Spowiedź królowej/całość

<<< Dane tekstu >>>
Autor Alphonse Daudet
Tytuł Spowiedź królowej
Podtytuł Królowie na wygnaniu
Wydawca "Rój"
Data wyd. 1928
Druk „Grafika“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Les Rois en exil
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


ALFONS DAUDET
SPOWIEDŹ
KRÓLOWEJ
(KRÓLOWIE NA WYGNANIU)
WARSZAWA
1928

Towarzystwo Wydawnicze „RÓJ“

Tłoczono w Drukarni „GRAFIKA“, Warszawa.




I.
Pierwszy dzień.

Fryderyka spała od rana. Spała snem gorączki i znużenia, w którym zespoliły się wszystkie niedole tej wygnanej i poniżonej królowej, snem, którym wstrząsały jeszcze zgiełki i zmory dwumiesięcznego oblężenia, pełne krwawych wizyj walk, łkań, dreszczów i nerwowych paroksyzmów. Nagle zerwała się przerażona.
— Zara? Gdzie jest Zara?... krzyknęła.
Jedna z kobiet podeszła do łóżka i uspokoiła ją: Jego Królewska Wysokość hrabia Zary spał spokojnie w swym pokoju. Pani Eleonora czuwała przy nim.
— A król?
— Wyjechał koło południa hotelowym powozem.
— Czy sam?
— Nie. Jego Królewska Mość zabrał ze sobą radcę Boskowicza... Słuchając słów gwary dalmatyńskiej, posępnej i twardej, jak fala tocząca się po żwirze, królowa czuła, że rozpraszają się jej obawy: spokojny pokój hotelowy, na który ledwo zdążyła rzucić okiem, przybywszy o zmierzchu, ukazał się jej w uspakajającej i pysznej banalności, z wysokiemi zwierciadłami, z wełnistą białością, zasłon, w których cieniu milkłiwy i szybki lot jaskółek krzyżował się z wielkiemi ćmami.
— Już piąta!... Żywo, Petscha, uczesz mnie prędzej... Wstyd, żem tak długo spała.
Godzina piąta po południu, a dzień, najpiękniejszy dzień letni roku 1872, jeszcze się uśmiechał do mieszkańców Paryża. Królowa była zachwycona, skoro wyszła na balkon, długi balkon „Hotelu pod Piramidami“, prezentującego piętnaście okien, zasłoniętych różowym cwelichem, na najpiękniejszej części ulicy Rivoli, Na szerokiej jezdni, gdzie zgiełk kół łączył się z lekkim szmerem polewaczek, nieprzerwany szpaler pojazdów sunął w stronę Lasku, migocąc osiami, uprzężą, blaskiem jasnych toalet, unoszonych wirem ruchu. Następnie z tłumu stłoczonego przy złoconej kracie Tuilerjów, strwożone oczy królowej przeniosły się na promienną ciżbę białych ubiorów, blond włosów, na zabawy i uniesienia dziecięce, które skupiają się w słoneczne dni na tarasach wielkich ogrodów paryskich. Wreszcie spoczęły na daszku z liści, ogromnej zaokrąglonej kopule rozległych kasztanów, ocieniających o tej porze orkiestrę wojskową i drżących od krzyków dziecięcych i grzmotów trąb. Cierpki wstręt do życia powoli cichł w niej na widok powszechnej uciechy. Wewnętrzne ciepło otuliło ją, jakby siatką jedwabną; policzki pobladłe od bezsenności, braków i trosk, okryły się żywym rumieńcem. Pomyślała: — Boże, jak tu pięknie!
