Spiskowcy (Thierry, 1891)/całość

<<< Dane tekstu >>>
Autor Gilbert Augustin Thierry
Tytuł Spiskowcy
Podtytuł Romans z czasów drugiego cesarstwa
Wydawca Księgarnia Br. Rymowicz
Data wyd. 1891
Druk Trenke i Fusnot
Miejsce wyd. Petersburg
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


SPISKOWCY.
ROMANS Z CZASÓW DRUGIEGO CESARSTWA
przez
Augustyna Thierry



Z SIÓDMEGO WYDANIA ORYGINAŁU
PRZEŁOŻYŁ
H. G.



PETERSBURG.
NAKŁAD GŁÓWNY W KSIĘGARNI BR. RYMOWICZ.

1891


Дозволено Цензурою.
С.-Петербургъ, 6 мая 1891 года.



W drukarni Trenke i Fusnot, Maksym. pier. № 13 w Petersb.






Przyjacielowi i Koledze

FRANCISZKOWI CHERASSU.

Kiedyś słyszałem opowieść pewnego starego prefekta policji cesarskiej: była nią właśnie romantyczna i tajemnicza historja, którą spisuję. Ośmielam się korzystać z jego opowiadania, starannie wszakże zmieniając nazwiska osób, które występowały w tej aż nadto prawdziwej powieści.

A. T.


DO CZYTELNIKA.

Książka, którą dziś podaję czytelnikom, jest pierwszą z szeregu studjów historycznych, w jakich pragnąłbym odmalować ludzi i opowiedzieć ich czyny z czasów drugiego cesarstwa. Być może — tego się obawiam — niektórzy z pośród moich czytelników, z liczby wiedzących, jak czytać, poznają bohaterkę Savelli, księcia de Carpegna, hrabiego Besnarda, a szczególniej tę postać zagadkową — ministra stanu... Ale zapomnienie, ten prawdziwy i wspólny całun dla nas wszystkich, od tak dawna pamięć ich okrywa! Nie istnieją już, ani dla miłości, ani dla nienawiści: śmierć więc, która jest ich władczynią, może, bez żadnej dla nich szkody, oddać ich na chwilę życiu! Zresztą, sądzę, że romans historyczny ma prawo wywoływać z cieniów przeszłości postacie, które nazawsze weszły do krainy dziejów — wywoływać po to, ażeby okazać bolesny obraz drugiego cesarstwa.
Co do mnie, byłem sługą tego cesarstwa; czciłem je, sądząc, że jest sławnem; opłakiwałem jego upadek. Wierny iluzjom młodości, odbyłem pielgrzymkę do cichego Chislehurst, gdzie spoczywa snem wygnańca, zdala od swej ojczyzny, ten, który ją kochał, ale jej nie rozumiał. Zamyślonemi wodziłem oczyma po tym samotnym grobie... Jako francuz, wobec tej przez Francję opuszczonej mogiły, miałem widzenie tego, co naprawić się nigdy nie daje... niestety!
Kartki więc mej opowieści — powyższe słowa są tego rękojmią — nie będąc apologją, nie umiałyby stać się pamfletem, uwłaczającym czasom i ludziom.




PROLOG.

Bella.

Zapadający wieczór owijał szatą ciemności Londyn... Wieczór kwietniowy, ciepły był i wilgotny. Tego roku — 1854 — bardzo wcześnie wiosna rozwinęła wszystkie kwiaty wilgocią przesyconej Anglji, i prawie wyzłociła słońcem kraj, w którym, jak opiewa stara piosnka: «tak zielone są łąki, tak jasne włosy, tak niebieskie, słodkie oczy, tak różowe uśmiechy».
Na złoconej wieży Westminsteru wielki zegar wydzwonił siódmą godzinę. Miasto zaczynało się uspokajać. Dokoła świętego Pawła ruchliwa część miasta z niejakim hałasem składała narzędzia pracy do dnia następnego. Bankier z ulicy Fleet Street zamykał swoje biuro, szczęśliwy, że może udać się do sweet home swej willi; na Straudzie jedna po drugiej świecić zaczynały latarnie, a od Hay Market do Oxford Road w płomieniach gazu świeciły się przepyszne wystawy jubilerów. Jeszcze chwila, a trawniki parku Saint-Jameskiego staną się miękiem łożem wszystkich uliczników, sypiających pod otwartem niebem, podścieliskiem dla miłostek kobiet irlandzkich, tych błędnych gwiazd londyńskich nocy... Wieczór zapadał; wieczór kwietniowy, ciepły i wilgotny.
Po lewej stronie ulicy Regent Street, nieco ku cyrkowi, restauracja Arditiego, szynczek włoski, renomowany w kołach, znających się na elegancji i wygodzie, patrzył cały szeregiem oświetlonych okien na szare cienie nocy. Jak zwykle, jego gabinety (private rooms and beds) we wnętrzach swych ukrywały liczne pary miłosne, fast people, «żyjących szybko i gwałtownie», swells albo panny de Pimlico... Wszyscy ci goście świętowali i w rozpuście szukali rozkoszy. Była to jednak rozpusta à l’anglaise: wstydliwa i pozująca na czystość, a więc mniej pocałunków, jak butelek, — British respectability!...
Tego wieczora jednak w domu hulaszczym nie wszystko było ostrym wyrazem pijaństwa, lub słodkim — miłości. Na pierwszem piętrze, w najdyskretniejszym z «private rooms», dwóch ludzi siedziało za stołem. Obydwaj byli zamyśleni i milczący.
Jeden z nich mógł mieć około czterdziestu lat. Wysoki, silny, bardzo mocny jeszcze brunet, o długich włosach i kędzierzawej brodzie; mężczyzna ten, sądząc z jego wyszarzanego odzienia, mógł należeć do licznego szeregu podejrzanych figur, nie mających nigdy zapewnionego dnia następnego: mógł to być tak dobrze jakiś profesor literatury, jak koncertant, którzy zewsząd spadają na ulice Londynu, tego miasta, gdzie schody bliźniego są tak strome, a chleb jego ręką podany kaleczy usta.
W tej chwili mężczyzna ten zjadał, a raczej pożerał: szynkę, roast-beeff — wszystkie łakocie angielskiego pałacu — piwo i wino reńskie wchłaniał w siebie ten milczący człowiek.
Towarzysz jego, bo nie współbiesiadnik, prawie starzec, patrzył na to gwałtowne żywienie się. Sam prawie nic nie jadł. Był to gentleman starannie wygolony, łysy, nadzwyczaj starannie odziany. Przypominał swym czarnym strojem i białym krawatem jednego z tych dziekanów-archidjakonów, świadczącego własną osobą przed zgromadzeniem o dziełach Wszechmocnego. Błyszczące jednak jego płowe oczy, ciemna cera twarzy i żywe ruchy zdradzały go. Nie było to dziecię Anglji, lecz cudzoziemiec.
Per Bacco! — odezwał się nareszcie mężczyzna o bogato wyposażonej czuprynie... Che pranzo!... Oh! veramente stupenda...
— Przepraszam cię, Marino! — zauważył drugi, przerywając towarzyszowi zdanie, na które zaspokojony w zasadzie głód pozwolił mu się zdobyć; garson, który nam usługuje, jest włochem: rozmawiajmy więc po francuzku i bądźmy ostrożni!
Młodszy skłonił się.
— A więc ma to być rozmowa poważna, Ekscelencjo!
— Bardzo poważna, mój kochany.
Ebbene!... mówmy więc po francuzku. chociaż jestto «żargon nosowy, napółbarbarzyński i smrodliwy», jak go świetnie określił nasz wielki Alfieri! Mój Boże, jakże tutaj czuję się bezpiecznym!... Kuchnia godna Apicjusza, wina, które opiewałby Horacy i uśmiech życzliwy najwspanialszego z mecenasów!... A nadto — dodał zniżonym nieco głosem — tutaj niema przy najmniej zbirów, szpiegów, żadnych ohyd policji pana Bonapartego... Ah! ten pan Bonaparte!...
Po tym wykrzykniku jeszcze usilniej jął stukać po talerzu; prawdopodobnie żołądek jego składał sobie zapas na dzień jutrzejszy.
— Czy masz pan jakie wiadomości od jegomości z «młodych Włoch»? — zapytał nagle ten, którego Marino nazwał «ekscelencją».
Wyrazy te wymówił tonem, zdradzającym nienawiść i wielką pogardę.
— Żadnej!... Wielkie milczenie, dunque wielki projekt!
— Albo raczej wielka apostazja, naiwny!
— Oh, ekscelencjo!
— Czy wy czytacie kiedy, młodzi ludzie, Przeglądy, wydawane w Szwajcarji, lub w Niemczech? Nie... Dowiedz się, że wasz Mazzini znów chwycił się pióra. Teraz już nie pożycza pieniędzy, ale otwarcie zagrabia cudze myśli: nowa zmiana w jego bandytyzmie! Teraz ten sławny Józef pisze. Oh! liche kazania! Wolność z Chrystusem; podbój przez Ewangelję! Kawałek złego Giobertiego ten pan «prorok idei!» Watykan z pewnością telegrafem prześle mu swoje błogosławieństwo: niech się tak stanie!... powtarzam: ciężkie odstępstwo!
Marino wyprostował się.
— Renegat, on, oswobodziciel Rzymu!... Jego sławny obrońca!
— A ja? — krzyknął nazywany ekscelencją — czy może ja nie byłem przy oblężeniu Rzymu! Członek waszej konstytuanty i żołnierz włoski! Ale ja mów nie wygłaszałem: biłem się! Nieprzyjaciel, francuzi p. Bonapartego, znaleźli mnie na barykadach Portese; byłem blizki śmierci, ranam i okryty!
Ekscelencja rzucił serwetę i wstał z krzesła.
— Oh, ma się rozumieć! — odpowiedział Marino, starając się gniew ekscelencji uspokoić: — Ekscelencja byłeś wspaniały: dusza bohaterów starożytnych, Kokles, bóg Mars, paladyn godzien Kapitolu!
— Mylisz się, mój kochany, skoro dziś wasi mazziniści odpychają mnie. Jestem, widać, do niczego, niezdolny, podły, zdrajca!... Tak, zdrajca! Wyraz ten był rzucony... Wiem o tem... Niewdzięczna ojczyzno!
— Phe!... Wszystkie ojczyzny są niewdzięczne!... Ale, jak śpiewała boska Pasta: Dolce ingrata patria!... Niewdzięczne, a przecież tak słodkie!
Głęboka cisza nastąpiła po cytacie tej szanownej kawatyny, a «paladyn godzien Kapitolu» położył się na kanapie:
— Nakoniec, tak czy nie, — zapytał — otrzymałeś jakie wiadomości?
— A więc, tak — odrzekł Marino, zbliżając się do rozciągniętej na kanapie «duszy wspaniałej»...
Czy przypominasz pan sobie pewnego człowieka, który służył pod pańskiemi rozkazami w legjonie Czerwonych?... Dzielny, waleczny... niejaki Pianori?... Ale, na honor, ja nic, nic nie wiem, nic!
W tej chwili aż do nich doszedł z ulicy przewlekły, nosowy głos roznosiciela gazet: «Evening Papers!» Ważne depesze z Francji!!»
Jednocześnie z Regent Street dochodziły stłumione głosy.
Głos roznosiciela ciągnął dalej: «Okropny zamach na życie cesarza francuzów!»
Dwaj włosi spojrzeli na siebie. Ekscelencja zadzwonił: wszedł garson.
— Prędko!... prędko!... Kupić mi ten dziennik!
Garson wyszedł i po chwili wrócił i podał Ekscelencji «Evening Star».
Wówczas stary włoch, nachylając się nad dziennikiem, przeczytał głośno:

Ostatnie depesze.
Paryż, godz. 5 popoł.

W dniu dzisiejszym na polach Elizejskich niejaki Pianori kilkakrotnie wystrzelił z pistoletu do cesarza francuzów. Napoleona żadna kula nie dosięgła. Morderca, ciężko ranny, prawie rozszarpany przez publiczność, znajduje się w ręku sprawiedliwości.
Żadnych szczegółów; tuż pod depeszą, nadesłaną z Francji, liczne telegramy włoskie.
Ekscelencja czytał dalaj:
«Neapol, godz. 10 rano. Wczoraj, w teatrze San-Carlo miało miejsce pierwsze przedstawienie nowego baletu «Kobiety i kwiaty». Sala widzów okazała i świetna. Przyjęcie entuzjastyczne. Tancerki wywoływano aż siedm razy».
Ekscelencja nie mógł czytać dalej; dziennik z rąk mu wypadł, i dawny członek zgromadzenia rzymskiego padł na krzesło. Schylił głowę, jak gdyby nagle wstyd rozpaczliwy ogarnął go; mówił głosem stłumionym, łzy błyszczały w jego oczach.
— Jeszcze jedna szubienica!... Zawsze nasza krew, zawsze!... W czasie, gdy my cierpimy, te nędzne Włochy śpiewają, tańczą i oddają się miłości: putta!... A więc, narodzie bezwstydny, jeśli takiem jest twoje przeznaczenie — niech się spełni!...
Pięścią w stół uderzył i mówił dalej:
— Co do mnie, mam już dość!... Dość już tego wygnania bez końca, tego tułania się po szerokim święcie, tego życia dzikiego zwierza, które poszukują i prześladują wszystkie policje świata całego! Ah, wasi panowie «młodych Włoch» pogardzają memi siwemi włosami! Dobrze! Odtąd te siwe włosy nigdy się nie skłonią przed nimi! Finita la comedia! Odzyskuję wolność!
— Jaką wolność? — zapytał Marino, wywołując uśmiech na swej twarzy.
— Chcę stać się sobą i mieć jednego tylko pana: siebie samego!
Ekscelencja wstał z krzesła i przechadzał się po pokoju wielkiemi krokami.
— Tak... Niech się stanie! Jutro napiszę do kardynała-sekretarza stanu. Znałem dawniej Antonellego, i...
— Jakto? Pan napiszesz do tego człowieka?!...
— Do niego samego. Będę prosił o łaskę i amnestję mam pewną. Per Dio, chcę stać się do innych podobnym: O Romagnuoli tornati in bastardi!
Zapalił cygaro i znów położył się na kanapie. Zamknął oczy i puszczał kłęby sinawego dymu.
— Nareszcie, ujrzę cię, Rawenno, kraju mój! i ciebie, mój pałacu del la Porta Serrata, od tak dawna opuszczony!... Ah! te szczęśliwe Włochy, które pękają z radości!... A więc, niech żyje rozkosz! Niema już żadnej polityki, żadnych głupstw sentymentalnych, niema już czarnej nędzy! Nie, ale za to zbytek, przyjemności, maskarada bez końca, karnawał bez postu!... Conajwyżej samotność mi cięży: mam chęć skosztować rozkoszy szczęścia małżeńskiego!
— Małżeństwa? — zdziwił się Marino... Ekscelencja zapomina o swych sześćdziesięciu kilku wiosnach.
Starzec podniósł zlekka głowę.
— Sześćdziesiąt i trzy lata, panie artysto: wiem o tem!... Dlatego też pragnę związku, zgodnego z memi marzeniami; małżeństwa według moralnych zasad mej ojczyzny! Poszukam jakiej pięknej primadonny za kulisami San-Carlo, jakiej gwiazdy baletu wśród tancerek la Scala!
— Ekscelencja żartuje.
— Nigdy nie żartuję!
— A cóż na to powiedzą portrety przodków, wielcy condottierowie zmarli zaszczytnie, którzy i w dzień i w nocy patrzeć będą na waszą ekscelencję?!
Starzec wstał nagle, wyprostował się dumnie i skierował kroki ku oknu, które ruchem gwałtownym otworzył: blady był, gniew go dusił. Marino podszedł do niego i oparł się o balkon.
Na ulicy, przed «supping house», zatrzymało się wielu przechodniów. Trupa śpiewaków i muzykantów wędrownych, którzy są jedną z plag Londynu, występowała z koncertem pod gołem niebem, na trotuarze. Dwoje skrzypiec zgrzytało, harfa dźwięczała fałszywie, a po nad tym zbiegiem najokropniejszych dysharmonij, głos kobiecy śpiewał brindisi z «Traviaty», owo «Libiamo ne lieti calici», tak popularne i znane wszędzie.
— Ładny głos! — zauważył Marino — ale ani metody, ani szkoły... Ah, gdybym ją był uczył!
— Eh, piccola! Eh, ptaszku!... — zawołał potomek condottierów — szylling dla ciebie!... Łap!... A teraz chodź do nas i zaśpiewaj nam piosnkę!
Kobieta spojrzała na mówiącego, dokończyła swą «arję brawurową», poczem weszła do domu; w parę chwil potem wchodziła do «dining room».
Była to istota rzeczywiście piękna, młoda, wysokiego wzrostu, o skórze ciemno-bronzowej włoszek. Oczy jej wielkie, koloru habru, włosy krucze, spięte złotą szpilką, nadawały jej twarzy, o klasycznie czystych rysach cudownych transtewerjanek, które na boginie wyrastały pod pędzlem genjalnego Sanzio, te cechy cudownej piękności, jakim oprzeć się trudno. Dziwacznie ubrana, śliczna ta istota, miała na sobie kostium teatralny z jakiejś operetki: spódnicę szkarłatną Fenelli, kilka ozdób, nabytych przy rozprzedaży starej garderoby teatru «Covent-Garden», a na piersiach bukiet sztucznych kwiatów; były to dzikie różyczki.
Diva uliczna zatrzymała się na środku pokoju i śmiało patrzała na dwóch mężczyzn. Uśmiech rozchylił jej usta i ukazała zachwyconym włochom sznur białych, perłowych jej ząbków. Nie badała długo nieznajomych — wzrok jej natychmiast zatrzymał się na osobie czarno przybranej. Divy wiedzą zawsze, do kogo należy się zwracać.
— Oto jestem. Co mam zaśpiewać?... Czy «Santa Lucia»? Ale nie widzę tutaj fortepjanu... Któż będzie mi akompanjował?
Ekscelencja spoglądał na nią okiem znawcy.
— Dobrze... Jakto, mówisz po francuzku?
— Ma się rozumieć! ojciec mój był nauczycielem w Marsylji.
— Urodziłaś się we Francji?
— O nie!... W Rzymie, na Borgo.
— Córka nauczyciela?... Jesteś więc uczoną?
— Tak, umiem wszystko... nawet umiem nie wiedzieć, czego wiedzieć nie należy.
Śmiała się... Studjowała, badała wzrokiem dwóch mężczyzn, którzy się także śmieli.
Ekscelencja wskazał dzikie róże. które ozdabiały ładną dziewczynę.
— A więc nie jesteś tak dziką, jak emblemat twego stroju?
— A nadewszystko nie tak zwiędłą! — odpowiedziała śpiewaczka.
— Daj mi te kwiaty, piękna divo!
— Nigdy!... To talizman!
— Przeciwko urokowi złych oczu?
— Pańskie już nie są niebezpieczne!... Nie, lubię te kwiatki: ojciec je lubił.
— Ładny frazes!... Niech żyje uczucie! Jak się nazywasz?
— Bella.
— Pseudonym!... ale prawdziwe nazwisko, to od Boga dane?
Śpiewaczka wzruszyła ramionami!
— Oh, Bóg!...
— Do djabła!... Papistka i wolnomyślna?... Zbieg dziwny!
Bella wahać się zdawała, ale nagle zupełnie poważnie odpowiedziała:
— Panowie włosi... Widzę to... A więc nazywam się Rozyna Savelli!
Rzuciła im to nazwisko z taką dumą, jak gdyby powiedziała: jestem Falcon lub jestem Malibran. Bezwątpienia spodziewała się, że sprawi «wrażenie».
Rzeczywiście sprawiła je.
— Savelli? Znałem podczas oblężenia Rzymu niejakiego Scipione Savelli; walczył pod moje mi rozkazami i był ranny na bastjonie św. Pankracego. Dzielny człowiek.
— To mój ojciec.
— Ojciec!... Oh, wybacz pani!... Savelli?... Wywołujesz pani okrutne wspomnienia... Nazwisko, zapisane do księgi martyrologicznej świętej wolności!... Savelli, jedna z ofiar, jak mi się zdaje, pana Bonapartego...
Kobieta zbladła, oczy jej rzucały błyskawice: głosem ponurym odrzekła:
— Dwa razy go rozstrzelali!... To był mój ojciec.
— Dwa razy rozstrzelany! Nędznicy!... Ale gdzie i kiedy stała się ta zbrodnia?
— W Prowancji... Po zamachu stanu... W czasie wielkiego powstania na południu...
— Zgaduję, niestety! Wielu wodzów «młodych Włoch» połączyło się z republikanami francuzkimi i padli, jak bohaterowie... Zawsze nasze marzenia bezowocne... Szaleństwo!
— Szaleństwo — może, ale wzniosłe!... Mój ojciec stał na czele garstki powstańców w Varze... Oh, tak panie, ojciec mój był dzielnym, odważnym człowiekiem, zakochanym w wolności; gorące serce gorzało w jego piersiach świętą miłością drogiej ojczyzny!... A jak on nienawidził tego p. Bonapartego, tego burzyciela Rzymu, tego przedsiębiorcy papieża i księdza! Znał go dawniej, gdy był takim samym carbonaro, jak on, gdy obydwaj spiskowali w tej samej legji, w tej samej vente. Renegat! Savelli pragnął walki... Na pierwsze wezwanie porzucił Marsylję, uczniów, przyjaciół i połączył się z innymi. Odważny!... Schwytany na barykadzie, został natychmiast oddany na pastwę żołdactwa!... Ale śmierć go przyjąć nie chciała: nie zabito go... Poprzeszywany kulami, oddany został do ambulansu, gdzie rany jego opatrzono... Przez litość, sądzisz pan może?... Odzież szukać ludzkich uczuć u zwierząt drapieżnych! O nie, nie umiałbyś pan nawet wyobrazić sobie, co to byli za ludzie, członkowie «Komisji mieszanych» i ich prokurator Besnard, ohydny Besnard, «Rzeźnik biały», jak go nazywali! Nikczemnicy, podli!... Z rozkazu tego Besnarda przyniesiono mego umierającego ojca, nie przyprowadzono, ale przyniesiono na zgromadzenie rady wojennej. Stać nie mógł, z ran krew się sączyła... Podli! podli!... Skazano go... i wówczas... wówczas ci rozbójnicy rozstrzelali go po raz drugi!!... Podli!...
Savelli wypowiedziała to wszystko jednym tchem, z uczuciem wściekłości, która ją nagle ogarnęła; zęby jej zgrzytały, pięście, konwulsyjnie zaciśnięte, przecinały powietrze, oko suche pałało straszną nienawiścią. Ekscelencja patrzył na nią w milczeniu.
— Nędzni! — wymówił po chwili... Ale pani, jego córka, cóżeś zrobiła, ażeby się za niego zemścić?
— Ja? — krzyknęła Rozyna. Byłam nauczycielką w Marsylji. Wypędzono mnie, jak psa parszywego... i schyliłam głowę!... Oto wszystko!
— Wszystko?... To niewiele!
— Niestety!
— A teraz, poverine, przebiegasz przedmieścia Londynu.
— Tak, byłam głodną!
Rozyna drżała ze wzruszenia i z gniewu. Zamilkła. Starzec patrzył na nią, badał ją.
— Nieszczęśliwy Savelli!
Nagle Rozyna stanęła przed starcem i wyrzuciła z siebie te wyrazy:
— Słuchaj:... mam dwadzieścia dwa lata, jestem bardzo piękną... Czy chcesz pomścić zmarłego?... Chcesz? Będę twoją własnością, twoją rzeczą... oddam ci ciało, oddam ci moją duszę!
Starzec drgnął.
— Przyjdź więc pani do mnie.
— Kiedy?
— Jutro.
— Ulica?
— Piccadilly, numer 3.
— O kogo mam pytać?
— Książę Guido de Carpegna.



CZĘŚĆ PIERWSZA.

I.
Sprawiedliwości!

Ten, który wówczas nad Francją panował, nosił imię Napoleona. Nie stojący na wysokości swego zadania, uginający się pod wszystkiemi ciężarami imienia, ale pragnący dobra społecznego, czasem nawet umiejący je robić, cesarz ten, w innych czasach godzien cesarstwa, od ośmnastu lat stoi już przed obliczem historji. A tym czasem historja, która dla wszystkich powinna być sądem bezstronnej, zupełnej równości, wyrokiem odwiecznego sumienia, dla niego dotąd ma tylko dyfamacje i obelgi. Nienawiść nieprzyjaciół powstaje przeciwko jego pamięci; pożarła ją całą, o tyle nieubłagana, o ile kiedyś z obawy drżała... A on, podobny do tych legendowych dusz pokutujących, znieważanych i cierpiących, na każdym kamieniu tego Paryża, który podniósł do stanu świetności, w każdem mieście, zarówno jak we wsi każdej tej Francji, którą pozostawił w stanie kwitnącym, zamożną i przemysłową — wszędzie zdaje się powstawać i wołać o sprawiedliwość!
W tych czasach uważano go za wielkiego. Wyniesiony aż na tron przez publiczne przeniewierstwo, ale rozgrzeszony może z tego przeniewierstwa przez aklamację całego narodu, ten synowiec «Człowieka», mógł się wówczas uważać prawie za równego «Człowiekowi». Grenjusz cesarski był ojcem jego szczęścia i, tak wierzono przynajmniej, jego odwagi...
I, rzeczywiście, pośród tylu królów, w których jeszcze obfitowała Europa, wielu się go obawiało... Napoleon! wiele mówiło to straszne dla nich imię! Czy ten nowy Bonaparte miał stworzyć nową epopeę monstrualną i wywołać szeregi strasznych, olbrzymich bitew, klęski bez honoru, traktaty bezlitośne?
Ale, więcej jeszcze aniżeli stare monarchje, młoda rewolucja uważała go za strasznego, tego człowieka, który od pierwszego kroku chciał ją zgnieść. Zgnieść to zwierzę, tę pożerającą wszystko z 1848 roku!... Oh, jakże oni nienawidzili tego p. Bonapartego, ci wszyscy, dla których luty zjawiał się w promieniach jutrzenki wolności, a których grudzień pogrążył w ciemnościach nocy.
Nie, on nie mógł zapomnieć, że Ludwik-Napoleon razem z nim spiskował, i z nim razem, przystając do tajemnych stowarzyszeń, przysiągł, że «Włochy będą włoskiemi»... I, jako pierwszy wyraz jego władzy, renegat ten napadł na Rzym, na Rzym, wyzwolony z pod władzy papiezkiej, Rzym nawskroś rzymski, — to spełnione marzenie jego braci w przysiędze! Teraz utrzymywał w nim księdza, rozlokowywał garnizon, ośmielił się zgwałcić «miasto nietykalne!» Świętokradztwo!... Zresztą dogmat polityczny wówczas wypełniał całkowicie włoskie umysły i sumienia: Rzeczpospolita potrzebna Francji, ażeby ta ostatnia mogła stać się pożyteczną Włochom. Ah, gdybyż on mógł zniknąć, ten tyran, ten Ludwik-Napoleon, ten Bonaparte!
Niestety! ta rzeczpospolita znów spadła na naszą ziemię, ta rzeczpospolita, tyle przez ciebie upragniona, Italjo! A ty, «narodzie-siostrzyco», cóż dzisiaj powiesz, cóż dziś marzyć możesz?
Ale Francja pieściła się wówczas ze swym Cezarem znalezionym nareszcie, ze swym Napoleonem. Już mu przebaczyła wszystko: zasadzkę z grudnia, rozbój na bulwarze Bonne-Nouvelle, komisje mieszane, ohydne wygnania tysięcy niewinnych, nawet słynne wygnania znakomitych wygnańców! Ona go kochała... tak bała się innych!...
Jak w roku VIII, nowy zapał religijny napełniało serca, katolicy stanowili siłę wielką i wierzyli w tego dziwnego Mesjasza. Ich zdaniem, było to narzędzie, wybrane przez Opatrzność-mścicielkę, istota, do życia powołana, aby dopełnić dzieła gniewu, niszczyciel, natchniony świętem uczuciem bezlitośnej nienawiści do wszystkich wstrętnych nowinek, odnowiciel państwa bożego... Oni wierzyli, a papież zechciał stać się ojcem duchownym syna tego innego Napoleona, biednego dziecięcia cesarskiego o wielkiem niebieskiem oku, tak ciężkiem, zarówno od myśli, jak od łez... Dla tego to Te Deum w kościołach, a w pałacach: «Niech żyje cesarz!...»
Mniej uniesienia, ale nie mniej zdziwienia i przerażenia przepełniało serca kupczącej burżuazji, zwykle sceptycznej i niezadowolonej. Odtąd, mówili ci panowie, niemasz powodu obawiać się socjalizmu, bankructw państwowych, powstań, któreby trzeba było uśmierzać: czerwone widmo zgasło w promieniach światłości cesarskiej... I w pałacach, trzęsących najmożniejszemu bankami, jak w ubogiem schronieniu nędznego kramarza, krzyczano: «Niech żyje cesarz!»...
Co do ludzi warstw najniższych, źle zatarte ślady echa kanonad przeszłości i salw zwycięzkich, ciągle w ich uszach dźwięczały i wzbudzały w nich dwa uczucia: obawy śmiertelnej i niechęci... Ale, ty chłopie, spojrz-no na litografowany obrazek Małego Kaprala, a ty, robotniku, wznieś oczy na kolumnę Vendôme — i: «Niech żyje cesarz!»...
Niech żyje cesarz! Tak, ówcześni ludzie wydali ten okrzyk entuzjastyczny, ten stary okrzyk z pod Austerlitz i z pod Jeny — okrzyk «Wielkiego Narodu». Ludzie ci uważali się za szczęśliwych... Ileż pozorów szczęścia!... W dniach, tak niedalekich jeszcze, a przecie tak odległych, sprawy to prawie dzisiejsze, a przecie okrywa je mgła legendy... Wówczas to armata Inwalidów rzucała światu nazwy Almy, Magenty i Solferino, wówczas to dwa razy armja francuzka przechodziła przez Paryż z gałązkami oliwnemi na bagnetach, wówczas to wszyscy monarchowie świata zjeżdżali do pałacu Elizejskiego, tego hotelu królów, a w całej podziwem przejętej Europie cesarz francuzów nosił tylko nazwę cesarza!... O, dni szczęśliwe, których sława w sercach naszych zastępowała miejsce wolności, czy kiedy jeszcze wrócicie?... Nie: zbyt wiele nienawiści przeszło po zbytku miłości, a nasza święta duma tyle łez wypłakała!... Stało się — powtórzyć się nie może nigdy! Ale czyżby rozpacz, którą wywołał ostatni upadek, miała zniszczyć nawet pamięć, a przepaść Sedanu czyż rzeczywiście miałaby być przepaścią, nawet dla wspomnień o naszych dniach chwały, o naszych bohaterach?... O, Francjo, Francjo, córo starej Galji, narodzie Vae Victis, narodzie bezlitośny dla twych zwyciężonych!...
A ty, boska Sprawiedliwości dla ludzi, której sumienie nieraz znienacka było zachwiane, ale któraś rozgrzeszała królów, gdyż znasz ich narody — ty, Historjo — kiedyż nareszcie zechcesz zmienić swój wyrok?

II.
Środa cesarska.

Tego wieczora, 24 listopada 1856 roku, pałac Tuileryjski wyglądał wspaniale: we wszystkich oknach snopy światła wypływały nazewnątrz, nadając długiemu budynkowi szatę uroczystą. Na placu Carrousel stały liczne szeregi powozów, które po kolei składały w przedsionku pałacowym wydekoltowane kobiety i mężczyzn w najrozmaitszyeh mundurach.
Był to pierwszy bal dworski w sezonie zimowym.
Pałacu Tuileryjskiego dziś już niema. W pierwszej zaraz godzinie swej konwulsyjnej agonji, Komuna 1871 roku przeznaczyła go na ofiarę zniszczenia, a żaden z jej radośnych płomieni nie rozweselił tak szczerze tej nędznej burzycielki... Głupcy! Dla tego, że niszczyli nieco kamieni, wymownych świadków wielkiej przeszłości, czyż mogli sądzić, że w ten sposób zabijają rzeczywiście tę przeszłość?... Długi czas jeszcze poszczerbione mury i nawpół rozwalone wieżyczki wyciągały swe członki ku niebu, opuszczone i zapomniane, jak gdyby świadczyły przeciwko wojnie domowej... Dziś ruin nawet już niema — etiam periere.
Z placu Carrousel oczy, które zawsze patrzeć umieją, widzą jeszcze w próżni cienie rzeczy zamarłych... Ale jestto wspomnienie tylko, które z każdym dniem zaciera się coraz bardziej... Nadchodzi wiek nowy, obojętny na nasze skargi i żale... Małym dzieciom opowiadać będzie: «Tutaj był niegdyś pałac, w którym mieszkali królowie!» Zapomnienie, tak prędko... zapomnienie, prawdziwy grób człowieka!...
Autor tej opowieści przebiegał dawniej to stare siedlisko monarsze; widział ostatnich jego mieszkańców: niechże mu będzie wolno wywołać ich obraz z krainy zapomnienia i niepamięci.
Na prawo od wejścia wysokie schody kamienne, o dwóch skrzydłach, proste, twarde, podobne do ogromnej drabiny, prowadziły do apartamentów. W czasie balu oświetlały je pochodnie, a na każdym stopniu stała w pancerz błyszczący zakuta ogromna postać członka straży cesarskiej. Na samym szczycie schodów, w pierwszym przedsionku, szambelan w czerwonym stroju przyjmował zaproszonych. Ztąd przechodziło się do galerji Świątecznej, do długiego szeregu białych komnat, suto ozdobionych złotem. Nieco jaskraw a imitacja galerji Wersalskiej. Dzieło to pompatyczne króla Ludwika-Filipa. Tutaj nie było wcale obrazów, z wyjątkiem jednego tylko konnego portretu Napoleona III. Ciekawe to płótno Horacego Verneta, znajdowało się w samym środku galerji.
Wzdłuż ścian podwójny szereg ławek mieścił na sobie kobiety i młode panny, rozpościerające na daleką. odległość swoje «krynoliny». W rogu widać było estradę «małej orkiestry». Inna, większa, którą Strauss dyrygował, znajdowała się w sali Marszałków.
Kryształowe pająki, pochodnie i mniejsze lampy ścienne, rozlewały silne światło na te barwy białe i złote i na ogromne lustra. W świątecznych mundurach, w balowych sukniach, zdobnych drogiemi kamieniami, ogromne to zbiorowisko ludzi przedstawiało święto cesarskie, jakiego później nie widziano nigdy.
Na samym końcu galerji Świątecznej, przez szerokie drzwi, zawieszone ciężką aksamitną draperją karmazynowego koloru, przechodziło się do sali Marszałków. Sala ta, której sława przetrwała aż do dni naszych, przez długi czas uchodziła za arcydzieło architektury. Miała ona postać czworokątnego statku, tak wysokiego, na ile pozwalały wszystkie piętra pałacu. Ogromne karjatydy z białego marmuru, unosiły na swych barkach sklepienie, a portrety naturalnej wielkości marszałków pierwszego cesarstwa ozdabiały jej ściany. Sala ta sprawiała miłe i poważne wrażenie. Na estradzie, pod purpurowym baldachimem, upstrzonym złotemi pszczołami, wznosił się tron. Tutaj to w czasie urzędowych wieczorów zawsze prawie siedział Napoleon III. Zwykle opuszczał swoje apartamenty około godziny dziesiątej; wówczas bal się zaczynał i gości jeszcze nieznanych cesarzowej przedstawiano. Około północy Napoleon przechodził przez galerję Świąteczną i udawał się do pokojów, do których goście wstępu nie mieli.
Tego wieczora — była to urzędowa środa cesarska — tańczono w pałacu Tuileryjskim.
Już znaczna ilość gości, jeśli jeszcze nie wszyscy zaproszeni, napełniali salony cesarskie i bal rozpoczął się na dobre, gdy pan wice-hrabia Marcel Besnard wszedł na salony. Był to młody człowiek, lat około dwudziestu ośmiu liczący, wysoki, brunet, nietylko przystojny, ale nawet piękny, do czego przyczyniały się jego dumne, czarne oczy i wyniosła postać. Młody elegant zbyt pewną siebie miał postać, nietylko pewną, ale wyzywającą, i bardzo długie wąsy, bródka à l’impériale, włosy na środku głowy na dwie równe części przedzielone, tworzyły na skroniach modne wówczas zakręty. Był to, słowem, «gaudin», jak mówiono wówczas. Zgrabny, i w pasie raczej do kobiety podobny, pan wice-hrabia umiał nosić ładny kostium audytora rady stanu: frak niebieski z wyszywanym kołnierzem, szpadę, spodnie białe, kapelusz stosowany z czarnym pióropuszem pod pachą.
Z podniesioną głową, z monoklem w oku, wicehrabia Marcel Besnard wszedł, kołysząc się, a, jako wyraz najwyższej dystynkcji, powłóczył po posadzce trzewikam i ze sprzączkami. Rzucił wzrokiem na zebranych, z pewną niechęcią odwrócił się od nich i śpiesznie skierował swe kroki do sali Marszałków. Na progu jednak musiał się zatrzymać: potrójny szereg panów i dam zastępował mu drogę. W tej chwili cesarz tańczył kontredansa... Zewsząd tłoczono się, ażeby przyjrzeć się «pastoureli» i «panowie solo» jego cesarskiej mości... Marcel Besnard nie usiłował się przecisnąć, cofnął się i usiadł na uboczu.
Przed nim liczne pary suwały się po posadzce przy dźwiękach muzyki. Byli to ludzie, o których na takich uroczystościach mówić się zwykło z przekąsem; ale... są to ludzie małego światka urzędowego. Zwyczaj dworski wymagał, ażeby sala Marszałków była miejscem popisów wysokich dostojników, ambasadorów zagranicznych, ministrów, głośnych jenerałów, senatorów i, co najmniej, radców stanu. Urzędnicy, obsługujący drugie cesarstwo z niemniejszem wcale zaparciem się, ale nie posiadający zbyt bogato wyszywanych kołnierzy, musieli zadawalniać się galerją Świąteczną. Tutaj ocierali się o siebie prefekci i podprefekci, dyrektorowie ministerjalni, niektórzy naczelnicy dywizyjni, inżynierowie, pułkownicy i cały zastęp okazalszych i skromniejszych naramienników; tutaj też urzędnicy cywilni w swych czarnych aksamitnych mundurach i kilku członków instytutu, których fraki, zdobne w zielone palmy, ściągały na siebie uwagę, a potem grenadjerowie i woltyżery gwardji.
Marcel Besnard patrzył na to widowisko oczyma człowieka, przyzwyczajonego do wszystkich świetności śród cesarskich i poprostu nudził się.
— Czołem przed najswawolniejszym ze wszystkich wicehrabiów! — usłyszał Marcel za sobą głos uśmiechającego się jegomościa, którego mundur wskazywał, że jest wtajemniczony do spraw zagranicznych.
— Ah!... Gravenoire!... J ak się pan ma?... Boże, jakiż tu ścisk okropny! — odpowiedział Marcel.
— Przeszło tysiąc zaproszeń!... prawdopodobnie cały aromat cesarstwa!... Jak zdrowie pana hrabiego Besnarda?
— Mego ojca?... Daleko lepiej. Już wrócił i znów czynnie zajął się swemi pracami w radzie państwa.
— Szczęśliwy jestem, że mogę słyszeć tak dobrą wiadomość! Na cóż to ojciec pana cierpiał?
— Był to atak nerwowy... Lekarze pojęcia o tem nie mają. Ale teraz, dzięki Bogu, zdrów zupełnie.
— Pan sam tutaj, panie wicehrabio?
— Sam jeden, w towarzystwie nudy.
— Panna Marja-Anna nie towarzyszy panu?
Marcel wzruszył ramionami.
— Nie, siostra moja zaopiekowała się teraz ojcem. Zresztą, wszak ona nigdy nigdzie nie bywa.
Marcel w stał i obydwaj posunęli się wśród tłumu o parę kroków.
— Gdzież pan przepędził sezon myśliwski? — rzucił pytanie aplikujący dyplomata.
— W Normandji, w małym zameczku Sasseville.
— Gdzież to jest?
— W departamencie Niższej Sekwany, w pobliżu Fécamp. Jestto dziedzictwo po biednej mojej matce.
— Ładna miejscowość?
— Znajduję, że idealna: jest moją własnością... Boże drogi! Co to jest?
To była młoda kobieta, siedząca na fotelu, jak na tronie, pośród licznego koła głośnych wielbicieli.
Była nadzwyczaj, uderzająco piękną: brunetka, o wielkich niebieskich oczach, o cudownych ramionach, o ślicznym, jakby wytoczonym gorsie, musiała przykuć do siebie uwagę każdego śmiertelnika, wrażliwego na piękno. Ciemne jej włosy, zgodnie z wolą ówczesnej mody, spadały w długich lokach, «repentirs», po obu stronach twarzy na śliczne ramiona. W ramach tych owal jej twarzy jeszcze piękniejszym się wydawał. We włosach, jako jedyna ozdoba, girlandka z róż dzikich, osypanych brylantami, na piersiach — mały bukiet tych dzikich kwiatków...
Niedbale wyciągnięta na fotelu, młoda dama sutą suknię z żółtego atłasu, zdobną potrójnym szeregiem czarnych koronek, zarzuciła na kolana swych wielbicieli. W ręku, nieco może, jak na taką piękność, zbyt mocnem, ładna kobieta trzymała cenny wachlarz, który składała i rozkładała bez przestanku... W ten sposób miała możność popisania się przed zachwyconemi nią admiratorami ruchami pełnemi wdzięku, jakkolwiek widocznie na efekt obrachowanemi... Eleganci rozmaitego wieku, piękni starcy i młodzież, otaczali ją dokoła, zasypywali ją pochlebstwami: każdy z nich próbował szczęścia, spodziewając się, że współzawodników zwycięży.
Niewątpliwie śliczna osóbka bawiła się dobrze. Najmniejszy, nieco śmiały i zręczny dowcip wywoływał na jej ustach uśmiech zadowolenia. Wówczas wachlarz rozwijała i po za jego piórami ukrywała twarz do połowy... Po nad wachlarzem wielkie jej oczy uśmiechały się radośnie. Było to zaniedbanie wyrachowane, była i wstydliwość, obliczona zgóry na wrażenie, jakie sprawić powinna... Przechylając się w tył, śliczna istota pozwalała zachwycać się nóżką swoją, nawet pewną częścią pończoszki... Wówczas szmer podziwu zniewalał ją do zsunięcia fałdów niedyskretnej sukni.
— Cóż to za jedna, ta «cocodetta»? — zapytał Marcel swego przyjaciela.
Gravenoire ze zdziwieniem spojrzał na niego.
— Nie znasz jej pan?... To Rozyna!
— Jaka Rozyna?
— Wprawiasz mnie pan w najwyższy podziw! Czy zostałeś pan pustelnikiem?... Piękność, dziś w modzie! Rozyna... księżna de Carpegna!
Marcel Besnard rozśmiał się.
— Nie wiedziałem... Oryginalne nazwisko!... Pargamin z kwartału Breda, prawdopodobnie?
— O, nie!... Najautentyczniejsza księżna!... Ci Carpegna są nadzwyczaj słynną familją w Romanji. Dante cały im wiersz w «Czyścu» poświęcił. Ona sama, jeśli mamy dać temu wiarę, jest hrabianką d’A Prata, inna znów szlachecka rodzina z Ravenny; co do tego ostatniego punktu — twierdzić nic nie mogę. Byłem jej prezentowany zeszłego roku W Wenecji. Zajmowała cały pałac na Canale Grande, bywało u niej wyborowe towarzystwo i wogóle prowadziła dom otwarty.
Marcel tymczasem zdaleka studjował młodą kobietę.
— Bardzo ładna, rzeczywiście!... Ale jakaś dziwna toaleta!... garnitur różowych kwiatów przy sukni żółtej!... Cudzoziemka, to zaraz w oczy się rzuca.
— A pomimo to, paryżanką jest ta piękna Rozyna!... Tak, paryżanką, która obiecuje wszystkim, nie obdarza nikogo...
— Ba!... Cóż to afektacja, ażeby ubierać się w kolory austrjackie?
— Może być, że na cześć jej szlachetnego małżonka, starego spiskowca, dziś pokutującego za grzechy i przywróconego do łaski tyranów.
— A więc mąż istnieje?
— O, tyle co nie!... Nigdy go nie widać. Utrzymują nawet, że małżonkowie się nienawidzą i nie żyją ze sobą.
— W takim razie, przedstaw mnie pan.
— Lowelasie!
Obydwaj podeszli do księżnej de Carpegna.
— Panie de Gravenoire! — zawołała księżna, zauważywszy młodego dyplomatę... Od pewnego czasu stajesz się pan rzadkością!
Gravenoire usprawiedliwił się kilku banalnemi frazesami.
— Teraz już nastałe osiedliłam się w Passy — mówiła piękna dama... W małym klasztorze moim przy ulicy Ogrodowej, i...
— Czy można ubiegać się o posadę przeora w pani klasztorze, księżno?
— Nawet o zakrystjana posadzie nikomu marzyć niewolno!... Ale z przyjemnością przyjmuję u siebie tych przyjaciół, którzy odważą się na tak daleką pielgrzymkę.
— Pani pozwoli przedstawić sobie — odezwał się wówczas Gravenoire — jednego z moich dobrych kolegów, wice-hrabiego Marcela Besnarda.
Ruch gwałtowny wstrząsnął ręką księżnej, która bawiła się wachlarzem i chwilowy rumieniec okrył bladą twarz włoszki.
— Pan Marcel Besnard? — zapytała, jak gdyby w chęci upewnienia się, że dobrze słyszała i zupełnie poważnie dorzuciła:
— Czy nie z rodziny hrabiego Brutusa Besnarda?
— Jestto mój ojciec.
— Ah!... Dawny prokurator jeneralny?
— Tak, pani.
— To ojciec pański?
Wielkie niebieskie oczy zatrzymały się dość długo na twarzy młodego audytora, poczem młoda kobieta, nie spuszczając wzroku z jego twarzy, wyciągnęła do niego rękę.
— Przyjaciel jednego z moich przyjaciół — odtąd jesteś pan moim przyjacielem. Zajmij pan miejsce. Będzie nas więcej...
Księżna mówiła po francuzku zupełnie poprawnie, harmonijnie, z akcentem, właściwym mieszkańcom z tam tej strony gór granicznych. Głos jej szeptał pieszczotliwie, usta jej się uśmiechały, ukazując prześliczne białe zęby. Rozmowa na chwilę przerwana, znów się potoczyła. Wkrótce kółko znajomych, otaczające piękną damę, zaczęło bawić się przerzucaniem komplementów nieco szczerych, grzecznych zdań otwartych zbytnio, drobnostek czasem źle dźwięczących, bagatelek dwuznacznych. Stary baron La Chesnaye, «szambelan-deputowany», sześćdziesięcioletni modniś, łysy i dumny ze swej czaszki à la Moray, z pod poczernionych wąsów wyrzucał całe sznury bardzo cynicznych, chociaż pozornie grzecznych, sądów i zdań.
Młoda kobieta słuchała, odpowiadała, bawiła się i bawiła innych.
Orkiestra tymczasem zaczęła grać preludjum wiedeńskiego walca Jana Straussa: «Morgenblatter».
— Czy księżna raczyłaby ofiarować mi tur walca? — zapytał audytor radcy stanu.
Księżna natychmiast odpowiedziała:
— Niebardzo lubię taniec, ale niczego nie mogę odmówić synowi hrabiego Besnarda.
— Miej się pani na baczności! Będzie się domagał wszystkiego! — odezwał się stary La Chesnaye.
— Czy nie jest w wieku, który usprawiedliwia wszelką odwagę? — odpowiedziała wesoło.
Wesoły śmiech otoczenia był najlepszym dowodem, jakie wrażenie odpowiedź ta sprawiła.
Księżna de Carpegna przyjęła podane ramię i wsparła się na niem, a jednocześnie tak blizko przycisnęła się do boku swego tancerza, że uczucie dziwnej błogości ogarnęło go całego... Marcel, zmieszany, pod wpływem błogiego uczucia nie tyle idealnej, ile raczej bardzo ziemskiej natury, nie mógł mówić, chociaż bawić ją wypadało... Przesunęli się w ten sposób przez liczne szeregi patrzących. Zdawało się, że Marcel nie chce przemówić, ażeby urok, który nim zawładnął, nie pierzchnął nagle...
— A więc — po raz drugi zapytała księżna — jesteś pan synem hrabiego Brutusa Besnarda, dawnego prokuratora jeneralnego?
— Obecnie radcy stanu. Tak, księżno... Pani znasz mego ojca?
— Osobiście go nie znam, ale nie obce mi jego nazwisko... jedna z chwał waszej cesarskiej Francji!...
Niechcący niby, starając się nadać głosowi swemu wyraz szczerości, któregoby nikt nie miał prawa podejrzewać, dodała:
— Nazwisko, którego noszenie musi być wielkim ciężarem!
Marcel skłonił się... Nareszcie znaleźli się w kole tańczących. Marcel ujął silną dłonią śliczną kibić kobiety i porwał ją w wirze tańca.
Księżna drżała z zadowolenia. Z zamkniętemi oczyma, przyciśnięta do tancerza, twarzą prawie do twarzy jego dotykająca, piękna dama w tej chwili całkowicie oddawała się przyjemności.
Nagle musieli się zatrzymać: muzyka ucichła.
Kapelmistrz trzykrotnie uderzył po pulpicie i w tej chwili wszystkie instrumenty zagrały «hymn» urzędowy «królowej Hortensji». Wysoka postać wielkiego szambelana, księcia de Bassano, ukazała się na progu galerji, a głos jego wygłosił sakramentalną formułę:
— «Cesarz!»
— Co to jest? — zapytała zdziwiona księżna de Carpegna.
— Cesarz się ukazał! — odpowiedział Marcel. Obchodzi sale przed udaniem się do swoich apartamentów.
Prawie gwałtownym ruchem młoda kobieta wyrwała się z rąk, które ją jeszcze otaczały. Zmieniła się w jednej chwili do niepoznania prawie. Nikt nie mógłby, patrząc na nią teraz, przypuścić nawet, że kobieta ta umie czasem zapomnieć o sobie i całkowicie oddawać się przyjemności wrażenia. Oczy jej pałały, a lekkie drżenia po ślicznej twarzy przebiegały, jak wietrzyk, który nagle marszczy spokojną wodę czystego jeziora.
— Cesarz! — zawołała... Prędzej, oh, prędzej... Podejdźmy!
Tańczące pary utworzyły już szpaler wzdłuż całej galerji: każdy chciał stać w pierwszym rzędzie, ażeby módz lepiej się przypatrzeć.
Marcel wszelkich wpływów i usiłowań użył, ażeby księżnę umieścić w pierwszym szeregu ciekawych. Orkiestra umilkła: szmer cichy zawisł nad głowami zebranych. Cesarz ze świtą zbliżał się zwolna.
Na czele oficerowie służby cesarskiej w swych pancerzach błyszczących i w stalowych kaskach, ozdobionych białemi grzywami; za nimi adjutanci w niebieskich frakach ze srebrnemi ozdobami, mistrzowie ceremonji w barwach fioletowych, kawalerowie dworu w barwach Bonapartych, złotej z zielonem; wielki szambelan w swym mundurze i — cesarz.
Napoleon III miał na sobie mundur jenerała dywizji i wielką wstęgę legji honorowej. Cesarz szedł powoli, kołysząc się; znudzony był, zdenerwowany, a jego oczy, zamglone obojętnie, patrzyły na tłumy ciekawych. Co chwila machinalnym ruchem podnosił prawą rękę do twarzy i muskał swoje wąsy. Czasami, jeżeli wzrok jego spoczął na znanym jakim dostojniku, twarz jego na chwile się uśmiechała; zbliżał się, rzucał słówko grzeczne, którem umiał zachwycać. W tej chwili właśnie zbliżał się do miejsca, na którem stała księżna de Carpegna... Powodowana ciekawością, młoda kobieta wyciągnęła szyję, a w ruchu tym upuściła wachlarz. To spowodowało jej przestrach, którego wyrazem był lekki okrzyk...
Napoleon zatrzymał się: nachylił się i podniósł wachlarz. Wówczas młoda dama wystąpiła z szeregu i wyciągnęła rękę do cesarza. Była to odwaga, która wzbudziła podziw. Przez kilka sekund Napoleon i piękna włoszka patrzyli sobie w oczy. Kobieta badała twarz cesarza, a w jej spojrzeniu mieściły się sprzeczne uczucia zdziwienia i obawy, pewności siebie i chęci podobania się, zwrócenia na siebie uwagi.
Cesarz złożył jej ukłon i kroczył dalej.
Teraz Już uśmiechał się, a palce jego energiczniej muskały długie, śpiczasto zakończone wąsy. O parę kroków dalej stał La Chesnaye. Cesarz poznał go i dał mu ruch ręką, ażeby się zbliżył; szambelan schylił się z uszanowaniem, a władcą szepnął mu do ucha parę wyrazów.

