Spiskowcy (Thierry, 1891)/XII. Ulica Ogrodowa

<<< Dane tekstu >>>
Autor Gilbert Augustin Thierry
Tytuł Spiskowcy
Podtytuł Romans z czasów drugiego cesarstwa
Wydawca Księgarnia Br. Rymowicz
Data wyd. 1891
Druk Trenke i Fusnot
Miejsce wyd. Petersburg
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XII.
Ulica Ogrodowa.

Besnard szedł teraz powoli: obraz księcia de Carpegna zacierał się w jego pamięci. Na zewnętrznym bulwarze siły go tak opuściły, że padł na ławkę... Razem z nim zatrzymało się i widmo jego myśli, ten denuncjant umierający, ten okropny człowiek, cały z nienawiści złożony. Besnard dotąd jeszcze słyszał jego kaszel, upadek jego ciała na podłogę, a głównie ostatnie wyrazy, których śmierć dokończyć mu nie pozwoliła:
— «Tej nocy... Razem... w domu... On... Ona!»...
Dom?... Ten dom przy ulicy Ogrodowej, który dziś właśnie ozdabiano na przyjęcie gruchających kochanków!... On?... Ten ohydny La Chesnaye chyba!... Ona!... Ah, ta... ladacznica!
Czasami, jak błyskawice, przechodziły mu przez myśl przypuszczenia nieco racjonalniejsze...
— Dlaczego tak starannie ukrywał się ten de Carpegna? Z jakich powodów, w jakim celu nawet nazwisko zmienił? Dlaczego przez cały rok udawał umarłego?... Mniejsza o to! — wołała natychmiast namiętność. Jestto tajemnica, którą nie czas teraz rozwiązywać... jutro... później! On... Ona... razem... teraz właśnie!
Besnard wstał z ławki i znów szybkim krokiem podążył ku Ogrodowej ulicy.
Przeszedł przez dzielnicę Męczenników, znalazł się wkrótce na przedmieściu Montmartre i na ulicy Le Peletier.
Chociaż północ już od kwadransu minęła, na ulicy Le Peletier było ludzi bardzo wiele. Po lewej stronie front dawnej Opery błyszczał uroczyście w gazowem oświetleniu, gdyż tego dnia, 13 stycznia, w gmachu teatru miał miejsce bal kostiumowy: jedna z tych uroczystości na rzecz zakładów dobroczynnych, na których pod pozorem miłosiernego uczynku dusze pobożne oddają się bachanalji. Wszystkie stare damy kameljowe i inne tego gatunku osobniki były opiekunkami tej zabawy, i resztki swych wdzięków w gazowem świetle roztaczały przed tłumem ciekawych.
Besnard powziął początkowo zamiar wynajęcia domina i w przebraniu chciał się rzucić w tłum rozbawiony.... Oh, z pewnością tam można było zagłuszyć wszystkie wspomnienia!... O tem tylko marzył Besnard o zapomnieniu zupełnem, o zapomnieniu nawet, że ciało i duszę posiadał!... Otaczająca noc go, chęć ujrzenia jaknajprędzej dnia nowego, do reszty go unicestwiały. W tej chwili nie wierzył w nic, wątpił o wszystkiem, nienawidził samego siebie!...
Ale nie!... Nie wszedł na bal, minął wejście i wcisnął się wśród innych pod podwójne galerje Opery, gdzie zapóźnieni spacerowicze i zwolennicy nocnych wycieczek w towarzystwie dam półświatka poszukiwali wrażeń. Był to istny obraz nędzy moralnej człowieka i paryzkiego głupstwa. Figury w maskach, trzymając się za ręce, torowały sobie siłą drogę wśród tłumów, wśród okrzyków dzikiej radości bez żadnej przyczyny, w cieniach nocy powołanej do życia: «wesoły Paryż» bawił się. Wszystkie sklepy były pootwierane, a za kontuarami stali kupcy, doskonale wiedzący zgóry, że tłum zgłodniały, nawet o bardzo spóźnionej godzinie, nie odmówi sobie przyjemności zjedzenia pasztetu, wypicia szklanki wina lub kupienia błyskotki dla zręcznie intrygującej maseczki.