Najnieszczęśliwsi ludzie miewają podobne chwile nieoczekiwanej i nieświadomej ulgi. Spływa na nich nie z istot ludzkich, lecz z wymownej różnorodności rzeczy. Tej królowej wydziedziczonej, wygnanej wraz z mężem i dzieckiem przez jedno z owych powstań ludu, przypominających trzęsienie ziemi, połączone z rozwieraniem się otchłani, z błyskawicami i wulkanicznemi wybuchami; tej kobiecie, której nieco niskie a jednak wyniosłe czoło zachowało ślad po jednej z najpiękniejszych koron Europy, — żadne słowo ludzkie nie mogło przynieść pociechy. Ale oto przyroda, radosna i odnowiona, objawiając się w tem wspaniałem lecie paryskiem, mającem coś z cieplarni i miękkiej świeżości krain nadrzecznych, przemówiła do niej głosem nadziei, zmartwychwstania i ukojenia. Lecz, pozwoliwszy swym nerwom odpocząć, a oczom — wchłonąć rozszerzonemi źrenicami zieleniejący widnokrąg, królowa nagle zadrżała, Z lewej strony na dole, koło bramy ogrodu, wznosił się, jak widmo, monument ze zrudziałemi kolumnami i zapadniętym dachem, oknami — pełnemi błękitu nieba, z fasadą, skroś której przeświecała perspektywa ruin, a na końcu — nawprost Sekwany — pawilon cały prawie pozłocony tym ogniem, który poczernił był żelazo balkonów. To wszystko, co zostało z pałacu Tuilerjów.
Widok ten przejął ją głębokiem wzruszeniem; wydawało się jej, że nagiem sercem uderza o te kamienie, Dziesięć lat temu, niespełna dziesięć lat — przez jakąż smutną i niemal proroczą przypadkowość znalazła się nawprost tych ruin! — mieszkała tam wraz z mężem. To było wiosną 186... roku. Zamężna od trzech miesięcy hrabina Żary przechadzała się tu wówczas, jako szczęśliwa małżonka i następczyni tronu. Wszyscy ją kochali, wszyscy przyjmowali z radością. Zwłaszcza w Tuilerjach, jakie bale, jakie uroczystości! Odnajdowała je jeszcze pod temi rumowiskami. Znów widziała ogromne i wspaniałe galerje, lśniące światłem i klejnotami, dworskie suknie falujące na obszernych schodach pomiędzy dwoma szpalerami połyskujących pancerzy, i — oto teraz ta muzyka niewidzialna, która dochodziła z ogrodu w powiewach, wydawała się jej orkiestrą Waldteufla w sali Marszałków, Czyż nie pod tę skończoną i żywą melodję tańczyła z kuzynem Maksymilianem, osiem dni przed jego wyjazdem do Meksyku? Tak, ta sama melodja. Kadryl cesarzy i królów, królowych i cesarzowych, których władne oblicza wywołał żywo w jej pamięci motyw Pięknej Heleny“... Maks, zatroskany, gryzący blond brodę, Szarlotta nawprost niego, u boku Napoleona, promieniejąca, odmieniona w radosnem poczuciu swej nowej, cesarskiej godności. Gdzież są dziś tancerze pięknego kadryla? Wszyscy umarli, lub wygnani. Żałoba po żałobie! Ruina po ruinie! Bóg odwrócił się od królów!
Więc przypomniała sobie wszystkie cierpienia od chwili, gdy śmierć starego Leopolda uwieńczyła jej skroń podwójną koroną Ilirji i Dalmacji. Córka, pierworodna, zmarła podczas uroczystości koronacyjnych wskutek jednej z owych dziwnych, nie mających nazwy chorób, powstałych z wyczerpania krwi gasnących ras. Gromnice żałobne zmieszały swój blask z iluminacjami miejskiemi w dniu pogrzebu, w katedrze nie zdążono zdjąć sztandarów. Później, poza tem wielkiem cierpieniem, poza trwogą o zdrowie wątłego syna, przybyły nowe smutki, jej tylko wiadome, ukrywane w najtajniejszym zakątku dumy kobiecej. Niestety, serce ludu nie jest wierniejsze od serca królów. Pewnego razu niewiadomo czemu ta sama Ilirja, która zgotowała im tyle solennych manifestacyj, odwróciła się od swych władców. Nastąpiły nieporozumienia, nieufność, wreszcie nienawiść, straszliwa nienawiść całej krainy, owa nienawiść, którą czuła w powietrzu, w ciszy ulic, w ironji spojrzeń, w drżeniu schylonych twarzy, która jej niepozwoliła wyglądać przez okno, i kazała ukrywać sic w głębi powozu podczas spacerów. Oh, te okrzyki śmierci pod tarasami jej zamku w Lublunie, — słyszała je jeszcze teraz, gdy spoglądała na wielki pałac królów Francji. Widziała ostatnie posiedzenie rady ministrów, bladych, struchlałych, oszalałych ze strachu, błagających króla, aby abdykował... Później ucieczka w przebraniu chłopskiem, noc w górach... wioski, jak miasta, zbuntowane, pijane wolnością... znicze radości na zgliszczach.. i łzawy wybuch rozczulenia, gdy w chatce znalazła mleko dla syna... Wreszcie nagłe postanowienie, którem natchnęła króla: zamknięcie się w wiernej jeszcze Raguzie, a w niej dwa miesiące prywacyj i strachu, oblężenie, zbombardowanie miasta, dziecię królewskie chore, prawie umierające z głodu, hańba kapitulacji ze zmęczenia, posępne wsiadanie na okręt pośród milczącego i znużonego tłumu, i — okręt francuski, który ich wiózł ku nowym niedolom, w chłód i niepewność wygnanie, podczas gdy za niemi, na zrujnowanym zamku królewskim powiewała chorągiew rzeczypospolitej iliryjskiej, nowa i triumfująca.... Ruiny Tuilerjów przywołały jej to wszystko na pamięć.