Po upływie pół godziny, Napoleon III opuszczał salę.

III.
Proste wrażenie dwuwiersza.

— Wasz cesarz jest czarujący! — zawołała młoda kobieta, naiwna teraz zupełnie, tak prosta i szczera, że nikt nie poznałby w niej tej damy, która śmiało wpatrywała się w oblicze cesarza... Grzeczny i tak wykwintny!... Ah, Ludwik XIV ma nareszcie następcę... Zachwycający!
Przyjęła ramię swego kawalera i przesuwała się z nim przez tłumy zebranych gości. Kokietowała, i ją kokietowano.
— Co za wspaniała uroczystość, panie Besnard! Bywałam na wielu balach dworskich we Włoszech, ale niestety! nasze nędzne festiccinole nie mogłyby rywalizować ze świetnością waszego dworu! Nasi książęta są tacy drobni: żebracy, prawdziwi lazzaroni!...
— Czy pani na stałe siedlisko obrała sobie Paryż? — zapytał Marcel.
— Przynajmniej na czas pewien. Ubóstwiam wasz Paryż.
— A paryżan, księżno?
— Paryżan?... Zanadto są niebezpieczni; taka jak ja poverine, nie posiadająca obrońcy, musi się ich obawiać.
W głosie jej dźwięczała słodycz, ręka jej na ramieniu Marcela opierała się coraz wyraziściej, a cała jej postać wyrażała rozkoszne oddanie się, w którem obawa i chęć walczyła ze sobą. Marcel domyślał się tego wszystkiego: wnosił to z nacisku jej ręki, z tego zbliżenia się całej jej osoby do jego piersi.
Po przez szeregi zaproszonych na bal cesarski gości, Marcel przeprowadził księżnę do sali, w której stały stoły, zastawione wszystkiem, co moda nakazywała podawać na tego rodzaju «Souper-debout».
Tutaj pięknie powystrajani, tak przecież na salonach cesarskich wyrafinowanie grzeczni i delikatni wysocy dostojnicy i oficerowie, stawali się prawdziwym tłumem; bez względu na wiek i rangę, bez względu na sąsiada, każdy starał się, roztrącając innych łokciami, chwytać ze stołu kieliszek wina szampańskiego albo kawałek pasztetu. Nieciekawe to wcale, wszędzie jednakże zwykłe widowisko: odwieczna małpa ludzka ujawniała swą aktualność w takich chwilach!
— Kiedy pani przyjmuje? — zapytał Marcel, którego ostatnie wyrazy tej «poverine, nie posiadającej obrońcy», wzruszyły niejako.
— Zawsze w soboty... Pan zresztą i w inne dnie będziesz upragnionym gościem. Oh, gdybym mogła...
Nie dokończyła ostatniego zdania i nagle cofnęła się:
— Ah, mój Boże:... Nie tam, nie tam... Unikajmy tego człowieka... O, tego!... On taki zły!
Z pewną obawą wskazała ręką na figurę, która rozmawiała z zajęciem z jakimś jegomościem. Był to starzec w bardzo eleganckim mundurze dworskim: surdut z francuzka, żabot koronkowy, szpada przy boku.
— Któż jest tak przestraszająco złym? — odpowiedział Marcel... Ten jegomość, ten gładki tatuś, tak pięknie łysy? Cóż za pyszna czaszka! Na konkursie łysin, nasz przyjaciel La Chesnaye musiałby uznać się za zwyciężonego.
Marcel spojrzał na wskazaną osobistość przez monokl i tonem impertynenckim dodał:
— Ależ to jakiś stary zakrystjan, ten pani strach na wróble! Co najmniej zakrystjan! Jakiś monsignore bez fioletowych pończoch! Ten jegomość panią przestrasza? Dlaczegóż?
— On bardzo zły! — potwierdziła znów księżna tonem przestraszonej dziewczynki: możnaby przysiądz, że bała się go okropnie.
Marcel, stosując się do jej woli, zdaleka obszedł złego jegomościa, ale jegomość ów szedł już za nimi. Marcel i jego towarzyszka musieli się zatrzymać, gdyż przed niemi tłum wzrastał co chwila.
— Czuję głód — odezwała się księżna de Carpegna... Spróbujmy dostać się do bufetu...
Nie bez trudu Marcel utorował drogę, nie bez trudu umieścił przy stole księżnę i stanął przy jej krześle.
Wśród hałasu, jaki panował dokoła, usłyszał tuż za sobą te wyrazy:
— Któż dzisiaj jest kawalerem na usługach pięknej Rozyny?
— Tylko co powiedziano mi jego nazwisko... Niejaki pan Besnard.
— Krewny radcy stanu?
— Zdaje się.
Po chwili milczenia ten sam głos dodał:
— ...Człowieka, którego tak shańbił poeta:

Prokurator Besnard, Brutus zysków chciwy —
Syn kata, katem został, żeby być szczzęśliwy!

Marcel odwrócił głowę i spojrzał na jegomościa, który mu przypominał zakrystjana. Starzec śmiało i drwiąco spoglądał na młodego Besnarda.
— Te wiersze, szanowny panie, są ohydne... a pan, jak widzę, potrzebujesz lekcji poezji!... Jestem synem hrabiego Brutusa Besnarda... Zechciej pan na mnie zaczekać. Muszę z panem pomówić!
Na to wyzwanie Marcela starzec odpowiedział tonem drwiącym:
— Na pańskie rozkazy!... Znajdziesz mnie pan zaraz, ale sądzę, że nie tutaj... W sali Apolla.
W czasie tej rozmowy księżna nie poruszyła się nawet, oddana całkowicie spożywaniu łakoci.
Czy słyszała?...
Wkrótce zwróciła się do Marcela, prosząc go, ażeby ją odprowadził.
Powrót księżnej de Carpegna grono wielbicieli powitało okrzykiem podziwu. La Chesnaye, Gravenoire i inni niecierpliwie na nią czekali. Wesołe kółko znów zabawiało się rozmową, której największą ozdobą, dowcipem i rozumem są... dwuznaczniki, nie zawsze rozumne, rzadko dowcipne.
Szambelan La Chesnay ruchem zwycięzcy zmusił do posłuszeństwa dwa kosmyki siwych włosów, które rozkazów jego słuchać nie chciały. Stary dworak nachylił się do ucha księżnej de Carpegna i półgłosem rzucił jej przynętę:
— Czarodziejko!... Zbyt zręczna wojownico wachlarzem! Zjadaczko serc... co za wrażenie, jaki efekt!... Gdybyś pani chciała?...
— Gdybym chciała... czego, czy co? — zapytała księżna, patrząc w oczy szambelanowi, a we wzroku jej był bezwstyd i naiwność zarazem.
Szambelan jeszcze niżej się nachylił i bardzo cicho szepnął jej do ucha kilka wyrazów, których nikt nie mógł słyszeć.
Młoda kobieta roześmiała się.
— Oh!... Cóż pan mówisz?... Taka słaba, jak ja istota!... Co pan mówisz?
— Cóż powiedział ten podżegacz niewinności? — zapytał Gravenoire.
— Nic — odrzekła... Grzeczne szaleństwo!
I, wskazując złoty klucz, który świecił na czerwonym mundurze szambelana, dodała:
— Chciałby mi otworzyć wszystkie drzwi tego pałacu!... Che passo!
Marcel tymczasem pośpieszył do Sali Apollo.
Sala ta, nieco na uboczu położona, w tej chwili była prawie pustą. Nieznajomy siedział niedbale na fotelu i czekał. Był sam jeden. Marcel postawił krzesło naprzeciwko fotela, siadł i, nachylając się ku starcowi, te wyrzekł słowa:
— Jestem synem hrabiego Brutusa Besnarda... a pan znieważyłeś mego ojca!
Starzec poprawił żabot i tonem spokojnym odparł:
— Znieważyć ojca pańskiego, biedny mój panie?... Niestety, nie należy on do tych, których się znieważa...
Marcel zerwał rękawiczkę z lewej ręki:
— Co pan przez to rozumiesz?
— Prokurator Besnard — mówił niewzruszony starzec — dawny liwerant komisyj mieszanych, był sprawcą okropnych okrucieństw.
Marcel w stał groźnie.
— Kłamiesz pan!... Mój ojciec spełniał zawsze swój obowiązek!
— Nawet — mówił nieznajomy — nawet wówczas, gdy rozkazał dwukrotnie rozstrzelać biednego Savellego?... Ojciec pański?... Nędznik podły!
Rękawiczka Marcela dotknęła twarzy mówiącego. Spoliczkowany wyprostował się i rzucił groźbę:
— Jutro pana zabiję!
Syn prokuratora jeneralnego wzruszył ramionami:
— Współrodaku Poliszynella!... Pańskie nazwisko?
— Oto moja karta!
Marcel Besnard wyrwał mu ją prawie z rąk i spojrzał. Zdziwiony przeczytał te wyrazy:

Książę de Garpegna.

W galerji Świątecznej koło wielbicieli pięknej Rozyny unosiło się nad nią i nad dowcipem panów La Chesnaye i Gravenoira, którzy w tym koncercie wesołości trzymali batutę kapelmistrza.
Marcel zbliżył się do nich.

IV.
Hrabia Brutus.

Pan hrabia Brutus Besnard nosił jedno z najświetniejszych nazwisk wielkiej epoki cesarstwa: był on synem tego Józefa Besnarda, przyjaciela Sieyésa i przyjaciela domu w Malmaison, tego samego, który tak czynną i wydatną role odegrał w inscenizowania wypadków z pamiętnego dnia ośmnastego brumaira. Życie tego światłego prawnika, jednego z redaktorów kodeksu Cambâcerésa z r. 1793, członka zgromadzenia konstytytuanty, członka konwencji, członka rady pięciuset, członka trybunału, członka senatu i hrabiego cesarstwa, — było, krótko mówiąc, życiem prawdziwego dziecka rewolucji. Niewielu jednak dziś wie, do jakiego rodzaju należały ciekawe szczegóły jego życia prywatnego, a szczególniej dziwna tajemnica jego śmierci.
W «Gazette Nationale ou Moniteur Universel» z dnia 16 czerwca 1810 roku czytamy krótką wiadomość, podpisaną literą S — a więc napisaną przez samego Sauvo. Człowiek ten w swoim czasie nosił miano wielkiego.
«Dowiadujemy się o śmierci hrabiego Besnarda, członka senatu i wysokiego sądu cesarskiego, jednego z komandorów legji honorowej i kanclerza szóstej kohorty, zmarłego nagle wczoraj w Paryżu. Nic nie zapowiadało tak gwałtownej śmierci: ani wiek, ani zdrowie fizyczne tego dzielnego pracownika; hrabia Besnard padł rażony anewryzmem. Wszyscy ci, którzy mieli sposobność bliżej poznać tego wielkiego człowieka, przyłączą się do uczucia głębokiego żalu, który raczył rozkazać zakomunikować wdowie j. c. i k. mość cesarz i król».
Hrabia Besnard pozostawia syna, który odziedzicza po ojcu cnoty i na szerszem polu praktykować je będzie».
Ale, z drugiej strony, możemy czytać w «Indiscret», w pamflecie rojalistycznym, redagowanym przez pana Fauche-Borela — przez tego samego Borela, którego Ludwik XVIII nazywał «swym małym Fauchem» (drugie wydanie, Londyn, 1811, bez nazwiska drukarza) — taką oto notatkę: «Besnard (Ludwik-Józef), zwany hrabią Besnardem, zwany jeszcze obywatelem La Vertu, urodzony w okręgu d’Amont (Franche-Comté), około 1750 roku, zmarły w Paryżu w 1810 roku... Życiorys tego człowieka wymagałby tomu całego; sąd o nim streścić można w jednym wyrazie: Nędznik!
«Ludwik-Józef Besnard był księdzem w djecezji besançońskiej, gdy wybuchła ohydna rewolucja. Wybrany na deputowanego przez duchowieństwo swego okręgu do zgromadzenia stanów w r. 1789, od pierwszego dnia uzurpacji władzy przez zgromadzenie, mieniące się konstytuantą, otrzymuje nazwę jednego z najgorliwszych zwolenników schizmy kościoła konstytucyjnego: sam Gregon nawet był mniej gwałtowny. Później, jako członek konwencji, w dniach krwi i szaleństwa, zasiada w radzie, głosuje za śmiercią swego króla, ubóstwia boginię rozumu, oznajmia nieustające działanie gilotyny: dostaje nazwę La Vertu!... Wówczas to dopełnia miary ohydy swego życia politycznego przez uroczystą apostazję od swego charakteru kapłańskiego. Nędznik ten ulega wdziękom śpiewaczki z teatru Favart, zbyt głośnej Floriny, i publicznie zaślubia tę nimfę kulisową. Gobel, Sieyés, Chabot, księża i jak on renegaci, oklaskują go. O czasy! o obyczaje!...
«W dniu 18 brumaira, La Vertu, członek rady pięciuset i zajadły republikanin, ofiarował swe usługi Buonapartemu: korsykańczyk nie odepchnął takiego sprzymierzeńca. Besnard został trybunem, a wkrótce tytułem nagrody za usługi dostał krzesło senatorskie. Dawny sans-culotte wdział jedwabne spodnie: La Vertu zostaje panem hrabią, a eks-nimfa Florina otrzymuje taburecik przy dworze!... Bóg jednak czuwał...
«Nagle, 15 czerwca 1810 roku, dowiedziano się, że senator cesarski gwałtowną zmarł śmiercią. Okropny skandal: nieszczęśliwy, przyprowadzony do rozpaczy przez nadużycia bezwstydu publicznego własnej żony, odebrał sobie życie!... jeszcze jeden z naszych jakobinów stanął przed swoim Bogiem!... Spoczywają po pracy, ale dzieła ich im towarzyszą.
«Józef Besnard pozostawia syna... biedne dziecko!»
Otóż tym synem, którego organ urzędowy cesarstwa nazywa «dziedzicem cnót ojca», a pamflecista królewski — «biednem dzieckiem», w roku 1856 był pan hrabia Besnard, radca stanu i komandor orderu cesarskiego legji honorowej.
Dano mu imię Brutusa, gdyż urodził się 5 frimaira III roku.
Młodość jego przeszła w pracy, a z trudem wielkim prowadził życiową walkę. Matka jego, nie mająca nawet pojęcia o obowiązku i moralności, zmarła w pierwszych latach restauracji, nie pozostawiając synowi żadnych prawie zasobów. W czasach dzikiej reakcji, w dniach białego teroryzmu, syn królobójcy uczuł ciężar ogromny swego nazwiska; dumnie jednak ciężar ten przyjął na swoje barki. Starej szlachcie książąt i markizów, która powróciła z emigracji, rzucił, jako wyzwanie, swoją cesarską godność — hrabiego: stanął przed nimi jako hrabia Brutus Besnard. Szydzono z niego, a szyderstwo to przyćmiło jego charakter... A jednak, ten egzaltowany bonapartysta byłby zupełnie na miejscu pośród zwolenników «kongregacji» i pośród innych ofiarników «Krzyża misyjnego». Nigdy nie należał do wolnomularzy, nigdy też nie krzyczał: «Precz z jezuitami»! — do tego stopnia wewnętrzne jego usposobienie skłaniało go do «czarnych ludzi». Pochodziło to ztąd, że już wówczas dziwny mistycyzm napełniał jego duszę; Brutus Besnard wierzył, wierzył głęboko: ksiądz Józei Besnard, odstępca Chrystusa, wydał na świat chrześcjanina.
Młody prawnik zapisał się do palestry paryzkiej i, jako adwokat, wcześnie umiał sobie pozyskać wziętość, a nawet sławę. W chwili, gdy miał trzydzieści dwa lata, uchodził za współzawodnika Dupenów, Odilon Barrotów i Chaix d’Est-Ange’ow; zresztą daleko był mniej od nich zamożny. Od tego jednak czasu ten liberalista z niechęcią stawał w obronie swych współwyznawców, a głośne męczeństwa jakiego Pawła-Ludwika lub Berangera nie wzruszały go wcale: obojętnie, a nawet z pogardą na nie patrzył. Wypadki w izbie, agitacje uliczne, głuche zapowiedzi przyszłych rozruchów, nie podobały mu się. Z całej rewolucji nigdy, nic i nikogo nie kochał po za jej pogromcą — Napoleonem. Ministrowie, z «Trzech chwał» zrodzeni, stanowili moc i rząd: rozkazem wielkorządey Ludwika-Filipa Brutus Besnard został zaliczony do trybunału Sekwany.
Odtąd szybkim krokiem posuwał się coraz wyżej; po kilku latach nosił już czarną togę, później szkarłatne szaty, nareszcie gronostaje: był niezmęczonym nigdy prokuratorem, zawsze pracującym. Prawnik wytrawny, mówca świetny, poważny i na zbyteczne wyrazy skąpy, znany z niezależnego charakteru, Brutus Besnard był niebezpiecznym oskarżycielem. W tym synu księdza z czasów konwencji jednoczyły się dwa charaktery: terrorysta i inkwizytor. Teraz był on katolikiem fanatycznym, a nieprzyjaciół Pana Boga uważał za swych nieprzyjaciół osobistych. Być może, że syn chciał odpokutować za ateizm swego ojca; być może, że w ten sposób (miał przynajmniej nadzieję) pomagał biednej duszy, cierpiącej w czyśćcu. Bezwzględny, ilekroć rzecz dotyczyła słabości innych ludzi, gdyż nie znał, co to jest słabość, człowiek ten nosił w piersiach serce, jakie posiadać musiał nóż tej gilotyny, którą pewnego dnia na posiedzeniu sądowem nazwał: «ostatnią moralnością Francji»!... Wynagrodzenie winnego — mawiał chętnie — to wyrok jego sędziego!...
Rządzący w roku 1848 zastali p. Besnarda na posadzie prokuratora jeneralnego sądów w Aix i, pomimo jego prowokacyjnego zachowania się, nie śmieli go ruszać; w grudniu 1851 r. zajmował jeszcze to samo stanowisko.
Jakimże okrzykiem radości mistyk ten powitał wiadomość o zamachu stanu! Jakież uczucie błogiego szczęścia napełniło jego duszę na widok deptanej rzeczypospolitej, na widok, jak mawiał, «ścięcia głowy tego bydlęcia, które żywiło się bluźnierstwami!» Na południu Francji jednak ruch rewolucyjny nie ustawał; w departamentach Varu i Bouches-du-Rhône liczne zastępy powstańców siały niepokój; wychodźcy włoscy walczyli w szeregach powstańczych: kosmopolityczna rewolucja i tutaj próbowała szczęścia. Ruch ten spotykał silny opór. Wszystkich burzycieli prokurator stawiał przed sądem komisyj mieszanych, a występował przeciwko nim gwałtownie, z ogromnym talentem i z powodzeniem. Dzięki prokuratorowi Besnardowi, piaski Lambessy i błota Gayany zaludniły się przez zesłańców, a jak wówczas mówiono, on to zaludnił cmentarze. Powstańców, których chwytano z bronią w ręku, oddawał w ręce rad wojennych: równało się to skazaniu ich na śmierć. Wielu rozstrzelano; nawet odważono się rozstrzelać jednego nieszczęśliwego włocha, którego kule całego plutonu przy pierwszej egzekucji ciężko tylko poraniły. W okropnej tej sprawie prokurator jeneralny osobiście poskładał wszelkie dowody i wiadomości, i domagał się koniecznie wykonania wyroku jaknajdokładniej. Krew więc nieszczęśliwego Savellego rzeczywiście obryzgała ręce Brutusa Besnarda... Nic też dziwnego, że zwyciężeni w r. 1851 nienawidzili bezlitośnego czciciela szubienicy. «Patrzcie, oto idzie biały rzeźnik!» — mówili mieszkańcy Aix, kiedy w dniach urzędowego Te Deum zjawiał się starzec blady w swych szkarłatnych szatach.
Tyle oddania się zasługiwało na nagrodę: w dniu nowego roku 1854 prokurator komisyj mieszanych został mianowany radcą stanu.
Ministrowie nowego cesarstwa sądzili niewątpliwie,, że stwarzają sobie oddanego sługę, i mylili się; wkrótce przekonać się mieli sposobność, jakiego to człowieka wywyższyli.
Wkrótce po tem odznaczeniu Besnarda rada państwa decydowała sprawę zatwierdzenia ustawy jakiejś instytucji finansowej, która zapowiadała się jaknajgorzej: szło poprostu o zlegalizowanie monopolu. Jeden z bardzo wielkich dostojników, za swego uważany w pałacu Tuileryjskim, zepsuty i zepsucie siejący, zresztą minister, popierał projekt, a jakkolwiek starał się robić to bardzo ostrożnie, niepodobna było zamykać oczu na gościniec, jaki był nagrodą jego usiłowań. Rząd widocznie popierał ustawę, i rada, z niechęcią może, ale byłaby ją zatwierdziła, gdyby nie odezwanie się nagłe pana Besnarda, który wstał i te wyrzekł słowa:
— Mam za sobą dwadzieścia cztery lata praktyki sądowej. Otóż, do dziś dnia nie wiedziałem, czem może być w rzeczywistości publiczne szachrajstwo!
— Panie — zawołał prezydent Baroche — nigdy to zgromadzenie nie słyszało jeszcze czegoś podobnego!
— Odtąd będzie słyszeć — odrzekł hrabia i mówił dalej.
Projekt koncesji został odrzucony.
Zirytowana tym skandalem persona grata pałacu Tuileryjskiego, udała się ze skargą do cesarza, który rozkazał stawić się przed obliczem monarchy temu zbyt niezależnemu moraliście.
Obrona hrabiego Besnarda była krótką i suchą:
— Wasza cesarska mość raczyła powołać mnie do swej rady... żeby radzić, sądzę, a nie po to, żeby oklaskiwać.
Ztąd rozmowa przeszła na szersze pole. Hrabia Besnard dodał jeszcze:
— Najjaśniejszy panie, Bóg rozgrzesza zbrodnię polityczną, gdy ta jest potrzebna jego prawom, gdy ta zbrodnia jest nie potrzebną — staje się podwójnie karygodną.
Czy miał on na myśli drugi grudnia, czy własne swoje dzieje, stracenie Savellego — niewiadomo. Napoleon III pokręcił wąsa i, uśmiechając się, zgodził się ze zdaniem radcy stanu.
Od dnia tego hrabia Brutus Besnard był w wielkich łaskach u swego chmurnego władcy; ale od tego samego dnia ministrowie poprzysięgli nienawiść temu pogardliwemu nauczycielowi.
Wówczas hrabia Besnard był już starcem wysokiego wzrostu, o pięknej, wyniosłej głowie, zdobnej siwemi włosami, w tył odrzuconemi, a czarne jego oczy rzucały płomienie. Wdowiec od bardzo już dawnego czasu, z synem Marcelem i córką Marją-Anną, zamieszkiwał niewielki dom, który za żoną w posagu otrzymał. Dom Besnarda stał przy ulicy Bréteuil. Tutaj, życiem zmęczony, hrabia Besnard chciał spocząć po trudach.
Corocznie całą pensję dzielił na trzy części: jedną ofiarowywał Towarzystwu świętego Wincentego à Paulo, którego był członkiem; drugą, ukrywając nazwisko ofiarodawcy, rozdawał rodzinom, znajdującym się w potrzebie, a należącym do tych, których niegdyś wysłał z granic państwa; trzecią dopiero — zaledwo ośm tysięcy franków — zostawiał dla siebie. Te pieniądze musiały wystarczyć na jego potrzeby. Oddawszy dzieciom wdwójnasób zwiększony majątek ich matki, nie chciał zajmować pierwszego piętra w ich domu, umieszczając się z własnej woli pod dachem; zajmował dwa pokoje, które stanowiły całe jego mieszkanie: jeden pokój ze sklepionym sufitem, zimna cela z żelaznem łóżkiem, kilku słomą wybitemi krzesłami, ze starym fotelem i klęcznikiem, nad którym wisiał Chrystus jansenistów, i drugi coś w rodzaju salonu i bibljoteki. I tutaj znajdował się krucyfiks, wiele książek i fortepian, na którym w czasie długich zimowych wieczorów grywała jego córka. Czy to w celu znoszenia umartwień, czy też może skromność ślubował, dość że hrabia Besnard z własnej woli prowadził życie prawie ubogiego człowieka. Prowadził je jednak z pewną godnością, z widocznem poszanowaniem własnej osoby. Podczas gdy syn jego «wice-hrabia» wciskał się do buduarów i stałym był gościem w Cafe Anglais, nie żałując pieniędzy ani na służbę, ani na konie — hrabia-ojciec na cały dom jedną tylko utrzymywał służącą, Filomenę, prawdziwą księżą gospodynię.
Radca stanu pracował ciągle i wytrwale. Rano, zimą i latem wstawał o piątej i odrazu schylał się nad stosami papierów. Około siódmej udawał się na prymarję do kaplicy świętego Walerego. Mszę tę zawsze zakupywał na jaką «intencję», modlił się długo i gorąco. Po powrocie do domu znów pracował i nie opuszczał swych pokojów aż do śniadania, które spożywał z synem i córką. Wówczas całował córkę, biedną Marję-Annę, rozmawiał parę chwil z synem, zjadał śniadanie i udawał się do rady — do obowiązku.
A obowiązek ten miał w nim wykonawcę tak sumiennego, o jakiego niełatwo. Sumienie radcy stanu nikomu nie ulegało, miało pretensję do słuchania tylko siebie samego. Koledzy nie kochali go, to prawda, ale musieli go szanować. W sekcji prawodawczej rady jego znajdowały zawsze posłuch; w wielkiej radzie podziwiano jego wymowę. Świat salonów urzędowych z początku niechętnie patrzył na zakonne prawie manjery tego mizantropa, a potem nie zwracał uwagi na tę dziwaczną osobę, która należeć do niego nie chciała. Wszystkie zaproszenia, czy to na bale, czy na koncerty, nie istniały dla pana Besnarda: zdawaćby się mogło, że rąk jego nie dochodziły. Z wyjątkiem kilku tylko obiadów ministerjalnych, które były obowiązkowe, nie widziano go nigdzie. Wszystkie wieczory spędzał w towarzystwie córki, biednego stworzenia, dotkniętego kalectwem i chorowitego.
— Chodźno, córeczko, jesteś moją operą: słucham cię!
Siadał wówczas na fotelu i do późnej nocy domagał się od głosu córki spokoju i ukojenia.
Nic dziwnego, że żarty i wierszyki sypały się na głowę nie interesującego się niczem, co po za zakres obowiązków wychodziło, dostojnika: Cały Paryż z chęcią śmiał się z «Pana Brutusa», jak go zwykle nazywano. W radzie ta nazwa wywoływała złośliwe epigramaty młodych audytorów, a nawet pewien referendarz, umiejący pisać wiersze łacińskie, przypiął mu epigramat, więcej zdradzający w autorze talentu do pentametrów, aniżeli złośliwości.
W taki to sposób stary prawnik spędzał ostatnie lata swego życia, a każdy dzień ubiegły przybliżał go coraz bardziej do grobu.

V.
Słowa i sumienie.

Dziewiąta wybiła.
Listopadowy poranek, śniegiem dyszący, zajrzał do zakonnej celi hrabiego Besnarda. W pracowni swojej, w pobliżu kominka, na którym gorzały resztki spalonego drzewa, siedział radca stanu i słuchał córki. Tego dnia wstał posępniejszy aniżeli zwykle, a przecież był to dzień 25 listopada — 5 frimaira według stylu republikańskiego, rocznica jego urodzin, którą w rodzinie zwykł był obchodzić. Wczesnym rankiem Marja-Anna była już w pokoju ojca, złożyła mu kosz kwiatów jesiennych i szczere życzenia. Oboje teraz czekali na przybycie Marcela, który, wbrew zwyczajowi, się spóźniał. Po dość długiem oczekiwaniu, Marja-Anna udała się do pokojów brata, ale natychmiast wróciła ztamtąd blada i przerażona:
— Boże drogi! Niema nikogo... Łóżko nawet nie tknięte... Musiało się stać coś złego!
Starzec wzruszył ramionami. Przykrości, których oddawna Marcel był przyczyną, podyktowały mu te gorzkie wyrzuty:
— Oto są ci synowie naszej burżuazji! Niepotrzebni i rozpustni! Sto razy gorsi od rozpustników dawnej szlachty, którzy przynajmniej pełni byli honoru!... A my musimy to wszystko protegować!... O, umierające, skazanena zagładę społeczeństwo!... Chodź, dziecię moje, pójdziemy do kościoła.
W kaplicy świętego Walerego ta dusza niebiosom oddana dłużej, jak zwykle, oddawała się medytacjom... Około dziewiątej byli już w domu. Od Marcela nie było ani listu, ani depeszy.
— Dzisiejszy ranek smutek mi przynosi — odezwał się hrabia Besnard... Zagraj co i ukój mój żal!
I Marja-Anna miała łzy w oczach. Życzenia ojca usłuchała, usiadła do fortepianu i zaśpiewała. Marja-Anna posiadała głos bardzo piękny, najczystszy mezzosoprano. Z początku śpiewała dawne melodyjne arietty Dalayraca i Mehula, ale nie sprawiły one ojcu przyjemności. Widocznie dawny repertuar teatru Favarta — tego, w którym popisywała się diva Fiorina — gniewał go.
— O nie, nie to!... Zaśpiewaj lepiej pieśń przy kołowrotku.
— Tę piosnkę, którą słyszeliśmy w Audierne? — za pytała córka, i zbladła nagle... Nie wiem doprawdy, czy ją pamiętam, a nie chciałabym...
— Spróbuj, moje dziecko! Słucham cię...
Pieśń ta była balladą ludową, w djalekcie Kornwalji, którą Marja-Anna, w czasie podróży do Bretonji, kazała sobie śpiewać w Audierne... Dobre to były czasy! W głębi niebieskiej zatoki, wśród szumu sosen, ah, jak tam było dobrze!... Brat jej próbował tę piosnkę przetłómaczyć... Niezgrabne to wiersze dyletanta, ciężkie, prawie nierymowane, ale pełne słodkiego, naiwnego uczucia.
— Więc już zapomniałaś? — zapytał ojciec, zauważywszy wzdraganie się córki.
— O, nie!... Pamiętam, pamiętam... — odpowiedziała Marja-Anna... Po chwili śpiewała.
Hrabia Besnard zamknął oczy i słuchał... Czasem jednak, gdy jaka nuta namiętnością zadźwięczała, otwierał powieki i spoglądał na córkę:
— To głos mojej matki! — szeptał po cichu... O, mój Boże!
Panna Marja-Anna miała dwadzieścia dwa lata. Bardzo brzydka, zdawała się cierpieć głęboko z powodu tej brzydoty, a zwyczajny wyraz jej twarzy zdradzał źle ukrywaną i nieumiejącą się z losem godzić melancholję. Wypukłe plecy, głowa, wciskająca się w ramiona, robiły takie wrażenie, jak gdyby była garbatą; chuda jej twarzyczka, blada, jak płótno, odznaczała się tylko niebieskiemi oczyma, które spoczywały na ciemnych, czarnych prawie półkolach; włosy jej, w dwa warkocze na skroniach zebrane, miały ten kolor bezbarwny, który nosi nazwę «blond albinos»; jestto kolor anemji, lub stygmat niedoli. Ubiór jej zdradzał chęć nadania sobie powagi: suknia z ciemno-bronzowego jedwabiu, bez żadnych ozdób, spadała z jej ramion jak niekształtna pochwa, a na szyi koronkowa, zanadto wielka, chustka ukrywała zapewne jakie blizny. Wszystko świadczyło, że młoda dziewczyna była wysoce skrofuliczną.
— Dość, dość, moje dziecko! — odezwał się p. Besnard zdziwiony egzaltacją, której ukryćby nie umiała dziewczyna... Dlaczego jesteś dziś tak bladą? Czy ci co dolega?
— Jak zawsze... Mniej może dziś, jak zwykle, bo to dziś twoje imieniny, ojcze.
— Nuda cię zabija, drogie dziecko; chciałbym cię czem rozerwać, zabawić...
— Rozrywki?! — powtórzyła i uśmiechnęła się boleśnie.
— Mogłaś była wczoraj iść z bratem na bal do Tuilleries.
Nagle twarz Marji-Anny okryła się rumieńcem:
— Ojcze!... Ojcze! — odezwała się z wymówką, wstała z krzesła i przeszła przez pokój.
Teraz można się było przekonać, że panna Besnard, ta brzydka i chorowita panna, była jeszcze kaleką: kulała na jedną nogę...
Starzec zbliżył się do niej i, ściskając serdecznie, zawołał:
— Przebacz... przebacz mi... moja najdroższa!
Nie rozczuliła się jednak dziewica i odparła głosem niecierpliwym:
— Mój ojcze, gdyby Bóg raczył nawet smutną Marję-Annę stworzyć podobną do innych kobiet, nie zmieniłaby się wcale... Takie chcę życie prowadzić, jakie ty, ojcze, prowadzisz.
W tej chwili we drzwiach stanął Marcel.
Marcel przed chwilą powrócił do domu. Zaledwo zdążył zdjąć mundur i złożyć szpadę, ażeby przebrać się do wyjścia na miasto.
Hrabia Besnard rzucił spojrzenie gniewne na tego pięknego swego syna, ale nie zrobił mu najlżejszej nawet wymówki.
Wolnym krokiem Marcel zbliżył się i stanął przed ojcem:
— Przebacz mi, ojcze, że spóźniłem się w dniu tak uroczystym, ale wcześniej powrócić do domu nie mogłem... Biję się za chwilę.
Starzec wstrząsnął się calem ciałem, ale udał, że wiadomość ta jest mu obojętną.
— Pojedynek?... Winszuję!... Z jakiejż to racji?
— Staję w obronie mego honoru... twojego, ojcze.
— Mojego honoru?!
Przy tych słowach hrabia Besnard wstał z fotelu.
— Mojego honoru? — powtórzył. Któż to ośmielił się na niego się targnąć?
— Wczoraj wieczorem w czasie balu w pałacu, jakiś człowiek miał odwagę do twojego nazwiska dodać te wyrazy: «rasa katów». Znieważył mego dziadka, ciebie, ojcze, nas wszystkich nareszcie! Napaść była publiczną, publiczną była odpowiedź... Spoliczkowałem go.
— I ty go chcesz zabić! — zawołała Marja-Anna.
Bardzo blady hrabia Besnard teraz z miłością spoglądał na syna. Ten jego Marcel, lekkomyślny, jak tylu innych, libertyn nawet, to prawda, ale odważny i lojalny. To okupywało jego błędy.
Starzec wyciągnął do niego rękę.
— Dobrześ zrobił, mój synu! Kult honoru jest jednym z obowiązków, jakie Bóg na nas włożył. W takich razach pojedynek jest konieczny, jest obroną rodzin, nazwiska, honoru!... Tutaj ludzie mają słuszność, nie prawo... Nazwisko oszczercy?
— Jakiś książę de Carpegna.
— Włoch!... Wszystko się wyjaśnia... Ile może mieć lat?
Syn badawczo spojrzał na ojca: wyraz twarzy starca przestraszył go. Przeczuwał tłumioną wściekłość w duszy ojca, a może tajemne życzenie pomszczenia się osobiście. Uznał za stosowne skłamać:
— Ile lat?... Mniej więcej w moim wieku... Zwyczajna kłótnia młodych ludzi.
— Przecież obraza miała miejsce? Wszak spoliczkowałeś go?
— Ba! — odpowiedział wesoło Marcel. Odparcie było może zbyt energiczne, i, jak śpiewają w wodewilach, «zbyt gwałtowne zaproszenie na śniadanie».
— Wprowadzasz mnie w błąd... Jakie warunki pojedynku?
— Zabawne!... Prawdziwa wycieczka dla przyjemności!... Zamiana kul na odległości dwudziestu pięciu kroków.
— Strzelasz dobrze, wiem o tem... Kto są twoi świadkowie?
— Mój przyjaciel Gravenoire i baron La Chesnaye.
— Wolałbym kogo innego... Gdzie ma mieć miejsce spotkanie?
— W Vaucressou, w parku Gravenoira.
— Dobrze!... Idę z tobą.
Marcel wyciągnął rękę, jak gdyby chciał wstrzymać ojca:
— Nie, błagam cię, ojcze!... Wyglądałbym śmiesznie!
— Śmiesznie!... Hrabia Besnard padł na fotel: siły go opuściły. Krew uderzyła mu do głowy, nogi odmówiły mu posłuszeństwa, straszny szum w uszach głuszył go prawie. Starzec czuł, że serce w nim zamiera, ale pomimo to gwałtownym wysiłkiem woli powstał, nawet uśmiechnął się gorzko:
— Bolesne to słowo, mój synu!... Ale niech się tale stanie... Nie chcę cię narażać na śmieszność...
Po tych słowach w pokoju zapanowała cisza... Marcel pierwszy ją przerwał, ale teraz głosem uroczystym:
— Idę się bić, mój ojcze, i skarcić zuchwalca... Czy mogę zadać ci, ojcze, jedno pytanie?
— Jedno pytanie?... Słucham...
Marcel badawczo spojrzał na tego starca, którego miłość wymagała od niego, ażeby zabił... ażeby — i to być może — został zabity...
Drżącym głosem zapytał teraz Marcel:
— Mój ojcze, jakiej zbrodni dopuścił się włoch Savelli?
Dawny prokurator generalny spojrzeniem odpowiedział na spojrzenie syna:
— Savelli?... Cóż chciałbyś wiedzieć? Wszak aż nadto jest znana ta okropna sprawa?
— O nie, ojcze, nie zanadto!... Byłem wówczas w Paryżu, zdala od ciebie... kiedy stała się ta... okropna sprawa. Nigdy od ciebie o niej nie słyszałem; znam ją tylko z obcych ust... Muszą to być oszczercze kłamstwa! Przez litość, ojcze, powiedz mi... Jakiejże nareszcie zbrodni dopuścił się ten nieszczęśliwy Sayelli?
Hrabia Besnard nie odpowiedział odrazu. Kilka sekund ręka jego pocierała zmarszczkami zorane czoło, jak gdyby zbierała rozproszone wspomnienia... Nareszcie dostojnik państwa wstał i, patrząc synowi w oczy, odezwał się:
— A więc i ty wątpisz także, mój synu!... Słuchaj tedy... Nazajutrz po zbawczym akcie grudniowym, demagogowie na południu poruszyli się. Bandy powstańców, prawdziwie bandy rozbójnicze przebiegały nasze południe w rozmaitych kierunkach. Napadały na wsie, paliły kościoły, grabiły domy: byli to rabusie i rozbójnicy! Byłem podówczas prokuratorem jeneralnym i otrzymałem rozkaz przewodniczenia jednej z komisyj mieszanych. Z Paryża rozkazano mi uciec się do represalij, a obowiązek wzbraniał mi okazywać słabość: zastosowałem się do rozkazu, używałem represalij... Pośród powstańców znajdowali się prądem porwani, zbłąkani: byłem dla nich łagodny; ale dla całych zastępów kryminalnych przestępców, rozbójników, zjawiających się zawsze w czasie wojen domowych, dla anarchistów, dla gwałcicieli praw a społecznego, bluźnierców i świętokradców wobec praw odwiecznych — dla nich byłem surowy... Na czele jednej z takich band stał niejaki Scipione Savelli, mazinista i emigrant polityczny, oddawna już znany. Był to człowiek bez ojczyzny, jeden ze sług międzynarodowej rewolucji, komiwojażer, rozwożący powstania i morderstwa publiczne. Podobny do swych towarzyszów, marzył o zbezczeszczeniu, o zniweczeniu naszej Francji: mówię o Francji monarchicznej i chrześcjańskiej, o wielkiej Francji naszych przodków. Schwytano go na barykadzie, w chwili gdy własną ręką zabił dwóch naszych żołnierzy. Oficer, który dowodził atakującymi, kazał go rozstrzelać... ale przeżył rany, jakie mu zadali. Wówczas...
Brutus Besnard zatrzymał się; może nie miał odwagi dokończyć:
— Wówczas rozstrzelano go po raz drugi! — skończył za ojca Marcel i spuścił głowę na piersi.
— Tak, po raz drugi! — zawołał dawny prokurator jeneralny gwałtownie... gdyż on sam dwa razy zabił!... Oh! wiem, wiem; nędzne życie naszych żołnierzy w porównaniu z cenną egzystencją naszych obywateli, tych «doskonałych*», nie ma żadnej wartości?... Niech powstanie czerwcowe zniszczy całą naszą armję... Niech żyje! Wszak to byli katy!... Ale niechno się kto ośmieli dotknąć tych panów klubowych?!... Okropność!... Natychmiast mamy męczenników!... Jeśli na bulwarze Bonne-Nouvelle nieszczęsny regiment stanie się celem dla kul powstańczych, to w porządku rzeczy, to dobrze i pięknie!... Ale niech się ośmielą bronić ci biedni żołnierze i niech odpowiedzą pięknem za nadobne, to źle, to podle nawet!... Nie takie są moje zasady, a sumienie moje nie jest tak utworzone, ażeby zgodzić się z tem mogło... Scipione Savelli zabijał i został zabity.
Chciał wzburzyć naszą Francję: nasza Francja powinna go była pochłonąć. Nie dotykajcie się, panowie, arki świętej: jedno dotknięcie zabija! Zastosowałem do niego odwieczną logikę, ewangeliczny nawet odwet! Niczego nie żałuję, nie mam się z czego spowiadać, nie mam za co pokutować!...
— Dwa razy... dwa razy rozstrzelany! — powtórzył jeszcze raz Marcel.
— Mógłbym był, jak tylu innych, odegrać komedję Piłata Ponckiego — mówił Brutus Besnard — mógłbym był umyć ręce i powiedzieć: rada wojenna skazała go, rada wojenna odpowiedzialną być winna!... Tego nie chciałem. Ja sam gorąco domagałem się tej kary, ja sam nastawałem na jej wykonaniu: to ja, ja sam byłem sprawcą sprawiedliwości!... Oh, dobrze to wiedzą ci panowie, ci bracia i socjusze tajnych stowarzyszeń. Od dnia tego nienawiść ich zionęła na mnie: rzucano mi obelgi, wymyślano mi prawie otwarcie! Ale cóż mnie mogą obchodzić ich kąsania, kiedy sumienie nic mi nie wyrzuca i nigdy i najmniejszej nie zadało mi rany! Od pięciu lat, w każdej chwili korzę się przed Bogiem, a nigdy, ani jednego razu Bóg mi nie powiedział: krew przeciw tobie woła i świadczy!... O, nie, ja niczego nie żałuję!
Starzec zamilkł, ale i Marcel nic nie powiedział.
Wyciągając rękę do krucyfiksu, starzec ujął krzyż, i, trzymając go przed Marcelem, odezwał się:
— Nie przecz teraz, żeś skłamał. Pojedynek wasz jest walką na śmierć: ja to czuję, ja to wiem! Przed wieczorem jeszcze stać się może, że ten, który moje nosi nazwisko, którego miłość moja otacza, dziecko moje, moje biedne dziecko padnie w obronie honoru swego ojca!... A więc, oto przed Panem moim, przed Sędzią, który sędziów rozgrzesza, lub karze... patrz... na krzyżu jego kładę rękę i powtarzam: spełniłem obowiązek... nie żałuję niczego!
Cisza panowała w pokoju... Słowa uroczystej przysięgi zawisły w powietrzu. Powolnym krokiem Marcel Besnard zbliżył się do ojca, przykląkł, ujął jego ręce i złożył na nich pocałunek:
— Przebacz mi, ojcze... i ja także wątpiłem!
Hrabia Besnard oburącz schwytał głowę syna i całował ją nerwowo.
— Idź teraz, mój synu, spełnij twój względem mnie obowiązek tak, jak ja swój spełniłem względem ojczyzny!... I niech mnie Bóg sądzi!
Młody człowiek powstał. Twarz miał radośną, oczy jego błyszczały.
— Bóg już nas wszystkich osądził, mój ojcze! Wrócę zwycięzcą!... Teraz muszę śpieszyć!... Obowiązek woła.
Hrabia Besnard odprowadził syna do progu i tutaj po raz ostatni go uściskał.
— Pamiętaj — mówił, przyciskając go do piersi, — że, jeśli umrzesz, ja umrę także! Ale gdy drzwi się za Marcelem zamknęły, biedny «hrabia Brutus» musiał się aż oprzeć o ścianę: siły go nagle opuściły. Dreszcze przebiegały stare jego członki i wstrząsały ciałem, pot kroplisty wystąpił na czoło... Zdawało mu się, że cały pokój, że wszystkie sprzęty kręcą się dokoła... z początku bardzo wolno, później prędzej... coraz prędzej... nareszcie z szaloną szybkością.
— Savelli! — wymówił — Savelli!... Ah! Savelli...
Starzec padł na podłogę bez przytomności.