W samym końcu galerji rzęsiście oświetlony magazyn broni, przyciągał spacerujących swoją wystawą. Nawet ten magazyn narzędzi zbrodni rachował na kupujących! W wielkiem oknie przed oczyma gapiów błyszczały szable i szpady, strzelby i karabiny. W samym środku, na osobnym stoliczku, wznosiła się piramida, ułożona z rewolwerów.
Besnard bezwiednie wraz z innymi zatrzymał się przed tą wystawą. Rzucił jednak tylko spojrzenie na błyszczące przedmioty i odszedł natychmiast, ażeby czemprędzej wydostać się na bulwar.
Śnieg zaczął padać: wiatr unosił rzadkie jego płatki w powietrzu. Wiatr jednak był tak silny, że Besnard wrócił znów pod teatr, w nadziei, że wkrótce zawieja minie... Przed wystawą magazynu broni publiczności teraz już nie było. Besnard stanął nieco zdala od okna wystawowego i pilnie się przyglądał. Teraz szeroko otwartemi oczyma wpatrywał się w piramidę, z rewolwerów ułożoną...
Niewątpliwie, wyrób to był zupełnie dobry, musiały bić celnie: złej broni niktby przecie tak elegancko nie przystrajał. Jeden szczególniej bardzo mu się podobał... Oh, śliczne cacko, drobne, małe, zupełnie właściwy podarek dla tej...
«Znam związek stokroć mocniejszy od małżeństwa, nierozerwalny: śmierć!... Jeśli istota kochana zdradza kochającą — trzeba ją zabić!»
Besnard oddalił się nagle, ale po chwili, ulegając jakiejś mocy niewidzialnej, znów się zbliżył i — wszedł do magazynu.
Kupiec wyszedł na jego spotkanie:
— Czego pan sobie życzy?
— Ile kosztuje ten rewolwer... ten oprawny w kość słoniową?
Kupiec wyjął z piramidy wystawowej wskazany przedmiot.
— Przepyszne cacko! Jestto wyrób francuzki, własność naszej firmy... Niech pan będzie łaskaw się przyjrzy: oto kranik bezpieczeństwa, tutaj szneler. Każdy strzał pewny!... Sześćdziesiąt franków.
Besnard rzucił na stół pieniądze i wziął do ręki nabyty rewolwer: oglądał go pilnie ze wszystkich stron, obracał w palcach, patrzył pod światło, jak prawdziwy znawca.
— Pudełko nabojów w dodatku — dorzucił kupiec.
— Zbyteczne!... Ale, bądź pan łaskaw nabić mi rewolwer...
— Z przyjemnością!
Puszkarz sześć nabojów włożył do cylindra; podając go Besnardowi, dodał:
— Służę panu!... Wyborny środek na złodziejów kieszeni i honoru!
Besnard nic na to nie odpowiedział, włożył rewolwer do kieszeni i wyszedł ze sklepu, nie pożegnawszy nawet jego właściciela.
Przez parę chwil wynalazca nowego systemu rewolwerów patrzył na wychodzącego ze sklepu Besnarda, wzruszył ramionami i głośno powiedział:
— Tem gorzej!... Jeszcze jeden małżonek... z rogami!
Na bulwarze dorożki kręciły się w rozmaitych kierunkach, oczekując na pasażerów. Besnard wsiadł do jednej z nich i zawołał do woźnicy:
— Dziesięć franków na piwo! Do Passy, w dole ulicy Boulainvilliers! Jaknajprędzej!
Woźnica zaciął konia, który podążył galopem. W pół godziny Besnard znajdował się na miejscu.
Pomimo późnej godziny i zimna, które dawało się dobrze we znaki, na ulicy Boulainvilliers w rozmaitych kierunkach poruszali się ludzie. Zwykle pusta ta ulica, zdawała się prawie ożywioną. Tu i owdzie zarysowywały się sylwetki przechodniów.
Na rogu ulicy Ogrodowej stał powóz; latarnie przy koźle nie paliły się — świadczyć to mogło o jego tajemniczej misji. Besnard zbliżył się i rzucił okiem na drzwiczki. Wyraźnie dojrzał monogram z dwóch liter C i L złożony, ozdobiony koroną.
A więc... La Chesnaye!...
Wściekłość go ogarnęła, ścisnął rękojeść rewolweru i pobiegł wzdłuż ulicy.