— Piękny jest Paryż, prawda? — rozległ się nagle nad jej uchem głos młody i wesoły, aczkolwiek nieco nosowy.
Król stał na balkonie, trzymając młodego księcia i pokazując mu widnokrąg zieleni, dachów i kopuł, i ruch ulicy w pięknem oświetleniu zmierzchowej pogody.
— O, tak, piękny! — odpowiedziało dziecko, wątły pięcio czy sześcioletni chłopczyk, o ostrych i wychudłych rysach, zbyt jasnych włosach, ściętych, jak po chorobie. Rozglądał się wokoło z miłym boleściwym uśmiechem, zdumiony, że nie słyszy już huku armat i odurzony radością otoczenia. Dla niego wygnanie zapowiadało się szczęśliwie. Król również nie wyglądał smutnie; z dwugodzinnego pobytu na bulwarach wrócił z twarzą podnieconą i rzeźką, odbiegającą od smutku królowej. Były to wogóle dwa odmienne typy. On — drobny, wątły o matowej cerze, czarnych ufryzowanych włosach, bladych i zbyt ruchliwych rękach, nieustannie szarpiących jasny wąs, o pięknych oczach nieco mętnych, niezdecydowanych i dziecięcych, na które patrząc mówiono: „Jaki on młody!“ aczkolwiek przekroczył trzydziestkę. Królowa, przeciwnie, zdrowa Dalmatynka o poważnym wyrazie twarzy, skąpa w geście, z nich dwojga bardziej męska, mimo przezroczystej wspaniałości cery, mimo bajecznych włosów barwy złota weneckiego, do którego Wschód, zdawało się, domieszał czerwonych i żółtych odcieni henny. Chrystjan zachowywał się powściągliwie, z zażenowaniem, jak mąż, dla którego żona się poświęciła. Zapytał łagodnie czy spała, jak się czuje po podróży. Odpowiedziała mu z uległą słodyczą, lecz w istocie myślała tylko o synu, pieściła jego policzki, nosek, śledziła za nim z niepokojem pielęgniarki.
— Ma się lepiej niż tam — rzekł półgłosem Chrystjan.
— Tak, odzyskał kolory — odpowiedziała tym samym intymnym tonem, którym się posługiwali rozmawiając o dziecku.
Chłopczyk zaś uśmiechnął się do obojga, w słodkiej pieszczocie zbliżał do siebie ich czoła, jakgdyby pojmował, że jego małe rączki stanowią jedyny łącznik między temi dwiema różnemi istotami. Na trotuarze, kilku gapiów, poinformowanych o przybyciu wygnańców, wypatrywało się pilnie w króla i królowę Ilirji, których rozsławiła bohaterska obrona Raguzy, których portrety widniały na pierwszych stronicach ilustrowanych pism. Niebawem — tak jak się ogląda gołębia na dachu lub zbiegłą papugę — przechodnie zatrzymywali się i stali z zadartą głową, nie wiedząc zresztą, o co chodzi. Utworzyło się nawprost hotelu zbiegowisko. Powiększało się coraz bardziej, wpatrzone w tę młodą parę w ubiorach podróżnych, nad którą dziecko wznosiło swą jasną główkę, niby unoszone nadzieją i radością, jaką oboje odczuwali, zachowawszy je żywe po tak straszliwej burzy.