VI.
Marja-Anna.

Szybkim krokiem Marcel Besnard zeszedł już prawie na sam dół, gdy usłyszał imię swoje, wymówione głosem błagalnym: Marja-Anna, biedna kulawa córka hrabiego Besnarda, biegła za nim.
— Marceli!... Marceli!...
Głos jej tak był przepełniony tłumioną boleścią i łzami, że Marcel wzruszony nagle się zatrzymał. Marja-Anna dobiegła do niego i tym samym bolejącym głosem przemówiła:
— Odchodziłeś bez pożegnania!... Nawet nie chciałeś się ze mną widzieć!
Marcel nachylił się ku niej i pocałował ją w czoło:
— Nie płacz, moja siostrzyczko!... Zresztą, przecież nie pierwszy raz dziś się biję, wiesz o tem, a z pistoletem umiem się dość dobrze obchodzić: wszak twój brat jest zapisany w złotej księdze najlepszych paryzkich strzelców. Będę więc umiał kulę umieścić tam i tak, gdzie i jak mi się podoba. Zuchwalec otrzyma zasłużoną nauczkę, a potem wrócę na obiad z podwójnym apetytem. Każ przygotować jakie łakocie na dziś wieczór.
Mówił to śmiejąc się, tonem spokojnym, jak gdyby udawał się na przechadzkę. W każdym razie lekkie drżenie zauważyć było można na jego ustach. Bezwątpienia, jakkolwiek bardzo śmiały i odważny, Marcel uczuwał, że w tej chwili żartować mu było trudno... Któż mógł przewidzieć, czy powróci, czy też przyniosą go do domu?
— Marceli!... Marceli!... powtarzała Marja-Anna, nie znajdując innych wyrazów do powiedzenia tego, co w tej chwili czuła.
Marcel uścisnął jeszcze raz drobne ręce siostry i wybiegł z domu.
Na ulicy, przed domem stała kareta. Przez otwarte okno Marja-Anna ujrzała wewnątrz dwóch panów, którzy widocznie niecierpliwie czekali: byli to świadkowie tej bójki, która miała wkrótce się odbyć, sekundanci jej brata.
Hrabianka Besnard odrazu ich poznała: młody pan de Gravenoire z elegancko ufryzowaną brodą, i stary baron La Chesnaye, o garbatym nosie, z długiemi wąsami, z kilku włosami na skroniach, przylepionemi dla większego efektu. Panowie ci ukłonili się jej... Po chwili Marcel siedział już w karecie, która szybko odjechała.
Wiatr listopadowy, ostry i mroźny smagał stare drzewa, które opierały mu się ostatniemi jesiennemi liśćmi. Ponure chmury unosiły się nad miastem, a płatki śniegu poczynały bielić zakurzony jeszcze bruk. Marja-Anna nie mogła z miejsca się ruszyć: stała i patrzyła na odjeżdżających. Kareta już dawno znikła z widnokręgu: Marja-Anna ciągle się wpatrywała w tę stronę, dokąd brat jej pojechał.
Głos służącej dopiero zbudził ją:
— Ależ panienkę śnieg zasypie! Panienka się zaziębi.
Marja-Anna otrząsnęła suknię i udała się do swego pokoju.
Pokój hrabianki Marji-Anny, w niczem nie podobny do celi, w której dumną pokorę swoją ukrywał jej ojciec, był biały i niebieski. Dwie te barwy doskonale z sobą harmonizowały i nadawały schronieniu dziewczęcia wszystkie cechy nietylko elegancji, ale nawet piękna bez zarzutu.
Hrabia Besnard chciał sam umeblować pokój córki: obicia jedwabne, fotele i kanapka z hebanowego drzewa z pięknem i ozdobami, a szczególniej łóżko, na którem, jak sądził, spoczywało dziecko jego pod rozwiniętemu skrzydłami anioła-stróża. On to zapełnił miniaturową bibljoteczkę książkami pobożnemi, on też umieścił w dyskretnym półcieniu klęcznik, z którego każdego ranku i każdego wieczora wzlatywała ku niebu dusza modlącej się na klęczkach ukochanej córki hrabiego Brutusa. Tuż przy klęczniku własną ręką Besnard przybił prześliczną kropielniczkę, a nad klęcznikiem — krucyfiks na miękiem posłaniu z aksamitu. Wszystko to były prezenty starego ojca. Na kominku, który radośnemi błyskał płomykami, znajdował się ostatni jego podarunek: Najświętsza Panna z Salette, Opiekunka małych pasterzy... Była tu obecna w swym stroju naiwnie ozdobnym, jak tajemnicze zjawisko, jako świadectwo, że litośnie spogląda na cierpienia ludzkie... Pełen miłości, a przecie tak smutny, wzrok Matki Boskiej zdawał się mówić: «Ręka mego Syna jest bardzo ciężką; nie mogę jej już powstrzymać».
Marja-Anna weszła do swego pokoju... Rzuciła wzrokiem na Chrystusa ukrzyżowanego, ale natychmiast odwróciła oczy od tego znaku zbawienia... Matka Boleści również nie przykuła do siebie jej spojrzenia... Wolnym krokiem zbliżyła się do okna i usiadła przed biurkiem... Długo siedziała nieruchomo, ze wspartą na dłoni głową. Nareszcie wzięła arkusz papieru i zaczęła pisać:
«Do mojego ojca. Jeżeli Marcel dziś będzie zabity, nie przeżyję go: chcę umrzeć.
«Błagam o łaskę Chrystusa, błagam o łaskę Najświętszą Pannę; na kolanach błagam cię, ojcze, o przebaczenie.
«Wiem, że dla wszystkich jestem przedmiotem śmiechu, lub że wstręt wzbudzam we wszystkich, ktokolwiek na mnie rzuci okiem... Wiele z tego powodu cierpiałam, ale więcej cierpieć nie jestem już zdolną.
«Cały majątek mój przekazuję Towarzystwu Dobrego Pasterza: tak potrzebne będą mi modlitwy! Ja...»
Tutaj ręka odmówiła jej posłuszeństwa. Pióro upadło na papier...
— Nieszczęśliwa istoto! — zawołała z rozpaczą — Nędzna!... Marna!...
Marja-Anna schwyciła zapisany arkusz papieru i rzuciła go w płomienie... Przyznanie się jej do rozpaczy wkrótce było garstką popiołu... Wówczas dopiero klęcznik zwrócił na siebie jej uwagę. Zdjęła ze ściany szkaplerz i zaczęła się modlić: «Ojcze nasz, który jesteś w niebie, święć się...». Nie mogła mówić dalej. Spojrzała na krucyfiks i rozpacznym głosem zawołała:
— Raczyłeś mnie stworzyć brzydką, niezgrabną, dziwaczną istotą... Nie zadowolniło cię to jeszcze! Ciało kaleki, w zbytku dobroci, wyposażyłeś w serce podłe... A ja ciebie «Ojcem naszym» nazywam!
Pomimo to jednak przesuwała paciorkami różańca:
— «Zdrowaś Marja, łaskiś pełna...»
Po chwili znów umilkła i gwałtownym ruchem powstała z klęcznika. Usta jej wykrzywiły się gorzkim uśmiechem.
— Czemuż się modlę?!... Wszakże ja nie wierzę!... Czyżbym nawet wierzyć mogła?
Oczy jej wydawały fosforyczne błyski: twarz miała wyraz rozpacznie zły... Bezwiednie prawie otworzyła szafkę z książkami i sięgnęła ręką po książkę, ale pierwszy ich szereg ominęła... Na pierwszem miejscu stały pobożne rzędy «Naśladowań Najświętszej Panny», «Różańców», «Dróg do śmierci pobożnej», « ekarstw przeciwko strachom śmiertelnym*. Wszystkie te dziełka w błyszczącej oprawie Marja-Anna odsunęła i wzięła staranie po za niemi ukrytą książkę: jakiś tom, wykradziony ze zbiorów hrabiego Besnarda. W bardzo wielu miejscach pozaginane stronice świadczyły, jak często musiano je czytać i odczytywać, jak wielu rozmyślań były przyczyną.
Przekonawszy się, że drzwi były zamknięte i zasuwka silnie je sprzęgała, Marja-Anna zbliżyła się do okna, usiadła na fotelu, otworzyła książkę na los szczęścia i zaczęła czytać:
«Zauważyłam, że siostra moja widocznie traciła zdrowie i coraz była niespokojniejszą. Chudła w oczach, policzki jej zapadły, chodziła krokiem niepewnym, mówiła głosem zamglonym. Pewnego dnia znalazłam ją we łzach tonącą u stopni krzyża. Ludzie, samotność, moja nieobecność, czy w dzień, czy w nocy — wszystko to ją niepokoiło, wszystko to trwogą napełniało jej serce. Mimowolne westchnienia wydzierały się z jej piersi; czasem, nie męcząc się wcale, ogromne odbywała spacery, czasem znów kilka kroków trudno jej było postąpić. Chwytała jaką robótkę i zaraz ją porzucała, otwierała książkę, a czytać jej nie mogła, zaczynała zdanie, którego nie kończyła, wybuchała nagle płaczem i uciekała do swego pokoju, ażeby się modlić».
Marja-Anna przestała czytać. Dreszcze ją przeszywały, policzki jej nagle poczerwieniały... I znów jej blade, głęboko osadzone oczy pałały.
— Tak, to prawda!... — szeptała — to tak jest... tak samo!
Biedne stworzenie zamknęło książkę i zamyśliło się.
— O, mój Boże! — wymówiła nareszcie błagalnym głosem, składając ręce do modlitwy... Boże!... litości!...
Po chwili znów wzięła książkę do ręki, przerzuciła kilka kartek i zaczęła czytać:
«Żona, dzieci, mój bracie, wypełniłyby dni twoje... A jakaż kobieta nie zechciałaby poświęcić się dla twego szczęścia!... Gorąca dusza, szlachetność i odwaga, jakie umysł twój cechują, to dumne i łagodne zarazem spojrzenie — wszystko to zapewniłoby ci jej wierność.
«Ah! z jakąż rozkoszą uścisnęłaby ciebie w swych objęciach, z jakąż radością nosiłaby cię w swem sercu! Każde jej spojrzenie, każda jej myśl dążyłyby do ciebie, z ciebie brałyby początek i ciebie tylko miałyby na celu! Byłaby twoją miłością, naiwna wobec ciebie, byłaby ci siostrą...»
— Siostrą!... O, nie! — zawołała gniewnie. Nie!... Wolę go, jakim jest!... Libertyn raczej, ubiegający się o względy do wszystkich kobiet, aniżeli niewolnik jednej... jednej, którąbym nie była ja!
Oczy Marji-Anny spoczęły na lustrze, w którem odbijał się jej obraz... Tak, to ona — to jej ta twarz blada, ta odpychająca brzydota, ten nos zakrótki, usta zbyt szerokie, wargi zagrube... Ujrzała się, i śmiech szyderczy wyrwał się z jej piersi, a brzydota jej stała się wówczas potworną...
— Siostra «Renégo» była przynajmniej piękną i można ją było kochać!... Ale ja?... Oh, ja!... Krew renegata, świętokradcy, wnuczka księdza i komedjantki!
Lekkie uderzenie do drzwi zwróciło uwagę Marji-Anny. Rzuciła książkę pod fotel i pobiegła drzwi otworzyć.

— Prędko, panienko, prędko! — wołała służąca hrabiego Besnarda... Ojciec pani nagle zachorował.

VII.
Dwa wystrzały.

Na szerokiej i wysoko nad poziomem morza rozciągającej się drodze, dotykającej w swym przebiegu Garche i Vaucresson, w kierunku ku Saint-Germain szybko toczyła się kareta. Wśród ciemnej opony chmur, zaścielających niebiosa, świetlna ukazała się przerwa: chmury w śnieg się roztopiły, a na łąkach, roztaczających się po dwóch stronach drogi, djamentowe płatki śniegu świeciły w promieniach słońca, skąpanych w powietrzu.
Siedzący w karecie byli w bardzo wesołem usposobieniu. Dwaj panowie, Gravenoire i La Chesnaye, palili cygara i rozmawiali wesoło; tak byli spokojni, jak gdyby kareta wiozła ich na wyborną kolację do Maison-d’Or, lub do jakiej hrabianki z dzielnicy Pigalle. Marcel Besnard był daleko poważniejszy, milczał prawie zupełnie i w rozmowie żadnego nie przyjmował udziału. Marcel siedział w głębi, obok niego wesoły szambelan, przed nimi umieścił się urzędnik am basady i poważna osobistość — doktor.
Na kolanach pana Gravenoira spoczywało ładne pudełko z pistoletami.
Szambelan baron La Chesnaye był w dobrym humorze i nie przerywał ani na chwilę wesołych anegdot i ciętych słówek, któremi sypał jak z rękawa:
— Ah! drogi przyjacielu — mówił do Marcela, — niewesoła to przejażdżka na pojedynek!... Pierwszy to twój debiut, rola przytem główna i szczęśliwa, mój drogi!... Ale my?... Cóż my jesteśmy?... Statyści, komparsy!... Czyś zadowolony z tych pistoletów?
La Chesnaye otworzył pudełko i wyjął dwa pistolety zupełnie nowe.
— Pistolety odpowiadają w zupełności umowie... Wybrałem nieco twarde, kurek nie spuszcza się zbyt łatwo... Niema więc obawy wypadku, lub strzału nieprzewidzianego!
— Tem gorzej! — odpowiedział Marcel Besnard... Chciałbym dziś dać nauczkę, któraby i na dziś wystarczyła, i w przyszłości mogła mi coś zapewnić.
Grravenoire dodał:
— Przygotowaliśmy notatkę, wyjaśniającą to zajście, dla dzienników. Przeciwnicy nie zgodzili się na jej redakcję... Naturalnie, napisane czy nie, ostatecznie oni otrzymali w buzię...
— Jakiegoż to są rodzaju ci świadkowie księcia? — zapytał Marcel.
— Włosi — odpowiedział La Chesnaye... Jakiś pan na a, hrabia Canossa...
— Dobra szlachta lombardzka! — przerwał Gravenoire.
— ... I jakiś pan na i, signor Traventi... Ah! per Bacco! śmieszne postacie Scaramoucha i Pantalona!... Dziś rano, gdyśmy ujrzeli przed sobą tego pana Traventi, sądziłem, że poznałem w jego osobie — myliłem się zresztą — jednego ze starych moich znajomych, pewnego Włocha, który służył w legjonach cudzoziemskich za czasów, kiedym bataljonem dowodził. Nazywał się Marino. Dzięki namiętnemu ściganiu Bon-Maza, ten Marino dosłużył się podoficerskich galonów; ale pewnego pięknego poranku musieliśmy jego nazwisko wnieść do listy dezerterów, nasz Marino ulotnił się, ażeby połączyć się z Mazzinim w Rzymie. Włoch mój wówczas odwiedzał często ładną osóbkę... hum!... z pokolenia Beni-Mouffetarda, śpiewaczkę z Prado d’Oran. Nosiła oryginalne nazwisko — Serce stalowe. Ładne nazwisko, nieprawdaż?... Śliczna dziewczyna!... Pewnej pięknej nocy... Zaczynasz ziewać, Grravenoire? Widocznie moje opowiadanie cię nudzi?...
— Znana historja, baronie, ten pański romans miłosny! Opowiadałeś nam go pan przynajmniej ze sto razy!
La Chesnaye zapalił cygaro:
— Panowie, schylmy czoła przed Sercem stalowem!... Sławną niech będzie jej pamięć!... Wszyscyśmy się nią zachwycali na balach dworskich, a zmarła w randze jenerałowej! Oto dokąd prowadzi dobre zachowanie się!
— Do djabła! — roześmiał się Gravenoire... Teraz robimy księżniczki!
— Oh! dzieci wypraw krzyżowych! — odezwał się Marcel nieco gniewnie, chociaż spokojnie... Cóż za pozowanie! Cóż to za poglądy, panowie legitymiści!... Zbyt szczęśliwym się czuję, że dziś się zapisuję i z zapisu kwituję!...
— Ah! dajcież pokój... To tylko wyraz... Nie gniewajmyż się w tej chwili. Nie możesz rozstrajać sobie nerwów, gdyż mógłbyś chybić swego księcia.
Rozmawiając w ten sposób, dostojnicy rozmaitych stopni i pochodzenia zbliżyli się do tego miejsca, gdzie droga się rozdziela: jedna jej gałąź skierowywa się ku Celle-Saint-Cloud, druga do Bougival. Baron wyjrzał przez okno:
— Aha! mówiłem... Spóźniliśmy się... Tam ci już na nas czekają.
Rzeczywiście przed oberżą stał powóz, a w pewnej odległości dwaj panowie spacerowali i widocznie się niecierpliwili.
— Sekundanci przeciwnika! — zawołał Gravenoire... Spieszę dać im wskazówki. Załatwię się szybko. Gravenoire wyskoczył z karety i pobiegł ku dwóm włochom.
— Patrz-no, patrz!... Ot, tam! — zawołał La Chesnaye i wskazał w stronę ku stojącej nieco na uboczu ładnej karetce... Malepeste!... Jaki śliczny zaprząg! Co za koń!... Firanki zasłonięte... Przeczuwam jakąś awanturkę miłośną.
Gravenoire w tej chwili powrócił do swych towarzyszów.
— Czyj to ekwipaż? — zapytał ciekawy szambelan... Jesteś pan jednym z dziedziców tej okolicy, powinieneś więc wiedzieć.
— Nie wiem — odpowiedział Gravenoire, rzuciwszy okiem na wskazaną karetę, poczem, zwracając się do woźnicy, zawołał:
— W drogę!
Po chwili kareta wjeżdżała przez bramę do ładnego parku.
— A więc jesteśmy!... Jesteście panowie u mnie — zwrócił się Gravenoire do La Chesnaya i do Marcela Besnarda, omijając ciągle milczącego doktora, którego traktowano jako rzecz raczej, aniżeli jako towarzysza.
Woźnica na rozkaz Gravenoira wstrzymał konie. Wszyscy czterej opuścili karetę, a w tej chwili nadjechał powóz przeciwnika.
Otoczony sekundantami, książę de Carpegna wysiadł z powozu; i jemu towarzyszył lekarz. Obie strony powitały się, jak to zwyczaj nakazuje, poczem pod przewodnictwem Gravenoira całe towarzystwo udało się wgłąb parku. Wkrótce znaleźli się na niewielkiej łączce, którą ze wszystkich stron otaczały ogromne kasztany.
Stare drzewa, które pierwsze ukąszenia zimy znosiły ze stoicyzmem, przez długie lata istnienia na święcie wywalczonym, napoły pozbawione już były liści... Wilgotne, żółtawe już teraz ich okrycia zalegały ziemię, a nagie ich gałęzie, powykręcane w rozmaite strony, zdawały się cierpieć od zimna i wołać o pomstę do niebios. Z tej łączki, rzuciwszy okiem w szeroką aleję do niej prowadzącą, widzieć można było krajobraz, w tej porze roku bardzo smutny: Sekwana toczyła swe wody pod wyniosłym brzegiem Bougivalu, a zmarszczone ich źwierciadło drżało pod muskającemi je promieniami jesiennego słońca; po lewej stronie las, czy ogrody, świeciły resztkami liści, z pośród których przezierały arki akweduktu Marly; naprzeciw miasto Saint-Germain odbijało nieco weselej na tem tle ponurem, dzięki białym ścianom swych budynków i wysoko wznoszącym się pod niebiosa kłębom sinawego dymu, a w oddali, na szarzającym w zamgleniu horyzoncie, bezkonturowe pagórki ginęły wśród oparów... Cała ta kraina, poprzerzynana w rozmaitych kierunkach pagórkami, tak życia pełna w czasie letnich wieczorów, teraz rozciągała się na całej przestrzeni, w śnie zimowym pogrążona, melancholijna i ponura. Słońce opuszczało się szybko, a czerwona jego tarcza zapalała wody rzeki. Wszędzie panowała ogromna cisza dnia, usypiającego bez śpiewu ptaków, i wszędzie roztaczał się letarg nadchodzącej zimy.
Tak, Marcel Besnard skłamał przed ojcem: spotkanie zapowiadało się poważnie, pojedynek miał być dla jednej z dwóch stron — może dla obydwóch nawet — niebezpieczny.
Książę de Carpegna, spoliczkowany publicznie, sam nastawał na to, ażeby warunki były określone ściśle, według wszelkich wymagań honoru: przeciwnicy stanąć mieli naprzeciw siebie na odległości dwudziestu metrów; każdy z nich miał prawo zbliżyć się o pięć kroków, a w ciągu minuty każdy obowiązany był strzelać i miał prawo celować. Jeden więc z dwóch, albo obydwaj musieli pozostać na placu.
Za wspólną zgodą baronowi La Chesnaye poruczono główny kierunek tą rozprawą: misja to była niełatwa, gdyż na tym gruncie każdy ruch był trudny. Ślizkie liście usuwały się z pod nogi za każdem stąpnięciem. Ale baron nie po raz pierwszy honorowy ten spełniał obowiązek.
La Chesnay odmierzył krokami dwadzieścia metrów i zaznaczył dwa miejsca, zkąd mieli prawo działać przeciwnicy; następnie laską oznaczył granicę, po za którą żadnemu z nich przejść nie było wolno. Los sprzyjał Marcelowi w wyborze broni.
Po tych przygotowaniach, przeciwnicy zajęli stanowiska, a sekundanci stanęli po bokach.
— Zaczynajcie, panowie! — zawołał La Chesnaye swym najpiękniejszym głosem afrykańskim.
Marcel Besnard podniósł broń i wystrzelił...
— Rażony!...
Książę de Carpegna rzeczywiście rażony w pachwinę, zachwiał się... Pomimo to jednak wyprostował się... Powoli zbliżył się do zaznaczonej granicy, podniósł pistolet i celował ku Besnardowi.
Marcel skrzyżował ręce na piersiach i spokojnie wyczekiwał ciosu.
— Strzelaj pan!... Strzelajże pan! — zawołał Grayenoire.
— Strzelaj pan, do stu tysięcy djabłów! — wrzasnął baron.
Książę de Carpegna już miał pociągnąć za kurek, gdy lekki szmer w gęstwinie, znajdującej się za nim, zniewolił go do rzucenia ku niej okiem. Spojrzał i zaczął się śmiać, cicho jakoś i dziwnie...
Podniósł broń i wystrzelił w powietrze... W tej chwili padł na ziemię i zemdlał.
Sekundanci przybiegli do niego, a lekarze obejrzeli ranę. Książę miał dolne żebro zdruzgotane, krew upływała bardzo obficie: kula utkwiła w brzuchu.
— Trzeba go przenieść do mego domu, — odezwał się pan de Gravenoire. Kazałem przygotować pokój.
— Zbyteczne to, łaskawy panie — odpowiedział signor Traventi... Gdyby jego ekscelencja mógł mówić, odmówiłby.
— Ależ przecie nie przeniesie podróży!... Wieźć go teraz, to to samo, co na śmierć go narażać!
Lekarz włoski był bardzo zmartwiony i nalegał, ażeby skorzystano z grzeczności pana de Gravenoire.
— Rana niebezpieczna! — mówił lekarz... Źle, bardzo źle!
— Chociażby niebezpieczna, — odrzekł gwałtownie signor Traventi... Musimy jechać natychmiast!
Drugi świadek księcia tymczasem sprowadził powóz. Lekarze obandażowali ranę, poczem na rękach wniesiono księcia do powozu. Książę de Carpegna ani na chwilę nie odzyskał przytomności; bezwładne jego ciało rozciągnięto na poduszkach powozu, a trzej włosi umieścili się dokoła.
Andiamo!
Powóz powoli ruszył...
Przyjaciele Marcelego spoglądali na odjeżdżających... Wieczór pierwsze cienie roztaczał dokoła nich.
— Panowie, — odezwał się wówczas lekarz francuzki, — uchylmy kapelusze przed tym karawanem!... Do Paryża przywiezie — trupa.

VIII.
Rozyna Savelli.

Zamyślony Marceli Besnard pozostał nieco w tyle. Gravenoire zbliżył się do niego.
— Piękny strzał, brawo!... Ale dziwny pojedynek! Przypomina mi fantazję poety ruskiego... Znasz «Wystrzał» Puszkina?
— Znam, — odpowiedział Marceli, który powoli przychodził do siebie... Pamiętam go dobrze... Zbezczeszczony zostaje ugodzony kulą przeciwnika i zemstę odkłada do sposobniejszej chwili... Ha, zobaczymy!
— Panowie! — zawołał baron, zapalając dwudzieste cygaro. Propozycja... Noc zapada, jesteśmy głodni! Gdybyśmy udali się do Maison d’Or uczcić zwycięzcę dobrą kolacją?!
— O nie, już dziś do was nie należę — odpowiedział Marceli. Jadę do domu uspokoić ojca.
Po chwili wyszli z parku, a wkrótce kareta przyśpieszonym ruchem zbliżyła się do miasta.
W tej samej chwili kobieca postać ostrożnie wyszła z gęstwiny, którą noc swym płaszczem otuliła zupełnie.
Kobieta stanęła na środku drogi, spojrzała na odjeżdżającą karetę i ze śmiechem i gestami komedjantki głośno zawołała:
— Niezdara, który pozwolił się zabić!... Prawdziwe samobójstwo!... A więc, odtąd ja staję przeciwko tobie, Brutusie Besnard!... będziemy walczyć, «biały Rzeźniku!»
Ekwipaż oczekiwał na nią na zakręcie drogi. Pośpieszyła do niego szybko.
— Wracaj do Passy! Woźnica zaciął konie...
Karetka szparko sunęła się po drodze. Kilka zaledwo metrów odjechali, gdy kobieta kazała stanąć.
Jakaś podejrzana oberża rzucała na drogę mgliste światła. Kobieta bez wahania weszła do wnętrza, zażądała pióra i atramentu i przy słabym świetle świecy, w kłębach dymu tytuniowego, te skreśliła wyrazy na bilecie wizytowym:

«Do pana wice-hrabiego Marcela Besnarda:

«Byłam tam; widziałam wszystko i, nie zwlekając ani chwili, na placu walki ośmielam się pisać... Ukarałeś pan zuchwalca i pomściłeś swego ojca. Ojca pomścić jest obowiązkiem, którego zawsze należy dopełnić... Jeśli ulica Ogrodowa, mój klasztor w Passy, nie uchodzi w oczach pana za koniec świata, odwiedź mnie... Czekam pana»...
I położył podpis: «Rozyna, z hrabiów d’A Prata, wolna nareszcie».




CZĘŚĆ DRUGA.

I
Historja pewnej posiadłości.

Genjusz naszych inżynierów, lubujących się w linjach prostych, nie mógł chyba spłodzić nic brzydszego nad wielką drogę, która, mając Havre za punkt wyjścia, biegnie na Abbeville, a dalej podąża ku torfowiskom pikardyjskim. Jestto coś tak monotonnie nudnego, tak męcząco jednakowego w całym swym przebiegu, że nuży śmiertelnie oko najniewrażliwsze na zjawiska zewnętrzne. Pomiędzy górzystemi wzniesieniami Fécamp i doliną Cany, droga ta z jednej strony w pewnem oddaleniu wzdłuż morza biegnąca, przechodzi przez cały szereg płaskowzgórzów i ciągnie się, nudna i długa, wśród krajobrazu bezmyślnie monotonnego. W grudniu wiatry oczyszczają ją na całej długości, a la Manche rzuca na nią, stosownie do pogody, albo całe potoki deszczowe, albo góry śniegu; w lipcu słońce się na niej wścieka, a wozy i wózki normandzkie, chcąc niechcąc, przesuwać się muszą, w otoczeniu kurzu i owadów, wśród tego gorącego piekła, którego najmniejszy cień nie ochładza. W jesieni z tej drogi oko ludzkie po za zoranemi pasami ziemi nic dostrzedz nie może... Dokoła, z prawej i z lewej strony, ciągną się w najrozmaitszych kierunkach pługiem zbałwanione zagony, lub zieleniejące późnym zasiewem pola. W rozmaitych, ale nielicznych punktach, spoczywają woły pośród koniczyny, a całe stada ptastwa ulatują nad świeżemi zagonami, poszukując w nich strawy. Na dalekim horyzoncie w niewielu miejscach ukazują się budynki, owczarnie czy stodoły, które są jedynemi czarnemi punktami na tym obrazie, wielce przypominającym ocean z jego widokami. Tam, het gdzieś, bardzo daleko, pod wałami, które zdają się podpierać niebiosa, musi przecie jakieś życie kwitnąć, jakiś ruch musi panować, może smutny i jak cała natura nudny, może wesoły i humorem tryskający, — przewidzieć tego niesposób, — ale wszędzie dokoła, dokąd tylko okiem z drogi zasięgnąć można, — wszechwładnie rozpościera swe panowanie nuda przestrzeni bez końca, wszędzie widać ciężar okropnej, rozpacznej monotonji, przygniatającej wszystko.
W odległości trzech mil od małego miasta Cany a naprzeciw starej oberży przydrożnej, noszącej szyld zapraszający: «Pod spokojnem sercem! Dobry cydr krwi czystej», oddziela się od głównej drogi wązka droga boczna, którą w bardzo krótkim czasie dostać się można do Sasseville.
Brzydkie to siedlisko miejskie owo Sasseville: pretensjonalny kościół i jeszcze pretensjonalniejszy ratusz, świecący przesadną nowością, kawiarnie polityczne, w których normandczyk, wielki amator polityki przy kieliszku, wrzeszczy bez miary zawsze, a bez sensu często — nie nadają mieścinie żadnego charakteru, nie godzą przybysza z tem, co jest, i zniewalają go do wzdychania do czegoś lepszego. Jestto raczej ogromna wieś, — Sassototum apud Caletas, jak ją nazywa miejscowy proboszcz, wielki amator archeologji, a podobno i znawca nielada. Wielka ta wieś ma jednak pewną sławę w najbliższych okolicach, nie z racji swego gallo-romańskiego pochodzenia, ale dla tego, że posiada wybornie utrzymany i renomowany rynek, na którym wszelkie ptastwo, swojskie i dzikie, szeroki zbyt znajduje. Po za tem — i to jest jedną z przyczyn wziętości — Sasseville posiada zamek.
Trzeba się myślą cofnąć do czasu trybunałów dwóch Caux i do ich czterech wice-hrabstw, ażeby pojąć, że kiedyś pałac czy zamek Sassevilski mógł uchodzić za przepyszny: uważano go wówczas za praw dziwą perłę Mauconduit.
Za panowania Ludwika XVI panowie de Sasseyille tak nieszczęśliwie grali w faraona, a tak często i stale odwiedzali żydów, że po pewnym czasie wierzyciele uzyskali na nich dekrety: wówczas to Sassevilski zamek wyludnił się zupełnie. Rewolucja przyśpieszyła jeszcze ruinę pięknego niegdyś schroniska panów i przeznaczyła go do zaliczenia do posiadłości Narodu... Kaplicę zniszczono, a w jej budynku założono skład siana, a wkrótce potem Jeden i Niepodzielny posiadacz — Naród, pozbył się tej posiadłości w sposób bardzo prosty — sprzedał ją temu, kto nabyć pragnął. Cena nie była wcale wygórowaną: wszystkiego zapłacił za nią nowy posiadacz jeden miljon i to asygnatami. Zresztą zaledwo nabyć ją zdążył, natychmiast pośpieszył się jej pozbyć: z rąk jakobina przechodziła do więcej dającego terrorzysty i odwrotnie. Wszyscy to byli gracze giełdowi, to prawda, ale za to jacy czyści!!...
Cesarstwo rozkazało przez dni parę świecić słońcu nad zamkiem w Sasseville. Odbudowany przez swego nowego właściciela, eks «riz-pain-sel» jakiegoś, w stylu greckim, stworzonym przez pana Percier, ale z Grecją nic nie mającym wspólnego, zamek od tego czasu był imponującem zbiorowiskiem cegieł i kamieni, a tak był banalny, że pod tym względem przeszedł chyba marzenia i właściciela swego i twórcy. Otaczający go park, pełen tajemniczych głębi, na daleką okolicę świecił bogatą swoją roślinnością. Napróżno szukałby ktoś na dalekich nawet sąsiednich obszarach bardziej rozległych przestrzeni drzewami zarosłych lub szerszych kobierców zielonych. W owych czasach klawicymbałów i gitary, cisza gęstwin leśnych tego parku i szepty jego najad były źródłem natchnienia dla dwóch nauczycieli i dla siedmiu podprefektów poetów; nawet wiecznie skarżący się, wiecznie gruchający mały Delille z «Almanachu dla dam», należąc do dobrze widzianych w Sasseville, wychwalać raczył wierszem lasy zamkowe.
W pierwszych latach restauracji, dawna posiadłość narodowa, po przejściu z wielu rąk do równej ich ilości, należała do niejakiego pana Ewarysta Pousseta, fab rykanta wyrobów bawełnianych i jednego z królów tego kraju, obfitującego w królów przeróżnego gatunku.
Była to chwila, w której Henryk de Saint-Simon, już saint-simonista wprawdzie, ale jeszcze nie prorok, chciał gwałtem odrodzić Francję za pomocą industrji i «industrjalizmu» — wynalazł nawet ten piękny wyraz; chwila, w której «Constitutionnel» głosił słodkie kazania na temat przymierza starego pnia feodalizmu z wawrzynem bogini Zwycięztwa albo z gałązką oliwną Pokoju. W Sasseville idee te bardzo się podobały, rozsmakowywano się w nich i podobno prozę tę rozumiano. Zresztą pan Pousset był liberalistą, bardzo dumnym z tego, że mógł o sobie powiedzieć: — «jestem synem własnych dzieł moich», albo «jestem przodkiem samego siebie». Przytem pan Pousset śpiewał zwrotki z Berangera i ubóstwiał Laffitta.
Pewnego pięknego poranku ten nieprzyjaciel ignorantyzmu feodalnego powziął myśl opatrzenia córki swej herbem. Otóż, dzięki tym zamiarom, jeszcze piękniejszego dnia pewnego panna Hortensja Pousset została panią hrabiną Brutusową Besnard, a wkrótce potem, po uświęceniu tego pożądanego «hymenu», poczciwy przodek samego siebie poszedł jednak odszukiwać tych, co mu życie dali, do grobowców kaplicy w Sasseville, którą w tym celu zbudował i to w stylu gotyckim.
W przeciągu dwunastu lat hrabina Besnard, mała osóbka, drobna i skrofuliczna, podzielała losy swego małżonka, dobijającego się karjery i wziętości na drodze prawniczej; dała mu w ciągu tego czasu dwoje dzieci wprawdzie, ale po za tem była nudną nietylko dla innych, ale nawet dla siebie samej. Wszystko jednak koniec swój mieć musi na tym padole płaczu, znudzona więc hrabina też żywot zakończyła i za ojcem wstąpiła do podziemi kaplicy, dokąd i nowy jej herb zabłądził. Majątek jej, podzielony między dzieci, starszemu synowi i przedstawicielowi rodu przyniósł zamek z przyległościami. Naczelnikiem tego rodu w przyszłości miał być pan Ludwik-Dezyderjusz-Marceli, wicehrabia Besnard.
Niemało więc musiał narobić hałasu w sąsiednich pobożnych parafjach Cany i Valmont fakt dziwny nieco, a śmiały niewątpliwie: oto pewnego dnia sierpniowego 1857 roku wicehrabia Marceli Besnard, dotąd zachowujący się z godnością najzupełniejszą, zjawił się w zamku swych przodków w towarzystwie młodej kobiety.
Wszak to był kawaler, wszak otaczające dwory i dworki obfitowały w matki, cierpiące na chorobę, zwaną: «córka na wydaniu»!... Nic przeto dziwnego, że zarówno blizka, jak dalsza okolica jęła szemrać z początku, a potem i otwarcie się oburzać. Młody wicehrabia, przed rokiem jednogłośnie okrzyczany jako piękny i zachwycający, jako świecący rozumem i wszelkiemi zaletami, jako mający najświetniejszą przed sobą przyszłość, jako, słowem, najlepszy epuzer, nagle został z tego piedestału strącony i wszyscy jednozgodnie zadecydowali, że jest chyba z rozumu obrany i że nigdy lepszy go los nie spotka. Hałas wzmógł się jeszcze, gdy się dowiedziano, że «panna», którą przywiózł do zamku, jest włoszką, księżną i wdową — i to wdową po mężu, którego cyniczny wice-hrabia zabił w pojedynku.
Skandal okropny! Odtąd nikt mu się nie kłaniał; epigramaty i baśnie puszczono w ruch; oszczerstwo, jak zwykle, bez proszenia usługi swe zaofiarowało i znakomite czyniło postępy. W kawiarniach sassevilskich młodzi i starzy śpiewali zwrotki na ten temat ułożone, a nawet, wobec świadków, proboszcz-archeolog przytoczył ze swych klasyków: «Ah! czyż można brać spadki po swoich ofiarach!»

II.
Dante: Piekło, — w. 106.

Bezwątpienia pan wice-hrabia Besnard «wziął spadek» bardzo prędko. Było to nazajutrz po pojedynku, a więc rzeczywiście prędko. Marceli otrzymał z poczty list z Vaucresson i wyczytał w nim co następuje:
«Ukarałeś pan zuchwalca i pomściłeś swego ojca, pomścić jest obowiązkiem, którego zawsze należy dopełnić... Jeśli ulica Ogrodowa, mój klasztor w Passy, nie uchodzi w oczach pana za koniec świata, odwiedź mnie... Czekam pana»... «Rosyna, z hrabiów d’A Prata, wolna nareszcie».
Wolna nareszcie!... Ah! kobiety, kobiety!... A w trzy dni potem Marceli (był zwolennikiem zachowywania przepisów przyzwoitości) podążał do Passy i dzwonił u drzwi, prowadzących do «klasztoru».
Bardzo elegancka, a nawet zbyt nieco pompatyczna ta bonbonierka miała pewne cechy, pewne właściwości, odór jakiś, który przypominał lokale utrzymanek... Ale, Boże drogi, czyż wszystkie włoszki nie są zwolenniczkami świecideł i skandalików?... Ta miała wprawdzie wszystkie pozory czystości; może w postępowaniu nie była konsekwentną, ale, bądź co bądź, była kobietą cnotliwą. Teraz Marceli był tego pewien, gdyż odrazu został jej powiernikiem.
Za pierwszem widzeniem księżna opowiedziała swą przeszłość: dzieje to bolesne wprawdzie, ale w swej prostocie nieco banalne.
Bardzo młodo, dzieckiem była prawie, wydano ją zamąż dla czczej sławy, za starca bezsilnego, za warjata prawie, dawnego carbonaro i wysysacza krwi, za dzikiego zwierza poprostu.
— Mogłabym — mówiła ze łzami w oczach — mogłabym... jak tyle innych, znaleźć przyjaciela, jakiego «patito», ale Najświętsza Panna, a głównie święta pamięć mojej matki, uchroniły mnie od upadku... Nigdy nie zaznałam miłości... Oh! zaznać miłości!...
Biedna, nieszczęśliwa istota!
Po pierwszej bytności, zaraz nazajutrz Marceli złożył drugą wizytę, a potem trzecią, czwartą... Chodził ciągle do Passy... Obecnie...
Obecnie miał ją u siebie, tę swoją Rozynę... jego, całkowicie i niepodzielnie jego... Posiadał ją w swym własnym pałacu, który ona swą osobą zaludniła odrazu, posiadał ją wśród cienia drzew rozłożystych... Do snu ich kołysał oddalony szept blizkiego morza... Kochał ją bez pamięci, ogromnie i szczerze, kochał ją sercem całem, wszystkiemi zmysłami... A ona?
Czasem była dziwnie smutną, milczącą, prawie rozpacz malowała się na jej twarzy.
— Kocham cię — mawiała wtedy — a siebie nienawidzę!
Marceli przypisywał to ich stosunkowi, którem u mogła nadawać nazwę moralnego upadku. Zresztą, może sumienie ją niepokoiło, może skrupuły religijne... Pod wpływem takiego jej postępowania, postanowił Marceli ożenić się z nią jaknajprędzej, nie mówiąc jej nic zresztą o tym projekcie. Czyż nie był obowiązany w ten sposób zmusić oszczerstwo do milczenia?
Zresztą plotki oszczercze mogły wrzeszczeć jak im się rzewnie podobało, krzyki ich nie zaniepokoiły wcale z wysoka na tłum spoglądającego pana na Sasseville. Trzymał się on zdala od świata, na uboczu zupełnie, nie składał i nie przyjmował żadnych wizyt, kwitował ze wszelkich przyjemności po za marami swego zamku i parku, dnie i noce poświęcając całkowicie tej, którą ukochał. Ale ta ukochana nie naśladowała go w tem wszystkiem... Nie odznaczała się bynajmniej ani zbytnią skromnością, ani też powściągliwością, a dla tych przyczyn nie stawiała żadnych zapór swemu gniewowi.
Ta całkiem włoska dusza, inteligentna, wykształcona, pełną była przesądów i podejrzeń, właściwych wiochom. Na każdym prawie kroku składała tego dowody.
Pewnego wieczora, przy świetle lampy, siedzieli oboje bardzo blizko siebie i tłómaczyli włoskie arcydzieło Alighierego. W tej chwili mieli przed sobą smutne dzieje Franceski... Po każdym tercecie tego ustępu «Piekła», zamieniali pocałunki, które, choć późno nieco, ale nie przeszkodziły im dojść do tego, godnego uwagi miejsca:
«Miłość — powiada Dante — która nic nie przebacza kochanej istocie, opanowała mnie tak prędko, że kochanek mój...»
Nagle Rozyna schwyciła książkę, gwałtownie ją zamknęła i odrzuciła daleko.
Marceli zdziwiony patrzył na nią i nic nie rozumiał.
— Dante ma słuszność — odezwała się Rozyna — miłość powinna być przeklętą!
Potem ciszej nieco dodała:
— Ah! mio caro! nie czytaj ostatniego wiersza!
Marceli podniósł jednak książkę i wiersz ten przeczytał. Umiał go przetłómaczyć bez jej pomocy:
«Miłość oboje nas doprowadziła do śmierci».

III.
Ugoda miłosna.

Pewnego dnia, a było to trzeciego września, notarjusz sassevilski, niepokaźny pan Oskar Varincourt, był przyczyną, że na jasnym horyzoncie szczęścia dwojga zakochanych ukazała się mała chmurka. Była to zapowiedź niepogody.
Była już godzina piąta popołudniu, gdy pan notarjusz, po przejściu przez pałac, udał się do parku.
Na samym końcu jednej z długich alei pan notarjusz zauważył Marcelego i panią de Carpegna, którzy wolnym krokiem (tak chodzą tylko zakochane pary) oddalali się od niego. Notarjusz musiał pośpieszać, chcąc ich spotkać. Marceli po chwili zauważył zbliżającego się ku nim małego człowieczka i nie mógł ukryć z niecierpliwienia.
Wyrazy były wprawdzie grzeczne, ale ton nie takie nadawał im znaczenie. Marceli, witając gościa, jednocześnie wysyłał go do wszystkich djabłów.
— Ah! to pan!... Jak aż myśl szczęśliwa sprowadza pana w moje progi?!...
— Wybacz pan, panie wice-hrabio — odpowiedział, zawsze urzędowo-uroczystym głosem witający swych klientów notarjusz... Mara bardzo ważną wiadomość zakomunikować panu... Mam obowiązek przeczytać panu list pańskiego ojca, jego ekscelencji, list, który przed chwilą otrzymałem...
— List mego ojca? — zawołał zdziwiony Marceli... Usiądź pan, słucham.
W niedalekiej od nich odległości stała ławka, na której wszyscy troje usiedli. Oskar Varincourt rozłożył na kolanach potężną tekę, wypchaną papierami, i na dając swym rysom właściwy wyraz, zapytał:
— Czy w tych czasach, panie wice-hrabio, nie pisał pan do hrabiego Besnarda?
— Pisałem bardzo niedawno. Chciałem dać ojcu do zrozumienia, że mam stanowczy zamiar zaślubienia księżnej de Carpegna.
— Stracony napróżno atrament! — wtrąciła, śmiejąc się piękna pani.
— Jego ekscelencja raczył nadesłać mi list — ciągnął notarjusz i oto przynoszę panu jego odpowiedź.
— Jego odpowiedź?... Przesłał ją na pańskie ręce a nie wprost do mnie?...
— Nie wchodzę w przyczyny, panie wice-hrabio — ale oto jest.
Pan Varinecurt podał Marcelemu jakiś papier, już opatrzony wszelkiemi numerami i pieczątkami, które dowodziły, że notarjusz odbył nad nim wszelkie ceremonje i operacje swego urzędu, według wszelkich przepisów, zawartych w podręczniku «Doskonały notarjusz». Mniej może zdziwiony niż wzruszony, wziął Marceli papier do ręki i zaczął go czytać głośno... Tajemnic być tu nie mogło: notarjusz mógł go był dziesięć razy nauczyć się na pamięć, a przed Rozyną Marceli sekretu mieć nie chciał... Czytał więc głośno. Rozyna wsparła się na jego ramieniu, głowę schyliła na jego piersi i z uśmiechem przysłuchiwała się treści tego dziwnego listu ojca do syna za pośrednictwem osób trzecich. Rozyna najmniejszej nie zwracała uwagi na notariusza, poprostu nie istniał on dla niej. Poważny urzędnik, normandczyk z krwi i kości, tak wzięty, że aż trzech dependentów musiał utrzymywać w swem biurze, po raz pierwszy chyba znalazł się wobec osoby, najmniejszej na mego nie zwracającej uwagi.
List, suchy i twardy, brzmiał jak następuje:
«Szanowny panie, jeden z pańskich klientów, pan Marceli Besnard, zawiadomił mnie o swych zamiarach ożenienia się.
«Kilkakrotnie już dałem do zrozumienia temu młodemu człowiekowi, że prowadzenie jego niepodoba mi się, ponieważ jednak ani prośby, ani napomnienia nie były zdolne powstrzymać go od bolesnego skandalu, musiałem przeto zerwać wszelkie z nim stosunki! Upraszam więc pana o pośrednictwo w doręczeniu mu odpowiedzi, którą podaję:
«Dawniej człowiek przyzwoity nie ośmieliłby się żenić z wdową po człowieku, który znieważył jego rodzinę, którego zresztą ukarał i zabił w pojedynku. Obelga i krwi przelanie byłyby utworzyły przepaść, której nie odważyłyby się przekroczyć ani jego uczucie, ani honor. Dziś czasy widocznie się zmieniły i inna panuje moralność!... Co do mnie, uznaję tylko dawną. Jeśli więc do sumienia pana Marcelego przemawiać niema celu, ojciec ma obowiązek przemówić do niego po raz ostatni.
«Nie chcąc wcale stać się wspólnikiem okropnego czynu, odmawiam raz nazawsze mego pozwolenia. Pozostawiam pańskiemu klientowi wolność nie zwracania na głos mój najmniejszej uwagi, ale w takim razie żądam prawnego, z jego strony, odwołania się do mnie, nietylko żądam, ale wymagam! Conajwięcej — i to możesz mu pan zakomunikować — krótko będzie czekał: jestem bardzo stary i — o tem on wie również — bardzo chory.

«Racz pan przyjąć zapewnienie szacunku
Hrabia Besnard».

Via vecchietto! — odezwała się piękna pani, ale zachowanie się jej, poza, jaką przyjęła, wyraźnie mówiły, że wszystko to bardzo mało ją obchodzi...
Marceli milczał... Laską, nerwowym ruchem, miął i niszczył kępkę trawy, która z pod ławki ciekawie wyglądała...
— Cóż zdecydujemy? — zapytał pan Varincourt. Sprawa przedstawia się jasno: odmowa błogosławieństwa ze strony ojca zniewala do zastosowania artykułu 152 kodeksu Napoleona. Czy mamy się do niego uciekać? Znam w Paryżu pewnego kolegę, który sprawy tego rodzaju umie rozwikłać, czy mam się do niego zwrócić? W każdym razie potrzeba, ażeby księżna, z domu panna d’A Prata, pozwoliła mi zasięgnąć wiadomości i zawiązać stosunki z jej notarjuszem we Włoszech! Muszę posiadać pewne dokumenty, które...
— Ah, Boże! Ileż to kłopotów! — przerwała tę urzędową przemowę piękna Rozyna... Dlaczegóżby jeszcze nie użyć trucizny Julji, ażeby połączyć mnie z Romeo?... A więc — nie, stanowczo nie! Nie chcę tych awantur... Wolę czekać.
Ten ostatni wyraz «czekać» wymówiła tonem tak żywej nienawiści, że syn hrabiego Besnarda zbladł nagle pod wpływem jego brzmienia.
— Namyślę się jeszcze — rzekł po chwili do notarjusza. Wkrótce dam panu stanowczą odpowiedź. Bądź pan łaskaw za parę dni pofatygować się do mnie.
Poważny i w sprawach służbowych drobnostkowy Verincourt, złożył list, który w jego oczach był aktem urzędowym, włożył go do właściwej koperty, kopertę do odpowiedniej obwoluty, którą starannie umieścił w tece na dawnem jej miejscu, a tekę ostrożnie wziął pod pachę, i wstawszy z miejsca, dwoma ukłonami pożegnał swego klienta i Rozynę. Wkrótce czarna sylwetka małego człowieka znikła na zakręcie alei.
Kochankowie zostali sami.
— Cóż za głupstwo, Marceli! — zawołała gwałtownie księżna de Carpegna... Na co to małżeństwo?
— Trzeba, trzeba koniecznie, ażebyśmy się najformalniej pobrali! Położenie nasze, tak jak teraz, jest dziwne... Razimy oczy! — Oh!... małomieszczanie!... Te skrupuliki dusz pobożnych!... Czy po ślubie więcej mnie będziesz kochać?
— O! nie, z pewnością... Ale będę miał prawo zawsze i wszędzie posiadać cię przy sobie otwarcie!...
— Zawsze? — odrzuciła pytaniem na zapewnienie Marcelego księżna de Carpegna, przeobrażając się z szyderczej nieco i sztucznie wesołej, na poważną już, nie kochankę tylko, ale nazawsze oddaną kobietę.
— Zawsze?... A więc, słuchaj! Znam związek sto kroć mocniejszy od małżeństwa, nierozerwalny: śmierć!... Jeśli istota kochana, kochanek czy kochanka, zdradza kochającą — trzeba ją zabić... a potem samemu życia się pozbawić!...
Marceli milczał. Dość długa cisza, której nikt nie przerywał, słowom księżnej nadała uroczyste znaczenie przysięgi.
— Niech się tak stanie! — rzekł nareszcie Marceli... Jestto ugoda: zgadzam się na nią.
Kochankowie długo jeszcze spacerowali pod rozłożystemi konarami starych drzew...

