sowicie, a nagrodę tę ciągle noszę z sobą: za to morderstwo zostałem radcą stanu... godność tę, to wynagrodzenie noszę z sobą... pecunia mea mecum!... Savelli!... O tajemnico sprawiedliwości, o nieubłagana cierpliwości Odwiecznego!... Córka tego człowieka zabija moje dziecko!... Ona jest narzędziem sprawiedliwości... O, Boże, Boże!...
Hrabia Besnard podniósł głowę i wyciągając ręce do krzyża, wołał:
— O Chryste Panie!... Dręczysz mnie i karzesz!... Ale jesteś sprawiedliwy! Dusza moja jest okropna, a serce zepsute!... Oto przed chwilą dopuściłem się zbrodni: sprzedałem sumienie! Obiecałem temu karjerzyście, że stanę w obronie jego prawa, a przecie to prawo uderzać będzie niewinnych, a przecie jestto prawo, które łzami okupią tacy nieszczęśliwi, jak ja, ojcowie!... O, Boże, powiedz, natchnij mnie, co mam począć?
I zdało mu się, że wyraz gniewu z twarzy Chrystusa znikł, że na jego miejscu na twarzy Zbawiciela osiadł spokój łagodny i widział, widział wyraźnie, jak Chrystus rękę ku niemu wyciągnął i te wyrzekł wyrazy:
— Twój obowiązek!
— Mój obowiązek! — jęknęło w duszy starca... Mój obowiązek!... A syn mój, mój syn nieszczęśliwy?!
Ale Chrystus milczał...
Po długiej chwili walki wewnętrznej hrabia Besnard słyszał wyraźnie, jak w duszy jego cisza zapanowała uroczysta, a w tej ciszy również wyraźnie te zadźwięczały słowa:
— Twój obowiązek... cały, zupełny, aż do końca, abym mógł złożyć nareszcie na twej głowie pocałunek pokoju!...


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Gilbert Augustin Thierry i tłumacza: anonimowy.