— Idziemy, Fryderyko? — zapytał król, stropiony uwagą tłumu.
Lecz ona, z podniesioną głową, przywykła do lekceważenia niechęci tłuszczy, odparła:
— Dlaczego? Dobrze tu na balkonie. — Zapomniałem zupełnie... Rosen jest tu ze swym synem i synową... Pragnie cię widzieć.
Na dźwięk nazwiska tego człowieka, który wyświadczył jej tyle dobrych, lojalnych przysług, oczy królowej zapłonęły:
— Mój dzielny książę! Oczekiwałam go... rzekła.
W tej chwili ujrzała kogoś, kto naprzeciwko niej wdrapał się na podmurowanie kraty Tuilerjów pnad zgromadzeniem przygodnych widzów. Zupełnie, jak w Lublanie, gdy strzelano do jej okien, Fryderyha miała niejasne przeczucie zamachu i cofnęła się gwałtownie. Szerokie czoło, podniesiony kapelusz, włosy rozwiane na wietrze, głos spokojny i silny, zagłuszający okrzykiem: „Niech żyje król!“ pomruk tłumu — oto wszystko, co zdołała spostrzec w tym nieznanym przyjacielu, który ośmielił się we Francji republikańskiej, wobec zniszczonych Tuilerjów pozdrowić monarchów, pozbawionych korony. To symboliczne powitanie, z jakiem się już dawno nie spotykała, sprawiło na niej wrażenie jasnych ogrzewających płomieni po długim marszu na mrozie. Ogrzało ją od serca do naskórka; a żywe i błogie uczucie wzmogło się jeszcze bardziej na widok starego Rosena.
Generał książę Rosen, dawny szef wojskowego gabinetu, opuścił był Ilirję przed trzema laty, z chwilą gdy król pozbawił go stanowiska na rzecz liberała, przychylając się ku nowym ideom naprzekór tak zwanej „partji królowej“. Pewnie, mógł żywić urazę do Chrystjana, który poświęcił go na zimno, pozwolił jemu, zwycięzcy z pod Mostar, z pod Liwna, bohaterowi wielkich wojen czarnogórskich, opuścić kraj, nie żegnając się, nie wyrażając ubolewania. Wyprzedawszy swe zamki, dobra, jaskrawo zaznaczywszy protest, stary generał osiedlił się w Paryżu, ożenił syna i przez trzy długie lata płonnego oczekiwania, podsycał swój gniew przeciw niewidzianemu królowi smutkami emigracji, melancholią bezczynnego życia. A jednak na pierwszą wiadomość o przybyciu swych władców przybiegł do nich, nie zwlekając. I oto stał pośrodku salonu, wyprostowany sięgając głową niemal żyrandola i oczekiwał łaskawego przyjęcia z takiem wzruszeniem, że można było dostrzec drżenie jego długich nóg, gwałtowny oddech szerokiego i krótkiego torsu, okrytego błękitnym frakiem wojskowym. Jedynie twarz, mała krogulcza twarz, o stalowem spojrzeniu, długim nosie, i tysiącu drobnych zmarszczek skóry stwardniałej w bojach ani drgnęła, niewzruszona. Król, nie lubiący wzruszających scen, zresztą nieco zażenowany tem spotkaniem, nadrabiał tonem żartobliwej, rycerskiej serdeczności:
— Naturalnie, generale — rzekł, podchodząc doń z wyciągniętemi rękoma — to pan miał rację... Ja zbyt popuściłem cugli. Pozwoliłem się strącić i to gwałtownie.
Widząc, że stary generał zamierza ugiąć kolano, powstrzymał go ruchem pełnym godności i przycisnął do piersi. Nikt nie mógł przeszkodzić generałowi uklęknąć przed królową. Doznała osobliwego wzruszenia, czując na swej ręce muśnięcie jego wąsa.