IV.
Dzika róża.

Dzień miał się ku schyłkowi... Było to we wrześniu... Ciepło i światło pełnemi garściami spadało jeszcze na ziemię... Pomimo to jednak zastępy mgły jesiennego wieczora, unosząc się nad ziemią, roztaczały szarą, nawpół przezroczystą powłokę pod lazurami czystego nieba. Natura skupiała się w sobie, drzemać poczynała w spokoju... Park sassevilski milczał uroczyście. Najlżejszy nawet wietrzyk nie muskał gałęzi, najmniejszy szelest liści nie zakłócał ciszy, panującej na dalekiej przestrzeni. Słońce zstępowało z niebieskich stropów, przerywając ukośnemi promieniami ostrą ciemnię platanów... W słonecznych promieniach skrzydlate owady, starcy już ku schyłkowi lata, starały się wesoło spędzić ostatnie chwile pobytu na ziemi. Pod gęstwiną drzew zbierające się ciemności, podobne były do nocy, lekka mgła rozścielała się na trawnikach, a ździebełka trawy, perłami rosy okryte, błyszczały na tem tle zieleni...
Bardzo wolno postępowali oboje: on jej kibić otoczył ręką, ona głowę wsparła na ramieniu kochanka. I szli tak bez celu, wśród drzew i mchów, coraz dalej, coraz głębiej, w milczeniu... Cisza panowała dokoła. Doszedłszy do krańca gęstwiny leśnej, gdzie droga schodziła w dolinę, zatrzymali się. Przed nimi rozciągała się dolina Dalles i cały, pełen melancholji, jej obraz wpadł im w oczy. Nie znali go dotąd. Nigdy jeszcze w tej stronie parku nie byli.
W owe czasy dolina Dalles, mało komu znana, rozciągała się w spokoju między dwoma urwiskami, okrytemi gęstym lasem. W oddali, w samym końcu doliny, która powoli spływała ku nadbrzeżnym piaskom, błyszczało morze: na wstępie frendzle bałwanów, o szumiących grzywach białych, roztaczały się leniwo po płaskim brzegu, dalej nieco falista powierzchnia ciemnozielonych wód, a het daleko, aż do krańców horyzontu, pod niebieskiem pokryciem niebios, ruchliwe obszary sinego morza.
Powoli kobieta usunęła rękę kochanka.
— Jakiż piękny wieczór jesienny! — zawołała pod wrażeniem roztaczającego się przed nią krajobrazu. Jakiż to cudny kraj, ta wasza Francja!
— Dlaczegóż «wasza Francja», droga Rozyno? — zapytał Marceli, patrząc w oczy pięknej kobiety. Czyż odtąd nie jest twoją ojczyzną ten kraj, którego jestem synem?
— Oh, wiem, wiem... — odparła. «Twój Bóg moim będzie Bogiem, twój naród, moją ojczyzną»... O nie! Ja chcę pozostać sobą... Ah! — zaczęła z większą jeszcze mocą — piękną jest wasza Francja!... a przecie wszelkiej nienawiści godną!... Niegdyś «dama narodów» — dziś «dziewczyna upadła!»
— Wiersz Dantego! — odparł Marceli;...ale Dante powiedział to o waszej Italji.
— Moja Italja?... Ah, niestety, i ona bardzo nędzna... więzień do galer przykuty... Ale Włochy przynajmniej umieją jeszcze nienawidzieć i zawsze mogą płakać!
— Rozyno! — odezwał się młody człowiek, chcąc przerwać ten ciężki przedmiot rozmowy. Zamiast znieważać to, co mocne i rozumne, mów raczej o sobie, o swej rodzinie... Powiedz mi wiersz ulubionego twego poety, ten sonet Leopardiego «l’Italia».
— Nie! — odpowiedziała Rozyna. Nie tego... innego wolę!
Postąpiła parę kroków, poczem nagle zwróciła się twarzą do Marcelego. W tej chwili było w niej coś teatralnego, coś sztucznego.
Rozyna stała na szczycie pagórka. Postać jej rysowała się wyraźnie na szarem tle półmroku. Rozyna wzniosła prawą rękę do góry i zaczęła deklamować... A on, ten syn hrabiego Besnarda, wzroku od niej nie mógł oderwać. Dusza jego tonęła w jej głosie, w każdym wyrazie, który z jej ust wychodził. Zachwycał się tą władczynią swego serca, tą panią swego rozumu i duszy, tą czarowną otchłanią, w której honor jego ginął.
Głos Rozyny rozlegał się w powietrzu dźwiękami namiętnej harmonji... Kochanka Marcelego w pierwszej zwrotce przedstawiła śliczny, złotem słońca oblany obraz Francji, do której zbiegają się obce ludy, jak niegdyś do Grecji!... Nagle obraz się zachmurza... Świątynię mrok zapełnił, noc na Francję zeszła, i oto ten najszczęśliwszy kraj na ziemi na olśniewających niegdyś swych ołtarzach umieścił — hurysę!... Taką jest Francja — wołała Rozyna — śmieje się nawet w trumnie, całun śmierci nad nią się rozwija, a niebiosa płaczą nad zgubionem dzieckiem!
— Cóż za obrzydłe oszczerstwo, jakaż wściekła nienawiść! — zawołał oburzony Marceli... Któż jest autorem tych wierszy?
Rozyna z dumą odpowiedziała na to ostatnie pytanie:
— Mój ojciec! — Ten ojciec, o którym starannie unikasz rozmowy?... A więc, chociaż to ojciec twój napisał, dowiedz się, że Jego włoska zazdrość była głosem na puszczy: to, co jest nieśmiertelnem, umrzeć nie może!... Dlaczegóż, z jakich powodów twój ojciec tak Francję nienawidził?
— On?... Nienawidził?!... Ależ on ją ubóstwiał, on ją kochał namiętną miłością!... On z tej miłości umarł...
— Umarł z tej miłości?... hrabia d’A Prata?... Co to ma znaczyć?... Cóż chcesz przez to powiedzieć?
— Nic! — odrzekła Rozyna i zbladła nagle.
Kochankowie znów zwolna posuwali się ku krańcom parku... Milczeli. Nie było to jednak milczenie niewypowiedzianego i wypowiedzieć się nie dającego szczęścia: obawa jakaś, żal jakiś zamykał im usta.
Zszedłszy z pagórka, musieli się zatrzymać: mur, który okalał park sassevilski przecinał im drogę. Na pokrytych mchem kamieniach, które wiatry powolnem muskaniem w proch obracały, pięły się krzaki róż dzikich... Wrzesień pokrył już rdzą żółknące liście ładnych tych roślin. Gdzieniegdzie przecież wychylała się jeszcze różyczka nawpół omdlała, podobna do bladego ostatniego uśmiechu lata. Młoda kobieta podeszła do muru i zrywając z krzaka kilka tych kwiatków, w te słowa przemówiła do swego kochanka:
— Wybacz mi, drogi, żem cię przed chwilą zasmuciła.... A teraz posłuchaj, zechciej mnie zrozumieć... Nie wiem, jakie losy jutro dla nas przeznacza... Na wszystko trzeba się przygotować!... Ale wiedz, Marceli, że ta, która przed chwilą zraniła najszlachetniejszą dumę, jaką człowiek mieć może, bo dumę, zrodzoną z miłości własnego kraju, wiedz, że ona kocha, kocha cię bez granic... Cokolwiek się zdarzy, cokolwiek stać się może, ja cię zawsze kochać będę!.!. Ale ty, mój najdroższy, jeśli nas dotknie nieszczęście, czy będziesz umiał przechować dla mnie w sercu czyste uczucie miłości?... Weź tę różę: noszę jej imię... Mamy z nią jednakowe — dzikie dusze... W chwilach zwątpienia, jeślibyś kiedykolwiek doznał jego goryczy, spójrz na nią... a, gdybyś nawet był przekonany, że mnie już nie kochasz, ona ci powie, żebyś mnie kochał do śmierci.
Rozyna uśmiechała się. Jedną część pięknych kwiatków zasunęła za stanik, drugą do ust podniosła, gorący na dzikich różyczkach złożyła pocałunek i podała je Marcelemu. Ale zachwycony wice-hrabia Besnard oburącz ujął śliczną głowę kobiety, przyciągnął ją ku sobie i na różowych ustach składał pocałunki swych pałających warg... Długo tak stali w zachwyceniu... Ekstatyczna miłość unieruchomiła ich zupełnie.
Nagle pani de Carpegna z krzykiem przerażenia wyrwała się z objęć kochanka: zdala ujrzała służącego, który szybkim krokiem ku nim się zbliżał.
— Co to jest? — zapytał wice-hrabia niecierpliwie.
— Jakiś cudzoziemiec, panie hrabio — pragnie widzieć natychmiast księżnę-panią — odpowiedział sługa, zatrzymując się w pewnem oddaleniu.
Przy tych słowach podał Rozynie bilet, który pani de Carpegna natychmiast wzięła i zbliżyła do oczów. Po przeczytaniu nazwiska nieznanego gościa, piękna księżna nagle zmieniła wyraz twarzy. Widocznie była zakłopotaną.
— Dobrze! — odpowiedziała po chwili. Zaraz przyjdę...
— Któż to przybywa cię nudzić? — zapytał Marceli... Daj mi bilet!
Rozyna tymczasem bilet podarła na drobne kawałki.
— Włoch pewien... daleki krewny mej rodziny — odpowiedziała. Muszę go przyjąć...
— Zgoda!... Idę z tobą...
— Nie, nie!... — zawołała Rozyna — proszę cię, zostań... To Traventi!... Wiesz, Alessandro Traventi, jeden z sekundantów księcia w Vaucresson... Sądzę, że nic ci na tem nie zależy, ażeby go widzieć... Postaram się skrócić jego wizytę!...
Nie czekając na odpowiedź, Rozyna szybkim krokiem podążyła ku zamkowi:
— Pół godzinki cierpliwości, mój drogi! — wołała do niego, biegnąc do zamku... Zaczekaj na mnie tutaj!
Pani de Carpegna biegła prawie do zamku. Dobiegłszy do szczytu pagórka, obejrzała się za siebie i ręką posłała pocałunek kochankowi. Wkrótce zgrabne jej kształty znikły pod cieniem rozłożystych platanów.
Marcel patrzył za odchodzącą i uśmiechał się radośnie. Gdy mu nawet sylwetka jej znikła z oczu, siadł na trawie i puścił wodze fantazji.
Noc tymczasem coraz ciemniejszą oponą świat okrywała. Na dalekim horyzoncie słońce tonęło w morzu i ostatnie swe promienie rzucało w przestrzeń, wśród której lekkie chmurki rumieniły się od pocałunków czerwono-złotych jego promieni.
Zakochany z uczuciem spoglądał na ten obraz spokoju pełen. Nieopisana radość serce jego przepełniała i upojenie wielkiego szczęścia w duszy jego śpiewało cudowne hymny.

V.
Zwyczajny djalog.

Pod ciemnią platanów Rozyna Savelli zwolniła kroku. Szła ciężko, pot wystąpił jej na czoło, nareszcie zatrzymała się... Była wzruszoną.
Przyjazd Traventiego niepokoił ją. Traventi! ten sam, który w Londynie nazywał się Marino... towarzysz starego jej małżonka, niegdyś powiernik zmarłego! Czego mógł chcieć od niej ten człowiek? «Il tempo stringe», «czas nagli» — wyraźnie oznajmiały dwa wyrazy na bilecie wizytowym skreślone, na tym bilecie, który tak starannie zniszczyła Rozyna. Jakie zagadka ta mogła mieć znaczenie? Złe, o tem nie można było wątpić!...
Rozyna po raz ostatni obejrzała się. Obawiała się, że Marceli nie zechce czekać na nią i przyjdzie do zamku. Nie było go widać... Musiał więc prośby jej usłuchać.
«Chwała — Bogu, nie poszedł za mną — myślała Rozyna... Jakiż on piękny! Jaka dystynkcja!... Jaka postawa!... Kochany... o! tak!... Najukochańszy!»...
Młoda kobieta nagle zwróciła się w stronę Marcelego i szybkim krokiem zdążała ku niemu...
Nagle stanęła...
«Nie, niepodobna! — pomyślała — precz z tą słabością!»...
I znów powolnym, ale stanowczym krokiem podążała ku zamkowi... Wkrótce ogromny gmach zarysował się przed nią bardzo wyraźnie.
Rozyna pośpieszała: zdawało jej się, że z okna ktoś na nią patrzy, a nie chciała wzbudzać jakichkolwiek podejrzeń lub domysłów.
«Teraz niczego się nie boję — myślała... Czegóż miałabym się bać?... Była wdową, wolną, panią swych czynów, kochaną, kochającą... Czegóż więc baćby się miała?»
W przedpokoju Rozyna rzuciła pytanie służącemu:
— Pan ten, który chce się ze mną widzieć dawno już czeka?
— Z pół godziny... Zdaje mi się, że bardzo się śpieszy: powóz na niego czeka przed bramą..
«Ah! zatrzymał powóz. Wizyta więc będzie krótka: zresztą i skrócić ją będzie można!»
Pomimo to księżna de Carpegna z ręką na klamce stała przed drzwiami i wahała się je otworzyć... Służący nieco zdziwiony patrzył na nią: Rozyna wzrok jego zrozumiała, nacisnęła czemprędzej klamkę i weszła do pokoju.
W salonie siedział na fotelu człowiek źle odziany, niezgrabny, nietylko nie światowiec, ale poprostu podejrzany.
Gdy Rozyna weszła, gość powstał natychmiast i, składając głęboki ukłon, odezwał się na powitanie:
— Hołdy moje składam u stóp księżnej pani!
Od pierwszego wejrzenia księżna do Carpegna poznała tego człowieka... Siwa jego broda, włosy źle czy wcale nie czesane, to samo spojrzenie, jakie widziała w Londynie.. Tak, niewątpliwie, był to ten powiernik jej nieboszczyka męża, profesor muzyki: zła małpa!
Traventi przemówił po włosku. Rozyna naumyślnie odpowiedziała mu po francuzku. Czyby sądziła, że w ten sposób przyśpieszy jego odjazd?
— Dzień dobry, panie Marino; czemuż zawdzięczać mam przyjemność oglądania pana?
Gość powtórnie się skłonił i odpowiedział złą francuzczyzną, zdradzającą jego cudzoziemskie pochodzenie:
— Wasza książęca mość raczyła więc nie zapomnieć mego ciemnego nazwiska? Dumą przepełnia to pokornego jej sługę!
«Jej książęca mość» nie mogła się powstrzymać od wyrazu nie tyle niechęci, ile raczej obrzydzenia, jaki sprawiał jej widok gościa. Starała się jednak nie okazać tego wstrętu i, o ile to było możliwem, przemówiła grzecznie:
— Nie spodziewałam się, jeśli mam być szczerą, wizyty pańskiej.
Marino uśmiechnął się, przez co ukazał cały szereg zębów goryla, białych jak kość słoniowa, tem bielszych że twarz miał prawie czarną zupełnie.
— Nie zapowiedziana, może nawet niespodziewana wizyta moja — przemówił Marino po krótkiej chwili milczenia — ale potrzebna... Zjawiam się po to, ażeby zabrać z sobą piękną księżnę!
— Mnie?
— Powiedzieć chciałem najpiękniejszą księżnę.
Jak gdyby ją żmija ukąsiła. Rozyna odstąpiła parę kroków: Marino w tej chwili zjawił się tuż przy niej.
— Powóz czeka — mówił... Oh! bardzo skromny ekwipaż, niegodny wieźć tak wielkiej pani!... Ale w Fecam nic lepszego nie mogłem znaleźć... Kraj tu dziewiczy o powozach pojęcia nie mają!
Rozyna instynktownie obawiała się czegoś: czuła, że siły ją opuszczają, ale wszelkich sił użyła, ażeby udać obojętność:
— Szarad nie umiem odgadywać! Zechciej się pan wytłómaczyć!
— Szarada?... Ależ nie! Toć to nawet nie rebus... Ecco!... Ci, którzy rezydują w Genewie i nasi przyjaciele londyńscy powiedzieli sobie: pierwszy akt komedji miłosnej już skończony; nasza diva — pani, księżniczko, odegrała rolę swoją wybornie!... Oh! tak, pani, wybornie, doskonale, bosko!... Niemniej, jestto tylko zwyczajny prolog!... Teraz należy już rozpocząć drugi akt; zasłona powinna inną pokazać dekorację: rozwiązanie należy przyśpieszyć... Nadzwyczajne wypadki się przygotowują, nadzwyczajne, księżno!
Dotąd Marino stał przed piękną kobietą schylony nieco, jak gdyby zaskarbiał sobie jej względy. Teraz wyprostował się nagle i po chwili milczenia ciągnął dalej:
— ...Dlatego to zostałem wydelegowany, o chwilo szczęśliwa! — ażeby księżnę panią ztąd zabrać... Ja, Marino, skromny Marino zostałem podniesiony do godności pokornego towarzysza waszej książęcej mości!... Zaszczyt to nielada!... Ale obecnie musimy jechać... czasu tracić nie możemy!
Marino oddalił się po kapelusz, który położył był na krześle i zbliżył się do drzwi. Rozyna zdziwiona patrzyła na niego.
— Napróżno silę się pana zrozumieć — wymówiła nareszcie.
Włoch znów zbliżył się do niej i uśmiechając się słodko tym samym tonem, jakim ciągle przemawiał, rzekł:
— Ona nie rozumie?... Ona!... A przecież słusznie panią uważają za prawdziwie cudowną inteligencję!... Ależ niepodobna!... Ona rozumie, nawet wasza książęca mość odnajduje we wspomnieniach wszystko co potrzeba!... Widzę to po oczach, że sumienie przychodzi do pomocy jej pamięci!.
Po tych słowach Marino jeszcze bliżej przystąpił do księżnej de Carpegna, którą przestraszał coraz bardziej każdem słowem, i dodał ciszej, jak gdyby powierzał jej okropną tajemnicę:
— Przypomnij sobie! jak gruchają francuzkie romanse... Oh, przypomnij sobie, szlachetna pani: i restaurację Arditiego, miejsce rozpusty dla bogatych, i księcia de Carpegna, potężnego pana, i małą Bellę, tę śpiewaczkę uliczną, w czerwonej spódnicy i z kwiatkiem dzikiej różyczki przy gorsie — zupełnie podobnej do tej, którą i teraz przy gorsie pani spostrzegam!... Taka była piękna, gdy śpiewała: «Libiamo ne lieti calici!» Ładny głosik, ale brak metody!... Jakiż płomień z oczu jej wytryskał, jakaż moc biła z każdego wyrazu!... Przypomnij sobie jeszcze księżno: «Mam dwudziesty drugi rok i jestem bardzo piękną. Czy chcesz pomścić mego ojca.... A, stanę się w takim razie twoją własnością, oddam ci ciało moje, oddam ci moją duszę»!... A więc pomścimy tego ojca, którego tak ciągle kochasz. Ztąd wniosek, że córka do nas należy: ciało jej i jej dusza są naszą własnością!
Każdy wyraz tego człowieka przeciskał się do najtajniejszych głębi serca dawnej śpiewaczki ulicznej i pamięcią jej wstrząsał. Pod wpływem wspomnień schylała czoło: każdy wyraz, każdy sarkazm tego służalca poruszał jej sercem. Pomimo to Rozyna podniosła głowę spojrzała śmiało w oczy nieproszonemu gościowi i parsknęła śmiechem, którym widocznie odstraszyć go chciała:
— Stare dzieje, drogi panie! Bella już nie istnieje, a księżna de Carpegna jest wolną!... Dawniej, jako niewolnica męża, możeby jeszcze poddać się musiała, ale teraz jest wolną: mąż jej nie żyje!
— Niestety! nie żyje! — zawołał włoch... Pozwolił się zabić!... Tak, umarł szlachetny książę z rany, jaką zadano mu w pojedynku... umarł w Rawennie, na mojem ręku... wołając żony w tej chwili uroczystej!... Ale małżonka była daleko, w Paryżu, całkowicie oddana świętej sprawie pomszczenia ojca! Pomimo szczerej chęci, nie mogła przybyć na pogrzeb... Oh! tak umarł il generoso vecchione!... umarł najprawdziwszą śmiercią... Ale duch jego jest nieśmiertelny, pani; podobny do cienia Ninusa w operze boskiego Rossiniego, duch jego unosi się nad nami, patrzy na nas, słucha nas, sądzi nas i przemawia do nas... Jego to duch mówi ci, księżno: «Miej się na baczności!»
— Ah! więc pogróżki!... Wiem, żeście wszyscy bandyci i rabusie, gotowi każdej chwili mnie zabić! Ja...
— Ja zabić?... Eh, eh!... Widziano rzeczy przecież daleko bardziej zdumiewające!... Ale nie, uspokój się pani: cokolwiekby się stało, w Rozynie będziemy zawsze umieli uszanować córkę Savellego!
Córka Savellego!... Jakimż tonem pogardy Marino wymówił te wyrazy!... I znów zakochana na wspomnienie ojca schyliła głowę... Odwaga ją odstąpiła; z gniewu i wstydu, które ją opanowały, czerwieniła się i bladła naprzemian... Nogi odmówiły jej posłuszeństwa i ciężko padła na fotel, nie mając nic do powiedzenia temu strasznemu człowiekowi.
Strach jakiś dziwny ściskał ją za gardło, a myśli rozpaczne ogarniały jej serce i duszę, wywołując tysiące okropnych obrazów i myśli... Czuła, że była zgubioną, zgubioną ostatecznie, bez ratunku, bez cienia nawet nadziei. Wstrętny człowiek, który ją obrażał każdem słowem, nie odejdzie bez zdobyczy. Myśl ta męczyła ją okropnie. Jeszcze chwila... Marceli nadejdzie: ten wszystko mu opowie, całą tę obrzydłą historję!... Cóż pomyśli, gdy się dowie o wszystkiem?... Jakże ją znienawidzi!...
— «0 nie, Rozyno! — myślała nieszczęśliwa — nie umiałabyś wywołać na swe usta uśmiechu, który przyciąga i podbija; nie umiałabyś ustami dotknąć ust twego kochanka, nie miałabyś dość siły, ażeby łzy jego rozpaczne zcałować!... Marceli cię wypędzi!... O, lepiej stokroć uciekać, uciekać zaraz!... Oszczędzisz mu przynajmniej przykrości bezmiernej... Wspomnienie o nieobecnej będzie mu milszem, nieskończenie milszem od przeszłości kochanki, która tarzała się w błocie...»
Takie myśli przez głowę jej przebiegały, a pomimo to ruszyć się z miejsca nie mogła. Jakaś niepojęta siła wstrzymywała ją od stanowczego kroku... Przez otwarte okna ostatnie purpurowe promienie zachodzącego słońca zdawały się przesyłać jej ostatnie pożegnanie... Chłodny wietrzyk wieczorny przecisnął się aż do niej i muskał jej ciało, a kościół w Sasseville żegnał ją po raz ostatni dźwiękami sygnaturki, wzywającej wiernych do modlitwy wieczornej... Boże! ileż szczęścia ma opuścić, ile radości porzucić, uciekając z tej ziemi, którą uświęciła miłość!...
Marino tymczasem rozciągnął się wygodnie na fotelu i palił cygaro. Teraz nie czuł się w obowiązku najmniejszej zwracać uwagi na piękną księżnę de Carpegna.
Disgraziati noi! — mówił jakby do siebie... Z kobietami nic obrachować nie można! Żadnego ładu niema w ich postępowaniu. Oto jedna z nich: ojciec jej był bohaterem, zginął jak męczennik. Krew Scipiona Savellego woła o pomstę... Napróżno! Rodzona córka uszy zatyka: bardziej jej się podobają awanturki miłosne!... I z kimże to, moja piękna?... Z synem mordercy!...
Rozyna nagle wstała i wyprostowała się dumnie.
— Któż mnie pogrążył w tę ohydną kałużę?... Wy, nędznicy, wy, podli! — zawołała... Któż to rozkazał mi, ażebym go rozkochała w sobie?... Wszak to kazał mi zrobić pański de Carpegna, mój podły małżonek?!...
— O, tak!... Niewątpliwie!... Kazał ci go rozkochać w sobie, ale nie kazał ci go kochać, moja piękna!... Nie zrozumiałaś pani danej ci instrukcji!...
— Wasze instrukcje!... Dlatego, że spotkaliście mnie pewnego dnia na ulicy, dlatego, że jeść nie miałam co, dlatego, że sądziliście mnie z pozorów — dlatego zdało się wam, że mam serce ladacznicy ulicznej!... O, hańbo!... «Rozkochaj go w sobie, żebraczko; słuchaj rozkazów, bośmy cię kupili!» A ja, nieszczęśliwa, zamiast rozkochać go, pokochałam go całą duszą, calem sercem!... O, ja nieszczęśliwa!...
— Krótko mówiąc, pan Rodrigez i panna Chimena! — roześmiał się Marino... Ależ to tragedja! Toć to z życiem nic nie ma wspólnego!...
— Groziłeś mi przed chwilą — zawołała Rozyna. Zabijże mnie! Zabijałeś innych, nie żądam więc nawet poświęcenia żadnego! O, zabij mnie, bo do siebie samej uczuwam wstręt okropny!... Nie chcę was słuchać!... Czegóż chcecie odemnie, nędznicy?... Toć to wasze dzieło to okropne, monstrualne uczucie, które mnie torturuje i męczy!... Kazaliście mi igrać z miłością, a miłość mnie zwyciężyła!... Pochłonęła mnie powoli, całkowicie, nielitościwie. A teraz — czy słyszysz, czy rozumiesz pan? — teraz ja kocham, kocham!!...
— Basta! Zkądże to szaleństwo? Na co?
— Zkąd! Na co?!... Ah, czyż kto może zgadnąć przyczyny tych rzeczy? Fatalność, urok, los, moje przeznaczenie!... Na co? Ah, jakże śmieszni jesteście z tem waszem na co?... Ależ to ztąd pochodzi, że miłość jest uczuciem, z którem igrać niewolno!... Ależ gdybym kochać przestała, wstrętniejsząbym się stała dla siebie samej, aniżeli gdybym nigdy nie kochała... Chcesz pan wiedzieć, dlaczego kocham? Dla tego, że mąż mnie zbezcześcił, a kochanek wzniósł mnie aż do swego serca... Dla tego... dla tego, że go kocham!... To największa przyczyna!
Rozyna upadła na krzesło i twarz zakryła rękoma.
Nagle zadrżała.
Marino wstał i przyglądał się jednemu z obrazów, wiszących na ścianie. Był to portret hrabiego Brutusa Besnarda. Dawny prokurator jeneralny w swym urzędowym stroju, w todze szkarłatnej, ozdobionej gronostajami stał w ramach, jak gdyby miał wygłosić mowę jako oskarżyciel publiczny, w celu domagania się o karę. Mazzinista przyglądał się portretowi z uwagą, poczem tonem obelżywej ironji przemówił do portretu, jakby do żywej osoby:
— A ten... pan hrabia... ten pan Brutus... «biały rzeźnik» czy również zaszczycony został pani miłością?
Młoda kobieta podniosła głowę, wodząc błędnemi oczyma dokoła siebie. Nagle Marino podszedł de niej i gwałtownie schwycił ją za rękę.
Szarpnął nieszczęsną córką Sayellego tak mocno, że aż jęk głuchy wyrwał się z jej piersi. Marino nie zważał na to wcale i ponownem szarpnięciem przyciągnął ją przed sam wizerunek ojca jej kochanka. Rozyna z tego żelaznego uścisku jego palców starała się uwolnić, ale Marino zmusił ją do zbliżenia się do obrazu.
— Patrz — wołał w uniesieniu — patrzże, nieszczęsna córko!... Tak był przystrojony ten człowiek, gdy stawiono przed nim twego ojca, z którego ran krew jeszcze ciekła!... Taką miał pozę, gdy od sądu domagał się śmierci dla twego ojca!... Tak, ten kat żądał śmierci dla człowieka, którego śmierć sama oszczędzała!... Tak się uśmiechał, gdy dokazał swego, gdy się dowiedział, że powtórnie strzelać będą do twego ojca, którego teraz już kule ominąć nie mogły!... Patrz, piękna kochanko hrabicza!... Albo raczej, na... ucałuj go, uściskaj, całuj jego ręce, całuj te szkarłaty! Może znajdziesz na nich, wilczyco krwi ojca chciwa, kilka plam z krwi Savellego!
Przy tych słowach Marino silną dłonią trzymał za szyję nieszczęśliwą kobietę i zmuszał ją do dotknięcia ustami obrazu. Rozyna wpadła w wściekłość: paznogciami chwytała włocha, który znęcał się nad nią bez litości. Teraz nagle obudziła się w niej włoszka, prawdziwe dziecko ludu:
— Nędznicy!... Nędznicy!... — zawołała. Tak, masz słuszność: Ta miłość jest ohydną!... Jestem wilczycą, jestem ojcobójczynią!... Nędznicy!... Rób ze mną co ci się podoba, skorom się sprzedała... skoroście ciało moje kupili, podli!... Kupiliście i ciało moje i duszę... Szatany! teraz do was należę... cała, cała!... Wyprowadź mnie ztąd... ale prędko... prędko... zanim on wróci... bo jeśli go ujrzę, nie będę już mogła domu tego opuścić... nie będę zdolna... umrę u nóg jego!
Żelazne obręcze uścisku Marino puściły swoją ofiarę.
Va bene! — zawołał... nareszcie odnajduję moją księżnę panią! A teraz w drogę! Czekają na nas w Paryżu. Wasza książęca mość wkrótce się dowiesz, jaką wielką misję będziesz musiała spełnić!
Marino podniósł z ziemi okrycie koronkowe, które pani de Carpegna wchodząc rzuciła na ziemię, i powracając do biednej kobiety, teraz dopiero zauważył, że ona płacze:
— Nie płacz, piękna signora, odezwał się Marino, serce mi krajesz temi łzami!... Nie płaczże księżno!... Ujrzysz go, swego giovinotto... i to prędzej daleko, aniżeli mogłabyś się nawet spodziewać! Ręczę za to!
— Nigdy!... Nigdy! — odpowiedziała Rozyna i łzami się zalała.
— Ależ zobaczysz go, zobaczysz jeszcze tego eleganckiego młodziana: ręczę za to!...
Rozyna ze wstrętem odsunęła się od Marino i mierząc go wzrokiem, odpowiedziała:
— Nigdy!... Słyszysz pan?... Do spełniania swych podłych czynów szukajcie innych ofiar — nie mego kochanka!... Nie jego, oh, nie jego!... Nigdy go więcej widzieć nie chcę... nigdy!
— Phe! — roześmiał się Marino. Przysięgi zakochanych — obietnice pijaków!... Oto pożegnanie w formie jaknajprzyzwoitszej!
Wyjął z kieszeni list przygotowany przedtem i położył go na stole w salonie na takiem miejscu, że musiał się w oczy rzucić.
Presto e vivace! — zawołał. Koleje żelazne nie czekają; honor tembardziej!
Marino podał ramię księżnej, która je odepchnęła oburzona. Blada, kredowo blada, jak gdyby duch miał ją za chwilę na wieki opuścić, Rozyna miała już próg przestąpić, gdy wzrok jej padł na róże dzikie, które przypięła na piersiach. Gwałtownym ruchem zerwała niewinny bukiecik, przycisnęła go do ust i położyła go na stole obok listu: był to wyraz pożegnania nazawsze.
Marino śledził oczyma każdy jej ruch.
Capisco! — odezwał się nareszcie, gdy Rozyna do drzwi zmierzała. Zakochana dzika różyczka! Emblemat dzikiej naszej przyjaciółki! Drogi i słodki upominek, który się całuje w promieniach gwiazdki przewodniczki!... Szczęśliwy młodzian!
Rozyna nic nie odpowiedziała. Oczy jej teraz dziwnym gorzały blaskiem: łez ani śladu! Zdawało się, że chciała wszystkie wspomnienia przeszłości zostawić po za sobą, westchnęła i gwałtownym ruchem wyszła z pokoju.
Marino podążył za nią.
Wkrótce powóz unosił ich ku miastu.

∗             ∗

Kiedy w niespełna pół godziny potem Marceli wrócił do zamku — salon zalegały ciemności. Służący wniósł lampę... Wówczas dopiero Marceli zauważył list do niego adresowany, leżący na stole. Zdziwiony, rozerwał kopertę i jęknął z boleści.
List cały zawierał dwa wiersze:
«Sądziła, że pana kocha: nie kochała pana. Zapomnij więc, skoro się zapomina».
Podpisu nie było.
Marceli Besnard czytał i odczytywał to brutalne pożegnanie; nie rozumiał, nie chciał nic zrozumieć. Nareszcie zawołał służącego:
— Gdzie jest księżna?
— Księżna tylko co wyjechała.
— Sama?
— Nie, z tym panem, który przyjechał.
— Czy powiedziała dokąd jedzie?
Na to pytanie nikt ze służby nie umiał odpowiedzieć.
— Mniejsza o to!... Niech konie natychmiast zaprzęgają!
Gdy służący wyszedł, Marceli dodał:
— Dogonię ich!
Znów wziął do ręki list bez podpisu. Teraz dopiero zauważył bukiecik... Dzikie różyczki zwiędłe, umierające, przypomniały mu jego uczucie... Opuszczony, schwycił kwiaty, zmiął je w ręku, rzucił na podłogę i podeptał ich szczątki nogami.
— Komedjantka!... Taki los i pamięć o tobie spotka!... Cóż za szczęście czuć się wolnym nareszcie!... Nareszcie!!
Ale w tej chwili w oczach mu wszystko ściemniało, kolana się zgięły i padł na podłogę bez życia...
Nieszczęśliwy kochanek Rozyny Savelli zemdlał...

VI.
«Ponieważ jest moim synem»...

Nadeszła zima, a z nią nadeszły jej mgły i smutki, które Paryż owijały w swe szare opony.
Tej nocy właśnie deszcz padał.
W domu rodzinnym hrabiego Besnarda, Marja-Anna siedziała przy ojcu... Było już bardzo późno.
Jakże okropnie zestarzał się hrabia Besnard!... Rok zaledwie minął, a postać jego — niegdyś prosta i dumna — pochyliła się, jak gdyby pod brzemieniem nieszczęścia; ubyło białych włosów na głowie; na t arzy zjawiały się nikłe, rozpływające się rumieńce, a od ust odbiegały po dwóch stronach twarzy dwie głębokie zmarszczki: pewne oznaki upadku sił. Cierpienia widocznie wzmogły się w ostatnich czasach; ataki zdarzały się coraz częściej, a lekarz obawiał się złego końca. «Szczególniej — powiedział lekarz — należy mu oszczędzać zbyt gwałtownych wzruszeń... Obawiam się o jego zdrowie, a nawet o życie, jeżeli zajdzie coś nadzwyczajnego, jakaś katastrofa.»
Wówczas Marja-Anna nie odstępowała ojca: od tej chwili została jego opiekunką, aniołem stróżem, roztaczającym skrzydła nad starcem, który czujnej, oddanej mu całkowicie opieki potrzebował.
Tego wieczora starzec w pół leżał na szezlongu z oczyma zamkniętemi, z rękoma złożonemi na piersiach. Na pierwszy rzut oka zdawaćby się mogło, że ogarnął go uroczysty sen śmierci: blade jego policzki nieruchome, oczy zamknięte, ani jednej kropli krwi pod tą marmurowo-białą powłoką, nadawały wyraz posągowego spokoju głowie starca.
I Marja-Anna zmieniła się bardzo: drobna, chuda jej twarzyczka jeszcze bardziej zwiędła, a dwie bruzdy, które czas wyorał na bladych jej policzkach, świadczyły o długich bezsennych nocach, o dłuższych dniach jeszcze, pełnych łez i boleści. Ubiór jej nie zdradzał już teraz naiwnej kokieterji niedawnych, a przecie — jak się jej zdawało — dawno minionych czasów. We włosach nie było widać wstążki, na piersiach nie było kwiatka, a czarna wełniana jej suknia świadczyła o żałobie serca. Marja-Anna siedziała przy fortepianie i przesuwała palcami po klawiszach, które wydawały dźwięki perłowe, szybkie, głośne czasem, ciche i smutne daleko częściej... Dziwne, zgrzytliwe chwilami dysonanse rozdzierały spokojną ciszę, panującą dokoła. Z dzieł Chopina Marja-Anna wybrała te ustępy, z nokturnów czy kołysanek, które ojcu jej najlepiej się podobały, przerywała je jednak i plątała własnemi improwizacjami, od których powstrzymać się nie mogła... W ciszy wieczornej, której nawet echa uliczne nie przerywały, rozlegały się dźwięki genjalnych utworów mistrza: rozpaczne jęki jego zbolałej duszy, wyrazy je go radości, której końcem nieprzewidziany smutek, a czasem bluźnierstwo, rozdzierające duszę do głębi... O Chopinie! namiętny poeto boleści, ty, którego geniusz cały był z łez utkany — patrjoto, opłakujący kraj swój rodzinny — kochanku, nienawidzący bóstwa swych uniesień chwilowych... Jakaż dusza ludzka, gdy ją cierpienie w swych szponach trzyma, zdolną jest słuchać cię bez wzruszenia, jakaż dusza ludzka nie pojmie rozpacznego krzyku boleści, jakim żegnałeś własne swe bóle serdeczne!
Dwa lekkie uderzenia we drzwi wyrwały młodą dziewczynę z zadumy: oderwała ręce od klawiszów... po chwili drzwi się uchyliły i ukazała się w nich przestraszona twarz Filomeny:
— Panienko!
— O co idzie, moja droga?
— Panienko!... Ktoś przyszedł?
— O tej godzinie?
Marja-Anna drżała. Niepojęte wzruszenie, którego źródła niktby wskazać nie mógł, nie pozwalało jej słowa jednego przemówić. Wzruszenie to było przeczuciem wielkiej radości nieznanej, ale tyle miało w sobie goryczy i lęku jakiegoś, że obawa radość przezwyciężyła i biedna dziewczyna drżała wobec niepewności, czego ma się spodziewać.
— Z wizytą... — dodała służąca — panienka musi koniecznie zejść do gościa!
Hrabia Besnard teraz dopiero otworzył oczy:
— Idź, moje dziecko, a wracaj prędko, wyjaśnisz mi tajemnicę!
Marja-Anna, posłuszna ojcu, wyszła natychmiast... Starzec znów oczy zamknął i zdawał się na wszystko, co go otacza, obojętnym... Słuchał jednak i czekał.
Na dole słychać było otwieranie drzwi, kroki czyjeś, głosy jakieś: o tak spóźnionej godzinie hałas ten mógł wzbudzić obawę... Słychać było wyraźnie głos Marji-Anny, inny jakiś!... Po chwili ktoś wchodził na schody... kroki czyjeś za ścianą... nareszcie drzwi się otworzyły: Marceli stał przed ojcem.
Hrabia Besnard nawet się nie poruszył na szezlongu.
— Więc to pan? — przemówił obojętnie, spojrzawszy na syna. Więceś pan powrócił?...
Nie zbliżając się do ojca, w pokorze wielkiej młody człowiek zgiął kolano:
— Ojcze mój!... przebacz mi... Ja tyle wycierpiałem!
Hrabia Besnard nic nie odpowiedział. Cisza panowała krótką chwilę.
Syn znów odważył się przemówić:
— Przebacz mi, ojcze... Obraziłem cię... wiem o tem i czuję to teraz... obraziłem cię nędznie, nikczemnie! Chciałem cię zniewolić do zezwolenia mi zawarcia małżeństwa z ohydną, wstrętną istotą, chciałem, byś dał swoje nazwisko kobiecie upadłej, ażebyś jej otworzył drzwi swego domu!... Ale ja cierpiałem, ojcze, okropnie cierpiałem... Jam odpokutował, ojcze, te winy! przebacz mi...
Hrabia Besnard milczał...
— Ojcze!... O, drogi ojcze! — ze smutną pokorą, niby echo brata, odezwała się Marja-Anna.
Na ten głos hrabia Besnard podniósł głowę.
— Kiedyś pan opuścił Sasseville? — zapytał starzec.
Syn nie mógł w tej chwili odpowiedzieć. Wstyd, rozpacz, żal zamykały mu usta. Po chwili dopiero zdołał wymówić szereg wyrazów, przerywanych milczeniem:
— Tak, powinienem był wcześniej upaść ci do nóg, mój ojcze, powinienem był dawno już błagać cię o przebaczenie: ale nie śmiałem, nie... Nie, ja kłamię: nie chciałem!... Szał całkiem mnie opanował... Usunęła się odemnie, uciekła zdradziecko... Nie mogłem tego na sobie wymódz, ażeby zrzec się, zapomnieć!.. Przebiegłem całą Francję, byłem we Włoszech, przeszukałem wszystkie miasta... Nic! Nigdzie nic nie znalazłem... A teraz szał już przeminął, namiętność nareszcie uwolniła mnie ze swych ucisków... Staję przed tobą, ojcze, wyleczony zupełnie!... Ojcze, przebacz mi, ja tyle wycierpiałem!
Marja-Anna zbliżyła się do ojca i uklękła przy bracie.
— Ojcze!... Drogi ojcze! — szeptała blada dziewczyna, nie mogąc się zdobyć na inne wyrazy.
— Jeśli teraz ośmieliłem się stanąć przed tobą, ojcze — mówił syn — to dlatego, że muszę cię pożegnać... Nie mógłbym dłużej mieszkać w Paryżu, wiedząc, że się na mnie gniewasz! Życie moje złamane: muszę pracować nad odrodzeniem się, muszę w sobie się zamknąć, nową sobie stworzyć duszę!... Chcę ztąd wyjechać. Prosiłem, ażeby mnie wysłano do jakiego dalekiego konsulatu, choćby na wygnanie, byle jaknajdalej, ażebym przez spełnienie obowiązku mógł odzyskać dumę, której teraz w sobie nie czuję, utraconą godność własną, którą mi haniebnie skradziono... Czy mogę cię, drogi ojcze, błagać, ażebyś prośbę moją poparł.
Hrabia Besnard spojrzał na syna i po chwili odpowiedział:
— Dobrze... zwrócę się do ministra.
Młody Besnard wstał i powolnym, chwiejnym krokiem zwrócił się do drzwi. Marja-Anna szła za nim.
Hrabia Besnard nie poruszył się nawet. Zdawało się, że przysłuchuje się krokom syna. A tymczasem wicehrabia Besnard powoli schodził ze schodów... Echo jego kroków dochodziło do starca, który słyszał wyraźnie, jak syn nigdzie się nie zatrzymywał: przeszedł przez korytarz, znajdował się w przedpokoju, za chwilę miał wyjść na ulicę po to może, ażeby nigdy nie powrócić!...
Nagle starzec zerwał się, pobiegł do drzwi, otworzył je naoścież i krzyknął:
— Synu mój!... Synu!...
Na dole kroki ucichły.
— Synu!... Synu! — powtórzył starzec.
I syn na głos ojca przybiegł natychmiast i rzucił mu się w otwarte ramiona... Dokoła panowało głębokie milczenie... Obydwaj, i syn i ojciec, nie mogli przemówić długo jeszcze, bardzo długo...

VII.
Widmo nocne.

«Dlatego, że ten syn mój był umarły, a odrodził się; dlatego, że zginął, a znalazłem go»...
Teraz w pokoju dziecka, które wróciło na łono rodziny, ogień wesoło buchał na kominku, a z pod abażuru wesołe rozpływało się światło po całym pokoju. Młody Besnard pocałował w czoło Marję-Annę i pożegnał ją:
— Bądź łaskawą, moja droga, zostaw mnie samego: spróbuję zasnąć...
Nareszcie był sam!
Co za rozkosz módz dać prawo odpoczynku znużonym członkom, co za rozkosz odpocząć duszą! Jak mu było dobrze w tym kawalerskim pokoju! Wszystko znalazł na tem samem miejscu, i w takim wzorowym porządku!... Nawet pewien nieład na biurku umiano uszanować... Droga, kochana siostrzyczka!
Wice-hrabia Besnard wstał i przeszedł się po pokoju.
Dokoła otaczały go dobrze znane mu przedmioty i zdawały się przesyłać mu pozdrowienie. Przedewszystkiem uderzył go zbiór broni i kasków z czasów renesansu. Z jakiem to zamiłowaniem zbierał on te przedmioty, z jakiem zajęciem układał je, chcąc całość ułożyć jaknajpiękniejszą!... Na przeciwległej ścianie błyszczały już nowsze narzędzia śmierci: muszkiety, szpady, pistolety... ah! te same, które w Vaucresson... Młody Besnard zerwał je ze ściany i rzucił do szuflady...
Teraz spojrzał na akwarele, które, rozwieszone na ścianie, nadawały jego pokojowi jakiś wyraz radosny: naiwne, chociaż czasami i wyborne nawet dzieła jego siostry, Marji-Anny. Były to wspomnienia wszystkich miejscowości, w których im się być zdarzyło. Oto Auray i rozpaczliwa płaszczyzna Pola Męczenników; dalej Audierne z piękną niebieską zatoką, zdobną w różowe granity, dalej nieco ciemna zieleń łąk w Audierne, na których tle ładne twarzyczki bretonek smutnie uśmiechały się do widza. O! szczęśliwe to czasy — wspominał Besnard — kiedy można było spokojnie przysłuchiwać się ich piosnkom! O niczem nie myślał wówczas, chyba o tem tylko, że piosnki były piękne...
Rzucił okiem na krajobraz normandzki: był to park Sassevilski, ta jego część, która dotykała do wielkiej równiny, po za którą znajdowała się ta właśnie, ta sama aleja, gdzie... Besnard zamknął oczy i odwrócił obrazek do ściany!... Dlaczegóż te wspomnienia biegły za nim, dlaczegóż go prześladowały, skoro po to tu się zamknął, ażeby się od nich uwolnić?... Nie, lepiej pogrążyć się w czytaniu... Skierował się ku szafce z książkami.
Wszyscy stali tu zebrani co do jednego, ci ukochani jego poeci, pocieszyciele dusz strapionych, którzy, jeśli ran nieuleczalnych goić nie mogą, przynajmniej każą na chwilę milknąć cierpieniom: na czele stał mistrz nad mistrzami, Chateaubriand, pierwszy badacz bolesnych przepaści duszy współczesnej, nieporównany artysta, bez którego dzieła dzisiejsza Francja nie posiadałaby wcale książek; inny dalej — Victor Hugo, którego genjusz twórczy różnił się wielce od stojącego tuż obok niego Alfreda de Vigny; dalej Alfred Musset, który umie samą boleść doprowadzić do rozpaczy, i Lamartine, umiejący ją uśmierzać, a dalej kilku najnowszych poetów, a więc Banville, który umie czasami zakląć łzę w perłach uśmiechniętego wiersza, i Lecomte de Lisie, świetny, równy największym, wyrzucający bogom ich nieudolność...
Do nich Besnard wyciągał rękę, a trafem dziwnym ręka ta spoczęła na cudzoziemcu, na włochu: na Alighierim... Książka Dantego sama się otworzyła. Besnard rzucił okiem i na te trafił wyrazy:
«Miłość, która szybko ogarnia szlachetne serca... Miłość, która nie pozwala żywić w sercu obojętności żadnej kochanej istocie... Miłość, która do tej samej prowadzi śmierci»...
Besnard nie mógł czytać dalej. Zamknął książkę i rzucił ją na stół.
Zanadto dobrze znał on te tercety, przekleństwem tchnące! Ileż to razy, uczuwając na swej twarzy miłe dotknięcie rozpuszczonych włosów ukochanej, w jej uścisku lubym, z najdroższym ciężarem głowy jej na swem ramieniu, czytał te wiersze — czytał z «Nią»!... Ona — tamta!... Młody człowiek biegał prawie po pokoju...
Tak, tak... «tamta»!... Nie myślał już przecie o niej, nie chciał o niej myśleć!... Był to obraz, starty już z jego pamięci... widmo, które się już w świetle dnia rozproszyło... popiół nazawsze zgaszony!... «Ona»!
Śmiech szyderczy, ostry, przykry nad wyraz, rozległ się w pokoju.
Zmęczony był okropnie. Położył się do łóżka i zgasił lampę. Głowa młodego człowieka spoczęła na poduszkach: zasnął na chwilę... Nagle zerwał się gwałtownie... usiadł na łóżku i patrzył w cienie nocy. Okropna boleść przeszyła mu serce... To «tamta»...jeszcze «ona», zawsze «ona»! Ów obraz z pamięci starty... widmo rozproszone... popiół przytłumiony!... Wszak żadna iskierka nie powinna była w nim się zapalić! A przecież to «ona»... zawsze «ona»!...
Noc była ciemna... Na świecie grudzień jęczał złośliwie, siejąc niepogodę... I znów w nocy rozległ się w pokoju młodego Besnarda śmiech ostry, oczy jego wpiły się w mgławy obraz tej, którą ubóstwiał, a teraz znienawidził, i zawołał:
— O, znajdę cię!... A wówczas... wówczas... Wszak tyś sama powiedziała: «Jeśli kochanka zdradza — zabij ją»!...

