Spowiedź królowej/XIII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Alphonse Daudet
Tytuł Spowiedź królowej
Podtytuł Królowie na wygnaniu
Wydawca "Rój"
Data wyd. 1928
Druk „Grafika“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Les Rois en exil
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XIII.
W kaplicy.

„Droga przyjaciółko, przyprowadzono nas właśnie, pana de Hezeta i mnie, do cytadeli raguzańskiej; po dziesięciogodzinnem posiedzeniu w teatrze Corso, gdzie sądziła nas rada wojenna, zostaliśmy skazani jednogłośnie na śmierć.
„Powiem ci, że wolę taki stan rzeczy. Przynajmniej wiadomo, czego się trzymać, i niema już tajemnicy. Czytam twoje drogie listy, mogę do ciebie pisać. To milczenie dławiło mnie. Być pozbawionym wiadomości — o tobie, o ojcu, o królu, którego uważałem za zabitego. Na szczęście dla Jego Królewskiej Mości skończyło się na smutnem niepowodzeniu i stracie kilku wiernych sług. Mogło być gorzej.
„Zapewne dzienniki doniosły wam, jak się wszystko odbyło. Kontrrozkaz królewski nie doszedł nas wskutek jakiejś nieprawdopodobnej fatalności, i o godzinie siódmej wieczór znaleźliśmy się w pobliżu wysp, w miejscu spotkania, Hezeta i ja na pokładzie, inni w kajucie, wszyscy uzbrojeni i wyekwipowani. Manewrujemy przez dwie, trzy godziny. Nie widać nic, prócz łodzi rybackich. Zapada noc, a wraz z nią mgła, wielce krępująca dla naszego spotkania z Chrystianem II. Po długiem oczekiwaniu zadecydowaliśmy, że parowiec króla musiał przepłynąć obok nas niedostrzeżony, a Jego Królewska Mość wylądował. Właśnie z brzegu wypuszczają rakietę. To znaczy: „Wysiadajcie!“ Niema wątpliwości, król jest tam. Dążmy do niego.
„Zważywszy znajomość kraju, jaką posiadam, — tyle razy polowałem w tych stronach, — dowodziłem pierwszą szalupą, Hezeta — drugą, pan de Miremont — trzecią, wiozącą Paryżan. W naszej byli sami Iliryjczycy, to też serce biło nam gwałtownie. Mieliśmy przed sobą ojczyznę, ciemny brzeg zamglony, na którym widniało czerwone światełko latarni morskiej w Gravosie. Dziwiło nas jednak milczenie na wybrzeżu. Rozlegał się jeno plusk fal, ale nie było szmeru, jaki powoduje tłum, nawet najbardziej tajemniczy, z którego wynika zawsze szczęk oręża, tchnienie powstrzymywanych oddechów.
— Widzę naszych ludzi!.. rzekł San-Giorgio bardzo cicho.
Wyskoczywszy na brzeg, widzimy, że za ochotników królewskich braliśmy bukiety kaktusów i kępy fig, Idę naprzód. Żywej duszy. Ale — jakieś stąpanie na piasku. Mówię do markiza: „Podejrzana sprawa... Wracajmy“. Na nieszczęście nadchodzą Paryżanie. Któżby ich wstrzymał!.. Rozpraszają się przetrząsają krzaki... Nagle błysk ognia, trzask strzelaniny. Krzyki: „Zdrada!.. Zdrada!.. Na morze!“ Śpieszymy do brzegu, istne stado w popłochu, panice... Była to chwila szpetnego zamieszania, które oświetlał księżyc, ukazując zarazem naszych marynarzy angielskich, co sił śpieszących ku statkowi... Ale to nie trwało długo. Hezeta rzuca się pierwszy z rewolwerem w ręku: „Avanti!.. Avanti!..“ Co za głos! Rozbrzmiewał po całem wybrzeżu. Pędzimy za nim... Pięćdziesięciu przeciwko całej armjiL Pozostawało zginąć. I wszyscy nasi zginęli z wielkiem męstwem. Pozzo, de Melida, mały de Soris, Henryk de Trebigne, i Jan de Voliko, śpiewając na cały głos Radoicę. Widziałem ich wszystkich, leżących na piasku z oczyma zwróconemi ku niebu. Tam dotrze wzbierająca fala, by porwać tych pięknych tancerzy z naszego balu!.. Mniej szczęśliwi od towarzyszy dostaliśmy się obaj, markiz i ja, do niewoli. Przywiązanych do grzbietu muła sprowadzono do Raguzy; twój Herbert pienił się w bezsilnej wściekłości, podczas gdy Hezeta, bardzo spokojny, mówił: „To była fatalność... Wiedziałem!..“ Śmieszny! Jakże mógł wiedzieć, że nastąpi zdrada, że przy lądowaniu spotka nas porcja ołowiu? A skoro wiedział, czemu nas poprowadził? Tak, czy inaczej, zmarnowana wyprawa, trzeba zaczynać od nowa, ale ostrożniej.