Wiatr ustał: kilka zaledwie płatków śniegu unosiło się w powietrzu. Na środku ulicy śnieg topniał i tworzył całe jeziora błota. Z okolicznych parków spływał na ulicę ostry zapach mokrego drzewa, gnijących liści i przesiąkniętej wilgocią ziemi. Czarne chmury nizko płynęły w przestrzeni, czasami gęste cienie zalegały całą ulicę, a chwilami, gdy chmury nagle się rozstępowały, bladawe światło księżyca rozpraszało cienie nocne...
Cisza zresztą panowała dokoła. Dom, dziś należący do barona La Chesnaye, był zamknięty, ale z po za okiennic przeciskały się z każdego okna promienie światła.
A więc m usieli tam się znajdować!
Besnard przeszedł wzdłuż muru, okalającego park, wdrapał się na mur i dwoma rękami schwycił się za gałąź poblizkiego drzew a... W tej chwili księżyc się ukazał i Besnard zauważył dwóch ludzi, spokojnie przechadzających się w głębi alei parkowej... Nagle rzucili się ku niemu...
Przekleństwo!... Zauważyli go... Ale cóż go to teraz mogło obchodzić?... Nie przyszedł przecie wykradać kochanki!... Zapóźno, moi panowie, zapóźno!
Besnard na chwilę ukrył się za murem, a potem nadludzkim wysiłkiem, gdy księżyc schował się za chmurę, przez mur przesadził i upadł między krzaki... Chwilę się przysłuchiwał: nikt się do niego nie zbliżał... Jeszcze chwila, jak oka mgnienie szybka, i Besnard kroczył śmiało przez łączkę, rozciągającą się przed domem. Dopiero na stopniach tarasu zatrzymał się.
Okiennica, osłaniająca drzwi, prowadzące z tarasu do salonu, była zamkniętą, ale z po za niej wychodziły głosy: szmer wyrazów, może szmer pocałunków!...
Besnard obydwoma rękami schwytał okiennicę i pociągnął ją ku sobie... Jak gdyby pod dotknięciem różdżki czarodziejskiej, okiennica ustąpiła... Zapomniano widać zamknąć ją z wewnątrz.
W salonie dał się słyszeć lekki okrzyk przerażenia i natychmiast wszystko utonęło w ciemności: zgasili światło...
Całym ciężarem Besnard przyparł drzwi, które z łoskotem otworzyły się... Brzęk szyb rozbitych, stuk drzwi gwałtownie rozbitych, kroki uciekających — wszystko to podniecało wściekłość Besnarda.
Księżyc znów przyszedł mu z pomocą: Besnard w głębi pokoju zauważył cień człowieka, starającego się uciec... Nie mając czasu do namysłu, Besnard wyciągnął z kieszeni rewolwer i wystrzelił...
W tej samej chwili uczuł na sobie ciężkie ręce, które go na podłogę powaliły: kolana czyjeś piersi mu przygniatały, wyrwano mu broń z ręki.
Besnard nie stawiał żadnego oporu, nie bronił się wcale: nieszczęśliwy stracił świadomość siebie, swego czynu, świata całego.
W całym domu biegano, szeptano w sąsiednim pokoju... Po chwili do uszu Besnarda doleciał odgłos otwieranej bramy, zajeżdżającego powozu, trzaśnięcia drzwiczek... Wkrótce powóz odjechał...
Teraz dopiero przemówił ktoś głośno i wyraźnie: Besnard poznał głos barona La Chesnaye, który odezwał się do zebranych:
— Uspokójcie się, panowie... Cesarz nawet nie jest zadraśnięty!
Cesarz?!...
Nareszcie salon oświetlono dwoma lampami. Cała sfora policjantów zapełniła salę, a na ich czele stąpała księżna de Carpegna... Piękną była ta nieszczęśliwa kobieta z rozpuszczonemi włosami, w nocnym negliżu, wpół naga...
Księżna de Carpegna przybiegła do rozciągniętego na ziemi, przyjrzała się jego twarzy i krzyk rozpaczy, krzyk niekłamanej boleści rozdarł jej piersi:
— Ty!!... ty!!... Ah, rozbójnicy!... To ciebie wysłali!
Ale w tej chwili piękna księżna powstała i wskazując ręką na zastęp agentów policyjnych, rzuciła im w twarz:
— A więc, podłe gadziny, wiążcie i mnie z nim!...
Ten człowiek jest moim kochankiem, a ja — jego wspólniczką!





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Gilbert Augustin Thierry i tłumacza: anonimowy.