VIII.
Pajęczyna.

W parę dni po owym balu w pałacu tuileryjskim, na którym Napoleon okiem znawcy ocenił wysoką wartość księżnej de Carpegna, przez boczną furtkę wpuszczony do pałacu, zbliżał się do gabinetu swego władcy jeden z licznych pająków, których zadaniem było zręczne rozstawianie cieniutkich, niewidzialnych prawie sieci, na piękne, złote muszki. Rozkaz wyraźnie głosił, że miał je chwytać na lep złota, ale pająk złoto wolał umieszczać w zasobnej swej szkatule, a muszki chwytał na urok nazwiska, na wysoki zaszczyt, jaki stanie się ich udziałem, gdy namiętne uściski największego ze śmiertelnych, nieśmiertelnego prawie, piękne ich kształty zaszczycą! Czyż nie zaszczyt to dla kobiety, gdy skarby jej piękności oceni ten, który stoi na czele wszystkich jej współzawodniczek, a każda przecie radaby zaszczytu tego dostąpić? Pająk La Chesnaye otworzył drzwi do gabinetu, w którym nie było jeszcze nikogo. Nie pierwszy to raz misję swoją spełniał, wiedział więc, jak się ma zachować, co mówić, co obiecywać, jakie stawiać trudności, ażeby w oczach pana swego zyskać na wartości i największe zapewnić sobie korzyści. La Chesnaye usiadł tuż przy drzwiach i spokojnie czekał. Jedna go tylko teraz myśl zajmowała: czy pożądanie odpowie w zupełności jego nadziejom, czy cyfra, którą z lubością powtarzał w swej pamięci, nie wyda się zbyt wielką? Ani na chwilę nie zastanawiał się nad tem, czy druga strona oporu stawiać nie będzie. Z doświadczenia wiedział, że potężniejsze, w głośniejsze zdobne nazwiska i tytuły, młodszych posiadające mężów i wielbicieli, ulegały jego namowom; dlaczegóżby więc ta włoszka jakaś, z d’Apratów zrodzona, za jakiegoś de Carpegna wydana gwałtem chyba — to było widoczne! — nie miałaby zgodzić się na uzyskanie wysokich względów i możnej protekcji na wszelki wypadek? Włoszką była, a włoszki muszą zawsze coś nienawidzieć, jakiejś pragnąć zemsty... Teraz zwłaszcza, gdy ten de Carpegna powiększył grono włoskiej szlachty w niebiesiech, cóż mogło stanąć jej na przeszkodzie? Niepokoiło go tylko to, co widział w Vaucresson: ta tajemnicza karetka, ten śmiech urywany księcia de Carpegna, strzał jego nareszcie, wszystko to w oczach dworaka miało powagę intrygi miłosnej. Z doświadczenia zaś wiedział, że miłość awanturnicza włoszek była zwykle kapryśną i ślepą na najbardziej lśniące złoto, głuchą na oczywiste dowody... Złoto!... La Chesnaye nawet nie przypuszczał, ażeby aż do tego uciekać się musiał: złoto powinno było całkowicie i niepodzielnie do niego należeć, zaszczyty wszelkie odstępował chętnie na rzecz ofiary...
Boczne drzwi, prowadzące z dalszych pokojów pałacowych do gabinetu, otwarły się i stanął w nich jeden z interesowanych. W tej chwili przez głowę La Chesnaya przesunęła się myśl: a gdzie jest druga strona? Gdzie szukać tej, która zapewnić mu zdoła wcale przyzwoitą sumkę, chociaż sama o tem wiedzieć nie będzie. Myśl ta zaniepokoiła go nieco zapóźno. Teraz trzeba było działać, jak gdyby mu miejsce jej pobytu było jaknajlepiej znane.
Człowiek, który stanął w progu, uśmiechnął się i prawą ręką pociągnął długą nić swego wąsa. La Chesnaye złożył głęboki ukłon.
— Chciałbym... — odezwał się mieszkaniec pałacu Tuileryjskiego.
La Chesnaye nie po raz pierwszy uprzedzał chęci warunkowe swego władcy, który niezwykł był dawać pełnych rozkazów. Zachowanie się jego na balu, to, co wówczas powiedział szambelanowi na ucho, spojrzenie, jakie rzucił na piękną księżnę de Carpegna, powinny go były uwolnić od bliższych wyjaśnień. La Chesnaye musiał zrozumieć odrazu, skłonił się bowiem natychmiast i temi odpowiedział wyrazami:
— Włoszka młoda i piękna... mąż przed paru dniami zginął w pojedynku... Zabił go wice-hrabia Besnard... Czy miłość?... Nie wiem jeszcze, ale — tu zawahał się — ale wątpię...
— Ah! — skrzywił się ten, który słuchał.
La Chesnaye pośpieszył natychmiast z ukojeniem wszelkich skrupułów:
— Jeśli sprawę będę mógł prowadzić tajemniczo nieco i nieco dłużej, za powodzenie ręczę...
— Dobrze! Gdyby ktoś podsłuchiwał tych ludzi, a nie wiedział gdzie się znajduje i z kim ma do czynienia, przysiągłby, że to są najzwyczajniejsi śmiertelnicy, grający na giełdzie, którym jakaś awantura, nic ich zresztą nie obchodząca, stanęła na drodze. Bez żadnych umów przedwstępnych, stosunki ich tak się ułożyły, że nawet wobec samych siebie zachowywali incognito. Nigdy, w czasie tego rodzaju rozmów w gabinecie tuileryjskim, nie słychać było żadnego nazwiska, żadnego tytułu.
La Chesnaye znów się skłonił i rzucił pytanie:
— Kiedy? Uśmiech był odpowiedzią.
— Dobrze!
Tu nowy ukłon.
— Proszę mnie nie oszczędzać!
Tego rodzaju frazes był znakiem pożegnania i zarazem oznaką, że pożądanie miało rozmiary, jakich La Chesnaye pragnął.
Szambelan po raz ostatni się skłonił, i cicho, jak wszedł, pałac opuścił. Jak miał zrobić, ażeby go nikt nie widział, wiedział doskonale.
Po chwili przez boczne drzwi pałacowego ogrodu, od których klucz posiadał, szambelan La Chesnaye pieszo oddalał się od Tuileryjskiego pałacu. Przedewszystkiem należało mu zwiedzić Passy, dopytać się — czegóż nie może parę sztuk złota? — czy właścicielka pustelni nie uciekła zbyt daleko, trafić na jej ślad, a gdy to wszystko będzie mu wiadome, czegóż nie będzie umiał zrobić ten mąż stanu, który niegdyś na własny użytek zakładał pajęcze sieci, a teraz nie na własny wprawdzie użytek, ale też i nie na własny rachunek...
— Zobaczymy! — po długich rozmyślaniach powiedział La Chesnaye, prawie głośno, w chwili gdy się zbliżał do pustelni w Passy.




IX.
Nowy posiadacz.

Grudzień, śniegu i lodu pełen, nareszcie się skończył. Śnieg i lód jednak nie stawał wcale na zawadzie wesołym zabawom tej epoki drugiego cesarstwa, którego potęgą były właśnie zabawy, a im bardziej szalone — tem pewniej osiągające celu, dla którego urok ich roztaczano przed całą Francją.
Rok 1858 narodził się przy dźwiękach muzyki, na rytm polek i kontredansów. Było to ciągłe święto, sięgające początkiem w głąb zeszłego roku. W świecie urzędników wyższych stopni święto nie ustawało nigdy: był to wylew szczęśliwości urzędowej. Bale w pałacu Tuileryjskim i w ministerjach; bale w trzech prezydenturach, bale u obydwóch prefektów, bale wszędzie i zawsze. Każdego wieczora z nad miasta rozgorączkowanego unosiły się szmery ogólnego zadowolenia: cienie nocy odczuwały szelesty sukien pięknych kobiet, w szalonym walcu gaszących swe pragnienia zabawy; szmery komplimentów dość szczerych, szeptanych do uszu nimf balowych, odgłosy uśmiechów i szczerszych wybuchów z pod wachlarzów pięknych, lub do piękności roszczących pretensję, wszelkiej rangi i pochodzenia, kobiet. Chyba od wieku już całego umundurowana Francja nie raczyła się tak wesoło, nie tańczyła tak zawzięcie, nie oddawała się tylu nocnym libacjom, nie kochała tyle. Tak, cała oddaną była wesołości!... Wszak życie jest tak krótkie, a cesarstwa mijają szybko!
Podczas gdy elegancki Paryż oddawał się bezgranicznej wesołości, podczas gdy przy dźwiękach wybornej muzyki piękni panowie w tańcu ściskali ładne kibicie piękniejszych stokroć kobiet, — w domu przy ulicy Breteuil istnienie każdego z mieszkańców upływało monotonnie, nudnie prawie, niezmiennie jednakie zawsze. Dnie upływały za dniami, jutro było takie samo jak dzień wczorajszy: ani cienia wesołości, ani jednej chwili zupełnego szczęścia, a choćby tylko zapomnienia.
Młody Besnard zmienił się do niepoznania: ten dawny młodzieniec cieszący się powodzeniem, hołdownik mody i jeden z jej prawodawców, znikł w nim zupełnie; zastąpił go inny człowiek: milczący, poważny, dziki prawie. Nikt go już nie spotkał na wesołych kolacjach w słynnych zakładach gastronomicznych, nikt go nie widział za kulisami teatrów, tych siedlisk cnót łatwo ulegających nietylko pokusie, ale poprostu zwykłej brzęczącej propozycji; nikt nie mógł się pochwalić, ażeby w klubach współzawodniczył z nim wobec damy treflowej. Cóż zrobił ze sobą, jakże się przeobraził ten wice-hrabia Besnard, słynny tancerz, zawołany salonowiec, o którego gotowe były boje staczać matki, posiadające córki na wydaniu? Oddalony od świata, nie mający żadnych z nim stosunków na jedynem wówczas znanem polu zabawy, młody Besnard poprostu zapomniał o świecie i ludziach, nawet o przyjętych w tym świecie zwyczajach. Pozostawał głuchym na wszelkie zaproszenia i starał się uchylić nawet od zwyczajnych obowiązków grzeczności światowej. Nie raczył nawet pojechać do pałacu Tuileryjskiego w dniu, w którym cesarzowa przyjmowała wybranych — a on do nich należał — pod nazwą «poniedziałków cesarzowej»: było to zgwałcenie, i to dość poważne, etykiety, którą szanować było obowiązkiem każdego dobrze wychowanego urzędnika. Ojciec, stanem syna zaniepokojony i smutne ztąd wyprowadzający wnioski, zwracał się czasem do niego z wymówką, ale żadnej nie otrzymywał odpowiedzi. Syn za całe tłómaczenie wzruszał ramionami i milczał.
Natomiast pracował zawzięcie. Z jednej ostateczności wpadł w drugą. Dzięki wstawiennictwu ojca, długa jego nieobecność w radzie stanu została zapomnianą. Po dość długiem, płynnem, ale nudnem kazaniu, jakie z urzędu wystosować musiał do zbłąkanego urzędnika zawsze wymowny p. Baroche, wice-hrabia Besnard objął dawne swe obowiązki. Teraz był nadzwyczaj gorliwym: na posiedzenia rady zjawiał się pierwszym, opuszczał je ostatnim. Nie było nad niego gorliwszego sprawozdawcy.
Każdego ranka około godziny jedenastej widzieć można było wice-hrabiego, jak wchodził we drzwi główne, prowadzące do pałacu d’Orsay; nie tracąc chwili jednej, udawał się na stanowisko. Besnard wchodził poważnie do wielkiej sali, grzeszącej zbytnią uroczystością. Ściany jej zdobiły ogromne obrazy, świadczące o cnotach dawnych sądowników... Śmierć Achillesa de Harlay, który pięknie wyglądał nawet w chwili, gdy spadały na niego sztylety Ligi — wyglądała z wielkich ram złoconych, zachęcając innych do takiego bohaterstwa. Z innego płótna przemawiał do żywych głośny w swoim czasie Mathieu Mole, którego szkarłatna suknia, nie plamiąc się wcale, przeciągnęła go przez wszystkie barykady Frondy... Z wysokości estrady, na której zasiadali członkowie rady, wice-hrabia Besnard patrzył zgóry na adwokatów, zajmujących miejsca przed kratą i zdradzających uśmiechami i półsłówkami brak uszanowania dla wysokiego sądu, z którym rzadko który z nich umiał żyć w zgodzie. Komitet często bywał świadkiem dziwnych batalij na słowach: gorący pan Marchand, maleńkiego wzrostu radca sądowy, okrąglutki, pulchny, rozumny aż do dowcipu nieco jowjalnego, obdarzony parą wielkich oczu, ukrytych po za ogromnemi okularami, trochę fantasta, prawie herezjarcha w tej świątyni Temidy administracyjnej, ten pan Marchand nigdy nie mógł się zgodzić z poważnym panem Boulatignier, którego ruchy uroczyste i głos wyroczni doprowadzały pana Marchanda do rozpaczy. Pan Boulatignier był zapamiętałym zwolennikiem tego co minęło, i zawsze był gotów walczyć z nowościami, których wielbicielem był pan Marchand. Jako sekretarz, wice-hrabia Besnard nie mógł brać udziału w tych bohaterskich zapasach; ale w czasie mniejszych zgromadzeń umiał wcisnąć do protokółu swoje zdanie, które obie strony oświecała należycie. Odtąd wice-hrabia Besnard był wzorowym urzędnikiem. Pan prezydent Boudet, niebardzo życzliwy, ani nawet grzeczny dla podwładnych, mimowoli polubił tego młodego swego kolegę, który tak wybornie wywiązywał się z obowiązków. Zgadywał w nim talent pierwszorzędny; przepowiadał mu świetną przyszłość.
— Eh! eh! — mawiał pan prezydent Boudet — ten mały Besnard ma w piersiach ogień święty, który gorzał w Geraudach i Macarelach! Jakiż to będzie z niego sędzia!... Tak, ten daleko zajdzie!
Tymczasem wice-hrabia Besnard żadnych nie robił starań, ażeby się posuwać po szczeblach hierarchji urzędniczej. Pracował bez wytchnienia, pracą czas poprostu zabijał.
Gdy posiedzenie rady stanu odwoływano, noc już zapadała. Besnard pomimo to nie śpieszył i zwykle ostatni opuszczał pałac d’Orsay. Nigdy z żadnym z kolegów nie wychodził z sali sądowej; zawsze sam jeden opuszczał pałac. Wówczas dopiero, gdy wśród cieniów nocy znalazł się na ulicy, puszczał wodze fantazji i spacerował bez celu wzdłuż ulic, których nazw nawet często nie wiedział. Był to najdziwaczniejszy ze spacerów, o jakich można pomyśleć. Wzdłuż Sekwany dochodził Besnard do samotnej części miasta, która ciągnie się w stronę Grenelle. Wiatr styczniowy niemiłosiernie chłostał go po twarzy, całe zaspy śniegu sypały się na niego ze wszystkich stron, a Besnard nic nie czuł i szedł ciągle przed siebie, nie ustając ani na jedną chwilę. Czasami zatrzymywał się nad brzegiem rzeki, całem ciałem przechylał się przez parapet, jak gdyby chciał podsłuchać szmery lodów i pomruki śniegowej zamieci. Chciwym wzrokiem, jak gdyby zazdrościł Sekwanie jej zaguby w czeluściach morza, śledził bieg jej wód.
Ktokolwiek rzucił na niego baczniejsze spojrzenie, musiał przyjść do przekonania, że ma przed sobą bardzo nieszczęśliwego człowieka!
Doszedłszy do mostu Jena, Besnard przechodził na drugą stronę rzeki i znajdował się w ten sposób naprzeciw ciemnej masy Trocadero. Ten zakąt Paryża podówczas był pustką, złej opinji używającą: było to właściwie zbiorowisko kamieni nieforemnych, niewielkich drzew karłowatych i krzaków, przez które przedostać się nie było sposobu. Tutaj dopiero Besnard się zatrzymywał: zmęczony fizycznie, bez tchu prawie siadał na ławkę i siedział bez ruchu. Oczy jego zwracały się ku wzgórzom, na których spoczywało Passy, i napawały się wcale niepięknym widokiem, jakie to przedmieście przedstawiało. W miarę ogarniającej je coraz większej ciemności, przedmieście rozjaśniało się szeregami świateł ulicznych, które w szarem powietrzu błyskały smutnie.
Po pewnym czasie, nagle Besnard porywał się z miejsca, na którem siedział i śpieszył do domu. Ojciec, ile razy widział go po powrocie z biura i z tej dziwnej wycieczki, boleśnie kiwał głową, Marja-Anna w milczeniu łzy ocierała. A tymczasem gorliwy urzędnik nic nie widział, co się działo dokoła niego, a jeśli czasem chciał udać wesołość, tyle w śmiechu jego było nut rozpacznych, że boleśniej jeszcze ranił kochające go serca ojca i siostry.
Pewnego ponurego wieczora wice-hrabia Besnard przeszedł przez puszczę Trocadero i wzdłuż Sekwany dotarł aż do Auteuil. Orjentując się wówczas w mało mu dotąd znanej tej dzielnicy miasta, począł szybko posuwać się po wzgórzu Boulainvilliers, i gdy na pewnej już znalazł się wysokości, skręcił na prawo. Ujrzał przed sobą tajemniczą aleję, którą z dwóch stron otaczały wille letnie: ulica Ogrodowa, żmija jadowita, rozciągająca swe ciało między ogrodzeniami ładnych zakątków leśnych i między eleganckiemi domkami, najrozmaitszej konstrukcji.
Prawie na samym początku tej ulicy stał pałacyk w stylu Ludwika XVI, elegancki, zgrabny, «vide-bouteille» z końca zeszłego stulecia: budyneczek ten miał pozór tych «bagateli», które były miejscem schadzek bardzo znakomitych kochanków. Besnard zatrzymał się i wpatrywał się w ten obraz, jaki się przed nim roztoczył... Tutaj to w ciągu kilku miesięcy wiosennych ukrywała się... «ona», «tamta»... Tutaj to po raz pierwszy on ją pocałował!
Dom był pusty: z pewnością o tej porze roku nikt tu nie mieszkał. Był to dom umarły, bez życia, jak bez życia były ich uniesienia miłosne, tak gorące przecież jeszcze niedawno! Drzwi były zamknięte, wszystkie okiennice pozasuwane. Nigdzie najmniejszego ruchu, ani światła: nad «pustelnią» zawisło milczenie; dach jej nawet, z którego powoli sączyły się krople wody, zdawał się opłakiwać minione szczęście... Wice-hrabia Besnard nieruchomy, jak gdyby do ziemi przyrosły, wpatrywał się w zimny dla niego w tej chwili obraz...
...Oh, jakże on dobrze znał to przeklęte siedlisko — całe, najzupełniej całe, bez żadnego wyjątku!... Tam w głębi mur, na którym bluszcz wdzięczne swe porozpinał liście, ten sam mur, który on ośmielił się przekroczyć pewnego wieczora, kiedy Rozyna oddała mu się po raz pierwszy prawie bez oporu. Tuż za tym murem śliczna łączka, ujęta w ramy bzu. Jakież zapachy roztaczał dokoła ten ogród... Była to noc majowa, prześliczna, urocza, prawdziwie wiosenna!... Jakiż błogi niepokój ogarniał go, gdy przechodził przez ten ogród do ukochanej kobiety!... Na dole drzwi, prowadzące z ogrodu do salonu, były otwarte. Lampa nakryta abażurem, oświetlała gustowny pokój, w którym Rozyna niedbale siedziała w wygodnym fotelu... Książka leżała na jej kolanach, ale wzrok jej ginął w obrazach, jakie wyobraźnia przed oczyma jej duszy zarysowywała... Besnard wszedł wówczas... Rozyna — przypominał to sobie teraz doskonale — krzyknęła i zerwała się z siedzenia blada i drżąca.
— «Pan!... Pan!?» — wołała przerażona. Ale kochanek nie dał jej przyjść do słowa: schwycił oburącz jej ręce, wyciągnął ku niej głowę, ustami ust jej szukając. Rozyna opierała się, walczyła z natrętem.
— «Odejdź pan!...Odejdź pan! — wołała — przez litość!..»
Ale po chwili, wpadając z jednego uczucia w inne, wymówiła nareszcie:
— «Oh! niedobry!... Najdroższy, najukochańszy!...»
Potem cisza... potem namiętne pocałunki...
Trzy miesiące, a przecie chwilę jedną, dwoje kochanków wzajemnie miłością za miłość sobie odpłacało... Najgłębsza otaczała ich tajemnica... Jak tylko cienie nocy schodziły na ziemię, Rozyna otwierała drzwi... Kochanek każdego wieczora stawał pod domem o umówionej godzinie... A teraz!... O, bądź przeklęta, złodziejko serca i ognia świętej miłości!... Trucicielko! Podła kurtyzanko!...
Takie myśli przechodziły przez głowę nieszczęśliwej ofiary miłości na widok domu, w którym tyle zaznał szczęścia... Besnard jednym skokiem prawie znalazł się przed bramą, schwycił za dzwonek i gwałtownie za sznurek pociągnął... Echo mu tylko odpowiedziało zdaleka, ale w zamkniętym domu nikt się nie poruszył... Zadzwonił ponownie, bił pięściami w bramę, znów dzwonił... Nikt nie odpowiadał... Wyjechała więc z Paryża! Wyjechała, uciekła!...
Nieszczęśliwy kochanek Rozyny, która go opętała swoją miłością, odszedł ponury od tego domu, od tego grobu nazawsze rozwianych swych złudzeń!...
W domu czekały na niego smutne twarze ojca i siostry: zresztą wszystko jak dawniej. Jutro znów czekały go te same wrażenia... Smutek osiadł w jego sercu.
Pewnego wieczora zauważył, że w domu ktoś być musi: okiennice były pootwierane, na każdem piętrze wewnątrz gorzały światła. Któż mógł przebywać w tym domu teraz?
Młody człowiek, jak dnia poprzedniego, przybiegł do bramy i zadzwonił. Nastąpiła chwila niecierpliwego oczekiwania. Nareszcie lufcik niewielki, umyślnie w tym celu w bramie wyrżnięty, otworzył się, i wyszedł z niego głos, którego intonacja nie świadczyła dobrze o usposobieniu swego właściciela:
— Czego tam chcą?...
Nazwisko księżnej de Carpegna byłby wymówił Besnard, gdyby nie miał czasu zastanowić się nad niebezpieczeństwem wywoływania z zapomnienia tajemnicy, o której on sam nawet powinien był zapomnieć.
— Do kogo ten dom należy? zapytał nieśmiało.
— Do pana barona La Chesnaye — odezwał się głos i lufcik natychmiast się zamknął.
Besnard przed temi, dla niego tak szczelnie zamkniętemi, drzwiami stał nieruchomy.
Teraz nic już nie rozumiał. Nawet nie umiałby się niczego domyśleć...
— La Chesnaye!... A więc to baron kupił ten dom?... Musiał więc widzieć Rozynę, musiał z nią rozmawiać!... Gdybyż można się go zapytać?
Besnard, pod wpływem tej myśli, znów zadzwonił. Nikt się nie odezwał. Na końcu ulicy, prawdopodobnie zwabieni hałasem, ukazali się ludzie: ulica Ogrodowa nie była tak pustą, jak dnia poprzedniego.
Siódmą godzinę wydzwonił zegar na wieży kościelnej w Auteuil. Dźwięki te zwróciły na siebie uwagę Besnarda... Ojciec, siostra oczekiwali na niego! Teraz dopiero przypomniał ich sobie...
Po chwili był już na drodze do domu.

X.
Podarunek pana Lazare.

Kiedy wice-hrabia Besnard zbliżał się nareszcie do domu, chłodny deszcz ze śniegiem na dobre zaczął padać. Ulica Breteuil była prawie pustą. Musiał iść pieszo, gdyż w oddalonej dzielnicy miasta nie mógł znaleźć dorożki. Spóźnił się więc i biegł bardzo szybko.
Ulica o tej godzinie, oświetlona słabo bardzo oddalonemi od siebie latarniami, podobną była do bocznej drogi podmiejskiej: jak oko zasięgnąć mogło, nikogo na niej nie było widać. We mgle nocnej zaledwo w oddali majaczyły dwie-trzy sylwetki spóźnionych przechodniów.
Przed domem hrabiego Besnarda siedział jednak jakiś człowiek i drzemał... Człowiek ten siedział na ławce i głowę o mur oparł. Trudno było zrozumieć, czy spał, czy zamyślił się tylko. Z pozoru sądząc, człowiek ten musiał należeć do licznych zastępów ludzi, pozbawionych własnego dachu nad głową. Wice-hrabia Besnard rzucił na niego przelotne spojrzenie, zdziwił się nieco obecności obcego człowieka pod domem ojca, ale minął go i już chwytał za dzwonek, gdy nieznajomy przemówił:
— Panie wice-hrabio!
Jednocześnie człowiek podejrzanej powierzchowności wstał z ławki i zbliżył się do Besnarda:
— Wszak pan wice-hrabia Besnard?
— Tak.
— Wiedziałem, że pana wice-hrabiego nie było w domu... ale ośmieliłem się czekać na jego powrót.
Wice-hrabia Besnard uważniej spojrzał na nieznajomego, posiadającego tak dokładne informacje: człowiek ten, silnej budowy, mógł mieć lat czterdzieści, posiadał czarną brodę, włosy gęste, i rzadko mające z grzebieniem do czynienia. Kostium jego przypominał ubiór posłańców paryzkich — miał na sobie kaftan z niebieskiego aksamitu i czapkę ze skóry wydry.
— A więc? — zapytał Besnard.
— Panie wice-hrabio, przynoszę panu mały upominek.
— Upominek? — zdziwiony oryginalnością tych wyrazów, powtórzył Besnard.
— Tak, podarunek od pana Lazare.
— Nie znam wcale pana Lazare!
— Nie wiem o tem; ale on doskonale zna pana wice-hrabiego.
Besnard coraz pilniej przyglądał się nieznajomemu. Zdawało mu się, że twarz tę w życiu swem już gdzieś widział? Pamięć jednak nie przypominała mu żadnego nazwiska; a przecież pewnym był, że gdzieś już spotykał tę gęstą brodę i rozczochrane włosy. Gdzie?... W jakiem miejscu?... Przy drzwiach którejś z nocnych restauracyj?... Cudzoziemiec to był zresztą — wymowa zdradzała go ciągle — korsykanin jakiś, włoch może?... Dziwne, szalone myśli ogarniać poczęły Besnarda, który nie mógł oprzeć się rozkosznemu jakiemuś wzruszeniu. Było to przeczucie tylko, bez żadnej najmniejszej pewności, ale oprzeć mu się nie mógł.
— Wejdźmy! — powiedział Besnard, wskazując na drzwi domu ojca.
Nieznajomy zastąpił mu drogę:
— Niepotrzebniebyś się pan fatygował, panie wicehrabio!... Natychmiastbyś pan wyjść musiał!
Przy tych słowach nieznajomy podał Besnardowi pudełko, sznurkiem obwiązane.
— Niech pan to weźmie, panie wice-hrabio!... Jest to zwiastun spokoju serca!
Ten ostatni frazes, wyjęty z jakiegoś romansu, tak dziwnym tonem wymówił nieznajomy, że Besnard zadrżał... Zwiastun spokoju serca!... Któż był tym dziwnym człowiekiem, który znał tajemnice jego serca?... Besnard oburzony, zdziwiony, rozczulony nawet, nie mógł się oprzeć pokusie: wyciągnął rękę po pudełko.
— Żartów, wiedz o tem, nie znoszę — odezwał się wice-hrabia, i zwykłem laską odpędzać dowcipnisiów... Daj!
Nieznajomy podał mu pakiet. Besnard schwytał go i stanąwszy pod latarnią, zaczął rozwiązywać. Po rozerwaniu papieru oczom jego ukazało się bardzo ładne drewniane pudełko, starannie opieczętowane. Besnard zerwał pieczęcie, otworzył pudełko i krzyknął...
Na dnie pudełka leżał zeschły już prawie bukiecik róż dzikich...
Przyglądał się kwiatom i usiłował zrozumieć ich znaczenie... Dzika róża! kwiat dziki! Kwiat, którym lubiła się ozdabiać «ta kobieta»! Emblemat jej imienia!... Pretekst taki dobry, jak każdy inny, nic więcej!
Przed oczyma zakochanego dziki kwiat wywołał śliczne obrazy: w tak blizkiej, a tak jednak dalekiej przeszłości widział park Sassevilski, mroczny cień jego starych drzew, wysoki mur, przyodziany w strój ślicznej zieloności, krzak róży, a na nim kilka tych przepysznych kwiatków, więdniejących pod uderzeniami wiatrów jesiennych... A na tem tle widział w oświetleniu wieczornem, wśród mgły różowej, postać ukochanej; podeszła do krzaku, zerwała róże, złożyła na nich pocałunek i, oddając je kochankowi, te wyrzekła słowa: «Weź te kwiatki; twoja Rozyna nosi ich imię i jak one, dziką jest jej dusza... W chwilach smutku, biedny przyjacielu, jeśliby ci sądzono poznać boleść i cierpienie, spójrz na nie, a gdy będziesz sądził, że już nie kochasz, one ci jeszcze kochać rozkażą...» O, bądź przeklętą pamięci zdradzieckich przysiąg!... Bądź przeklęty niegodny pocałunku zdradnej miłości!...
Besnard nie wiedział co począć: wspomnienia go przytłaczały, a jakkolwiek słodkim był ich ciężar, uginał się pod nim.
— Kto mi to przysłał? — zapytał nareszcie.
— Już powiedziałem: pan Lazare.
— Gdzie mieszka ten pański Lazare?
— Zostałem tu przysłany po to, ażeby pana wicehrabiego do niego zaprowadzić.
— Czegóż on chce odemnie?
— Sam będzie miał zaszczyt powiedzieć o tem panu wice-hrabiemu!
Besnard chwilę tylko się wahał.
— Nie, dziś nie pójdę. Przyjdź pan jutro.
Zagadkowy człowiek potrząsł głową znacząco i uroczyście powiedział:
— Jutro byłoby już zapóźno!... Pan Lazare umiera i chce przed śmiercią zrzucić ze swego sumienia straszną tajemnicę.
— Ah!... zaczynam pojmować!
— O, nie, panie wice-hrabio... Mylisz się pan... Ale chodźmy, bo może być zapóźno!
Syn hrabiego Besnarda ociągał się jeszcze. Nieznajomy wiedział jednak, w jaki sposób można go było ostatecznie przekonać. Ten, który mienił się wysłańcem pana Lazare, nachylił się do ucha Besnarda i te wyrzekł wyrazy:
— Pan Lazare chciałby z wice-hrabią pomówić o «niej»!
«Ona!»... Teraz szał miłosny zwyciężył rozsądek!.. Besnard nie wahał się ani chwili i zawołał:
— Jedźmy!
Dwaj mężczyźni w tej chwili odeszli z pod domu hrabiego Besnarda.
Na Esplanadzie wsiedli do dorożki.
Nieznajomy wskazał adres:

— Do Montmartre!... Plac św. Piotra, przy końcu ulicy Kościelnej!

XI.
Pan Lazare.

Była to ulica brudna, coś w rodzaju resztek zrujnowanych domów, ciągnących się wzdłuż piasków, całych kup kamieni, a niekiedy wśród skał prawdziwych. Ulica ta ciągnęła się wężykowato we mgle przedmiejskiej, która całą dzielnicę św. Piotra otulała swym szarym płaszczem. Wierzchołek jej sięgaj szczytu wzgórza i niknął w cieniu starego Montmartskiego kościoła. Wpośród parkanów i nędznych chałup, na całej tej ulicy wznosił się tylko jeden dom, ogromny, pięciopiętrowy, tak brzydki, że aż przykro było na niego patrzeć. Ze strony ulicy zaledwo w niektórych oknach widać było światło o rudawym tonie... Gdzieniegdzie palono świece... Dom odstraszać musiał każdego mieszkańca czystszej dzielnicy paryzkiej. Nie dom to był właściwie, ale jakieś dziwne schronisko od zimna, wiatrów i niepogody.
Ecco! — zawołał nareszcie człowiek, który dotąd wskazywał drogę Besnardowi. Przyjechaliśmy. Niech pan wice-hrabia wejdzie do tego domu i zażąda, ażeby mu wskazano pokój signory Giulii Negri, u niej to właśnie mieszka pan Lazare. Zadanie swoje spełniłem i mam zaszczyt opuścić pana.
Nieznajomy skłonił się i odszedł.
Besnard natychmiast, bez najmniejszego wahania, wszedł do wskazanego domu... Przeszedł przez sień czy kurytarz ciemny, brudny i wilgotny; pa końcu dopiero tej kiszki okropnej, pod schodami, mieściło się mieszkanie stróża.
— Gdzie mieszka pani Giulia Negri? — zapytał Besnard.
W swej norze stróż-krawiec siedział przed warsztatem i reparował jakieś resztki ubrania. Usłyszawszy nazwisko pani Negri, stróż natychmiast rzucił robotę i stanął we drzwiach.
— Pan pewno przychodzi do tego obywatela, który tam mieszka... O, niepotrzebuje się pan zbytnio śpieszyć! Z pewnością już nieżyje... Ale na wszelki wypadek, niech pan wejdzie... Na piątem piętrze, w kurytarzu, trzecie drzwi na lewo.
Po daniu tej wskazówki, stróż-krawiec najspokojniej wrócił do swego zajęcia.
Besnard począł się wdrapywać po brudnych, zakurzonych schodach, podobnych raczej do zgniecionej linji spiralnej, trzęsącej się za każdym krokiem. Na całej pięciopiętrowej przestrzeni jedna mała lampka na dole kiszkę tę oświetlała. Na drugiem piętrze trzeba już było iść poomacku. Musiał się zatrzymać na chwilę: nogi mu ociężały, myśli zebrać nie mógł...
Po co szedł do tego pana Lazare? Wypytać się o tę tajemnicę?... Cóż za szaleństwo?... A więc, tak! Niechże będzie szaleństwo! Ale on chciał się wszystkiego dowiedzieć, on się dowie wszystkiego! Któż więc przysłał mu te kwiaty, których zapach tyle wywołał w nim wspomnień? Co miał za znaczenie ten bukiecik róż dzikich?... Czy był wyrazem żalu... czy wyrzutu sumienia? Czy wyrażał życzenie widzenia się?... O, komedjantka!!...
Besnard znów wspinał się po stromych schodach.
Na piątem piętrze ciemność zupełna go otoczyła. Besnard rękoma namacał ścianę, ażeby módz się choć jakkolwiek zorjentować w tem nieznanem mu miejscu. Najmniejszych wskazówek nie miał. Uderzył pięścią w ścianę parę razy... Cisza!... Po chwili zaczął wołać, w nadziei, że ktoś nareszcie głos jego usłyszy...
Prawie natychmiast jakieś drzwi się otworzyły i stanęła w nich stara kobieta ze świecą w ręku, starając się rozproszyć ciemności... To Giulia Negri — pomyślał Besnard, przypatrując się kobiecie, w stary kostium włoski przybranej. Miała na sobie czerwoną spódnicę, aksamitny gorset i koszulę z grubego płótna. Wyglądała na model dla artystów.
— Kogo pan sobie życzy? — zapytała Besnarda.
— Signora Negri.
— To ja, panie.
— Czy mogę widzieć pana Lazare?
— Czy można go widzieć?... Oh, oh, panie drogi.... Wkrótce go Pan Bóg będzie oglądał!...
Stara jeszcze coś chciała mówić, ale na tem urwała: zamilkła i zaczęła się przysłuchiwać.
— Zdaje mi się, że woła... Niech pan zaczeka... Zaraz wrócę.
Stara drzwi za sobą zamknęła: Besnard znów znalazł się w ciemnościach.
Jakkolwiek Besnard był bardzo odważny, w tej chwili jednak opanował go jakiś niepokój...
«Jakto?... Mam być świadkiem agonji człowieka, którego nawet z nazwiska nie znam? I po cóż?... Uciekać ztąd trzeba, uciekać jaknajprędzej!... Czyż nie widzisz, że stałeś się ofiarą mistyfikacji. Czy nie rozumiesz tego, że sidła jakieś na ciebie zastawiono»?
Pomimo to jednak Besnard odejść nie mógł. Siła jakaś, od woli jego stokroć mocniejsza, przygwoździła go na miejscu, na którem stał.
«A jeśli ten nieszczęśliwy umierający człowiek — pomyślał znów — sekret jaki posiada, który zejść może z nim do grobu?... Jeśli od tej tajemnicy spokój caiłego życia mojego zależy?»...
I Besnard czekał cierpliwie, uchem chwytał najmniejszy szelest... Nareszcie pani Negri znów drzwi otworzyła i skinęła na Besnarda, ażeby się do niej zbliżył:
— Niech pan wejdzie! Padrone chce pana koniecznie widzieć... Ma, oh, ma, il povero!
Wyrazy, które wymówiła, twarz jej cała, prawdziwie włoskie gesty — wszystko to wyrażało, że pan Lazare był bardzo blizkim śmierci...
Pani Negri usunęła się, chcąc Besnardowi wskazać drogę...
Młody zapaleniec wszedł do pokoju, brudnego jak całe to domostwo: sufit miał tuż nad głową, a ze ścian okropna wyzierała nędza. Po przez popękany sufit w rozmaitych kierunkach widać było poddasze. W czasie burzy lub deszczu niepodobna było siedzieć w tej dziurze. Wszystko, co w tej chwili otaczało Besnarda, zdawało się wołać, że głód tu panuje okropny: podarte obicie na ścianach, małe okno, którego połowę szyb zastępował papier i gałgany, siennik podarty, brudny i cuchnący, wypchany słomą... Wszystko to wyraźnie świadczyło, że głód bywał bardzo częstym gościem mieszkańców tego ohydnego poddasza... A jednak na podłodze dywan włoski rozpościerał swe zwiędłe wdzięki: dziwny to komfort w tem rozpacznem siedlisku. Może też miał on być wymownem świadectwem lepszych czasów, a może wyrazem uczucia ze strony pani Negri dla tego pana Lazare, tajemniczego padrone. Orzechowa kanapka, wcale pokaźnie błyszcząca, służyła za łóżko dla chorego; pani Negri zaś zadawalniała się okropnym siennikiem, leżącym w ciemnym kącie pokoju.
Cały ten obraz nędzy i rozpaczy oświetlała w tej chwili brudna lampka, nakryta abażurem. Przed piecem drzemał w fotelu jakiś człowiek, starzec zgarbiony, łysy, z kilku zaledwie kosmykami siwych włosów na głowie. Starzec oddychał ciężko, w piersiach mu grało, a dziwny ten odgłos oddechu umierającego człowieka, nędzny kąt napełniał tragiczną grozą.
Na skrzypnięcie drzwi starzec podniósł nieco głowę, jak gdyby dopiero się obudził. O ile to było w jego możności, wyprostował się i bardzo słabym głosem odezwał się do wchodzącego Besnarda:
— Zechciej się pan zbliżyć, panie wice-hrabio, dostojny przyjacielu: proszę, bardzo proszę... Zbliż się pan i bądź łaskawie w tem siedlisku gościem moim!
Besnard szybkim krokiem podszedł do tego starca, rzucił na niego ciekawe spojrzenie i krzyknął z przerażenia:
— Pan!...
Poznał w tym umierającym starcu księcia de Carpegna.
Książę uśmiechnął się boleśnie i ukośne spojrzenie rzucił na Besnarda.
— Tak, tak, kochany wice-hrabio, to ja!... Cóż i niepodoba się panu ta niespodzianka?... Po roku śmierci — zabity zmartwychwstał i żyje!... Tak, Łazarz wyszedł z grobu! «Łazarzu, zbudź się!» i oto książę de Carpegna z grobu powstał!... Ależ usiądź-że pan, kochany panie; mamy coś niecoś sobie do powiedzenia... Do licha! Tak się pan we mnie wpatrujesz, jak Don-Juan w posąg Komandora!
Ponure to, szydercze dowcipkowanie przerwał suchy kaszel. Starzec wyciągnął rękę do szklanki nieopodal stojącej i wypił nieco lekarstwa:
— Zdrowie umierających! — odezwał się po zażyciu lekarstwa... Recepta medjolaóska, świetne odkrycie sławnego Vergi!... Czy nie chciałbyś pan spróbowac.
Starzec śmiał się... Był to śmiech cichy, suchy, śmiech kościotrupa.
— Zechcesz mi pan wybaczyć, panie wice-hrabio, obrzydliwą nędzę mojego lokalu: nie mogłem sobie znaleźć lepszego. Zresztą, wszelkiego godna szacunku Kobieta, która zechciała udzielić mnie przytułku, jest istotą rzeczywiście nieocenioną, moją współrodaczką... I ona też boleje nad naszemi nieszczęśliwemi Włochami!... Tak, tak, zacna moja Giulio, rozsiewamy nasze kości po wszystkich ziemiach wygnańczych, ale wiatr dusze nasze unosi ku ojczyźnie; tam to dzieci nasze duchowemi cząstkami naszemi oddychają i święta ojców nienawiść wciela się w synów!... O, wybacz pań, panie wice-hrabio, jako paryżanin, ten zwrot liryczny, jakby powiedział jeden z wielkich ludzi waszych małych dzienników: niestety! my, którzy cierpimy, jesteśmy lirykami!... Na czemże to ja stanąłem?... Aha, otóż książę de Carpegna nie może pana przyjąć w pałacu... musi się ukrywać, a raczej on umarł, on wcale nie istnieje... W każdym razie pan Lazare jest mocno zadowolony z pańskich odwiedzin!
Książę de Carpegna na chwilę zamilkł, poczem przechylił się ku Besnardowi i przyciszonym głosem odezwał się:
— Nasza piękna Rozyna jest w Paryżu... Czy chciałbyś pan ją zobaczyć?
Besnard nie umiał ukryć wzruszenia, ale nic nie odpowiedział.
— Oh, zgaduję! — mówił starzec — czytam nawet w głębi pańskiego serca. Myślisz pan w tej chwili: co to za zły człowiek ten książę de Carpegna, co za podły człowiek nawet!... Ale mylisz się pan, panie wice-hrabio: honor mój, jak ja go pojmuję, panie wice-hrabio, wart jest w zupełności pańskiego honoru; co zaś do mojej moralności, wcale mnie nie obchodzi, co o niej mogą sądzić panowie obywatele waszej Francji!... Dodać muszę, że nie ośmieliłbym się pana tak gwałtownie niepokoić, nawet chętnie jeszczebym czekał... ale, widzisz pan, śmierć czekać nie chce!... Zdawało mi się, że, jak dotąd, zdołam się jeszcze z nią nieco pobawić, ale, niestety, zwyciężyła mnie!... Niełaskawa wcale pani ta dusi mnie, unicestwia... Są to skutki pewnych ran, które panu powinny być dobrze znane — są one pańskiem dziełem przecie!... Ah, ah, pistoletem władasz pan wybornie!... Otóż, przed wyzionięciem ducha, chciałem kogoś jeszcze uszczęśliwić i wybrałem pana!... Pytam się pana raz jeszcze, panie wice-hrabio, czy chcesz pan zobaczyć piękną naszą Rozynę, która jest w Paryżu? Chcesz ją pan widzieć?... Uprzedzam, że to tylko od pana zależy!...
Starzec znów umilkł, znów sięgnął kościstą ręką po lekarstwo... Zdziwiony, przerażony tym cynizmem, Besnard nie wiedział, co ma odpowiedzieć. Jedna go tylko myśl w tej chwili radowała: miał się więc czegoś o niej dowiedzieć!...
Milczenie trwało parę minut. Starzec walczył z kaszlem, który go dusił, Besnard cierpliwie czekał i przygotowywał się do najokropniejszych wiadomości... Książę de Carpegna chciał uścisnąć dłoń Besnarda, ale ten instynktownie prawie się odsunął.
— Jakaż to śliczna kobieta, ta nasza Rozyna! — mówił książę de Carpegna, nie zwracając uwagi na pogardliwy wyraz twarzy swego słuchacza. Przecież to istna bogini! Oczy Wenery, włosy Junony, a co za rozum, jaki iskrzący się dowcip, jak śliczne wiersze pisze!... Niczem madrygały Deshouliera!... A jej proza?... Toć pani de Sevigne lepiej pisać nie umie!... Wszystko to prawda, ale... ona jest okropnie biedną, powiadam panu, strasznie biedną... Któż więc, jak się panu zdaje, obecnie opłaca jej zbytki, któż ozdabia ją klejnotami, jak świętą jaką w cudownym obrazku?... Że nie ja, na to panu przysięgam!... Czyżbyś to pan miał być tym dostawcą pieniędzy, panie wice-hrabio?... Ależ, na miłość Boską, nie dręczże pan tak okropnie własnej rękawiczki! Wszak nie mógłbyś się pan dopuścić gwałtu na umierającym? Byłoby to podłością!... Nie sądzę, żebyś pan, panie wice-hrabio, zechciał na tę nazwę zasłużyć... Przynajmniej, mam nadzieję... spodziewam się, że tak jest... A więc, zastanów się pan, kto utrzymuje obecnie Rozynę?
Książę de Carpegna mówił bardzo wolno, każdy wyraz prawie suchy kaszel mu przerywał... Uśmiechał się przytem złośliwie, starał się zgnębić Besnarda, zatruć mu serce, przybić do ziemi...
Książę de Carpegna był okropny!... Nie pomogło panaceum medjolańskie: z każdą chwilą starzec zbliżał się do grobu, mówił już bardzo niewyraźnie... Każda chwila mogła być stanowczą!... Starzec opierał się jednak śmierci, żartował sobie z agonji. Jeszcze raz napił się medjolańskiego lekarstwa i z ogromnym wysiłkiem zaczął mówić:
— Od roku dla świata całego umarłem!.. Haniebne prowadzenie się pozostałej po mnie wdowy, nie może mi uwłaczać... Zstąpiłem przecie do grobu!... Honor więc mój, jako małżonka, jest nietknięty!... Ale pan, panie wice-hrabio, pan, który publicznie afiszowałeś się z tą kobietą, której urzędowym byłeś kochankiem, o czem wie doskonale cały Paryż, pan, który chciałeś się z nią ożenić, pan, którego jej nieobecność zabija, a przynajmniej doprowadza do rozpaczy... drogi panie wice-hrabio, cóż pan zamierzasz uczynić?
Besnard wstał, wyprostował się, z oburzenia jednak nieprędko mógł wymówić:
— Dość!... dość już!... Nie chcę, słyszysz pan, nie chcę tego rozumieć!
Starzec zmarszczył brwi i schwytał go za rękę.
— A więc pan nie chcesz rozumieć!... Więc czysty młodzieniaszek nic chyba nie wie, nic nie podejrzewa! Ale to nic a nic!... Więc pan nie wiesz, co o panu mówią!... Ah, ah! panie wice-hrabio!... Podczas gdyś pan jeździł po Europie, w pogoni za tą kobietą, ona najspokojniej siedziała sobie w Paryżu, ale z innym... z kochankiem... o, bardzo kochanym, bo bardzo możnym!...
— Nazwisko tego człowieka!...
— Tego nie powiem! Domyśl się, piękny panie! Szukaj, dobrze szukaj, a może znajdziesz!... Jakże oni kpili sobie z twych gorących zapałów!... Trzebaż było słyszeć, jak się śmieli!... Boże drogi, przed trzydziestym rokiem zostać już patito, Sganarellem... przykra to rzecz, bardzo przykra... Nie chcesz pan rozumieć; ależ w tej chwili, ot teraz, kiedy my tu rozprawiamy, oni tam gruchają sobie, pańska Rozyna i nowy jej wielbiciel!... Tak, tak, kochany panie, nowy już jest wielbiciel!... On to wysłuchuje teraz słodkie gruchania, on to odbiera pieszczoty, on tonie w uściskach Rozyny, on mdleje z rozkoszy pod tchnieniem jej oddechu, on jest przyczyną miłosnych uniesień jej pięknego ciała, on... Ależ pan zbladłeś okropnie, panie wice-hrabio!... No i cóż? I teraz jeszcze nie chcesz jej pan zobaczyć? Czyżbyś pan się jej obawiał?... Czyżbyś pan bał się... Ah, puśćże mnie pan nareszcie!
Besnard w przystępie szału, któremu napróżno usiłował się oprzeć, rzucił się na starca, schwycił go obiema rękoma za plecy i gwałtownie nim wstrząsał.
— Nędzniku! — wołał Besnard... Jesteś prawem dzieckiem swego przeklętego kraju: nie masz odwagi sam zadać ciosu, zmuszasz więc innych do tego!
Ale de Carpegna nie zwrócił najmniejszej uwagi na tę obelgę i mówił dalej:
— Dzisiejszej nocy! Słyszysz pan?... Oni są razem!... Rozumiesz to?... Razem!... W Passy!... W tym domu, który pan znasz doskonale!... Ależ śpiesz się pan, biegnij czemprędzej... a nie zapomnij, że broń konieczna!
Starzec paznogciami wpił się w ręce Besnarda, które go dusiły prawie... Besnard ściągnął zbolałe ciało umierającego z fotela i wlókł je za sobą po pokoju.
— Uzbrój się! — wołał de Carpegna. Zabij albo zostaniesz zabity!... Passy!... Dom... Ogród... tam... na dole... ona... on... i... i...
Nagle zamilkł, opuścił ręce, krzyknął przeraźliwie i padł na podłogę.
Na hałas ten wbiegła pani de Negri.
— Umarł! — zawołała. Umarł nieszczęśliwy!... Szlachetny książę nie żyje! Nie żyje męczennik swego własnego kraju!
Stara kobieta rozpaczała, a z ruchów jej, z głosu i z łez obfitych, jakie wylewała, można było sądzić, że szczerze żałuje nieboszczyka:
— Dlaczegoś chciał umrzeć przed zobaczeniem ojczyzny? Dlaczegóż nie doczekałeś dnia, na który oczekiwałeś, dlaczego nie ujrzysz już nigdy wschodzącej jutrzenki?
Besnard pomógł jej ułożyć ciało księcia de Carpegna na środku dywanu, na podłodze. Pani de Negri zapaliła potem świecę i umieściła ją jak gromnicę przy głowie trupa. Sama klękła przy nim. Besnard nie mógł się z miejsca ruszyć... Zdawało mu się, że jeszcze coś powinien usłyszeć, że starzec nie wypowiedział wszystkiego...
Kobieta wzięła do ręki książkę do nabożeństwa i modliła się głośno:
— «Virgo clemens, Virgo virginum, ora pro nobis».
Książę de Carpegna jeszcze oddychał, ale przytomność stracił... Dogorywał. Czas tymczasem upływał: na kościelnej wieży montmartskiej świątyni wybiła jedenasta... W ponurym pokoju ciągle modliła się pani de Negri:
— «Bramo niebieska, Ucieczko grzesznych, módl się za nami»!
Rzecz dziwna!... Teraz, po każdem wezwaniu Świętej Pocieszycielki, ciało zmarłego poruszało się, ręce jego drżały: zdawaćby się mogło, że uczucie gniewu utrzymuje w nim resztki życia... Nagle kobieta modlić się przestała... Czyżby odgadła życzenie umierającego?... Nachylając się nad nim, podniosła mu nieco głowę i podobna do niańki nad łóżkiem zasypiającego dziecka, zaczęła nucić jakąś pieśń...
Była to piosnka bardzo wesoła, jakiś romans popularny w całych Włoszech, canzonnetta z dni wesołych ślicznej Wenecji... Często z ust starej kobiety wychodziły te wyrazy: «Mamma, mamma!»... «Kochaj mnie, kochaj mnie!»
Nagle umierający poruszył głową, otworzył oczy, a usta jego te wymówiły wyrazy:
Dio!... Dio mio!... Tu patria!
Głowa opadła mu na piersi, westchnął głęboko i... umilkł na wieki... Straszny był w tej chwili! Z jego ust otwartych zdawało się, że wychodzi szyderczy śmiech, a szeroko rozwarte powieki nawet martwe, groźną pałały nienawiścią.
Śmierć dłużej zwlekać już nie chciała: zniecierpliwiona w końcu, jednem cięciem przerwała nić żywota tego dziwnego człowieka. Teraz nic już powiedzieć nie mógł! Lazare uniósł do mogiły większą połowę swego sekretu...
Przerażony, wściekły Besnard, teraz dopiero opamiętał się i uciekł z tego ohydnego pokoju.