„Rozumiem teraz, dzięki twym drogim listom, których nie przestaję odczytywać, czemu sprawa nasza ciągnęła się, skąd te targi o nasze życie, i oczekiwanie. Nędznicy traktowali nas, jak zakładników, spodziewając się, że król, który nie chciał zrzec się tronu za setki milionów, uczyni to wobec ofiary dwóch wiernych poddanych. A ty irytujesz się, najdroższa, zaślepiona tkliwością, że ojciec mój nie wyrzekł ani słowa na rzecz swego syna. Ale czyż Rosen mógł popełnić talką nikczemność!... A przecie nie mniej mnie przez to kocha, i śmierć moja będzie dlań ok ufnym ciosem. Co się tyczy naszych monarchów, których obwiniasz o okrucieństwo, brak nam tu odpowiednio wysokiego punktu widzenia. Mają oni obowiązki i prawa ponad normę powszechną. O, Méraut powie ci na ten temat wiele pięknych rzeczy. Ja je czuję, ale nie potrafię wyrazić.
„A jednak, zanim cię opuszczę na zawsze, muszę ci dać do zrozumienia, że tylko ciebie kochałem w życiu, które zaczęło się dla mnie od chwili, kiedy ciebie poznałem. Pamiętasz, Koleto? Było to w magazynie przy ulicy Royale, u tego Toma Levisa. Spotkaliśmy się tam przypadkiem. Próbowałaś coś na fortepianie; grałaś i śpiewałaś jakąś rzecz bardzo wesołą. ale mnie, nie wiem czemu, zebrało się na płacz. Któżby był powiedział? Małżeństwo po paryska, marjaż przez agencję przeistoczył się w miłość! A potem nigdy już nie spotkałem równie zachwycającej kobiety. Przytem wprawiałaś mnie zawsze w dobry humor... Ot i teraz, sytuacja nasza jest okropna, a zwłaszcza sposób, w jaki ją uwidaczniają. Jesteśmy obaj z Hezetą w kaplicy, to znaczy w małej celce wzniesiono ołtarz do naszej ostatniej mszy, postawiono trumnę obok każdego łóżka, a na ścianach zawieszono tabliczkę z napisem: „Zmarł... Zmarł...“ Pomimo tego, pokój wydaje mi się wesoły. A gdy wspinam się do wentylatora, ten wspaniały kraj, ta droga z Raguzy do Gravosy, gdzie aloesy i kaktusy, odcinają się na tle błękitu nieba lub morza, wszystko przypomina mi naszą podróż poślubną. O, droga żoneczko, jakże byłaś piękna w tej podróży, która oby była trwała wiecznie! „Widzisz, że obraz twój trwa i przezwycięża, na progu śmierci, nawet śmierć. Chcę go zachować tam dokąd zawiodą nas za kilka godzin, i to pozwoli mi paść z uśmiechem na ustach. Więc nie rozpaczaj, droga przyjaciółko, myśl o dziecku, które ma przyjść na świat. Zachowaj się dla niego, a gdy już zdoła zrozumieć, powiedz mu, że zginąłem, jak żołnierz.
„Pragnąłbym zostawić ci jakąś pamiątkę ostatniej chwili, lecz złupiono mi wszystko, zegarek, obrączkę, szpilkę. Mam tylko parę białych rękawiczek, w których miałem wkroczyć do Raguzy. Włożę je za chwilę, aby uczcić mękę, a kapelan więzienny przyrzekł mi, że ci je prześle.
„Żegnaj, żegnaj, droga moja Koleto! Nie płacz! A gdy to piszę, łzy zalewają mi oczy. Pociesz ojca! Biedny! On, co mnie zawsze strofował, że zbyt późno zjawiam się na służbę. Już nie zjawię się wcale!.. Żegnaj, bądź zdrowa... A miałem ci do powiedzenia tyle rzeczy... Ale trzeba umrzeć. Co za los!... Żegnaj, Koleto!

Herbert de Rosen.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Alphonse Daudet i tłumacza: anonimowy.