— O, mój biedny Rosenie!... mój biedny Rosenie! — wyszeptała.
I powoli zamknęła oczy, aby nie zauważono jej łez. Lecz te wszystkie łzy, które przelała od lat wyżłobiły ślady na delikatnym jedwabiu powiek, wraz z bezsennością, trwogą, niepokojem, udrękami, które zda się, tkwią ukryte w najtajniejszych, głębinach jaźni, a jednak wypływają na powierzchnię. Na przeciąg sekundy jej piękna twarz o czystych linjach, miała wyraz znużony, umęczony. Nie uszło to uwadze starego żołnierza: „Jakże ona cierpiała!” — myślał, patrząc na nią; i aby ukryć swe wzruszenie, zwrócił się nagle w stronę syna i jego żony, stojących w drugim rogu salonu i tym samym ostrym głosem, jakim wydawał był na ulicach Lubiany rozkazy; „Baczność!... Szarżuj!...“ — rzekł:
— Koleto, Herbercie, podejdźcie przywitać swą królowe.
Książę Herbert Rosen, równie wielki, jak ojciec, o końskiej szczęce, niewinnych i lalkowatych policzkach, zbliżył się wraz z młodą żoną. Chodził z trudem, wsparty na lasce. Osiem miesięcy temu na wyścigach w Chantilly złamał był nogę i niebezpiecznie się potłukł; generał napomknął, że gdyby nie ten wypadek, który groził życiu jego syna, obaj nie omieszkaliby pośpieszyć do Raguzy.
— Pojechałabym z wami, — odezwała się księżna bohaterskim tonem, który jaskrawo odbijał od jej imienia filuternego i rozwichrzonych loków.
Królowa nie mogła się powstrzymać od uśmiechu i z serdecznością podała jej rękę. Chrystjan, szarpiąc wąsa, przyglądał się z zainteresowaniem amatora, z chciwą ciekawością tej nadmiernie ożywionej Paryżance, ślicznemu ptakowi o długich połyskujących piórkach, całej w fałdach i falbanach. Jej wdzięk i elegancja wielce się różniły od majestatycznego i zdrowego typu kobiet mu znanych. „To szczęściarz! Skądże on wziął ten klejnot? — rzekł, mimowoli zazdroszcząc przyjacielowi z lat dziecinnych, temu wielkiemu mazgajowi o wyłupiastych oczach, włosach przedzielonych i ułożonych w grzywkę po rosyjsku na niskiem czole; następnie przyszło mu na myśl, że o ile niema tego typu kobiet w Ilirji, to przecież pełno ich w Paryżu. Wygnanie wydało mu się ostatecznie dosyć znośne. Zresztą nie mogło potrwać długo. Iliryjczycy niebawem będą mieli dosyć tej rzeczypospolitej. Była to sprawa dwuch lub trzech miesięcy życia na obczyźnie, rodzaj wakacyj królewskich, które należało spędzić jak najweselej.
— Czy rozumie pan, generale — rzekł ze śmiechem — chciano mi tu już sprzedać dom. Pewien pan, Anglik, który zgłosił się dziś rano... Proponował mi kupno wspaniałego pałacu, całkowicie umeblowanego i urządzonego, wraz z końmi, powozami, srebrem, bielizną, służbą, wszystko w dwadzieścia cztery godziny w dowolnej dzielnicy.
— Znam tego Anglika, Wasza Królewska Mości, To Tom Levis, ajent obsługujący cudzoziemców...
— Tak, tak mi się wydaje... nazwisko podobnie brzmiące... Czy miał pan z nim do czynienia?
— Wszystkich cudzoziemców, przybywających do Paryża, Tom odwiedza... Ale życzę Waszej Królewskiej Mości, aby na tem skończyła się ta znajomość.
Szczególna uwaga, z jaką książę Herbert oglądał kokardy u swego obuwia, gdy mówiono o Tomie Levis, spojrzenie księżny, ukradkowo rzucone na męża, świadczyły, że wiedzą coś więcej o ajencie z ulicy Royale. Ale czy królowi mogły być potrzebne usługi Levisa. Nie pragnął domu, ani powozu. Postanowił spędzić w hotelu kilka miesięcy pobytu w Paryżu.