XII.
Ulica Ogrodowa.

Besnard szedł teraz powoli: obraz księcia de Carpegna zacierał się w jego pamięci. Na zewnętrznym bulwarze siły go tak opuściły, że padł na ławkę... Razem z nim zatrzymało się i widmo jego myśli, ten denuncjant umierający, ten okropny człowiek, cały z nienawiści złożony. Besnard dotąd jeszcze słyszał jego kaszel, upadek jego ciała na podłogę, a głównie ostatnie wyrazy, których śmierć dokończyć mu nie pozwoliła:
— «Tej nocy... Razem... w domu... On... Ona!»...
Dom?... Ten dom przy ulicy Ogrodowej, który dziś właśnie ozdabiano na przyjęcie gruchających kochanków!... On?... Ten ohydny La Chesnaye chyba!... Ona!... Ah, ta... ladacznica!
Czasami, jak błyskawice, przechodziły mu przez myśl przypuszczenia nieco racjonalniejsze...
— Dlaczego tak starannie ukrywał się ten de Carpegna? Z jakich powodów, w jakim celu nawet nazwisko zmienił? Dlaczego przez cały rok udawał umarłego?... Mniejsza o to! — wołała natychmiast namiętność. Jestto tajemnica, którą nie czas teraz rozwiązywać... jutro... później! On... Ona... razem... teraz właśnie!
Besnard wstał z ławki i znów szybkim krokiem podążył ku Ogrodowej ulicy.
Przeszedł przez dzielnicę Męczenników, znalazł się wkrótce na przedmieściu Montmartre i na ulicy Le Peletier.
Chociaż północ już od kwadransu minęła, na ulicy Le Peletier było ludzi bardzo wiele. Po lewej stronie front dawnej Opery błyszczał uroczyście w gazowem oświetleniu, gdyż tego dnia, 13 stycznia, w gmachu teatru miał miejsce bal kostiumowy: jedna z tych uroczystości na rzecz zakładów dobroczynnych, na których pod pozorem miłosiernego uczynku dusze pobożne oddają się bachanalji. Wszystkie stare damy kameljowe i inne tego gatunku osobniki były opiekunkami tej zabawy, i resztki swych wdzięków w gazowem świetle roztaczały przed tłumem ciekawych.
Besnard powziął początkowo zamiar wynajęcia domina i w przebraniu chciał się rzucić w tłum rozbawiony.... Oh, z pewnością tam można było zagłuszyć wszystkie wspomnienia!... O tem tylko marzył Besnard o zapomnieniu zupełnem, o zapomnieniu nawet, że ciało i duszę posiadał!... Otaczająca noc go, chęć ujrzenia jaknajprędzej dnia nowego, do reszty go unicestwiały. W tej chwili nie wierzył w nic, wątpił o wszystkiem, nienawidził samego siebie!...
Ale nie!... Nie wszedł na bal, minął wejście i wcisnął się wśród innych pod podwójne galerje Opery, gdzie zapóźnieni spacerowicze i zwolennicy nocnych wycieczek w towarzystwie dam półświatka poszukiwali wrażeń. Był to istny obraz nędzy moralnej człowieka i paryzkiego głupstwa. Figury w maskach, trzymając się za ręce, torowały sobie siłą drogę wśród tłumów, wśród okrzyków dzikiej radości bez żadnej przyczyny, w cieniach nocy powołanej do życia: «wesoły Paryż» bawił się. Wszystkie sklepy były pootwierane, a za kontuarami stali kupcy, doskonale wiedzący zgóry, że tłum zgłodniały, nawet o bardzo spóźnionej godzinie, nie odmówi sobie przyjemności zjedzenia pasztetu, wypicia szklanki wina lub kupienia błyskotki dla zręcznie intrygującej maseczki.
W samym końcu galerji rzęsiście oświetlony magazyn broni, przyciągał spacerujących swoją wystawą. Nawet ten magazyn narzędzi zbrodni rachował na kupujących! W wielkiem oknie przed oczyma gapiów błyszczały szable i szpady, strzelby i karabiny. W samym środku, na osobnym stoliczku, wznosiła się piramida, ułożona z rewolwerów.
Besnard bezwiednie wraz z innymi zatrzymał się przed tą wystawą. Rzucił jednak tylko spojrzenie na błyszczące przedmioty i odszedł natychmiast, ażeby czemprędzej wydostać się na bulwar.
Śnieg zaczął padać: wiatr unosił rzadkie jego płatki w powietrzu. Wiatr jednak był tak silny, że Besnard wrócił znów pod teatr, w nadziei, że wkrótce zawieja minie... Przed wystawą magazynu broni publiczności teraz już nie było. Besnard stanął nieco zdala od okna wystawowego i pilnie się przyglądał. Teraz szeroko otwartemi oczyma wpatrywał się w piramidę, z rewolwerów ułożoną...
Niewątpliwie, wyrób to był zupełnie dobry, musiały bić celnie: złej broni niktby przecie tak elegancko nie przystrajał. Jeden szczególniej bardzo mu się podobał... Oh, śliczne cacko, drobne, małe, zupełnie właściwy podarek dla tej...
«Znam związek stokroć mocniejszy od małżeństwa, nierozerwalny: śmierć!... Jeśli istota kochana zdradza kochającą — trzeba ją zabić!»
Besnard oddalił się nagle, ale po chwili, ulegając jakiejś mocy niewidzialnej, znów się zbliżył i — wszedł do magazynu.
Kupiec wyszedł na jego spotkanie:
— Czego pan sobie życzy?
— Ile kosztuje ten rewolwer... ten oprawny w kość słoniową?
Kupiec wyjął z piramidy wystawowej wskazany przedmiot.
— Przepyszne cacko! Jestto wyrób francuzki, własność naszej firmy... Niech pan będzie łaskaw się przyjrzy: oto kranik bezpieczeństwa, tutaj szneler. Każdy strzał pewny!... Sześćdziesiąt franków.
Besnard rzucił na stół pieniądze i wziął do ręki nabyty rewolwer: oglądał go pilnie ze wszystkich stron, obracał w palcach, patrzył pod światło, jak prawdziwy znawca.
— Pudełko nabojów w dodatku — dorzucił kupiec.
— Zbyteczne!... Ale, bądź pan łaskaw nabić mi rewolwer...
— Z przyjemnością!
Puszkarz sześć nabojów włożył do cylindra; podając go Besnardowi, dodał:
— Służę panu!... Wyborny środek na złodziejów kieszeni i honoru!
Besnard nic na to nie odpowiedział, włożył rewolwer do kieszeni i wyszedł ze sklepu, nie pożegnawszy nawet jego właściciela.
Przez parę chwil wynalazca nowego systemu rewolwerów patrzył na wychodzącego ze sklepu Besnarda, wzruszył ramionami i głośno powiedział:
— Tem gorzej!... Jeszcze jeden małżonek... z rogami!
Na bulwarze dorożki kręciły się w rozmaitych kierunkach, oczekując na pasażerów. Besnard wsiadł do jednej z nich i zawołał do woźnicy:
— Dziesięć franków na piwo! Do Passy, w dole ulicy Boulainvilliers! Jaknajprędzej!
Woźnica zaciął konia, który podążył galopem. W pół godziny Besnard znajdował się na miejscu.
Pomimo późnej godziny i zimna, które dawało się dobrze we znaki, na ulicy Boulainvilliers w rozmaitych kierunkach poruszali się ludzie. Zwykle pusta ta ulica, zdawała się prawie ożywioną. Tu i owdzie zarysowywały się sylwetki przechodniów.
Na rogu ulicy Ogrodowej stał powóz; latarnie przy koźle nie paliły się — świadczyć to mogło o jego tajemniczej misji. Besnard zbliżył się i rzucił okiem na drzwiczki. Wyraźnie dojrzał monogram z dwóch liter C i L złożony, ozdobiony koroną.
A więc... La Chesnaye!...
Wściekłość go ogarnęła, ścisnął rękojeść rewolweru i pobiegł wzdłuż ulicy.
Wiatr ustał: kilka zaledwie płatków śniegu unosiło się w powietrzu. Na środku ulicy śnieg topniał i tworzył całe jeziora błota. Z okolicznych parków spływał na ulicę ostry zapach mokrego drzewa, gnijących liści i przesiąkniętej wilgocią ziemi. Czarne chmury nizko płynęły w przestrzeni, czasami gęste cienie zalegały całą ulicę, a chwilami, gdy chmury nagle się rozstępowały, bladawe światło księżyca rozpraszało cienie nocne...
Cisza zresztą panowała dokoła. Dom, dziś należący do barona La Chesnaye, był zamknięty, ale z po za okiennic przeciskały się z każdego okna promienie światła.
A więc m usieli tam się znajdować!
Besnard przeszedł wzdłuż muru, okalającego park, wdrapał się na mur i dwoma rękami schwycił się za gałąź poblizkiego drzew a... W tej chwili księżyc się ukazał i Besnard zauważył dwóch ludzi, spokojnie przechadzających się w głębi alei parkowej... Nagle rzucili się ku niemu...
Przekleństwo!... Zauważyli go... Ale cóż go to teraz mogło obchodzić?... Nie przyszedł przecie wykradać kochanki!... Zapóźno, moi panowie, zapóźno!
Besnard na chwilę ukrył się za murem, a potem nadludzkim wysiłkiem, gdy księżyc schował się za chmurę, przez mur przesadził i upadł między krzaki... Chwilę się przysłuchiwał: nikt się do niego nie zbliżał... Jeszcze chwila, jak oka mgnienie szybka, i Besnard kroczył śmiało przez łączkę, rozciągającą się przed domem. Dopiero na stopniach tarasu zatrzymał się.
Okiennica, osłaniająca drzwi, prowadzące z tarasu do salonu, była zamkniętą, ale z po za niej wychodziły głosy: szmer wyrazów, może szmer pocałunków!...
Besnard obydwoma rękami schwytał okiennicę i pociągnął ją ku sobie... Jak gdyby pod dotknięciem różdżki czarodziejskiej, okiennica ustąpiła... Zapomniano widać zamknąć ją z wewnątrz.
W salonie dał się słyszeć lekki okrzyk przerażenia i natychmiast wszystko utonęło w ciemności: zgasili światło...
Całym ciężarem Besnard przyparł drzwi, które z łoskotem otworzyły się... Brzęk szyb rozbitych, stuk drzwi gwałtownie rozbitych, kroki uciekających — wszystko to podniecało wściekłość Besnarda.
Księżyc znów przyszedł mu z pomocą: Besnard w głębi pokoju zauważył cień człowieka, starającego się uciec... Nie mając czasu do namysłu, Besnard wyciągnął z kieszeni rewolwer i wystrzelił...
W tej samej chwili uczuł na sobie ciężkie ręce, które go na podłogę powaliły: kolana czyjeś piersi mu przygniatały, wyrwano mu broń z ręki.
Besnard nie stawiał żadnego oporu, nie bronił się wcale: nieszczęśliwy stracił świadomość siebie, swego czynu, świata całego.
W całym domu biegano, szeptano w sąsiednim pokoju... Po chwili do uszu Besnarda doleciał odgłos otwieranej bramy, zajeżdżającego powozu, trzaśnięcia drzwiczek... Wkrótce powóz odjechał...
Teraz dopiero przemówił ktoś głośno i wyraźnie: Besnard poznał głos barona La Chesnaye, który odezwał się do zebranych:
— Uspokójcie się, panowie... Cesarz nawet nie jest zadraśnięty!
Cesarz?!...
Nareszcie salon oświetlono dwoma lampami. Cała sfora policjantów zapełniła salę, a na ich czele stąpała księżna de Carpegna... Piękną była ta nieszczęśliwa kobieta z rozpuszczonemi włosami, w nocnym negliżu, wpół naga...
Księżna de Carpegna przybiegła do rozciągniętego na ziemi, przyjrzała się jego twarzy i krzyk rozpaczy, krzyk niekłamanej boleści rozdarł jej piersi:
— Ty!!... ty!!... Ah, rozbójnicy!... To ciebie wysłali!
Ale w tej chwili piękna księżna powstała i wskazując ręką na zastęp agentów policyjnych, rzuciła im w twarz:
— A więc, podłe gadziny, wiążcie i mnie z nim!...
Ten człowiek jest moim kochankiem, a ja — jego wspólniczką!




CZĘŚĆ TRZECIA.

I.
«Bardzo pilne».

W piątek, 15 stycznia 1858 roku, Paryż, w chwili gdy oczy przecierał, dowiedział się o zamachu Orsiniego. Nowina ta rozchodziła się po mieście bardzo powoli, a dzielnice, nieco dalej od głównych części miasta położone, dowiedziały się o niej dopiero około południa.
Tegoż 15 stycznia, około godziny dziewiątej rano, w chwili gdy stara Filomena wchodziła do pokoju swego pana, umyślny posłaniec przyniósł list do hrabiego Besnarda i polecił oddać go czemprędzej. Filomena kopertę dołączyła do listu i do gazet, które trzymała w ręku i zaniosła je swemu panu.
Hrabia Besnard był już ubrany i zabierał się do wyjścia z Marją-Anną na mszę do kościoła. Na twarzy hrabiego widać było ślady wielu smutków, które go niepokoiły. Od pewnego czasu twarz starca z dniem każdym chudła coraz bardziej, nabierając ciemnego odcienia. Hrabia Besnard skarżył się na to, że mu nogi puchły i że żyły w szyi bywały często przyczyną cierpień. Starzec doznawał ciągle dziwnego, niczem zdaje się nie umotywowanego uczucia obawy, niepokoju. Oddychał ciężko, a nieraz zdarzały się z nim zatrważające ataki utraty przytomności. Przeddzień doktor, stale go leczący, skonstatował coraz szybsze czyniące postępy stwardnienie serca, pewnego rodzaju skłonność do «czynnego anewryzmu» Corvisarta. Według ówczesnej metody leczenia tej choroby, doktor powiększył dawkę digitalisu, przepisał nadto wątpliwego skutku veratrinę, a głównie zalecił pacjentowi, ażeby unikał wszelkich wzruszeń, nietylko nieprzyjemnych, ale chociażby najprzyjemniejszych...
Unikanie wrażeń!... A od dwóch dni hrabia Besnard okropnie się niepokoił!... Żadnych wiadomości nie miał ani od syna, ani o synu!... Co się z nim stało? Opuścił biuro we środę wieczorem, jak zwykle, i dotąd jeszcze nie był w domu!... Cóż mógł zrobić, jakiego dopuścić się mógł szaleństwa ten syn jego, którego widocznie Bóg opuścił?!... Nieszczęsny, jakież jeszcze nieszczęście sprowadzi na siwą głowę ojca?
Marja-Anna pobiegła do Filomeny i, odbierając od niej tacę z listami, zawołała:
— Daj, daj prędzej!
Przyjrzała się listom, a przekonawszy się, że na kopertach nie znać ręki brata, położyła je znów na tacy.
Były to listy urzędowe: większy, kwadratowy zapieczętowany był niebieską pieczęcią rady stanu; mniejszy miał czerwoną pieczątkę jednego z ministerjów. Na obydwóch zresztą był napis: «Z. R. Bardzo pilne».
Hrabia Besnard wziął większy list do ręki, otworzył kopertę i zaczął czytać. Było to zawiadomienie o terminie posiedzenia rady, ale zredagowane dziwacznie nieco, z widocznym pośpiechem:

«Szanowny panie i kochany kolego!

Z decyzji jego ekscelencji ministra-prezydenta rady stanu, w dniu dzisiejszym ma się odbyć ogólne nadzwyczajne zgromadzenie członków rady punktualnie o godzinie trzeciej popołudniu. Zechce szanowny pan przyjąć udział w tem zgromadzeniu.
«Przedmioty obrad: ważny komunikat rządu i odczytanie adresu do j. c. mości.

Sekretarz jeneralny rady stanu
Boilay».

— Cóż to się stało? — zapytał hrabia Besnard, zaintrygowany formą listu i przedmiotem obrad... — «Moniteur» powinien wyjaśnić wszystko!
Hrabia Besnard wziął do ręki urzędową gazetę, rzucił na nią okiem i z oburzeniem zawołał:
— Jeszcze jeden zamach!... Nędzni! Wzruszony, zapomniał o drugim liście i czytał głośno komunikat urzędowy:
«Wczoraj wieczorem, o godzinie wpół do dziewiątej, w chwili gdy ich ces. moście podjeżdżali pod gmach Opery, rozległy się trzy wystrzały, pochodzące z wybuchu trzech bomb.
«Znaczna liczba osób, zebranych przed teatrem, została poranioną. Niektórzy otrzymali rany śmiertelne.
«Ani cesarz, ani cesarzowa nie ponieśli na zdrowiu najmniejszego szwanku.
«Policja natychmiast zaaresztowała kilka osób. Dochodzenie sądowe w toku».
Brutus Besnard rzucił dziennik i zaczął chodzić po pokoju:
— Obrzydliwość! — wołał z wzrastającem uniesieniem... Ale też, cóż to za ministrowie! Ani jeden z nich nie czuwa nad bezpieczeństwem swego pana i naszej nieszczęśliwej Francji! Ci panowie tylko myślą o własnych przyjemnościach! W ich rękach kraj nasz stał się zbiegowiskiem złych ludzi, siedliskiem zbrodni!... Nawet urzędników gangrena rozkłada! Wczoraj, nie dalej jak wczoraj, karano jednego z radców stanu! Ah, ci panowie bohaterowie z dnia drugiego grudnia jakże zawiedli nasze nadzieje!... O, nieraz wstydzić się muszę ufności, jaką w nich pokładałem wówczas!... Nieraz płaczę nad tem, co niegdyś z mego powodu cierpiało... dla dobra kraju!... Czegóż chcą od nas dzisiaj panowie ministrowie? Praw wyjątkowych, któreby stały na straży ich marnych osóbek? Nie, nie!... Znikajcie panowie, jesteście skazani na zagładę!... Co do mnie przynajmniej, jeśli mi sumienie każe stanąć przeciwko wam, cobądź staćby się miało, będę waszym wrogiem.
— Ojcze! — błagała Marja-Anna... Przez litość nad nami pamiętaj o sobie! Nie unoś się, drogi ojcze, to szkodzi twemu zdrowiu!...
Ale starzec nic nie odpowiedział, ręką tylko zrobił taki gest, jakim Makbet oddawał medyków i medycynę «psom»... W milczeniu ciągle przechadzał się po swoim pokoju ten dawny prokurator jeneralny, sędzia nieubłagany komisyj mieszanych, człowiek, którego wyroki zaludniały miejsca wygnań i cierpień, «rzeźnik biały»... Ten nienawidzony niegdyś człowiek wysnuwał teraz z głębi własnej duszy wszystkie rozwiane nadzieje, straconą wiarę, a może... może i zgryzoty sumienia, którego echa zbyt późno wstrząsać nim poczęły.
Po niejakim czasie hrabia Besnard nieco się uspokoił i zbliżył się do swego biurka. Wówczas dopiero zauważył drugi list, zapieczętowany czerwoną pieczęcią, o którym na chwilę zapomniał. Wziął go do ręki, raz jeszcze adres odczytał i uważnie mu się zaczął przyglądać. Po chwili dopiero, gorzko się uśmiechając, zawołał:
— Ah, prawda... to miła niespodzianka od pana ministra stanu, od tego najcyniczniejszego demoralizato rządu!... Wszak to mój minister, a w dodatku i osobisty nieprzyjaciel!... «Z rozkazu» i «Bardzo pilne»... Boże drogi, ileż zastrzeżeń! Z jakiegoż to powodu zaszczyca mnie swoją prozą?
Hrabia Besnard otworzył kopertę; zaledwo parę wyrazów przeczytać zdołał, gdy twarz jego odbiła na sobie najwyższe zdumienie:
— Cóż znaczy ta zagadka?... Może pomożesz mi to pojąć, drogie dziecko... Słuchaj.
Starzec zmarszczył brwi i zaczął czytać głośno:

«Panie hrabio!

«Jego ekscelencja, pan minister stanu, zwraca się do pana hrabiego z prośbą, żeby był łaskaw, nie zwlekając, przybyć do jego gabinetu w sprawie wielkiej doniosłości, która bardzo blizko pana hrabiego obchodzi. Zechce się hrabia udać do pana ministra natychmiast po otrzymaniu niniejszego zawiadomienia. Pan minister czekać będzie na pana hrabiego do godziny jedenastej rano.

Sekretarz prywatny
Baron Efrim Cohen».

— W sprawie wielkiej doniosłości, która bardzo blizko mnie obchodzi? — powtórzył hrabia Besnard, a palce, któremi list trzymał, drżały z gniewu... Nie, napróżno silę się odgadnąć! Cóż to za tajemnica? Czego może odemnie żądać ten człowiek?
Hrabia Besnard zadzwonił. Po chwili wszedł lokaj.
— Powóz!... Cały dzień nie będę w domu!... Wrócę dopiero wieczorem!...
Po tych słowach hrabia Besnard zbliżył się do córki, pocałował ją w czoło i bardzo pieszczotliwym głosem powiedział jej, ażeby sama udała się do kościoła Sw. Walerego, że nie może jej towarzyszyć.
— Wytłómacz mnie przed Panem Bogiem — dodał. Módl się za mnie, moje dziecko... Proś Boga o miłosierdzie dla nas wszystkich... dla mnie... dla «niego»... dla niego szczególniej!
On — to był nieobecny, to dziecko, które po to wróciło na łono rodziny, ażeby ją znów opuścić, syn łez jego i jego gniewu.

II.
W kościele Św. Walerego.

Marja-Anna, posłuszna woli ojca, ze ściśniętem sercem, pełnem niepokojów, opuściła dom rodzinny, w którym jednak nigdy prawdziwego szczęścia nie zaznała, i udała się do kościoła. Od bardzo dawna zdarzyło się to po raz pierwszy. Dotąd na ranne msze chodziła zawsze w towarzystwie ojca, a jeśli starzec czasem niedomagał i nie mógł opuszczać swego gabinetu, wówczas i kochająca, a całem sercem oddana mu córka, również zostawała w domu i czuwała nad starcem. Gdy wyzdrowiał, z jakąż radością towarzyszyła mu do świątyni, ażeby na klęczkach podziękować Bogu za tę wielką łaskę... Marja-Anna rzeczywiście ubóstwiała ojca. Jego cierpienia jej były cierpieniami, jego smutki jej smutkami. Dziś jednak mniej bolesnem wydawało się jej nieszczęście, czy może tylko jego przeczucie, aniżeli kiedykolwiek. Biedna dziewczyna do siebie samej z tego powodu czuła żal głęboki, obwiniała się o brak serca, a przecież nie mogła się oprzeć dziwnie przykrym myślom, które uporczywie zbiedzonej jej głowy zewsząd się chwytały, nie z powodu ojca, ale brata... Brat?!... Wyraz ten raził ją. Dlaczego?... Może dla tego, że zagłębiając się w najtajniejsze załamy własnego serca, odnajdowała tam coś więcej nad braterskie tylko przywiązanie. Jakże długo, jak uporczywie walczyła z tą miłością, a przecież wyrwać jej z serca nie mogła? Czy mogła, czy powinna była cały ciężar tego przewinienia przyjmować na siebie? Serce odpowiadało jej, że nie, ale sumienie swem twierdzeniem gnębiło ją okropnie... Tak, bezwątpienia, ona była winną, bo pozwoliła sercu zbyt długo marzyć, a to biedne jej serce, rozkołysane marzeniami, nie chciało i nie mogło już pozbyć się głębokiego uczucia dla brata, które było czemś większem, o! stokroć większem od miłości braterskiej...
Hrabianka Besnard, córka dostojnika potężnego państwa, bogata, opływająca w dostatki, których nie ceniła wcale, we własnych oczach nędzniejszą była stokroć od najbiedniejszej dziewczyny, której piękność je dyną ozdobą. Marja-Anna wszystkie świata skarby oddałaby za piękność... Nie dla siebie piękną być chciała, ale dla niego, który teraz pod brzydką jej zewnętrzną powłoką nawet kobiety w niej nie przeczuwa...
Marja-Anna pragnęłaby być piękną dla niego, dla tego brata, po za którym świat cały nie istniał dla niej. A tymczasem, pod wpływem ciągłych zmartwień, brzydota jej coraz wyraźniej się zarysowywała!.. Takie myśli zwykle otaczały zewsząd biedną dziewczynę, a teraz, wobec niewiadomości, co się stało z bratem, od którego żadnych nie miała wieści, z podwojoną siłą kołatały do jej serca i głowy!..
Marja-Anna wolnym krokiem zbliżała się do kaplicy. Myśl o modlitwie, którą ojciec jej zalecał, odbiegła ja zupełnie. Pamiętała tylko ostatnie wyrazy starca.
— «...Dla niego szczególniej!»...
Wyrazy te tysiącznem echem odzywały się w jej głowie, a z nich jeden tylko wykwitał obraz — «on!» Spóźniła się na zwykłą mszę, którą codziennie z ojcem pobożnie słuchała. W chwili, gdy wchodziła do kościoła, ksiądz odchodził od ołtarza... Z początku nie zauważyła tego. Przyklękła na stopniach ołtarza i skłoniła w pokorze głowę. Gdy wzniosła oczy na wizerunek Najświętszej Panny, wzrok jej zatrzymał się na zakrystjanie, który gasił świece... Drgnęła mimowolnie i znów schyliła głowę... Napróżno siliła się przywołać na usta słowa modlitwy, napróżno biła się w piersi, jak gdyby chciała z nich wypędzić wszelkie uczucie, napróżno korzyła się przed Bogiem — ani z myśli, ani z serca na jedną nawet chwilę nie ustępował ten, który był szczytem jej radości i twórcą wszystkich jej smutków... Po długiej walce z sobą, gdy ujrzała się bezbronną wobec ogarniającego ją wszechwładnie uczucia, Marja-Anna załamała ręce i zalała się gorzkiemi łzami. Przed oczyma jej wyobraźni pamięć wywołała z przeszłości szereg obrazów, które tylko do spotęgowania uczucia przyczynić się mogły... Zkąd zakwitło w jej chudej piersi to uczucie, które sama za zbrodnię uważała?... Czyż brata wolno tak kochać, jak ona swego brata kochała?... Czy siostrze wolno, — czy prawa boskie i ludzkie na to pozwalają, — uczuwać zazdrość dla kobiet, które się bratu podobają? A przecież ona nienawidziła wszystkie piękne kobiety dlatego tylko, że mogły podobać się bratu! Oh, jakże on był dla niej okrutny! Wszak nie taił się przed nią, że ubóstwia tę jakąś księżnę, za którą całą Francję wzdłuż i wszerz objechał? Wszakże i teraz — o, tego była pewną — z nią się ukrywa przed ojcem, którego to może zabić!...
Tyle najrozmaitszych myśli oblegało ją, że nie mogła i nie umiała nawet pewnego wprowadzić do nich porządku. Jedno uczucie wszechwładnie ją ogarnęło: była to miłość, którą zazdrość podsycała.
Była chwila, gdy wśród łez gorzkich, usta jej boleśnie się wykrzywiły gorzkim uśmiechem. W tej chwili Marja-Anna pomyślała o swej brzydocie!...
— «Jakiem prawem żądasz, ażeby on, piękny jak bożek, prawdziwe wcielenie piękności, gdybyś nawet siostrą jego nie była, mógł cię pokochać, ciebie — brzydką, oh, tak brzydką, że równej sobie nie znasz!»...
Ta myśl odjęła jej nawet chęć do życia, zagłuszyła miłość dla ojca, o którego w tej chwili nie była zdolną nawet się niepokoić...
A więc życie ludzkie jest jednem pasmem cierpień? A więc Bóg dobry na to umieścił człowieka — króla stworzenia, w tak cudnie pięknem otoczeniu, ażeby tembardziej, tem głębiej nicość swoją zrozumiał? Czyż to Bóg w jej sercu zasiał ziarno miłości dla brata?... O nie, nie, niepodobna!...
I strumień łez gorzkich znów zalał jej wychudłe policzki...
Marja-Anna nie wiedziała, czy długo klęczy przed ołtarzem, nie zdawała sobie sprawy ani z czasu, ani z tego, co się działo dokoła niej. We własne serce zatopiona, oprócz własnej boleści nie widziała, nie pojmowała nic zgoła...
Schylona kornie u stopni ołtarza, dla każdego mogła służyć za wzór pobożności, a przecież jakże daleko i serce jej i dusza były od modlitwy? Gdyby kto w nie zajrzał, musiałby się przestraszyć. Najokropniejsze zwątpienie ogarnęło całą jej istotą. Po szczeblach tej hydry stugłowej Marja-Anna wzniosła się aż do początku swej rodziny, której dzieje nie były dla niej tajemnicą... Dziadek był niegdyś księdzem, ale uwiedziony wdziękami śpiewaczki czy baletnicy, która swe wdzięki za towar uważała, odstąpił od Boga, ożenił się z tą.... która przecież została matką jej ojca!... Była więc wnuczką renegata wiary i komedjantki... A ojciec jej, ten najukochańszy jej ojciec, czyż nie ożenił się w warunkach, nie odpowiadających wcale jej pojęciom? Podobno matka jej — i to do grobu ją wpędziło — uległa woli rodziców i wyszła za potężnego hrabiego Brutusa Besnarda, podobno dla innego żywiła uczucie prawdziwej miłości i oddając jej ojcu ciało, serca mu oddać nie mogła!... Ludzie jej powiedzieli, że nieszczęśliwa jej matka skonała z takim wyrazem na ustach, którego przez życie całe, od chwili pójścia zamąż aż do śmierci, nigdy głośno nie wymówiła. Wyrazem tym było imię człowieka, którego ubóstwiała!... Raz go podobno tylko widziała po zamążpójściu, raz tylko uległa jego prośbom i pozwoliła mu rękę sobie uścisnąć... A jeśli?... O Boże najdroższy, Panie wszechstworzenia!... A jeśli to spotkanie... O nie, nie!...
Marja-Anna już dalej myśleć nie mogła. Wszystkiemi siłami duszy odpychała od siebie szalone, nędzne przypuszczenie, które pomimo to w sercu jej kiełkować poczęło i w prędkim czasie wydało goryczy pełen owoc, okropnej, ohydnej pewności!...
Biedna dziewczyna padła bez zmysłów na posadzkę... Zauważył to zakrystjan, nadbiegł czemprędzej, podniósł zemdloną i starał się wszelkiemi siłami przywrócić ją do życia. Nareszcie Marja-Anna otworzyła oczy, z wdzięcznością spojrzała na poczciwego człowieka, uścisnęła mu dłoń i wolnym, chwiejnym krokiem, śmiertelnie blada wyszła z kościoła...

III.
Minister stanu.

W owych czasach absolutnego rządu, osobistego i tajemniczego, ministrowie cesarstwa byli poprostu najzwyczajniejszymi komisantami cesarza. Wybierani lub usuwani, stosownie do kaprysu władcy, dostępowali zaszczytu z łaski, a niełaska była przyczyną ich upadku. Parlament ówczesny — parlament bez głosu — nie znał ich wcale, a nawet znać ich był nie powinien.
Większość powoływanych na stanowiska ministrów składała się z ludzi, mających pewne zasługi: z urzędników wybornych, którzy na drodze administracyjnej czegoś zawsze dokonali, z ludzi pragnących, ażeby wszystko działo się jaknajlepiej, ale nie posiadających wysokich cnót politycznych. Jeśli który z nich myślał niezależnie i pewnym formułkom na wiarę nie ufał, można było przewidzieć, że wprędce będzie musiał miejsce swoje opróżnić dla faworyta. O zaletach serca i duszy mowy nawet nie było. Wszyscy też odznaczali się zupełnym brakiem tej najwyższej zalety, która podnosi człowieka do prawdziwej wielkości: wszyscy odznaczali się brakiem charakteru. Żaden z nich nie ośmielił się nigdy być sobą samym. Katolicy wówczas, gdy cesarz grał na tej nucie; zwolennicy wolnej zamiany, gdyż władca, przyjaciel Cobdena, był takim; zwolennicy idei «narodowości», gdyż dawny carbonaro, ich władca, był «narodowcem» — a jako jedyny motor, ożywiający tych czcicieli bezwzględnych cesarza, w każdym z nich żył kult «myśli napoleońskiej». Dwa te wyrazy ciągle mieli na języku, dwa te wyrazy spotkać było można w ich cyrkularzach: były one ich katechizmem, ich wiarą, ich dogmatem. Niewątpliwie byli to ludzie bardzo zręczni, ale w polityce drobna zręczność nie może popłacać! Zanadto podobni do tych pochlebców, którzy obsiedli niegdyś Wersal, nowi ci pochlebcy Tuilerjów starali się tylko o to, ażeby się podobać; szło im o to, żeby się stać użytecznymi, czasem potrzebnymi, a nadewszystko — przyjemnymi. Nigdy, od czasów Ludwika XIV, pochlebstwo dworskie nie miało tak wyraźnej postaci, jak za czasów drugiego cesarstwa. «Napoleon Wielki!... chcę mówić nasz Napoleon» — mawiał zwykle jeden z jego ministrów, a inny wołał ekstatycznie: «Wobec genjuszu drugiego Bonapartego, podziwem przejęty stoję i milczę!...» Ludzie ci dziś już nie istnieją, a pamięć ich szarpią nielitościwe pamflety. A przecież, nie będąc wielkimi, ludzie ci wielkich rzeczy dokonali. Historja to kiedyś stwierdzi. Historja będzie ich surowym sędzią, gdyż powie, że nieznośnymi będąc pochlebcami, przyczynili się do zepsucia i doprowadzili do upadku szlachetnego człowieka, tego marzyciela dziwnego, który odznaczał się taką wysoką inteligencją, a taką, niestety, słabą wolą... Ale naród francuzki — któż o tem nie wie? — najsceptyczniejszy, a zarazem najłatwowierniejszy ze wszystkich narodów, czyż nie kłamał swym władcom? Któż miałby odwagę twierdzić, że jestto nieprawdą?... Niegdyś ubóstwiał królów, teraz ubóstwia tłum miljonowy... Ojcowie nasi znali tam tych, my widzimy tych ostatnich.
Ministrowie Napoleona sam na sam zwykle z nim pracowali. To było przyczyną ich wzajemnej zazdrości, z tego powodu ciągle sobie wchodzili w drogę. Była jednak chwila, w której pałający wzajemną zawiścią, panowie ci w jedną złączyli się całość i działali wspólnie. Cementem, który ich łączył, była nienawiść jednego z kolegów, pana ministra stanu.
Sekretarjat stanu, była to instytucja nawskroś napoleońska, którą odnowił Napoleon III i powołał do życia według wzoru wielkiego cesarstwa z roku 1805, a której główny dygnitarz, nie posiadając ściśle określonej władzy, aspirował do pewnego rodzaju pierwszeństwa pośród swych kolegów. Administrator listy cywilnej, wice-prezydent «Rady familijnej» — rodziny Bonapartów, stróż majątku i honoru Napoleonów, pracujący codziennie z władcą, i posiadacz najtajniejszych sekretów tego władcy, — ten minister, nie posiadający teki, mógł się uważać za pierwszego ministra. Faktycznie był nim, gdyż w pałacu Tuileryjskim umiał się podobać.
Podobał się małżonkowi, jako powiernik jego miłosnych zachcianek, podobał się małżonce, gdyż umiał ją pocieszać, ilekroć zazdrość ją zbytnio smuciła. Wpływ jego, z natury rzeczy znaczny, z czasem był ogromny. Inni ministrowie nienawidzili go, ale tak, jak się nienawidzą dostojnicy dworów wschodnich. Kłaniali mu się bardzo nizko, podchlebiali na każdym kroku i zawsze uśmiechem witali. W tej kamaryli, której intryga była życiem i celem, kilku bliższych próbowało nawet strącić faworyta z piedestału, na jaki się wdrapał. Zawiązała się wówczas walka, zacięta i dyskretna, jeden z tych pojedynków bez litości, bez pardonu, kiedy każdy wyraz jest insynuacją, każda uwaga oszczerstwem, milczenie nawet obrazą: był to jednak napad bardzo niepotrzebny, gdyż osoba, będąca jego przedmiotem, pole walki opuściła, jako zwycięzca. W owych dniach, o których mówimy, mgłą niejakiej tajemniczości owiana potęga pana ministra występowała śmiało w świetle słonecznem, pewna zawsze zwycięztwa. Pan minister wiedział, że przy dworze był pierwszą i główną osobą, miał więc prawo sądzić, że dla całej Francji jest drugą, zaraz po cesarzu. Ogół nie wiedział, jaką pan minister stanu potężną władzę posiadał, ale za to otoczenie cesarza znało ją doskonale, zanadto nawet dobrze. Podpis jego znajdował się na wszystkich ważniejszych dekretach; świadczył on zarazem, że pan minister miał pretensję do kontrolowania nawet tego, który mu rozkazy wydawał. Jednym z jego obowiązków było «utrzymywanie stosunków cesarza z izbami cesarstwa», a to dawało mu niejakie prawo do panowania nad radą stanu, której wcale nie poważał. Niewiele go to obchodziło, że rada stanu składała się z ludzi, posiadających liczne i wieloletnie zasługi. Czy przez lenistwo, czy może wskutek słabości charakteru, dość że prezydent Baroche chętnie ustępował mu rządy nad swymi kolegami, nie mając za to nawet najmniejszego wpływu w pałacu Tuileryjskim. Nic dziwnego, że bardzo wielu członków rady, jeśli tylko pewną odznaczał się który z nich niezależnością, stało się celem prześladowania i nienawiści, nic wspólnego nie mającemi ani z dobrem Francji, ani z pomyślnością jej władcy.
W czarnym gabinecie Carrouselu najgorzej ze wszystkich był notowany hrabia Besnard. Zarzucano mu zbyt dumne zachowywanie się i zbyt dumny sposób wyrażania się o rzeczach i ludziach, o których należało inaczej zupełnie mówić. Nie chciano mu przebaczyć nigdy tej sławnej mowy, którą w pierwszych chwilach istnienia rady stanu wygłosił, nie oszczędzając nic i nikogo...
«Mam za sobą dwadzieścia cztery lata praktyki sądowej. Otóż, do dziś dnia nie wiedziałem, czem może być w rzeczywistości publiczne szachrajstwo!»
Była to prawie zbrodnia w oczach rady stanu, zbrodnia, którą prędzej lub później musiał odpokutować jej twórca. Tak, panie hrabio Brutusie, duszo wzniosła, panie La Vertu, prędzej lub później kara cię czekała! Ale starzec najmniejszej na groźby nie zwracał uwagi, nie widział burzy, która się nad jego głowa, zbierała, i nie umiejąc uśmiechem na uśmiechy odpowiadać, szedł dalej drogą obowiązku.
Dziwne to było ministerjum; minister nie mniej dziwny.
Człowiek, który godność tę piastował, mógł mieć wówczas około lat sześćdziesięciu. Twarz jego otaczały siwiejące faworyty, blady był zawsze, nos posiadał wielki, czoło wysokie, słowem, był brzydki, ale bardzo inteligentny. Łysy, ale za przykładem Morny’ego nie upatrując w tej łysinie tytułu do piękności, umieszczał na czaszce przepyszną perukę kruczej barwy. Peruka ta nieraz wiele mu wyrządzała przykrości wobec dam, które podówczas zachwycały się, zgodnie z modą, «czaszkami ze słoniowej kości», ale wołał perukę, aniżeli gołą głowę. Były to czasy, w których jeden z bardzo głośnych deputowanych, częsty gość na pokojach cesarzowej, w chęci podobania się jej, chciał się poddać operacji pozbawienia się włosów... Ale — jakaż epoka niema swego «genre'u», inaczej mówiąc, swego wielkiego głupstwa?!...
Pan minister ujrzał światło dzienne w Tarbes, chociaż uważał się za paryżanina. Tarbes leży w krainie Bigorre, w tej krainie, gdzie najczęściej zdarzają się cuda za dni naszych, a pastuszkowie bardzo często widzą Matkę Boską. Faktycznie był on żydem, ale nie synem Izraela, lecz poprostu żydem z tej rasy eksploatatorów i zręcznych operatorów giełdowych: bank był jego kolebką, jego rodziną, jego ojczyzną.
Ani Thora jednak, ani Talmud, nie zdołały zachwycić go; pewnego dnia ten syn mamony przełożył nad nie Biblję, za przykładem czcigodnego J. F. Ostervalda: zestał chrześcjaninem, ale protestantem — może z powodu admiracji, jaką żywił dla bogatych finansistów genewskiej Jerozolimy, a może dla tego, ażeby zachować, nawet w odstępstwie, jaknajwięcej judaizmu. Zresztą, purytaninem nie był: był raczej hugonotem; zgodnie z duchem wieku, nic w nim nie było z Guizota, zawiele za to z Fazy’ego.
Niezmiernie grzeczny w salonach, chętnie odgrywał rolę wielkiego pana, miał pretensję do wyrafinowanej dystynkcji i jaknajlepszych manier. Z prawdziwą przyjemnością można było patrzeć na tego człowieka w czasie balów przy dworze: pysznił się swem ubraniem w złote palmy przystrojonem, przepasanem czerwoną wstęgą. Biegał od jednej piękności do drugiej, kokietował, sypał słodkie słówka na wszystkie strony, nieraz nachylał się do ucha jakiej damy, szeptał coś, czego głośno nie mógł powiedzieć, czasem narażał się na niemiłą odpowiedź, ale nigdy nie oburzał przeciwko sobie nikogo... Gdy pełnił obowiązki służbowe, innym był zupełnie: suchy, wyniosły, dumny, panujący nad sobą, nie unoszący się nigdy, rządził swymi podwładnymi w taki sposób, jak żyd rozporządza się żydkami w kantorze bankierskim.
Jako człowiek prywatny, pan minister miał swoje słabe strony, a legendy o jego miłostkach przez długie lata obiegały po za kulisami teatrów paryzkich: zresztą był bardzo dobrym krewnym swej rodziny. Jak o człowiek, pełniący funkcję natury społecznej, posiadał zalet niemało: przedewszystkiem miał szacunek do literatury i sztuki, gust w tym kierunku wyrobiony, a nadto głęboką znajomość spraw finansowych. Nieprzyjaciele, a miał ich bardzo wielu, odmawiali mu wszelkich zalet, a natomiast nie oszczędzali mu ani jednej wady. Mówiono o nim, że zbogacił się kosztem skarbu Francji, mówiono, że był zepsuty, gdyż widziano go zawsze eleganckim i uprzedzająco grzecznym dla kobiet, mówiono nadto, że niemasz złego czynu, któregoby się nie był gotów dopuścić, a tymczasem on miał tylko wysoce rozwiniętą ambicję... Pan minister nigdy nie oponował, nigdy się nie bronił, tak samo zawsze na plotki obojętny, jak ongi obojętnym był na nie inny, nie mniej ambitny, wielki facchino, kochanek Anny Austrjackiej. Obydwaj obojętni byli na złośliwe epigramaty, obydwaj na piosnki ubliżające im nie zwracali uwagi. W gruncie rzeczy obydwaj byli sceptykami.
A jednak człowiek ten żadnej w swem sercu nie noszący wiary, miał przecież kult jeden: cesarstwo, jednego bożka: cesarza. O wiele wcześniej przed nocą drugiego grudnia, jako finansista oddał, część swej fortuny do dyspozycji księcia-prezydenta: była to operacja hazardowna, kapitał umieszczony na niepewnej awanturze, ale w każdym razie interes dobry, skoro obecnie finansista, który pieniędzy pożyczył, był ministrem, a raczej pierwszym ministrem. W tej chwili był w największych łaskach. W roku 1858 lista urzędników senatu w ten sposób ogłaszała tytuły i zaszczyty wysokiego dostojnika: «Minister stanu i domu j. c. m. cesarza francuzów, sekretarz stanu cywilnego rodziny cesarskiej, wice-prezydent rady familijnej cesarskiej, senator, członek komisji podatkowej, kawaler wielkiego krzyża cesarskiego orderu Legji honorowej, wielkiego krzyża Lwa badeńskiego, Niepokalanego Poczęcia portugalskiego, świętego Maurycego i Łazarza, i św. Ernesta Saxen-Koburg-Gothaiskiego»... Krótko mówiąc, pan minister stanu nosił na piersiach wszystkie barwy tęczy, a corocznie pobierał pensji 250,000 franków. Cały arsenał tytułów brzmiących, wstęg błyszczących i świecących orderów, dzisiaj, prawdę powiedziawszy, uśmiech wzbudzają. Staliśmy się, jak z tego sądzić należy, bardzo poważni, a nasi wielcy ludzie — któżby o tem wątpił? — nie mają żadnych słabości. Ich postacie wszelkiej pozbawione elegancji, stroje ich niewyszukane są dowodem licznych cnót, a ich prostota iście wiejska, jest najlepszą gwarancją spokoju ich sumienia. Niestety! jakże inaczej sądzić o nas będzie to pokolenie, które powstaje, jakąż ironją otoczy tych, którzy dziś za bardzo wielkich uchodzą! Taka już jest kolej rzeczy ludzkich: przyszłość z ironją patrzy na przeszłość, plam się na niej doszukuje, a bez litości sądzi i rzeczy i ludzi, którzy już reklamacji założyć nie mogą!...
W każdym razie ten, o którym mówimy, zrobił coś niecoś dobrego. Kiedy umierał w ostatnich latach cesarstwa, zapomniany przez władcę, dla którego zawsze na wszystko był gotów, zaliczony do licznych szeregów ludzi przeżywających siebie samych — znalazł jednak garstkę opłakujących go, a więcej jeszcze ludzi, którzy go długo jeszcze pamiętali. Historja o nim powie: był to człowiek zręczny i szczęśliwy — szczęśliwy, dzięki okolicznościom życia, które go wyniosły po nad wielu i wielu innych.