— Jak myślisz, Fryderyko?
— O, pewnie, że tak będzie najrozsądniej — odparła królowa, aczkolwiek w duszy nie podzielała złudzeń męża, ani jego upodobania do prowizorycznych mieszkań.
Stary Rosen wtrącił też uwagę. Nie wydawało mu się, aby życie hotelowe odpowiadało godności domu panującego Ilirji. Paryż w owym czasie pełen był wygnanych królów. Wszyscy przenieśli tu przepych swych dworów. Król Westfalji miał przepyszną rezydencję przy ulicy de Neubourg z osobnym pawilonem dla administracji. Na Polach Elizejskich pałac królowej Galicji był iście królewskim dworem. Król Palerma miał dom w Saint Mande, wielką stadninę i cały bataljon adjutantów. Nawet książę Palmy w swym małym domku w Passy był otoczony drobnym dworem. Przy stole jego zasiadało zawsze pięciu czy sześciu generałów.
— Niewątpliwie, niewątpliwie — rzekł zniecierpliwiony Chrystjan — ale to inna rzecz,,. Tamci nigdy już nie opuszczą Paryża... To pewne, nieodwołalne, podczas gdy my... A następnie z innych względów nie możemy kupić pałacu, mój drogi Rosenie... Wszystko nam zabrali, tam... Kilkaset tysięcy franków u neapolitańskich Rotszyldów i nasz biedny djadem, ocalony przez panią de Silvis w pudle od kapeluszy — oto wszystko, co nam zostało... Pomyśleć tylko, że markiza odbyła długą tułaczkę pieszo, w wagonie, na morzu, w powozie, nie wypuszczając z ręki drogocennego pudła. To śmieszne, jakże śmieszne!
I zaczął się śmiać z przebytych strapień, niczem z najzabawniejszej przygody.
Książę nie śmiał się bynajmniej. Wasza Królewska Mość, — rzekł z takiem wzruszeniem, że wystąpiły mu na twarzy wszystkie dawne zmarszczki — przed chwilą zaszczycił mnie, wyrażając ubolewanie, że tak długo byłem trzymany zdała... Dobrze więc, proszę o łaskę... Póki trwać będzie wygnanie, niech mi Wasza Królewska Mość powierzy funkcję, jakie piastowałem ongi w Lublanie... funkcje szefa gabinetu cywilnego i wojskowego.
— Widzicie go, jaki ambitny! — zawołał król.
Poczem dodał z przyjaznym akcentem:
— Ale niema już gabinetu, mój biedny generale, ani cywilnego, ani wojskowego... Królowa ma kapelana i dwie panny... Zara — guwernantkę. Ja zaś przywiozłem ze sobą Boskowicza do korespondencji i mistrza Lebeau do golenia... Na tem koniec.
— W takim razie poproszę o coś,... Czy Wasza Królewska Mość nie zechce przyjąć mego syna Herberta na adjutanta, a synowej przydzielić do osoby królowej, jako damy dworu...
— Ja się godzę, — rzekła królowa, uśmiechając się do Koletty, stropionej nową godnością.
Co się tyczy młodego księcia, to w podzięce za nominację odpowiedział swemu królowi zadowolonem rżeniem, do którego się przyzwyczaił wskutek stałego przebywania w ujeżdżalni.
— Wszystkie trzy nominacje przedstawię jutro do podpisu — wtrącił generał tonem pełnym uszanowania, ale zwięzłym, jakby dla zaznaczenia, że zaczął pełnić funkcje.
Słysząc ten głos i to zdanie, które go tak długo i tak solennie prześladowało, młody król nie mógł ukryć wyrazu zniechęcenia i nudy. Lecz wkrótce pocieszył go widok księżny, którą radość uczyniła piękniejszą, przeobraziła, jak to bywa często z temi drobnemi twarzyczkami bez wyraźnych rysów. Pomyśleć tylko! Dama dworu królowej Fryderyki, ona Kolette Sauvadon, wnuczka Sauvadona, hurtowego kupca win z Bercy! Co powiedzą przy ulicy de Varennes, Saint Dominique, w tych zazdrosnych salonach, dokąd, dzięki małżeństwu z Herbertem de Rosen, zapraszano ją na wielkie przyjęcia, ale tylko wtedy! I oto jej uboga próżna wyobraźnia zaczęła podróżować po przestworzach fantazji. Marzyła już o kartach wizytowych, które zamówi, o nowych toaletach, o sukni w kolorach narodowych Ilirji, i takichż kokardach dla koni.