IV.
W gabinecie ministra.

W chwili, gdy hrabia Brutus Besnard wchodził do obszernego gmachu przy placu Carrousel, w którym pan minister stanu występował jako wielki dostojnik państwa, zegar Palais-Royalu wydzwaniał dziesiątą.
Przedpokoje już były przepełnione interesantami, a w ich liczbie połowa przynajmniej należała do ogromnego zastępu urzędników prowincjonalnych. W piątek pan minister dawał posłuchania.
Wielkie i małe nędze, a wszystkie w najrozmaitsze przystrojone mundury, zjawiały się do potężnego pana ministra z prośbami o wyższą posadę, o wsparcie, o zasiłek, o zgniecenie zawistnego przeciwnika, o to nawet, na co i pan minister nie miał żadnych sposobów. Byli w tej ciżbie i prefekci, pyszniący się swemi wąsami, «pierwsi pommadius», jak ich wówczas nazywano, i sztywni urzędnicy, i członkowie instytutu, i księża z władzy swej niezadowoleni, i artyści, zwracający się do przedstawiciela rządu po obstalunki, znaczny zastęp dziennikarzy, składających swe usługi najniższe, ale w towarzystwie wszystkich pasywów swego osobistego kredytu, najrozmaitsze figury teatralne, od dyrektorów począwszy aż do komparsów, śpiewacy i aktorzy, a pomiędzy czarnemi surdutami i poważnemi sutannami raziły blade twarzyczki tancerek różnych teatrów. O, te panie wiedziały, że długo czekać nie będą: wszystkie doskonale wiedziały, jaką rozmowę miał zwyczaj prowadzić pan minister przed śniadaniem.
Interesanci zajmowali miejsca na ławkach, wzdłuż ścian przedpokojów poustawianych: oglądali się wzajemnie, pokasływali, ale milczeli. Powolnym krokiem przez wszystkie poczekalnie przechadzał się słynny pan Morel, którego stalowy łańcuch na szyi wzbudzał szacunek. Pan Morel był naczelnikiem służby i woźnych pana ministra. Czasami zatrzymywał się, i poważny lub uśmiechnięty, co zależało od tego, do kogo przemawiał, odzywał się półgłosem:
— Chwilkę jeszcze cierpliwości, panie prefekcie, jego ekscelencja z pewnością pana przyjmie!... Za nic nie ręczę, zdaje mi się, że pan napróżno czas traci!... Proszę rzucić okiem na czekających! Przecież wszystkich jego ekscelencja nie zdąży wysłuchać?... Radzę panu zwrócić się do sekretarza... Oh, oh, nieco powagi, proszę pani, wszak są tu i osoby duchowne!...
Ta ostatnia uwaga była zwrócona do jakiejś bardzo wesołej baletnicy.
Hrabia Besnard zwrócił się do pana Morela, który zapisał podane mu nazwisko na małej kartce papieru i wyszedł. Natychmiast wrócił i głośno zawołał:
— Pan radca stanu hrabia Besnard!
Spokojny pozornie, chociaż w głębi duszy strasznym niepokojem trawiony, hrabia Besnard udał się za przewodnikiem. Przyszedł ostatni, wpuszczono go przed oblicze jego ekscelencji pierwszego... Cóż miano mu tak spiesznego do zakomunikowania?
Drzwi się przed nim otworzyły: hrabia Besnard wszedł.
W przepychu aksamitów ciemnych, w zręcznie ułożonych półświatłach i półcieniach pan minister siedział przy biurku, zarzuconem papierami. Hrabia Besnard nieco sztywno skłonił się, ale pan minister nie powstał na jego powitanie, skłonił tylko ręką i wskazując mu fotel, powiedział:
— Zechciej pan usiąść!
Hrabia Besnard uczuł się dotkniętym takim przyjęciem, które zdawało się być umyślnem zapomnieniem przyjętych form grzeczności, ale nic nie odpowiedział, siadł na krześle i po chwili dopiero sucho zapytał:
— Wasza ekscelencjo! wezwany — stawiłem się.
Minister nic nie odpowiedział. W głębi fotela pan minister widocznie namyślał się nad sposobem zakomunikowania przybyłemu jakiejś wiadomości, która dla obu stron przykrą być musiała.
— Wezwałem pana — odezwał się nareszcie pan minister — biedny panie Besnard... Boże drogi, cóż za obrzydliwa awantura!...
Ten sposób mówienia, jakiś ton litościwo-protekcyjny, obrażały dawnego prokuratora jeneralnego... «Biedny panie Besnard!»... Od kiedyż to zaczął w ludziach wzbudzać politowanie? Duma dusiła go. Hrabia Besnard odpowiedział bardzo wyniośle:
— Obrzydliwa awantura!... O, to pewna! W każdym razie — wybacz mi pan moją szczerość — w każdym razie tego rodzaju awantury zdarzają się zaczęsto. Widocznie zapomniano już, jak czuwać należy i zapomniano zapobiegać przestępstwom.
«Zaponmiano»... miało to znaczyć: rząd zapomniał.
Pan minister podniósł nieco głowę, uśmiechnął się nie bez odcienia złośliwości, i do dumnego hrabiego nie mniej dumny dygnitarz odezwał się wyniośle także:
— Ah, nauczka?... Zechciej jej nam pan oszczędzić!... Ale, przedewszystkiem o kim pan mówisz? O sprawcach wczorajszego zamachu? O tych bandytach z ulicy Le Peletier?... A ja mówię o innym zupełnie winowajcy... o pańskim synu...
— Mój syn?!... Co w tem wszystkiem może robić nazwisko mego syna?
Minister odpowiedział bardzo wolno, akcentując każdy wyraz:
— Syn pański zamierzał zabić cesarza!...
— Mój... mój syn!!...
Hrabia Besnard stał przed biurkiem ministra.
— ...Pan mówisz?... Ale ja tego nie rozumiem... nie, nie... niepodobna! Ja tego nie mogę rozumieć!...
Po chwili jednak wzruszył ramionami i pogardliwie się uśmiechnął:
— Waszej ekscelencji opowiedziano chyba jaką awanturę karnawałową... Musi to być podły żart! Nie chcąc wcale przyjmować do siebie wyrazów, któremi hrabia Besnard w uniesieniu szafował nieco zbyt nieostrożnie, pan minister spokojnie mówił dalej:
— W nocy z 12 na 13 stycznia, a więc onegdaj, u kobiety, u niejakiej księżnej de Carpegna, syn pański zamierzał zabić cesarza.
Księżna de Carpegna!... Nieszczęśliwy ojciec przestępcy padł na krzesło!... Hrabia Besnard zbladł okropnie, serce tak silnie biło mu w piersiach, że czuł ból niewypowiedziany, a pomimo to nie wierzył, nie mógł wierzyć!
— Niepodobna!... Niepodobna! — szeptał ten jeden tylko wyraz, nie mogąc nic więcej wymówić.
Pan minister nie zauważył nawet głębokiej boleści starca i zawsze tym samym spokojnym tonem mówił dalej:
— Niepodobna!... Na to zgoda. Ale cóż począć, skoro mamy fakt przed sobą?... Przeczytaj pan: oto jest protokół jego zeznań.
Minister wziął z biurka jeden z licznych papierów, zalegających jego biurko i podał go hrabiemu Besnardowi. Starzec nie chciał go wziąć do ręki:
— Nie... Nie!... Nie mogę, nie chcę... nie wierzę!... To nie on, on tego nie mógłby się dopuścić!
— A więc w takim razie zapytajmy samego winowajcę. Może pan wówczas uwierzysz? Jest w sąsiednim pokoju. Przyprowadzą go tutaj.
Minister zadzwonił i w tej samej chwili mały, zgrabny młodzieniec stanął we drzwiach. Był to naczelnik kancelarji pana ministra.
— Baronie Efraimie — odezwał się minister — niech wprowadzą tutaj Besnarda... Pamiętaj pan, że sekret zachować powinni wszyscy, wszyscy co do jednego! Jesteś pan w posiadaniu ważnej tajemnicy stanu!
Fryzowany młodzian, baron w Izraelu, skłonił się głęboko i wyszedł.
Głęboka cisza panowała w gabinecie. Dwaj wysocy urzędnicy cesarscy milczeli. Jego ekscelencja skrzyżował ręce i czekał cierpliwie, a nieszczęśliwy Besnard uginał się pod ciosem, który w samo serce go ugodził: schylił głowę, wsparł ją na lasce i głębokie westchnienia wyrywały mu się ze zbolałej piersi. Westchnienia te na chwilę zakłócały panującą ciszę... Słychać było tylko monotonny dźwięk zegara i trzask suchego drzewa na kominku. Nakoniec boczne drzwi się otworzyły i nieszczęśliwy ojciec ujrzał w nich ukochanego syna, którego prowadził agent policyjny.
Blady, z oczyma, wypalonemi aż do krwi bezsennemi nocami, w ubraniu poszarpanem, młody Besnard nosił na twarzy ślady walki, a na rękach znaki krwawe kajdanów; gdyby go kto w tej chwili był ujrzał, przysiągłby, że ma przed sobą rozbójnika, którego sprawiedliwość kilku już pieszczotami kary swej dotknęła. Syn na widok ojca osłupiał, oniemal nie stracił przytomności... «Oh! nieszczęśliwy ojcze!... Ty, tak dumny zawsze, jakże nizko schyliłeś czoło pod brzemieniem wstydu! Ojcze, ojcze!»...
Ale wyrazy zamierały mu na ustach, paliły go... Wice-hrabia Besnard odwrócił oczy. Stał na samym środku pokoju i wszelkiemi siłami starał się zachować spokój. W tej chwili, dzięki nadczułości nerwów, które drżały w nim jak w febrze, niedoszły ten przestępca widział wszystko, co się działo dokoła niego, widział najmniejsze szczegóły otoczenia: od sufitu ciężko nieco ozdobionego, aż do mebli zbyt pretensjonalnych; widział doskonale portret kardynała Richelieu i zdało mu się, że jego eminencja w szkarłatnym stroju rzuca na niego gniewne spojrzenia... Pod tym obrazem znajdowała się niesympatyczna, chłodna twarz pana ministra.
Po chwili milczenia głos hrabiego Brutusa wyrwał z zapomnienia w cierpieniu biedną duszę młodego człowieka. Dawny prokurator jeneralny powstał, wyprostował się i spojrzał na syna stalowym wzrokiem:
— Musisz pan wiedzieć — odezwał się — o co pana obwiniają?
Zapytany bez wahania natychmiast odpowiedział:
— Wiem tylko jedno: chciałem zabić!...
— Zabić!... Cesarza!
— Nie wiedziałem, że to był cesarz...
Po chwili ciszej nieco dodał:
— Muszę wyznać, że... gdybym nawet wiedział... byłbym...
Ponownie się zatrzymał i nagle głosem rozpaczy zawołał:
— Ojcze!... Litości, drogi ojcze!... Byłem szalony... kochałem!
Starzec skrzywił twarz: była na niej rozpacz, obawa, duma — wszystkie uczucia, a przecież schylił głowę i zamilkł. Znów cisza panowała w gabinecie. Z ulicy dochodziły odgłosy miejskie, a w tej chwili panowały nad niemi dźwięki piszczałek i rulady bębnów pułku grenadjerów, który defilował przez plac Carouselu. Zwykle w tej porze rozstawiano warty w pałacu Tuileryjskim.
Pan minister przeglądał jakieś papiery; znalazłszy widać szukany, odezwał się do winowajcy:
— Panie Besnard, śledztwo — oh, śledztwo jeszcze bardzo niedokładne, ogólnikowe zaledwo — stawia panu zarzut premedytacji i przygotowania zasadzki.
— Śledztwo się myli — brzmiała odpowiedź.
— Życzyłbym panu tego... Ale, bądź co bądź, musisz pan przyznać, że ta księżna de Carpegna zbliżyła pana do mazinistów. Jeden z tych bandytów, dziś aresztowany, zeznał to najformalniej... Nie przecz pan: fakt to stwierdzony. Jeden ze świadków widział pana, jak onegdaj wchodziłeś do jednej z ich kryjówek w Montmartre: stróż domu, który dał pański jaknajdokładniejszy rysopis. Zresztą, cóż miałaby na myśli dawna pańska metresa, gdy mówiąc o panu, zawołała: «Ten człowiek jest moim kochankiem, a ja jego wspólniczką!» Wszak to dość jasne?... Niestety, zbyt jasne! Nie przerywaj mi pan, proszę... sądzę, żeś pan musiał wiedzieć przecie, co zacz była ta tak zwana księżna... Nie?... Temu trudno uwierzyć!... Ten sam włoch, przyjaciel tej damy, oznajmił nam, kto jest ta piękność... jest to kurtyzanka, kobieta upadła, która niegdyś w Londynie po trotuarach zbierała wielbicieli swych wdzięków, jest to Rozyna Savelli, jedna z tych...
Hrabia Brutus Besnard krzyknął przeraźliwie.
— Savelli!... Ona się nazywa Savelli!...
Starzec drżał, jak gdyby go febra męczyła.
— Właśnie, Savelli... córka jednego ze skazanych w dniu drugim grudnia jednego z powstańców w Var: tego, którego w swych pamfletach przyjaciele nazywają...
Pan minister zamilkł: wspomnienie powstania na południu i krwawych uśmierzeń, niewesołe obudziło w nim myśli. Nie mógł dokończyć zdania.
— Dokończże pan! — zawołał gwałtownie hrabia Besnard... Ten, którego nazywają: «męczennikiem dwukrotnie rozstrzelanym!»... Tak, dwa razy karany, dwa razy rozstrzelany!... Ja tego byłem przyczyną, ja się tego domagałem! O Boże!... O wieczna sprawiedliwości!... Boże, Boże!...
Starzec ukrył twarz w dłonie i płakał, jak dziecko.
Minister skinął na agenta policyjnego.
— Odprowadź pan więźnia, ale nie oddalaj się pan... Będę pana potrzebował!...
Policjant popchnął przed siebie więźnia, przerażonego wszystkiem, czego się teraz dowiedział. Obydwaj opuścili gabinet.
Dwaj dygnitarze znów pozostali sami. Znów milczenie panowało parę minut.
Zdala dolatywała muzyka wojskowa, która grała wyjątki z «Królowej Hortensji», a wkrótce zaczęła grać pieśń dawnych zwycięztw: «Czuwajmy nad pokojem cesarstwa». Nagle okrzyk z piersi tysiącznego tłumu rozdarł powietrze: cesarz w tej chwili ukazał się na balkonie Tuileryjskiego pałacu.
W tej samej chwili pan minister uśmiechnął się z zadowoleniem, opuścił fotel i zbliżył się do hrabiego Besnarda.
— Czy słyszysz pan? Co za entuzjazm! Jaki wylew uczucia! Nikt już dziś nie mógłby powiedzieć, że milczenie narodu powinno być nauką dla jego władców... Odtąd cesarstwo nie może nigdy upaść!
Hrabia Besnard nic nie odpowiedział, nie miałby w tej chwili siły do wymówienia chociażby jednego tylko wyrazu. Minister spojrzał na niego, przez chwilę wzrok swój na nim zatrzymał i zmienionym, wszelkiej wyniosłości pozbawionym głosem, współczującym raczej, odezwał się:
— Odwagi! Cesarz, kochany hrabio, szanuje pana i kocha; a my, my wszyscy, my pokładamy zupełną w panu wiarę!
«Kochany hrabio»... zkądże ta nagła przyjaźń?...
Jego ekscelencja milczał przez chwilę, jak gdyby dla zbadania wrażenia, jakie słowa jego sprawiły i jeszcze czulej dodał:
— Panie Besnard, rada państwa wkrótce ma się zgromadzić... Wszak pan przyjdzie, nieprawdaż?
— Ja?... ja?... — wyjąkał nieszczęśliwy starzec... Nie! Ja już nie jestem członkiem rady... W ręce pańskie składam prośbę o dymisję!
— Cóż za szalona myśl!... Odmawiamy jej stanowczo!
— Jednak — mówił hrabia Brutus z goryczą — nie mógłbym nadal pozostać radcą cesarstwa, mając za syna zabójcę cesarza!
— Odmawiamy, stanowczo, odmawiamy!... Francja potrzebuje tak światłych ludzi, jakim pan jesteś, panie hrabio!... A więc, mam niepłonną nadzieję ujrzenia pana na zgromadzeniu rady. Wszyscy ministrowie będą obecni i ja też będę. Wkrótce mamy zamiar przedstawić wam, panowie, bardzo ważne projekty: idzie nam o prawo, zabezpieczające spokój publiczny. W każdym razie w adresie, który dzisiaj rada państwa ma przesłać cesarzowi, dobrzeby było, ażeby rada z własnej inicjatywy domagała się tego prawa represyjnego. Taka inicjatywa byłaby bardzo chwalebną, sprawiłaby niesłychane wrażenie, musiałaby posiadać ogromny wpływ moralny, a nam dałaby najlepszy dowód swego oddania się i zaufania, jakie w nas pokłada... Trzeba raz już skończyć z anarchistami i burzycielami porządku społecznego! Zażądajcie panowie wraz z nami, ażeby wszyscy źli obywatele zostali usunięci z pod opieki prawa, którego uszanować nie chcą, ażeby ci wszyscy zapaleńcy z 1848 roku, ci dawni czerwoni, zostali wyjęci z pod prawa!... Zgadzam się, że jestto środek nielegalny — niewątpliwie, jest to może prawo wsteczne, ale że jest konieczne, tem samem już jest aż nadto sprawiedliwe.
— Jakże może być sprawiedliwe, będąc nielegalnem? — nieśmiało zapytał hrabia Besnard.
Jego ekscelencja uśmiechnął się:
— Oh, wiem... wiem!... Zawsze na pierwszem miejscu stawiasz pan ten swój stary honor prawnika! Honor ten oburza się, protestuje, nie może milczeć, ani otwarcie się zgodzić! Są to skrupuły, godne wszelkiego szacunku. Wiem o tem, ale pomimo to jestem pewien, że wszystkie władze myśl naszą przyjmą entuzjastycznie... Ale idzie nam o panów, o radę stanu! Panowie zwykle jesteście nieco uparci, nie chcecie po za pewnemi faktami widzieć innych, prawdziwie doniosłych, dla których tamte, choćby nawet drażnić was miały, należałoby mniejszą zaszczycać uwagą... Oh, znamy was doskonale, moi panowie!... Niektórzy z członków rady poczną zaraz agitować, zaczną z nami prowadzić wojnę, będą krzyczeć, że postępujemy arbitralnie... Sądzę, kochany panie Besnard, że pan nie będziesz głosował przeciwko temu prawu. Więcej nawet. Pańska wymowa ma wpływ niewątpliwy; koledzy pańscy, wielbiciele poważnych teoryj i wielkich zasad, z chęcią zgadzają się z pańskiem zdaniem. Jesteś pan zresztą — tego ukryć niepodobna — przywódcą maleńkiej, miniaturowej opozycji, która jest dla nas niebezpieczną, ale stokroć niebezpieczniejszą jeszcze dla swego przywódcy. Otóż... dzisiaj... wkrótce zechcesz pan zabrać głos... O, nie przecz mi pan!... Otóż, zechcesz pan zabrać głos!...
Hrabia Brutus podniósł głowę i nieśmiało odezwał się:
— A moje sumienie?.
Pan minister poufale położył mu rękę na ramieniu i uśmiechnął się:.
— Sumienie, kochany panie?... Sumienie bez żadnego trudu doskonale zrozumie, że pan jesteś ojcem, że syn pański błaga o pomoc i że Francja rozkazuje!
Frazes był dobrze obmyślany. Pan minister nie spodziewał się nawet tak doraźnego skutku. Rumieniec wstydu pokrył policzki starca: oczy jego rozżalonym błysnęły gniewem, a usta zdradziły uczucie pogardy, które mu piersi rozsadzało. Trwało to chwilkę tylko. Hrabia Besnard wstał, skłonił się i patrząc w ziemię, odpowiedział:
— Sumienie moje aż nadto dobrze pana zrozumiało... Stanę w obronie nowego prawa.
Jego ekscelencja skinął głową. Hrabia Brutus Besnard chwiejnym krokiem zbliżył się do wyjścia.
Teraz pan minister odprowadził go do samych drzwi.

V.
Łagodność pana ministra.

Jak tylko drzwi się zamknęły za hrabią Brutusem, minister powrócił na swoje miejsce przy biurku. W tej chwili nie uśmiechał się już: widocznie coś go niepokoiło, jakaś niepewność martwiła go, odejmując temu, zwykle aż nadto pewnemu siebie, mężowi stanu zwykły spokój i swobodę umysłu.
Jego ekscelencja chwilę rozmyślał, tarł ręką wysokie czoło, całe obfitym zroszone potem. Nerwowe drgania ramion zdradzały wewnętrzny niepokój, który go musiał trapić. Pan minister nie mógł długo usiedzieć na miejscu, wstał i zaczął chodzić po gabinecie. Chodząc nierównemi krokami po gabinecie, stawał od czasu do czasu przed obrazem, z którego ram spoglądał na niego Armand du Plessis, książę kardynał de Richelieu i długo się wpatrywał w rozumną twarz wielkiego męża.
Długie to wpatrywanie się w obraz monstrualnego wielkiego człowieka, tej uosobionej «prawości bez skrupułów)), wzmocniło widać serce pana ministra, gdyż usiadł na zwykłem swojem miejscu i zadzwonił na swego barona Efraima:
— Każ pan wprowadzić tego Besnarda i każ pan oddalić się policjantowi, który go strzeże... Jeszcze słówko. Oto masz pan list do mego kolegi ze spraw wewnętrznych. Proszę, odnieś go pan sam. Dodaj pan, że ja za wszystko odpowiadam... ale, powiedz pan, że chcę — to warunek konieczny — ażeby mi pozostawiono zupełną swobodę działania!... Potrzebuję dwudziestu czterech godzin... Jeszcze raz przypominam: odpowiedzialność przyjmuję na siebie!
Przy tych słowach jego ekscelencja wręczył list konfidencjonalny ładnemu sekretarzowi, który natychmiast wyszedł spełnić rozkaz.
Gdy sam pozostał, znów ogarnął go dziwny niepokój, wsparł czoło na rękach i zamyślił się głęboko. Gdyby ktokolwiek był spojrzał na niego w tej chwili, ogarnąćby go musiało niezmierne zdziwienie: jego ekscelencja pan minister stanu, prawdziwe dziecko szczęścia, ten, którego wynoszono w pałacu Tuileryjskim do najwyższych godności, drżał jak w febrze!...
Skrzypnięcie drzwi i szelest draperji zwrócił uwagę pana ministra, który podniósł głowę: wice-hrabia Besnard stał przed nim.
Kilka chwil panowało ponure milczenie. Pan minister stalowym wzrokiem spojrzał na Besnarda, który ze spuszczoną głową czekał, nie mogąc przemówić do milczącego ciągle dostojnika. Po pewnem, przydługiem nieco milczeniu pan minister odezwał się:
— Jesteś pan wolny, panie Besnard!
Słowom tym towarzyszył gest teatralny.
Besnard zdziwionemi spojrzał oczyma na ministra, który, nie dając mu przyjść do słowa, jeszcze raz powiedział:
— Mówię wyraźnie: jesteś pan wolny!... Wszak pan słyszysz co mówię?...
Pan minister mówił wyniośle, twardo, bardzo wyraźnie, ale twarz jego, jak zawsze, przybraną maską obojętności była pokrytą.
Besnard oczom swoim nie wierzył; zdawało mu się, że go słuch myli — i milczał.
— Jesteś pan więc wolny... Cóż zamierzasz pan teraz zrobić?
— To, co mi rozkażą.
— Wybornie!... Otóż, zechciej mnie pan zrozumieć. Działam na własne ryzyko, nikt mi tak postąpić nie nakazywał. Wiedz pan, że śledztwo sądowe jest w toku: jutro, dziś jeszcze może, znów mogą pana zaaresztować... Wszak pan to rozumiesz?... Zdaje mi się, że nie... Postaram się wyrażać się jaknajjaśniej... Jako syn bardzo wysokiego urzędnika cesarza, nie możesz pan zająć miejsca na ławie oskarżonych!... Cóż więc masz pan za zamiary?
— Opuścić Francję.
— Zły to projekt!... Zażądają, gdziekołwiekbyś się pan znajdował, wydania pańskiej osoby w ręce francuzkiej sprawiedliwości... Widzę, żeś pan mnie jeszcze nie zrozumiał!... Proszę wysłuchać uważnie to, co powiem: nosisz pan nazwisko wice-hrabiego Besnarda, jesteś pan urzędnikiem w radzie stanu, a ojciec pański zajmuje w cesarstwie bardzo wysokie stanowisko. Należy uniknąć wszelkich badań i dociekań... Czy dość jasno się wytłómaczyłem?
Besnard czas pewien milczał. Minister patrzył na niego. Cisza znów panowała w tym gabinecie, w którym dziś tyle męczarni przenieśli ojciec i syn. Pan minister czekał na odpowiedź... Dwaj obcy dotąd sobie ludzie po raz pierwszy śmiało spojrzeli sobie w oczy: Besnard i minister nie mogli mówić... Blade ich twarze zdradzały najwyższy niepokój, obawę może, a może nienawiść. Czas upływał: za chwilę zegar miał wskazać dwunastą godzinę, a o pierwszej w Tuileryjskim pałacu wyznaczono zgromadzenie!
— Ah, widzę, że pan nie chcesz zrozumieć! — odezwał się nareszcie pan minister bardzo szorstko... Byłem zawsze bardzo dobrego zdania o pańskiej inteligencji, a słyszałem, żeś pan odważny!... Trzeba zniknąć!
Wice-hrabia Besnard pod wrażeniem tej obelgi drgnął, a po chwili, zbliżając się do pana ministra, tuż nad jego głową w odpowiedzi rzucił mu te słowa:
— A więc pan żądasz, ażebym się zabił?!...
Jego ekscelenja zachował najzupełniejszą zimną krew:
— Oh, jestto bardzo uroczysty wyraz! — odpowiedział jego ekscelencja głosem powolnym. Jednak, to zależy od pańskiego uznania... Ja powiedziałem poprostu: zniknąć.
— Zniknąć?! — powtórzył Besnard i gorzko się uśmiechnął. Niechże więc będzie mniej uroczysty wyraz! Zrozumiałem...
Wice-hrabia Besnard odsunął się nieco od biurka pana ministra, skrzyżował ręce na piersiach i zapytał:
— A pani de Carpegna gdzie się znajduje?
— Ta kobieta opuściła Francję.
Besnard roześmiał się głośno.
— Miłosierdzie i łagodność cesarza!... Bozumiem!... I to jeszcze zrozumiałem!... Dobrze!... Teraz syn bardzo wysokiego dostojnika gotów jest umrzeć!
W tej samej chwili zegar na kominku zgrzytnął, poczem wydzwonił dwunastą godzinę. Pan minister wskazał ręką na zegar:
— Zniknięcie bardzo spokojne, wszak prawda?... A głównie, żeby się obejść mogło bez scen familijnych: powinieneś pan ojca oszczędzać... Dwunasta!... Panie wice-hrabio masz pan jeszcze dwadzieścia cztery godziny do rozporządzenia.
Jego ekscelencja wstał i ruchem teatralnym, który mu był właściwy, przerwał posłuchanie:
— Jestem w posiadaniu pańskiego słowa... Jesteś pan wolny!
Syn hrabiego Besnarda sztywno się skłonił i wolnym krokiem opuścił gabinet...
Gdy za odchodzącym drzwi się zamknęły, pan minister upadł na fotel. Był sam, nikt go nie widział, a jednak bladość śmiertelna pokryła jego policzki:
— Ohydne! — wymówił szeptem prawie — obrzydliwe!... Ale w ten sposób uwalniam cesarstwo od skandalu!...

VI.
Chrystus w katedrze Najświętszej Panny.

Tłum, który przed chwilą zapełniał po brzegi plac Carrousel, już się rozproszył. Parada wojska skończyła się: grenadjerzy zeszli z placu, muzyki nie było słychać, bębny zamilkły, trąby nie wydawały głosu. Policja również w boczne skierowała się ulice. Najświetniejsza część program owego, chociaż bez ogłoszonego zgóry programu, widowiska już się odbyła: cesarz ukazał się na balkonie, publiczność kilkakrotnemi okrzykami go powitała. Na obszernym dziedzińcu Tuileryjskiego pałacu, po dwóch stronach bramy tryumfalnej, przechadzali się poważnie dwaj kirasjerzy, pełniący raczej honorową, aniżeli faktyczną służbę. Była to warta dla efektu, poprostu dla dopełnienia obrazu konieczna. Wiatr przybywał z północy, chłodząc powietrze suche, mroźne: przechodnie śpieszyli się w rozmaitych kierunkach. Jasno-niebieska kopuła niebios nakrywała swym barwnym kloszem całą tę przestrzeń, którą każdy paryżanin uważał za najpiękniejszą część swego miasta, a to ostatnie za najpiękniejsze ze wszystkich miast na świecie.
Hrabia Besnard nie udał się na plac, przez boczne wyjście skierował się ku Pont-Royal. W tej chwili hrabia Besnard nie zdawał sobie sprawy ze swych czynności: nie wiedział, gdzie się znajduje, nie wiedział, która może być godzina, nie wiedział, dokąd zmierza. Jak automat, zmierzał starzec do rady stanu, nie myśląc o tem wcale... Nagle na samym rogu pawilonu Flory hrabia Besnard stanął: teraz dopiero wstąpiła weń samowiedza...
«O tak! Wszak dziś miał mówić, stanąć się zobowiązał w obronie projektu ministrów, zobowiązał się go zalecać i za cenę własnego nieposzlakowanego honoru zbawić swego syna... Chwila męki nie nadeszła jeszcze: miał całe trzy godziny w swem rozporządzeniu, te trzy godziny były jogo własnością, z tym czadem mógł robić, co mu się podoba!»
Hrabia Besnard stanął, a po chwili krótkiego namysłu wrócił tą samą drogą, którą przyszedł... Szybkim krokiem podążał teraz przed siebie. Dokąd?... Nie umiałby na to pytanie odpowiedzieć. Szedł wzdłuż Sekwany i wpatrywał się w jej ruchome fale... Od wczorajszego dnia nic nie miał w ustach, zimno go przejmowało, starzec trząsł się jak w febrze, a pomimo ostrego wiatru, nie wiedział, czy mróz krew mu w żyłach ścina, czy żar piersi rozsadza... Głowa go bolała, serce albo biło gwałtownie, albo nagle zamierało, ażeby tem większy ból mu sprawić... Starzec szedł jednak ciągle, coś mówił głośno, a przechodnie patrzyli na niego z uśmiechem. Czasem groźnie brwi ściągał i wówczas z ust jego wychodził straszny wyraz:
— Nędznik!
Po chwili znów ogarniał go smutek, jakaś żałość niewypowiedziana, a wówczas ten wyraz osiadał mu na ustach:
— Nieszczęśliwy!
W pobliżu zegar głośno uderzył... Hrabia Besnard ocknął się z ciężkiej zadumy i rozejrzał się dokoła. W tej chwili znajdował się przed ratuszem miejskim, a zegar wskazywał dwunastą. Wkrótce trzy srebrne, uderzenia dzwonu uleciały w powietrze z kościoła Świętego Gerwazego, a powolniejszy i poważniejszy dzwon świętego Seweryna pośpieszył z odpowiedzią. Stopniowo po nad Paryżem w rozmaitych punktach odezwały się dzwony, zapowiadające ludności, że czas już na chwilę wznieść myśli do Boga. Wezwanie na «Anioł Pański» uspokoiło hrabiego Besnarda: spłynął on duszą w duszę zbiorową wielkiego Paryża, która w tej chwili wznosiła się ku niebiosom, do krainy nieskończoności...
Hrabia Besnard na chwilę zapomniał o własnej boleści i z zachwytem przysłuchiwał się «Ave Maria» dzwonów paryzkich. Nagle myśl, że tak srodze cierpiąc, nie udał się jeszcze o pomoc do Boga, że nie modlił się, dotknęła go do żywego. Wobec niej, na chwilę przynajmniej, znikły wszystkie inne uczucia z jego serca!...
Hrabia Besnard rozejrzał się dokoła i zatrzymał oczy na wspaniałych wieżach wiekowej katedry Najświętszej Panny: dwie poważne wieże wznosiły czoła ku górze, w tej chwili hrabia Besnard ujrzał w nich modlitwę zaklętą w kamienie, ujrzał symbol ufności w Boga!... A dzwony poważnie wzywały do modlitwy, w głosach ich starzec wyraźnie słyszał: «Sancta Maria, ora pro nobis!...» «O, Pocieszycielko Najświętsza, w takich chwilach rozpacznych boleści Ty jedna tylko duszę zbolałą natchnąć możesz siłą, której żadna moc nie złamie!...»
Starzec pod wrażeniem tej myśli uległ wezwaniu dzwonów i udał się na plac Parvis — ten przepyszny zakątek starego Paryża, w owe czasy nadzwyczaj malowniczy, na którym dziś nawet panuje jakaś atmosfera starych wieków: prześliczna katedra, arcydzieło sztuki, w swych cieniach ukrywa wspaniały ołtarz... Obraz prawdziwej opieki Panny Najświętszej, opiekunki cierpiących, która swym płaszczem wszystkich uciekających się do Niej okrywa... Hrabia Besnard wszedł przez drzwi Zodjaku i wolnym krokiem podążył ku bazylice.
Około południa kościół był prawie pusty. Pod wyniosłem sklepieniem nawa kościelna rozciągała swe poważne cienie aż do wielkiego, ołtarza. Boczne wgłębienia oddychały spokojem. Żaden hałas uliczny nie wdzierał się do tego poważnego domu modlitwy. Organy milczały, księża już kościół opuścili, nabożeństwo już się skończyło. Najmniejszy szmer nawet nie zakłócał spokoju katedry. W tej chwili był to rzeczywiście kościół, prawdziwy Domus Dei, tajemnicze siedlisko Odwiecznego, Pełnego tajemnic, Którego tylko sercem można odgadnąć. Zdawać się powinno, że Stwórca wszechrzeczy, że Odwieczny, Nieskończony, Ten, który jest Wiecznością i Wiecznotrwałością, w tych półcieniach chętniej przemieszkiwał, aniżeli wówczas, gdy świece gorzały i śpiewy ludzkie wznosiły się ku górze. Hrabia Besnard skierował się ku prawej stronie nawy, ale tutaj drzwi żelazne, prowadzące do bocznych kaplic, były zamknięte. Jedne z nich jednak zapomniano widać zamknąć: hrabia Besnard otworzył je i wszedł do kaplicy, w której, spodziewał się, że nikt nie przeszkodzi mu modlić się...
Z początku nie zauważył przedmiotu o dziwnych kształtach, który stał oparty o ścianę. Pewien czas musiał rozpatrywać się dokoła w panującym mroku, ażeby módz rozróżnić otaczające go przedmioty. To, co najpierwsze powinno było uderzyć jego uwagę, było i dziwaczne i poważne zarazem. Był to olbrzymi krucyfiks, dzieło pochodzące z XII wieku. Niewprawną ręką twórca tego posągu chciał wyrazić w drzewie wszystkie swe uczucia religijne, wszystkie boleści, wszystkie rozpacze i uniesienia. W tym celu chciał przedstawić uroczystą chwilę, w której Syn Boga, stawszy się człowiekiem, odezwał się z głębi serca do Ojca temi strasznemi wyrazami: «Lamma Sabathani... Dlaczegoś mnie opuścił?... Ramiona i nogi ból srogi powykręcał, ciało w konwulsyjnych drganiach, czoło skrwawione cierniową koroną, a z otwartego włócznią boku sączyła się krew, do łez podobna... Głowa Chrystusa opadała na ramię, usta otwierały się z boleści... Jeszcze chwila i ofiara miała się spełnić!... Dzieło to w półmroku wyglądało jak wcielona rozpacz!
Hrabia Besnard nie widział jednak nic. Zmęczony okropnie siadł na krześle, bezwiednie plecy ma zwrócony ku krucyfiksowi... W tej chwili zbolała jego dusza wpadła w stan letargu.
Po pewnym czasie kroki jakieś w pobliżu, śpiew ludzi, którzy bardzo blizko znajdować się musieli, zwróciły uwagę nieszczęśliwego starca. Hrabia Besnard spojrzał dokoła i przez drzwi kaplicy zauważył, że po drugiej stronie kościoła odprawiano skromne nabożeństwo żałobne: cicha msza w bocznej kaplicy, bez organów, czasami tylko ksiądz głośno odmawiał psalmy: widocznie skromny pogrzeb jakiegoś pokornego śmiertelnika.
Z miejsca, na którem się znajdował hrabia Besnard, niewiele można było dojrzeć, w każdym razie to zauważyć było można, że nabożeństwo żałobne było bardzo ubogie... Hrabia Besnard westchnął: jeszcze jeden nieszczęśliwy uwolnił się z pod brzemienia nad siły!... Starzec ukląkł, przypomniawszy sobie, że przyszedł tu po to, ażeby w modlitwie szukać ukojenia. Ale trudno mu było się modlić: wyrazy z ust schodzić nie chciały, opanowywał go rozpaczny spokój. Nie z serca wypływały wyrazy: «Pater noster... fiat voluntas tua...» Jakiż dziwny opór stawiała mu własna jego wola! Jakże mało mu była przyjazną wola Stworzyciela, który tak okropnie go doświadczał!...
Wkrótce po nad szmerem słów księdza, odprawiającego nabożeństwo, rozległ się głośny śpiew psalmu Dies irae... Hrabia Besnard każdy wyraz słyszał wyraźnie i tłómaczył cały psalm: «Dzień gniewu, dzień gniewu, dzień dni wszystkich! Śmierć skrzydła swe rozpostarła; wiek w proch się rozsypał»...
Powoli dziwne widzenie ogarnęło starca, który uważnie się przysłuchiwał śpiewom. Zdało mu się, że jest na własnym pogrzebie, że to po nim odprawiano nabożeństwo. On, Brutus Besnard, tyle lat sędzia ludzkich czynów, stanął przed Najwyższym Sędzią, który czytał w jego sercu... Teraz ten sędzia Brutus musiał bronić własnej sprawy, którą nie ludzie już sądzili, ale Bóg! Głosy z kaplicy dochodziły go:
— «O nieszczęśliwy, cóż odpowiem? Jakąż ma być obrona moja w tej godzinie, w której najsprawiedliwszy z ludzi przejęty będzie obawą»?
Besnard odpowiadał z głębi duszy:
— Oto moja obrona! Zawsze zachowywałem Twoje przykazania! Pełniłem Twe rozkazy, zachowywałem wstrzemięźliwość, oddawałem się pokucie i postom. Każdego ranka mszy świętej słucham, a kilka razy do roku przystępuję do sakramentu Ciała i Krwi Pana Naszego. Jestem chrześcjaninem!... Dlaczegóż tak okropnie biczujesz sługę Twego prawa?...
Hrabia Besnard uderzył się w piersi.
— Byłem zawsze nieposzlakowany i byłem sumienny! Nigdy nie zwracałem uwagi na osobę przestępcy, ale na jego przestępstwo! Pamiętam, pewnego razu w sądzie domagałem się śmierci dla człowieka, który był mordercą. Bardzo bogata jego rodzina znaczne ofiarowała mi pieniądze za wyszukanie okoliczności łagodzących, a przecie głowa mordercy spadła... Pamiętam znowu, jak gdy ścigałem, do czego byłem obowiązany, bankruta, który ukrywał znaczne pieniądze, pewien minister, krewny fałszerza, prosił mnie, bym sprawę zawiesił, a przecie złodziej poszedł na galery!... Jestem biedny, bardzo biedny! Za cóż więc dręczysz tak nieszczęśliwego, który całe życie starał się być sprawiedliwym?
Hrabia Besnard zadrżał nagle. Jakiś głos szyderczy — zkądże mógł pochodzić? — odezwał się w jego wnętrzu:
— ...A Savelli?
Starzec mimowolnie się odwrócił i ujrzał tuż przy sobie Ukrzyżowanego Boga, który nie był w tej chwili Bogiem miłości i pokoju... O nie! Ten Bóg, który stał przed nim w tej chwili, nie miłosierdzie na świat ten przyniósł, ale miecz!...
Błędnym wzrokiem hrabia Besnard wodził po olbrzymim krucyfiksie, a w sercu jego powstał taki przestrach okropny, że nie mógł utrzymać się na nogach i runął na kamienną posadzkę... Czoło jego dotykało zimnych kamieni... Powoli przytomność mu wracała... Serce i dusza znękanego starca zlały się w jednej modlitwie:
— O tak, czuję to sercem całem, że Ty jesteś Bogiem sprawiedliwym i miłosiernym, Bogiem prawdy, który ma wstręt do wybielonych pomników i do sumień przewrotnych!... Savelli! Krew tego nieszczęśliwego obryzgała moje szaty sędziego, obryzgała moje ręce, obryzgała Ciebie nawet, o Boże!... Savelli! Zapłacono mi za niego, zapłacono sowicie, a nagrodę tę ciągle noszę z sobą: za to morderstwo zostałem radcą stanu... godność tę, to wynagrodzenie noszę z sobą... pecunia mea mecum!... Savelli!... O tajemnico sprawiedliwości, o nieubłagana cierpliwości Odwiecznego!... Córka tego człowieka zabija moje dziecko!... Ona jest narzędziem sprawiedliwości... O, Boże, Boże!...
Hrabia Besnard podniósł głowę i wyciągając ręce do krzyża, wołał:
— O Chryste Panie!... Dręczysz mnie i karzesz!... Ale jesteś sprawiedliwy! Dusza moja jest okropna, a serce zepsute!... Oto przed chwilą dopuściłem się zbrodni: sprzedałem sumienie! Obiecałem temu karjerzyście, że stanę w obronie jego prawa, a przecie to prawo uderzać będzie niewinnych, a przecie jestto prawo, które łzami okupią tacy nieszczęśliwi, jak ja, ojcowie!... O, Boże, powiedz, natchnij mnie, co mam począć?
I zdało mu się, że wyraz gniewu z twarzy Chrystusa znikł, że na jego miejscu na twarzy Zbawiciela osiadł spokój łagodny i widział, widział wyraźnie, jak Chrystus rękę ku niemu wyciągnął i te wyrzekł wyrazy:
— Twój obowiązek!
— Mój obowiązek! — jęknęło w duszy starca... Mój obowiązek!... A syn mój, mój syn nieszczęśliwy?!
Ale Chrystus milczał...
Po długiej chwili walki wewnętrznej hrabia Besnard słyszał wyraźnie, jak w duszy jego cisza zapanowała uroczysta, a w tej ciszy również wyraźnie te zadźwięczały słowa:
— Twój obowiązek... cały, zupełny, aż do końca, abym mógł złożyć nareszcie na twej głowie pocałunek pokoju!...

VII.
Rada stanu.

Trzeba przyznać, że rada stanu drugiego cesarstwa była wielkiem, pompatycznem i uroczystem zgromadzeniem; rada ta była rzeczywiście bardzo podobną do swej legendowej poprzedniczki, redaktorki kodeksu cywilnego i konkordatu; pracowita jak tam ta, wdrożona do rozstrzygania najbardziej zawiłych spraw, pełna inteligencji, powagi, szlachetności i poczucia honoru. Członków tej rady rekrutowano z pośród najzdolniejszych i słynących z prawości sędziów izb kasacyjnych, z najpoważniejszych i cieszących się najlepszą opinją prezesów sądów i prokuratorów jeneralnych. Między nimi spotkać było można kilku prefektów, renomowanych inżynierów, żołnierzy walecznych, a nawet do składu rady należało ośmiu członków instytutu. Mówiono wówczas — i mówiono zupełnie słusznie, — że dusza Francji całkowicie wciela się w radę stanu... I rzeczywiście rada istniała, jako twórczyni wielkich dzieł i aktów, a tworzyć je umiała i tworzyła z niesłychaną prostotą, właściwą wszystkim ludziom i instytucjom, na których spoczął duch ludzkiego genjuszu i prawości. Bada pracowała uparcie i z łona swego wydawała dzieła doniosłe: stwarzała. Wszystkie jej dekrety, wszystkie bardzo rozmaitej treści jej rozporządzenia administracyjne, które przyczyniły się tak znakomicie do wzbogacenia Francji cesarskiej — do zbytecznego nawet rozrostu jej bogactwa — były dziełem rady stanu. Kodeks rozwijany stopniowo w miarę postępu moralności, prawdy ekonomji politycznej wprowadzone do dziedziny praw, równowaga wprowadzona do stosunku kapitału i pracy, nędza proletarjatu złagodzona znakomicie, opieka rozciągnięta nad ofiarami nędzy; a równocześnie z temi prawami, mającemi dobro społeczne na celu, ileż to prześlicznych przedsięwzięć użyteczności publicznej dokonano: skarb narodowy wzbogacony do rozmiarów źródła obfitości; ośmnaście tysięcy mil dróg żelaznych, przerzynających kraj w rozmaitych kierunkach; porty Marsylji, Havru, Bordeaux i Brestu rozszerzone i powiększone; grobla w Cherbourgu, cel nadaremnych usiłowań sześciu rządów, dokończona; Saint-Nazaires, powstający jako całość potężna i imponująca ze żwirów Loary; w wielu miejscach zapłodnione piaski i błota osuszone, pokrywające się ślicznemi lasami, w których mordercze febry siedliska już zakładać nie mogły; miasta ozdrowione i odbudowane, Paryż z gruntu przebudowany, stworzone nowe przepyszne dzielnice, przedmioty podziwu wszystkich ludów, — oto co stworzyli ci członkowie rady stanu, ci panowie Michel Chevalier, Leplay, Bonjeau, Vuitry, Forcade, Herman, Cornudet, Franqueville, Genteur, Conti, Cormenin, Vuillefroy... i jeden jeszcze, zmarły już dawno, którego nie śmiem, nie mogę wymienić: — świętą, choć pozbawioną wielkiego rozgłosu pamięć ich pozostanie nazawsze... Niestety, dlaczegóż ta Francja, ta ich ojczyzna, tak skwapliwie unosząca się i aureolą sławy otaczająca wszelkich zwolenników próżnej retoryki i bezpłodnego frazesu, dla czego ta Francja już zapomniała o tych wielkich ludziach obowiązku?... Czyż dla tego, że ci mężowie tylko dobro społeczne mieli na celu? Tak, nie może ulegać najmniejszej wątpliwości, że przez lat ośmnaście byli oni prawdziwą duszą Francji, byli jej odwagą i uczciwością. Oni tylko wśród ogromnej ciszy całego narodu umieli głos podnosić w jednym, jedynym celu publicznej użyteczności, — nigdy żadnych korzyści osobistych nie mieli na myśli, nigdy nie uciekali się do frazesów i deklamacji, nigdy nie polowali na pozyskanie popularności tłumów, nigdy o inne nie dbali oklaski nad oklaski własnego sumienia... Tak, byli to ludzie uczciwi!... Ten, który kreśli te wyrazy, znał ich, miał możność podziwiać ich przy pracy dla dobra kraju, a pamięć tych prawdziwych mężów stanu i prawych dzieci swego kraju zawsze mu będzie drogą!...
Była już trzecia godzina, gdy hrabia Brutus opuszczał katedrę Najświętszej Panny. Starzec uginał się pod ciosami, których los mu nie szczędził. Hrabia Brutus nietylko dla późnej godziny iść nie mógł, ale poprostu siły go opuściły: dziwne marzenie w katedralnej kaplicy, tysiące myśli i niepokojów, walka, jaką toczyć musiał w swem wnętrzu, obietnica dana ministrowi, głos Boga, który go wzywał do wytrwania do końca na stanowisku, do niewchodzenia w żadne układy z niczem i z nikim, a tembardziej z własnem sumieniem: — oto były sprzeczne uczucia, które ciężkiem brzemieniem legły na jego sercu. Zaraz po wyjściu z kościoła hrabia Besnard wsiadł do powozu i kazał jechać do pałacu d’Orsay. Sala wielkiej rady była już przepełnioną, a wszyscy urzędnicy i członkowie, od ministra aż do sekretarza, byli na swoich miejscach.
Wielka ta sala, którą płomienie wzniecone przez komunę zniszczyły, ciągnęła się prawie wzdłuż całego frontu pałacu, zwróconego ku Sekwanie. Sala ta miała postać wydłużonego prostokąta, którego wnętrze mogło pomieścić około dwustu osób. Wysokie kolumny marmurowe ze złoconemi kapitelami były jej prawdziwą ozdobą, ale pomimo to wygląd jej był raczej ponury nieco, poważny bardzo, aniżeli mile w oko wpadający.
Na ścianach w sutych ramach wisiały znane i głośne obrazy. Na pierwszem miejscu znajdowało się słynne płótno Hipolita Flaudrina «Napoleon prawodawca». W postawie stojącej, na najwyższym stopniu tronu, z głową przybraną w wieniec laurowy, w purpurze, zdobnej w złote pszczoły, blady Cezar stał w pozie hieratycznej i w dwóch rękach trzymał nowe prawo nowych czasów: swój kodeks napoleoński, który wznosił nad Francją... Po dwóch stronach tego obrazu zaklęci w malowidła ukazywali się widzowi, wierni pierwszego cesarza: wielcy prawnicy roku XII — Cambacérès, Portalis, Trouchet, Merlin, Regnault de Saint-Jean d’Angely. W ten sposób rady stanu dwóch cesarzów jednoczyły się duchowo...
W jednej ze ścian ogromne okna z lustrzanemi szybami oświecały salę. Po przeciwnej stronie na wzniesieniu mieściły się krzesła prezydenta i ministrów; przed tą estradą amfiteatralnie półkolem stały na stopniach coraz wyższych krzesła członków rady stanu; w dalszych szeregach skromniejsze miejsce dla sekretarzy i mniejszych urzędników. Tylko raporty i sprawozdania protokólarne odczytywano z trybuny, zresztą każdy mówca wygłaszał swe zdanie, spierał się, robił wnioski z miejsca, które zajmował. Tak nakazuje mądra Anglja, która w swym parlamencie, w tem miejscu krasomówczych popisów Burkego i Sheridana, nie posiada trybun, ażeby prostota była niejako gwarancją dobrej wiary.
Dlatego to, w tym błogosławionym kraju wolności, nigdy nie zdarzają się szalone popisy nowości pozornych, które rodzą się wśród dźwięku frazesów, przy akompanjamencie krzykliwej mowy i teatralnych gestów. W przewidywaniu dłuższych jak zwykle debatów, zawczasu już oświetlono salę i spuszczono rolety. Niemniej jednak pod wysokiem sklepieniem i w dalszych zakątach sali sztuczne światło słabe tylko rzucało blaski.
Posiedzenia jeszcze nie zagajono, zebrani więc w sali półgłosem rozmawiali. W tym szmerze rozmów uważne ucho umiałoby wyróżnić pewną nutę ogólnego niezadowolenia. Niewątpliwie przygotowywano się do czegoś poczęści niespodziewanego, a poczęści stanowczo nieupragnionego. Starzy członkowie szanownego tego zgromadzenia rozmawiali cicho, powściągliwie; twarze ich zdradzały zaniepokojenie, boleść prawie; młodsi i urzędnicy tworzyli oddzielne grupy, które głośniej rozprawiały. Opowiadano sobie szczegóły obrzydliwego zamachu przy ulicy Le Peletier i rozmaicie określano liczbę ofiar bomb włoskich; mówiono też i o tajemniczem prawie Bezpieczeństwa powszechnego, którego treść za chwilę miała wyjrzeć z po za okrywającej ją zasłony. Cytowano dowcipne zdanie jednego z ministrów, który miał powiedzieć: «Musimy nareszcie włożyć kaganiec zwierzęciu!» Któż był tem «zwierzęciem», któremu chciano w kagańcu uwięzić paszczę i wyłamać zęby?... Tego nikt nie wiedział, o tem właśnie rozprawiano... Czy była niem Francja i jej ostatnie przejawy społecznego życia, czy też rewolucja, nie przyznająca się do żadnej ojczyzny?... Czy może jedno miało zniszczyć drugie?... Były to kwestje, o których mówiono wiele i w sposób jaknajrozmaitszy, ale pewnego nikt nic wiedzieć nie mógł.
Nareszcie z estrady dał się słyszeć głos prezydenta, który, według przyjętego zwyczaju, powiedział:
— Panowie, posiedzenie jest otwarte!
Nie zwlekając, pan prezydent zaraz głos zabrał.
Pan Baroche należał do bardzo dobrych mówców. Spojrzawszy na niego, odrazu przychodziło się do przeświadczenia, że pan Baroche musiał być znakomitym adwokatem, wielce szanownym mężem stanu i niemniej szanownym obywatelem. Długie, siwe faworyty i poważna łysina, zapewniać mu mogły szacunek wszędzie i zawsze. Niegdyś prokurator jeneralny w Paryżu, pan Baroche do późnej starości zachował wszelkie cechy wysokiego urzędnika: poważnie uroczysty, jak Lamoignon, płodny jak Marchangy, wymowny, bez odrobiny prawdziwej wymowy, umiał mówić o wszystkiem, dla wszystkich, przeciwko wszystkiemu i wszystkim, pałając jednaką gorączką o czemkolwiek mówił; pan Baroche zawsze sprawiał wrażenie człowieka głęboko przekonanego. Był to, słowem, świetny mówca. Teraz właśnie pan Baroche głos zabrał: był wymowny, jak zwykle, a oprócz tego był dzisiaj oburzony. Pan prezydent bardzo niepochlebnie wyrażał się o rzeczach i ludziach, co zmierzało do uroczystego wezwania «drogich kolegów», ażeby podzielili zapatrywania się rządu w sprawie represalji... Rada stanu miała podać adres cesarzowi, ale trzeba było, ażeby adres ten tchnął szczytem miłości z jednej, a szczytem nienawiści z drugiej strony; potrzeba było, ażeby adres ten oburzył zbyt miękkie serce władcy, ażeby wymógł na nim prawo użycia środków mocnych, nadzwyczajnych, bodaj gwałtownych nawet, ażeby nareszcie raz koniec położyć wszelkim okropnościom politycznym, ażeby zniszczyć do szczętu ich głównych autorów, wraz ze wspólnikami. Po długiej przemowie pan Baroche wyrzekł nareszcie słowo, którego dotąd ani razu nie wypowiedział: prawo bezpieczeństwa powszechnego!
Usiana kwiatami krasomówczemi mowa pana Baroche nareszcie dobiegła do końca. Po nim głos otrzymał pan minister sprawiedliwości. Ten mówca, jak na sługę prawa przystało, ograniczył się na zanalizowaniu dziesięciu artykułów projektu, o którym miano później debatować. Jakkolwiek pan minister wypowiedział to wszystko głosem obojętnym, mowa jego sprawiła jednak głębokie wrażenie: projektowane prawo było rzeczywiście okropne, było to jedno z tych leges horrendi carminis, jakby o niem powiedział prawnik rzymski.
Wiele z proponowanych środków represyjnych było rzeczywiście okropnych.
W celu zabezpieczenia powszechnego spokoju, wyłączano w proponowanem prawie z pod opieki wszelkiej władzy i oddawano pod bezpośrednią i surową kontrolę prefektów i policji tych wszystkich, którzy przed siedmiu laty walczyli przeciwko cesarstwu, nie dopuszczając jego rozwielmożnienia się. Dość było prostego rozkazu ministra, ażeby taką ofiarę wypędzić po za granice własnej jej ojczyzny, a nawet, ażeby ją umieścić w jakiej bezludnej miejscowości na bardzo długie czasy. A więc twarde drogi wygnania miały znów stanąć otworem dla wielkich i małych, znów cmentarz Lambessy miał się zaludniać. «Zwierzę», któremu chciano nałożyć kaganiec, była to ta sama Francja, dla której zbawienia uciekano się do tego okropnego środka... O Francjo, stara ziemio Galji, zbyt długo deptanej przez Cezarów rzymskich, dlaczegóż żywisz tyle bratobójczych uczuć w sercach swych dzieci? Zkąd się zawsze i zawsze rodzi u twych dzieci ta szalona chęć wypędzania swych braci z ich rodzinnej ziemi? Niestety, czyż ty, fabrykantko trybunałów rewolucyjnych, komisyj mieszanych, wielkich sądów, nie rozumiesz tego, że wszystkie formy rządu, jakie z łona swego wydałaś — monarchje, cesarstwa, czy rzeczypospolite — że wszystkie te formy jednę tylko w dziejach nosić będą nazwę, którą zrodzić może tylko pogarda, a nazwą tą: tyranja!...
Analizę projektu do tego prawa zgromadzeni pokryli głuchem milczeniem, które mogło wyrażać uroczyste przyzwolenie lub niechęć ogólną. Trwało to jednak krótką chwilę. Powoli, w rozmaitych miejscach sali, poczęły się źle powstrzymywane szmery niezadowolenia...
— Czyżby chciano gwałtem wymusić zgodę? — zapytywali jedni.
— Toć to prawo bezprawia — zauważył ktoś inny.
— Jestto dzieło zemsty, ale nie sprawiedliwości... — mówił inny jeszcze.
Nastąpiło ponowne milczenie. Wśród tej ciszy zdawało się, że wisiało w powietrzu groźne pytanie
— Któż się ośmieli odezwać?
Pan minister stanu po chwili coś szepnął do ucha prezydującemu i natychmiast dał się słyszeć głos tego ostatniego:
— Panowie, czy ktokolwiek żąda głosu?
Wśród grobowego milczenia całej sali jeden zadźwięczał wyraz:
— Ja!
I hrabia Brutus Besnard wstał z krzesła.

VIII.
Pocałunek pokoju.

Hrabia Brutus Besnard wszedł do sali na chwilę przed otwarciem zgromadzenia. Nie życzył sobie w tej chwili witać się z kolegami, niepostrzeżony więc, ostrożnie przeszedł pośród nich i zajął zwykłe swoje miejsce na trzeciej ławce, po prawej stronie prezydującego. Siadł, założył ręce na piersiach i zamknął powieki: patrzący na niego mogliby sądzić, że starzec zasnął. Wiedziano, że był niezdrów, że melancholja go zniewalała do unikania ludzi. Koledzy szanowali to dziwactwo poważanego powszechnie starca.
Hrabia Brutus jednak nie spał; zarówno ciało jego, jak dusza, czuwały. Po przez spuszczone powieki starzec widział... Tak, starzec widział długie pasmo dni przeżytych: widział swego ukochanego syna małem dzieckiem, jak nachylał ciemną swą główkę na ramieniu jasnowłosej siostrzyczki, i oboje spoglądali na karty otwartej przed nimi Ewangelji, z której uczyli się modlić i czytać.
— Ten wyraz, Marcelku, to jest słodkie imię Jezusa...
— Ojcze, wszak to jest Pan Bóg bardzo małych dzieci, nieprawdaż?
— Tak, mój drogi! Dobry Bóg, który wynagradza rodziców i wszystkich krewnych, łącząc ich w jedną całość na wieki.
— Ojcze, więc to to jest raj?...
A dalej — czas tak biegł szybko! — starzec widział tego swego ukochanego, gdy był już młodzieńcem dorosłym, który kląkł przed ojcem i te wyrzekł słowa:
— Dzisiaj idę się bić... Staję w obronie twojego honoru: pobłogosław mnie, ojcze!
A tuż zaraz w uszach nieszczęśliwego ojca, jakby je teraz słyszał, dźwięczały rozdzierające serce wyrazy:
— Przebacz mi, ojcze, byłem szalony... kochałem!
«Ojcze!»... W radości czy w smutku ten sam zawsze wyraz, zawsze i zawsze: «Ojcze!»... Ach, nieszczęśliwy!... O drogie, kochane dziecko!... I dwie ciężkie łzy stoczyły się po wybladłych policzkach starca.
Nagle widzenie znikło... Tylko co właśnie rozpoczęto obrady, a raczej tylko co wezwano obecnych do pilnego słuchania ułożonych zgóry przemówień. Hrabia Brutus oczy otworzył, patrzył i słuchał bardzo uważnie. Ten groźny wyraz «ja» powiedział takim potężnym głosem, że wszyscy zwrócili się ku niemu: podziwiano go, lękano się fatalnych skutków opozycji, którą w dźwięku głosu hrabiego Besnarda przeczuwano.
Starzec wstał i obie ręce położył na stole: był tak osłabiony, że obawiano się, ażeby nie upadł. Dziwne wstrząśnienia poruszały jego członkami, a w zielonawych cieniach, jakie lampy rzucały dokoła, twarz jego wydawała się zupełnie białą.
Hrabia Besnard zaczął mówić głosem nieco przytłumionym, ale powoli głos jego nabierał siły, a przy końcu tak wyraźnie dźwięczał, że każdy wyraz dochodził do najdalszych miejsc w sali.
— Zawezwano nas, panowie, i stawiliśmy się!... Zawezwano nas, ażebyśmy zgromadzili się w celu bardzo poważnym. Jesteśmy wszyscy! Zastanówmy się teraz, czego od nas żądają? Czy bezgranicznych zachwytów, czy też zdania naszego? Czy mamy oklaskiwać czy radzić? Przed chwilą pan prezydent miał odwagę powiedzieć: «Zgódźcie się i przyklaśnijcie zaraz, a debatować będziecie później». Jestto formuła ryzykowna, zawezwanie conajmniej dziwaczne, które zresztą usunęliście, panowie, swem milczeniem. Ale milcząca protestacja nie może nas zadowolnić. Jesteśmy doradcami cesarza; honor cesarstwa jest zagrożony: nasze więc głosy powinny dojść aż do cesarza. Nie możemy zgodzić się ani na wymuszane prawa, stworzone przez tajemnych doradców i pochlebców, ani nawet na propozycje samego cesarza, bez ich dokładnego zrozumienia! Wielkość pewnego ciała zbiorowego mierzy się wielkością jego obowiązków... Panowie, powinniśmy spełnić nasz obowiązek!...
Uroczyste to wystąpienie hrabiego Besnarda znalazło pewien oddźwięk w zgromadzeniu. Dokoła prezydującego sekretarze udawali, że rozmawiają o czem innem, że najmniejszej na mowę nie zwracają uwagi. Hrabia Besnard mówił dalej:
— Otóż, każą nam głosować i przyjąć bez żadnych restrykcyj prawo powszechnego bezpieczeństwa! Powiedziano nam: Francja jest chorą — puśćmy jej krew z czterech członków; gangrena ją rozkłada, a więc, lekarze nielitościwi, krajmy ją i ćwiartujmy jak się nam podoba!... Panowie, w dniach Prairialu roku II tak rozsądzał Robespierre...
Przerwano mu w tej chwili:
— Prosimy o unikanie takich porównań!
Hrabia Besnard spojrzał na tego, który mu tę admonicję przesłał: był to jeden z ministrów. Wówczas mówca zwrócił się do wzniesienia, na którem wszyscy zasiadali ministrowie i dalej mówił:
— Rozumiem — zaczął: takie nazwisko źle brzmi w waszych uszach; poszukajmyż innych... A więc! zdaje mi się, że dwa dawniejsze rządy są waszymi kierownikami, służą wam za wzory raczej, aniżeli za naukę. Rządy te były wynalazcami praw wyjątkowych, rządy te natworzyły masy wygnańców, a ich wykonawcy byli mścicielami, ale nie twórcami sprawiedliwości. W roku 1640 nazywali się Stuartami: znikli! W roku 1815 nazywali się Burbonami: gdzież oni są?... Ależ bo krew ludzka jest rosą zbyt płodną, Jest nasieniem nienawiści, okropności, bez zgryzot sumienia nawet dokonywanych! A nareszcie krew ludzka woła o pomstę do Boga i Bóg ją zawsze wysłucha! Prynne był pod pręgierzem... ale wkrótce potem Karol I wstąpił na szubienicę! Michał Ney padł pod kulami... ale oto Louvel powstaje z nożem w ręku! Zabiłeś, zostaniesz zabity; byłeś przyczyną łez, będziesz musiał płakać bardzo gorzko! Zgromadziłeś radę wojenną Yinceńską? Mściciel twój nosić będzie miano: Goritz dla jednego, święta Helena dla drugiego! Patiens quia aeternus... A my, panowie, czyśmy rzeczywiście byli sprawiedliwością? Nie! W zamieszaniu drugiego grudnia cośmy za użytek zrobili ze zwycięztwa? Jakież okropne nadużycie siły! Niegodni zwycięzcy, czyśmy wieczorem w dniu bitwy nie dobijali zwyciężonych? Czy przypominacie sobie panowie tyle dekretów na wygnanie, tyle ofiar...
— Przypomnij pan sobie własne swoje czyny! — odezwał się jakiś głos gwałtownie.
Pan minister stanu wstał: twarz jego gorzała ze złości. Dwaj ci ludzie spojrzeli sobie w oczy. Nareszcie hrabia Brutus schylił głowę i cichym głosem mówił dalej:
— Moje czyny?... Masz pan słuszność, przypominam je sobie... przypominałem je sobie i pamiętałem zawsze! Od siedmiu lat wiem aż nadto dobrze, czem jest jeden wyrzut sumienia!
Pan minister przyjął groźną postawę:
— Skoro się ma takie wyrzuty, chowa się je w ukryciu!
Teraz hrabia Brutus wyprostował się i mocnym głosem zawołał:
— Żądasz pan mojej dymisji, panie ministrze?... Nie będziesz jej pan posiadał. Możesz mnie pan złożyć z urzędu, jeśli pan będziesz śmiał!... Przedtem jednak jeszcze jedno słowo! Niegdyś, w tej samej radzie, pewien dumny i z pośród wielu szlachetny człowiek, drugi Portalis, był ztąd wypędzony jednym gestem wielkiego cesarza: «Precz ztąd, wychodź pan!» I człowiek ten opuścił tę salę: schylił głowę pod ręką, która nosiła sztandar Arcole!... Ale ja z pod wymysłu, który tylko pańskie usta wyrzuciły, podnoszę głowę i pozostaję! Pozostaję, bo chcę zginąć tylko na stanowisku, pod ciosem, który mnie uderzy w czasie walki... ażebym mógł wołać do was, moi koledzy: Oddalcie ich prawo! Prawo to jest ohydne! Odepchnijcie je, bo ono jest zgubą!
Sala zawrzała po tych słowach. Wszyscy ministrowie wołali, przeczyli, chcieli zabronić mówić Besnardowi, ale nikogo nie było słychać. Zgromadzeni udzielali sobie rozmaitych myśli z tego powodu, a nad wszystkiem górowała obawa i zdziwienie. Pan prezydent nie wiedział co począć, głowę tracił poprostu. Nareszcie, gdy się nieco uciszyło, pan prezydent zwrócił się do hrabiego Besnarda:
— Czyś pan skończył?
Hrabia Besnard siedział na fotelu z zamkniętemi oczyma: ręce opuszczone, twarz blada, głowa pochylona na piersi — zdawały się zwiastunami ostatecznego wyczerpania sił. Ale na zapytanie, czy już skończył, hrabia Besnard nagle powstał i, zbierając resztki sił, odezwał się znów:
— Nie! jeszcze nie wypowiedziałem wszystkiego! Ale nie do rady się teraz zwracam; chcę teraz błagać mego władcy... Ah! litości, miłościwy panie, litości nieco miej dla samego siebie, a nade wszystko dla twych najbliższych! Historja objawiła nam straszny dramat: w rodzinach królewskich dziecko zbyt często bywa ofiarą pokutniczą za winy swych rodziców! Spójrz, panie, na ostatnich Walezjuszów, na tę gałąź, pochodzącą od Katarzyny Medicis, czyż nie zginęli wszyscy w niemocy strasznej, czyż nie wyniszczyły ich choroby, szaleństwo, skażona krew! Spójrz, panie, na małego Capeta, na tę straszną ofiarę dragonad swego przodka i cudzołóztwa dziadka! Oh, litości, miłościwy panie, dla twego własnego dziecka, dla jego kołyski, którą tyle otacza nadziei, którą tyle wypełnia miłości! Wszak to i nasze jest dziecko, wszak to jest dziecko Francji... Litości! Nie zgromadzaj, panie, nad głową tego dziecięcia gniewu Przedwiecznego! Wszak on jest niewinny: niechże nie będzie pociągany do odpowiedzialności! Obyśmy nigdy nie załamywali rąk z rozpaczy i ze zdziwienia! Oby nigdy za winy ojca...
Starzec nagle krzyknął, zachwiał się, obu rękoma schwycił się za piersi i — runął bez życia na podłogę. Twarz w konwulsyjnych drganiach, piana na ustach... obraz śmierci!
Zgromadzeni na okrzyk starca odpowiedzieli prawie jednogłośnie wołaniem:
— Doktora!... Prędzej, doktora!
Radca Boudois, człowiek bardzo uczony, nachylił się nad ciałem Besnarda, rozerwał ubranie, zbadał serce i zawołał przerażony:
— Atak anewryczny!
Przerażenie ogarnęło zgromadzonych. Wszyscy rzucili się ku starcowi, który oddychał bardzo ciężko.
Hrabia Besnard nie poruszał się już wcale... Wśród panującej ciszy słychać było coraz słabszy jego oddech... Zycie w nim powoli gasło...
Raz jeszcze jednak poruszył głową i kilka wyrzekł wyrazów:
— Synu mój!... ty także... biedny... nieszczęśliwy!...
Westchnął po raz ostatni — i skonał.
Gdy lekarz nadszedł, pomoc wszelka okazała się zbyteczną... Hrabia Brutus Besnard już nie żył — padł, jak tego sobie życzył: na stanowisku zginął, w walce, którą wypowiedział w imię obowiązku!
Chrystus z katedry Najświętszej Panny dotrzymał mu obietnicy: dzieło Jego miłosierdzia spełniło się... Chrystus złożył na czole starca pocałunek pokoju...

IX.
Łzy niezrozumiane.

A tymczasem w domu przy ulicy Breteuil Marja-Anna oczekiwała na przybycie ojca.
Tego dnia nie wychodziła wcale z domu, przekładając samotność nad wszelkie towarzystwo. Marja-Anna siedziała przy fortepianie i wprawnemi palcami przebierała klawisze, które wydawały najsprzeczniejsze dźwięki: śpiewały czule lub śmiały się rozpacznie, płakały lub błyskały niepewną, daleką nadzieją. Długie godziny spędziła Marja-Anna przy fortepianie, upajając się muzyką, która ją przenosiła do krainy marzeń, stokroć szczęśliwszych od smutnej rzeczywistości. Jedna szczególniej melodja, nad wyraz słodka, przypominała jej się ciągle: była to ta skarga bretońska, którą w latach dziecinnych jeszcze słyszała w szczęśliwej krainie Cornuailles. Monotonna, łzawa melodja tej piosnki doskonale harmonizowała z usposobieniem młodej dziewczyny:
— ...Do grobu dajcie mi welon bardzo cienki — powtarzała Marja-Anna — welon cienki jak pajęczyna, ażeby, gdy w ziemi spocznę, otoczył mnie całą... Umrę prędko, umrę jutro!...
Marja-Anna spłonęła rumieńcem: w tej chwili wszedł jej brat.
Dziewczyna czemprędzej zamknęła fortepian. Odwróciła się do brata i, jak na gorącym uczynku, któryby ukryć chciała schwytana, spoglądała na brata, nie mogąc nic więcej przemówić nad podziw, że nareszcie widzi go przed sobą:
— Ty!... Nareszcie... nareszcie!
— Czy ojciec już wrócił? — zapytał wice-hrabia Besnard, nie zwracając najmniejszej uwagi na siostrę.
Marja-Anna nie odpowiedziała na to pytanie: wyraz twarzy brata przestraszał ją. Po chwili dopiero zdołała przemówić:
— Dziś rano wezwano ojca do pana ministra, ale teraz już powinienby być na posiedzeniu rady, którą zawezwano, pewno z powodu wczorajszych wypadków... Wiesz, zamach na życie cesarza!
— Wiem — odpowiedział młody Besnard — zaczekam na ojca!
Zbliżył się do fotelu, usiadł i dłońmi twarz zakrył. Marja-Anna trwożliwem ogarniała go spojrzeniem: zbliżyć się do niego nie śmiała, przemówić nie miała odwagi.
Po długiem milczeniu brat pierwszy przemówił. Głos jego brzmiał teraz inaczej nieco, ale zawsze poważnie:
— Z rozkazu rządu muszę dziś wieczorem wyjechać z Paryża, i to na długo, na bardzo długo może... Przyszedłem prosić ojca o przebaczenie za wszystkie przykrości, których mogłem być powodem... Ja bardzo, bardzo pragnę, ażeby nie odmówił mi swego błogosławieństwa!...
Na chwilę zamilkł i zamyślił się. Wkrótce jednak, wymuszając na sobie uśmiech, dodał:
— I ciebie, kochana siostrzyczko, jeślim cię kiedy zasmucił lub obraził, proszę o przebaczenie... Twoja święta i pobożna duszyczka nieraz pewno cierpiała z mego powodu, przebacz więc, droga siostro, przebacz choremu...
Teraz dopiero Marja-Anna pozbyła się nieśmiałości, która jej ruchy krępowała. Zrozpaczona dziewczyna krzyknęła i ramionami otoczyła brata:
— Kochany... drogi... dlaczegóż tak mówisz? Dlaczegóż mnie zasmucasz?... Ukrywasz przed nami jakieś nieszczęście, którego odgadnąć nie mogę... ty coś zamierzasz, co mnie przeraża... Ah! mój Boże, mój Boże, czyżbyś miał wstąpić w ślady naszego dziadka, czyżbyś miał się zabić dla tej kobiety!?...
Ta kobieta!... Besnard gwałtownym ruchem odsunął siostrę. Twarz jego znów zdradzała gniew i oburzenie, pięści ściskał z wściekłością:
— Ta kobieta?... Ah, prawda, ta kobieta!... Nie znam jej wcale, nie chcę nawet pamiętać o niej!
Ale Marja-Anna nie opuszczała brata. Biedna strapiona dziewczyna klęczała teraz u nóg brata:
— Wszak teraz mówisz prawdę? — wołała. A więc, niech Bóg sprawiedliwy będzie na wieki pochwalony! Dlaczegóż więc teraz chcesz się od nas oddalać? Po co masz wyjeżdżać? Dlaczego? Pozostań z nami, pozostań, błagam cię o to! Taką otoczymy cię miłością, że zranione twoje serce wkrótce będzie szczęśliwe!... Oh, bracie, jesteśmy bardzo do siebie podobni, jednakowa krew płynie w naszych żyłach... Wszak nie gniewasz się na mnie, że to mówię?... Nie gniewasz się, że ciebie z sobą porównywam, z taką brzydką istotą!... O, nie mów mi, że jestem przystojną nawet: oczy twoje zadaćby musiały kłam twym słowom!... Znam się doskonale!... Jestem brzydką, jestem kaleką: jestem przedmiotem obrzydzenia lub szyderstwa!... Nic mi nie pozostało na pociechę w życiu, oprócz tego śpiewu, którego ty nawet słuchać nie lubisz!... Jak umrę — mam nadzieję, że umrę przed tobą — pragnę, ażeby w kościele organy zagrały tę pieśń bretońską, którą słyszeliśmy w Audierne... Pamiętasz, jak ci się wówczas pieśń ta podobała? O drogie to sercu pamiątki!... Wówczas nawet w trumnie biedne moje serce zadrży z rozkoszy... a może jego jedno westchnienie przedostanie się aż do ciebie: całą w niem duszę moją odnajdziesz, mój najdroższy, mój jedyny!...
Marja-Anna wypowiedziała to wszystko z taką niekłamaną namiętnością, z takiem uniesieniem, że gdyby nie łzy, które strumieniem z oczu jej płynęły, możnaby sądzić, że jest w tej chwili najszczęśliwszą na świecie istotą. A przecież brat nie słyszał jej głosu, nie widział jej nawet: ruchem, z którego nie zdawał sobie sprawy, myśląc o innej, głaskał długie włosy biednej dziewczyny.
Wtem w półotwartych drzwiach stanęła Filomena i nieśmiało zwróciła się do Marji-Anny:
— Panienko, jakaś dama przyszła z wizytą?... Pani ta koniecznie chce panienkę widzieć... Płacze ciągle... Zdaje mi się, że chyba warjatka... Odejść nie chce i powiada, że będzie czekać na pana hrabiego.
Filomena podała przy tych słowach bilet wizytowy.
Marja-Anna rzuciła na niego okiem i zbladła.
— Nie!... nie!... Zawołaj służących! Niech ją wypędzą z naszego domu!
Ale zanim rozkaz ten wydała, drzwi się otwarły i stanęła w nich kobieta...
Była to księżna de Carpegna.

X.
Tamta... Ona.

Piękna nawet w takiej chwili, księżna de Carpegna na widok ukochanego wydała okrzyk dzikiej radości:
— On!... on!... Wolny!... Nie zabili go!
Księżna pobiegła do ukochanego, jak gdyby chciała się rzucić w jego objęcia. Besnard ruchem ręki odsunął ją od siebie.
Z bladą twarzą, w której w tej chwili nie było ani jednej kropli krwi, z otwartemi ustami, z których żaden wyraz wyjść nie mógł, kochanek pięknej Rozyny Savelli stał przed nieszczęśliwą kobietą, jak uosobienie najwyższego gniewu i rozpaczy... Mówić nie mógł: gdyby miał nóż pod ręką, byłby ją zabił.
— Ty!... Pani!... — zawołał nareszcie. Tutaj!... Czego chcesz odemnie?
Przerażona księżna de Carpegna cofnęła się o parę kroków. Po chwili jednak ochłonęła z przerażenia, zbliżyła się znów do niego i z przymileniem, z oddaniem się ukochanemu całem sercem, całą swoją istnością, słodkim głosem, przesyconym szczerą miłością, odpowiedziała:
— Czego chcę, mój przyjacielu?... Ależ skoro jesteś wolny, chcę ażebyś ztąd ze mną uciekał!...
Wice-hrabia Besnard wściekle się roześmiał... Był to śmiech pogardy, rzucony w twarz tej zakochanej kobiety:
— Dość już! — zawołał. Dość już tych komedyj!... Wychodź pani ztąd!
— Nie!... nie!... — wołała księżna de Carpegna głosem stanowczym.
— Droga siostro — zwrócił się Besnard do Marji-Anny: mam parę słów do powiedzenia tej kobiecie... Bądź łaskaw a wyjść na chwilę.
Marja-Anna żądania tego nie spełniła... Stała w ciemnawym nieco kącie pokoju i rzucała na piękną Rozynę spojrzenia pełne nienawiści, a jednocześnie badała ją, porównywała z sobą...
«Oh, rzeczywiście — myślała nieszczęśliwa kaleka — jakże piękną jest ta... z jej czarnemu włosami, z jej aksamitnemi oczyma, z jej ciałem... Oh, prawdziwie piękną!... A przecież to — ladacznica, kobieta, którą można kupić! I to dla niej, dla tej niegodnej, Pan Bóg tyle wyznaczył szczęścia!...»
— Moja kochana siostrzyczko — odezwał się powtórnie brat nieco zniecierpliwiony... Proszę cię!... Muszę raz to skończyć!...
W dwóch wyrazach powiem jej, za co ją uważam! Ale Marja-Anna nie słyszała, a jeśli nawet słyszała, to nie rozumiała jego wyrazów... Brat wziął ją za rękę, ażeby w ten sposób wyprowadzić ją do drugiego pokoju.
Nie stawiała najmniejszego oporu: podobna do chorego dziecka, które zawsze słucha kochającej matki, Marja-Anna powoli przeszła przez pokój, raz jeszcze spojrzała na brata i wyszła.
— Jesteśmy sami nareszcie! — zawołał wice-hrabia Besnard, stając przed kobietą, którą kochał i nienawidził zarazem. Odpowiedz mi pani naprzód, po coś tu przyszła?
Księżna usiadła na krześle, a nawet rozpięła długi swój płaszcz podróżny:
— Już ci powiedziałam — brzmiała odpowiedź zapytanej, która była prawie zupełnie spokojną: skoro wbrew wszelkiej nadziei odnajduję cię znów, chcę ażebyś szedł ze mną...
Uśmiechała się do niego, wyciągając ku niemu szyję, oddając mu swe piękne usta do pocałowania... Ale on podniósł rękę, która jednak nie śmiała uderzyć kobiety; ale z ust jego wyrwał się wyraz ohydny:
— Szurgot!
Na tę obelgę, księżna de Carpegna zamknęła oczy i rumieniec wstydu okrył jej policzki... Po chwili jednak bardzo łagodnie odezwała się:
— Czyż to ty... ty tak przemawiasz do mnie?!
Głos jej był łagodny, głowa jej schyliła się, jak gdyby w pogotowiu do przyjęcia nowej obelgi, oczyma pożerała tego, który ją obrażał: Besnard odstąpił o parę kroków... Człowiek ten wstydził się tego, co przed chwilą powiedział.
Kilka minut trwało milczenie. Rozyna ciągle wpatrywała się w ukochanego, ciągle się do niego uśmiechała:
— Uciekajmy ztąd, mój najdroższy! — przemówiła nareszcie... Spieszmy się! Wczoraj policja wywiozła mnie aż do granicy Belgji: zabroniono mi wracać do Francji, a szczególniej do Paryża. Jestem jednak! Ale się boję... Muszą mnie śledzić!... Ah, gdyby mieli nas teraz rozłączyć!... Spieszmy się, na Boga, uciekajmy!
Rozyna zbliżyła się do kochanka, ażeby uczepić się jego ramienia i pociągnąć go za sobą. On milczał... Ściśnięte usta, suche gardło, twarz zmieniona do niepoznania, oczy ziejące gniewem... Nagle wybuchnął:
— Wychodź ztąd!... wychodźże!... Czyż nie widzisz, że mogę cię zabić?!
Rozyna wzruszyła ramionami i znów usiadła:
— Mnie zabić?... Cóż ty mówisz! Mnie chcesz zabijać w chwili, gdy nam się szczęście uśmiecha!... Dowiedz się, że jestem wolną, jestem wdową, mój najdroższy!
Zdziwiony i przerażony tym spokojem stanowczym, Besnard nie umiał inaczej odpowiedzieć, jak obelgą:
— Kurtyzanko!
Teraz młoda kobieta podniosła głowę i śmiało spojrzała w twarz kochanka:
— Kurtyzanka?... A więc, przyjmuję tę nazwę!... A więc nie chcesz, abym była twoją żoną, jak pragnąłeś dawniej!... Niech i tak będzie! Będę twoją kochanką, twoją metresą! Cóż może mnie obchodzić, co sobie pomyślą głupcy lub zazdrośni! Tak, masz słuszność, będę twoją kochanką! Ale nie opuszczę cię nigdy ani na jedną chwilę!... Nie gróź mi śmiercią: ja się niczego nie boję... Oh, nie śmiej się tak okropnie.... Sprawiasz mi ból okropny!
Besnard śmiał się rzeczywiście tym śmiechem szalonej bezsilności, która ugina się pod brzemieniem nieszczęścia! Zdawało mu się, że upadł bardzo nizko, skoro dotąd jeszcze nie schwytał «tej» za ramiona i nie wyrzucił za próg... Zdawało mu się, że nie miał prawa okazywania takiej cierpliwości dla tej komedjantki.
— Brawo! — odezwał się wśród wybuchów śmiechu... Dobrześ rolę odegrała, moja piękna!... Onegdaj — dramat, dziś — sielanka!... Panna Savelli, jak widać, zrodziła się dla spełniania wszelkich zleceń!
Pani de Carpegna gwałtownym ruchem rzuciła się ku Besnardowi:
— Savelli!... Ah, więc mam się teraz nazywać Savelli?... Niech i tak będzie!... Odtąd nie jestem już księżną, jestem dzieckiem ludu! Odtąd zostanę z tem nazwiskiem nazawsze! Nazwisko to będzie moją dumą i ozdobą! Jestto nazwisko szlachetnego człowieka, nazwisko bohatera, nazwisko męczennika, którego twój cesarz i twój ojciec do współki zabili, a którego ja, jego córka, chciałam pomścić!
— Nędzna!
— O nie!... Powiedz: nieszczęśliwa!... Tak, chciałam pomścić tego męczennika, którego pamięć drogą mi na wieki pozostanie... I w dzień, i w nocy widziałam go przed sobą!... Czyż mogłam postąpić inaczej?... O Boże, rzucić na waszego Bona partego syna jego prokuratora jeneralnego, i zabić jednego z ręki drugiego! zgnębić i do rozpaczliwego zmusić płaczu tego hrabiego Besnarda!... Cóż za rozkoszne marzenie!... Ale, jam tego dokonać nie mogła!... Nie mogłam, bo kocham ciebie, kocham, kocham!!...
Rozyna mówiła teraz gwałtownie, wyrazy z ust jej wychodziły szybko, nie wiązały się ze sobą: była wymowną i trywjalną zarazem.
W kobiecie tej były dwie istoty: kobieta światowa i dziewczyna z ludu. Wielkie jej oczy rzucały iskry, a różana barwa pokrywała blade jej policzki: w tej chwili uniesienia Rozyna Savelli była rzeczywiście piękną! Wypierający się dotąd tak odważnie miłości, młody człowiek pod wpływem piękności i uniesienia prześlicznej kobiety tracił pewność siebie: nieokreślone uczucie litości rodziło się w jego sercu, dziwne pragnienia ogarniały go: nienawidził jeszcze — tak przynajmniej mu się zdawało — ale nie miał już siły przeklinać.
— Czyż ty nie wiesz, że ja cię ubóstwiam?! — zawołała po chwili Rozyna... Dowiedziałam się o wszystkiem, ukochany mój, ale zapóźno!... Wiem teraz wszystko! Marino... wszak znasz Marino, nauczyciela muzyki, tego, który nosił nazwisko Traventi. Udało mu się uciec do Belgji... Marino opowiedział mi w Brukselli tę okropną historję z bukietem dzikich róż. Ohydna zasadzka, którą na ciebie zastawił ten Carpegna, godny mój małżonek!... Wierzaj mi, najdroższy, że to nie ja, nie ja!... Przysięgam ci na miłość moją!... A tyś dał się złapać na tę wędkę!... A więc dostałeś mały, nędzny bukiecik róż od swej Rozyny i natychmiast przybiegłeś!... Carino, mio carino!... A więc ty mnie bardzo, bardzo kochasz! O Boże, jakże szczęśliwą uczynił mnie ten Traventi!... Tak, ty nie znasz mego serca... Myślałam, że cię uwięzili i przyszłam tu po to, ażeby rzucić się do nóg twemu ojcu, który był przecie mordercą mojego! Byłoby to straszne, ale droższym mi jesteś nad honor! Chciałam stanąć przed twoimi sędziami... Obwiniając siebie, byłabym ciebie od wszelkich podejrzeń uwolniła... Gdyby cię uwolniono, zabrałabym cię ze sobą do dalekich krajów; gdyby cię skazano na galery, towarzyszyłabym ci wszędzie i zawsze; gdyby cię na śmierć skazano, otrułabym się razem z tobą!... Kocham cię, o jak ja ciebie kocham!...
Roznamiętniona Rozyna ujęła kochanka za rękę:
— Chodźmy ztąd!... Uciekajmy! — wołała już po raz trzeci.
Besnard jeszcze raz ją odepchnął od siebie, ale tak nieśmiało, tak niechętnie:
— Musisz pani sama powracać do Brukselli... Ja tu zostanę: jestem skazany!
— Skazany? Co za szaleństwo!... Jesteś wolny przecie... stoisz przedemną... Skazany?!...
— Jutro o tej samej godzinie już mnie nie będzie na świecie!
— Masz umrzeć?!... Cóż za okropny wyraz!... Ty miałbyś umrzeć!... Jak on to mówi! Z jakim spokojem, z jaką rezygnacją!... Przestraszasz mnie, najdroższy! Przed chwilą, gdyś miotał obelgi i w twarz rzucał mi ohydne wyrazy, gdyś nawet rękę na mnie podniósł — o, wierzaj mi, byłam spokojną zupełnie, gotową byłam śmiać się nawet! Twój drżący głos zadawał kłam wszystkiemu coś mówił!... Ale teraz, ja się boję!... O, chyba chcesz się mścić na mnie, chyba chcesz się przekonać, jak głęboko cię kocham!... O, na miłość Boską, przestań mnie tak męczyć okropnie! Wiem dobrze, że jeśli umrzesz, ja umrę razem z tobą!...
— Życie moje nie należy już do mnie — odpowiedział poważnie Besnard... Ażeby nazwisko moje uwolnić od hańby sądu, dałem słowo, że jutro już żyć nie będę... I umrę!... Oto masz tajemnicę mojej wolności!
Rozyna krzyknęła i upadła mu do nóg:
— O, Boże, Boże!... Teraz pojmuję!... I to ci rozbójnicy, ci ministrowie Bonapartego zmuszają cię do odebrania sobie życia?... Podli, przeklęci!... Naigrawają się z ciebie, naigrawali się z twego ojca!... O, podli, o stokroć podlejsi od nas, którzy chcieliśmy uwolnić Francję od tyrana!... Ależ ty nie możesz, tyś nie powinieneś rozkazów ich słuchać!... O, nie odpychaj mnie od siebie!... Przebacz, przebacz, najdroższy mój, jedyny!... Zlituj się nad biedną kobietą, która chce być twoją sługą, twoją niewolnicą, kochanką twoją i nałożnicą!... O, ja nieszczęśliwa!... On ma ginąć z mojej ręki!... O, tak!... Perdita, ulicznica, sprzedająca własne ciało!... Wybacz, miej litość... nie odpychaj mnie!...
Nieszczęśliwa Rozyna Sayelli płakała, załamywała ręce z rozpaczy, przeklinała siebie i świat cały. Obydwoma rękami wpiła się w Besnarda, który, chcąc się z objęć jej uwolnić, ciągnął ją za sobą po podłodze.
Nagle Besnard obu rękoma podniósł śliczne ciało oddanej mu kobiety, objął jej kibić i w gorącym pocałunku na ustach Rozyny zamarł na chwilę.
— Ja ciebie kocham! — zawołał po chwili... Umierajmyż razem! Wieczór zapadał.
Zmierzch zimowy otoczył dwoje kochających się ludzi, a wśród cieniów, które pokój zapełniły, każdy przedmiot wydawał się większy i poważniejszy, aniżeli był w rzeczywistości. Jednem ramieniem Besnard otaczał kibić Rozyny, a drugiem opierał się o ścianę: siły go opuszczały. W tej chwili nie zdawał sobie sprawy z tego, co się stało. O ojcu, o siostrze zapomniał zupełnie: myśl o kochance i o śmierci w jej objęciach pochłaniała wszystkie władze jego duszy.
Trzeba było nareszcie uciekać... Wówczas dopiero przed oczyma duszy nieszczęśliwego człowieka stanął hrabia Besnard... Wice-hrabia Besnard drgnął, powoli uwolnił z objęć swych Rozynę, przeszedł przez pokój i ukląkł przed fotelem, na którym zwykle siadywał ojciec... Było to ostatnie pożegnanie!
W tej samej chwili, w sali rady stanu, hrabia Besnard wzywał umierającym głosem ukochanego syna, któremu wszystko przebaczył...
Po chwili oboje kochankowie opuścili dom przy ulicy Breteuil... Cienie nocy miały być świadkami ich ostatnich uścisków...

XI.
Powracająca fala.

Tej nocy wiatr dął z połnoco-wschodu... Było chłodno. W ciągu kilku godzin silny wiatr sprowadził burzę, która zaniepokoiła szerokie przestwory oceanu. Pod tchnieniem wiatrów wysokie fale Atlantyku wpadały do kanału, tak że wkrótce od przylądka Św. Mateusza aż do Szarego Nosa, całe wybrzeże Francji przedstawiało długą, zębatą linję, ozdobioną frendzlami piany morskiej. Wysadzone z łożyska morze z wściekłością rzucało się na brzeg normandzki: w okolicach Caux całe masy wód wtaczały się na ziemię, a około Cayeux liczni marynarze zabezpieczali statki od zgubnych fal morskich.
Przez długie lata mieszkanki Fécamp i dwóch mieścin, jednakowe noszących miano, Św. Walerego, przypominały sobie szczegóły tej burzy, która niejednej z nich zabrała męża lub dzieci. Była to noc straszna nawet dla obeznanych z szaleństwami i gniewami oceanu.
Dzień już zaczynał wyłaniać się z obsłon nocy: na wschodnim krańcu nieba świtało... Dziwna to była jutrzenka!...
Na wschodzie długa linja mlecznego światła zarysowywała się na tle szarego nieba, z którego spadały płatki białego śniegu; ale pod tem mgławem światłem otchłanie morskie pogrążone były w ciemności. Gęsta mgła zasnuwała szatą ciemności burzliwe bałwany i zapadała na krańcach widnokręgu w nieskończoność. Pod tą zasłoną słychać było ryk wód, wycie wiatrów, które na chwilę czasem ustawały, ażeby z tem większą mocą uderzyć.
Po nad wioskami, budzącemi się do życia, dźwięczały dzwony wzywające do modlitwy...
Anioł Pański!...
W tej chwili, w murowanem ogrodzeniu parku Sassevilskiego od strony morza, mała furtka się otworzyła i dwie postacie ukazały się na szarem tle rodzącego się poranka.
Dwa te cienie szybko kroczyły ku oceanowi. Burza nie wstrzymywała je wcale. Besnard był spokojny i milczał, ale Rozyna de Carpegna mówiła wiele, rzucała w przestrzeń frazesy, była w uniesieniu.
— O, masz słuszność, mój drogi, żeś wybrał to straszne, a tak piękne łoże na miejsce pocałunku, który nigdy się skończyć nie może!... Masz słuszność, mój jedyny!... Powinniśmy pożegnać się na wieki w tem miejscu, gdzie kochaliśmy się tak szczerze, tak głęboko!...
Besnard uśmiechał się, i radośnie i ponuro zarazem... Pęka w ręce oboje postępowali ciągle naprzód! Na za kręcie drogi stali w samym środku szalejących wiatrów, które słoną pianę w twarz im rzucały.
Rozyna zatrzymała się.
— Oh! — zawołała — jak tam musi być zimno!
«Tam» — miało znaczyć na dnie oceanu.
Po chwili znów szli ku falom wzburzonym: ale Rozyna coraz wolniej posuwała się naprzód. Nogi odmawiały jej posłuszeństwa. Tak wylana dotąd księżna de Carpegna milczała teraz...
Doszli nareszcie do brzegu. Tutaj stosy kamieni od wieków wyrzuconych z łona oceanu oddzielały ich od wody. Gdy je przeszli, znaleźli się na piasku, na którym tu i owdzie świeciły w ciemności kałuże zimnej wody.
Morze powracało do swych brzegów: zdala huk bałwanów oznajmiał o jego gniewie. Wśród mgły trudno było dojrzeć jego powierzchni, ale za to ucho z przerażeniem łowiło jego ruchy, którym huk grzmotu towarzyszył. Chwilami wśród tej burzy w powietrzu panowało milczenie, ale po to tylko, ażeby z tem większą mocą spienione bałwany rozbijały swe grzebienie z piany o każdą przeszkodę.
Rozyna roześmiała się nerwowo:
— Czy słyszysz? — zawołała — morze nas zaprasza!
Schyliła się, podniosła kamień i rzuciła go w stronę morza, jak gdyby je tem uderzeniem zabić mogła. Ale morze nawet na chwilę się nie uciszyło... Świtało: teraz już można było rozróżnić przedmioty.
Przed nimi w tej chwili niezmierzona okiem przestrzeń wód zataczała półkole ruchomych fal. Sprawiały one wrażenie otwartych paszcz, z których zjadliwa sączyła się ślina. Przepaściste te czeluście zdawały się grozić zniszczeniem. Groźba tem była straszniejszą, że ohydne paszcze zbliżały się z każdą chwilą. Wiatrem podżegane fale morskie z rykiem rzucały się na brzeg i tutaj rozpływały się, ale natychmiast nowe zastępy wód nadbiegały i układały się na poprzedniczkach... Jeszcze chwila, a przepaść musiałaby ogarnąć kochanków...
Rozyna skamieniała: zdziwionemi, pełnemi przestrachu oczyma spoglądała na to straszne zjawisko. Piękna kobieta drżała, twarz jej zbladła, zęby szczękały.
— Zimno ci? — zapytał Besnard łagodnie.
— Nie... nie!... — odpowiedziała. Ja się boję!
Besnard spojrzał na Rozynę... Rzeczywiście przestrach malował się na jej twarzy. Z pięknej, w tej chwili stała się okropną!
Nagle Rozyna odwróciła się od morza i biedz poczęła ku parkowi. Besnard rzucił się za nią w pogoń i wkrótce schwytał ją za rękę:
— Rozyno!... Trochę odwagi!... Tylko jedna chwila obawy, a potem...
— Nie... nie! — wołała de Carpegna. Nie chcę już umierać, nie chcę!
Besnard chciał ją ująć za rękę, ale ona go odepchnęła od siebie!
— Nie chcę... Nie chcę! — wołała ciągle. Nie kocham cię widać tak, ażebym mogła umrzeć!
I znów biegła ku Sasseville, uciekając od śmierci... Besnard znów ją dogonił.
— Ah! nędzna kobieto!... Podłe serce! Musisz zginąć ze mną!
Schwycił ją za rękę i szarpnął tak mocno, że Rozyna Savelli upadła na ziemię. Pod wpływem przestrachu z ust jej wyrywały się oderwane wyrazy:
— Na pomoc!... To podle!... Nie jestem twoją!.... Puść mnie, puść! Na pomoc!... Podle, podle!... Nie kocham cię, nigdy cię nie kochałam!
Ale krzyki te i skargi wiatr rozwiewał na wszystkie strony, a w pobliżu nie było ani jednej żywej istoty, któraby ją mogła usłyszeć... Besnard przyciskał ją do ziemi:
— Nigdyś mnie nie kochała?! — wołał z wściekłością. Zapóźne wyznanie, moja piękna!... A więc będziesz mnie ubóstwiać w wieczności!
Kolanami naciskał jej piersi; rękoma schwycił ją za głowę i starał się zanurzyć w kałuży zimnej wody. Rozyna broniła się rozpacznie: paznokciami i zębami szarpała jego ręce, pluła mu w twarz, miotając obelgi.
— Podły!... Rozbójniku!... Syn mordercy! Ah, ah!... Ja chcę żyć!... Nikczemny!... Rozbójniku!
W tej chwili Rozyna Savelli była sobą: była to istota nizka, ciało dla ciała — ladacznica...
Wobec śmierci włoszka zlękła się piekła i zawołała:
— Księdza!... Oh! księdza!
Nagle ręce, które ją dusiły, usunęły się: Besnard wstał z ziemi.
Szeroko otwartem i oczyma spoglądał w przestrzeń: twarz jego miała wyraz obawy i zdziwienia zarazem... Po chwili upadł na kolana i schylając głowę, zawołał:
— Ojcze!
Rozyna jednym ruchem powstała z ziemi, nie spojrzała nawet na kochanka i szybko poczęła uciekać ku brzegowi.
— Ojcze!... Ah, ojcze! — wołał ciągle Besnard, nie widząc nawet, że Rozyna uciekała od niego.
Syn hrabiego Besnarda położył się na ziemi, z oczyma zwróconemi ku niebiosom. Spokój zupełny panował w jego sercu. Powoli zbliżał się ku niemu grób, otchłań niezmierzona... Besnard skrzyżował ręce na piersiach i czekał...
Cóż ujrzał ten człowiek w ostatniej godzinie, że miał dość siły, ażeby przebaczyć tyle boleści?... Być może, że w tej uroczystej chwili poznał znikomość życia i wieczność całą, być może, że dokoła niego rój duchów opiekuńczych siał miłość i przebaczenie... Być może, że dusza ojca ukoiła cierpienia syna.


∗             ∗

Przed kilku laty, ten który wywołał z krainy niepamięci szczegóły tej smutnej historji, znajdował się w Bailleul, we Flandrji, gdzie zwiedził szpital dla obłąkanych.
Nie ja sam zresztą szukałem wrażeń smutnych i przykrych. Wraz ze mną zwiedzały zakład dwie osoby których nie znałem: jakiś mężczyzna i jakaś dama.
O mężczyźnie nic nie mogę powiedzieć: był to sobie ciekawy jegomość, mający dużo czasu i jeszcze więcej pieniędzy. Kobieta zaś miała wszystkie cechy kokoty wysokiego stempla: była to prawdopodobnie jedna z tych kosmopolitycznych kurtyzanek, które zdają się po to istnieć, ażeby nam dowodzić na każdym kroku, jak marną jest nasza cywilizacja...
Siostra miłosierdzia oprowadzała nas po szpitalu.
W oddziale dla idjotów kobieta rzuciła jej pytanie:
— Wszak to tutaj znajduje się córka hrabiego Brutusa Besnarda?
Na te słowa powstała z ziemi jakaś istota wynędzniała i okropna, zbliżyła się do mówiącej i, wskazując ją palcem, zawołała:
— To ona!... Zabij ją! Zabij ją!
Nieszczęśliwa idjotka w strasznych konwulsjach upadła na ziemię...
Pięknie ubrana kobieta zbladła, uchwyciła ramię swego towarzysza i oboje natychmiast opuścili zakład dla obłąkanych.


KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Gilbert Augustin Thierry i tłumacza: anonimowy.