— To nasz pierwszy obiad na wygnaniu — rzekł król do Rosena tonem na poły poważnym i umyślnie emfatycznym. Pragnę, aby przy naszym stole było wesoło i aby zasiedli wszyscy nasi przyjaciele.
Na widok wystraszonej miny jenerała, dodał:
— Ah, tak, prawda, etykieta... Ani słowa! Odzwyczailiśmy się od tego od czasu oblężenia i szef naszego domu będzie musiał przeprowadzić wiele reform... Jednakże chciałbym, aby się rozpoczęły nie dziś, a jutro.
W tej chwili, rozwarłszy naoścież drzwi, marszałek oznajmił, że podano do stołu. Księżna podniosła się, aby ująć rękę Christiana, atoli on wziął królową pod rękę i nie zważając na gości zaprowadził ją do jadalni. Cokolwiek się mówiło nie cały ceremonjał dworu pozostał w koszarach Raguzy.
Przejście od światła słonecznego do sztucznego raziło nieprzyjemnie. Mimo żyrandoli, kandelabrów, dwuch wielkich lamp, ustawionych na bufecie, panował półmrok, jakgdyby dzień, wypędzony przedwcześnie, pozostawił na rzeczach chwiejność zmierzchu. Ponurość tego otoczenia potęgowała zwłaszcza długość stołu, jego niewspółmierność z małą ilością biesiadników; stołu tego, licującego z wymaganiami etykiety, trzeba było szukać po całym hotelu. Król i królowa usiedli razem przy jednym końcu, nie mając nikogo ani po bokach, ani naprzeciwko. Wprawiło to w podziw małą księżnę de Rosen. W ostatnich dniach Cesarstwa, dopuszczona do obiadu w Tuilerjach widziała, jak cesarz i cesarzowa siedzieli nawprost siebie, niby nowożeńcy przy obiedzie ślubnym. A, to tak — pomyślała mała kokietka, zamykając zdecydowanym gestem wachlarz i kładąc go na stole przy rękawiczkach — „Legitymizm...“ Ta myśl przeobraziła w jej oczach ten stół, przypominający tak bardzo stoły w luksusowych hotelach między Monaco a San Remo na początku sezonu, gdy większość turystów jeszcze się nie zjechała. Ta sama pstrocizna ludzi i toalet: Chrystjan w surducie, królowa w amazonce podróżnej, Herbert i jego żona w kostjumach spacerowych, franciszkański habit kapelana królowej, ojca Alfeusza, obok uniformu generała. Nic imponującego i wzniosłego, prócz może modlitwy kapelana, błagającego o błogosławieństwo boże dla tego, pierwszego obiadu na wygnaniu.
Quae sumus sumpturi prima die in exilio... — rzekł mnich, wyciągnąwszy ręce; i te słowa, wypowiedziane powoli, zda się przedłużały w przyszłość krótkie wakacje króla Chrystjana.
— Amen! — odpowiedział poważnym głosem wydziedziczony władca, jakgdyby dopiero w tej kościelnej łacinie odczuł tysiące zerwanych węzłów, jeszcze żywych i drgających, wleczonych — jak żywe korzenie wyrwanych drzew — przez wygnańców wszelakich czasów.
Lecz najmocniejsze wrażenia nie utrwalały się w niestałej i miękkiej duszy tego Słowianina. Ledwo usiadł, odzyskał humor i zwykły roztargniony wyraz twarzy, i zaczął mówić wiele, po francusku przez wzgląd na obecną Paryżankę — bardzo czystym językiem, ale z lekkiem seplenieniem z włoska, zresztą harmonizującem z jego śmiechem. Bohatersko komicznym tonem opowiedział kilka epizodów oblężenia: zainstalowanie dworu w koszarach, w których szczególnie cudacznie wyglądała wychowawczyni markiza Eleonora de Silvis ze swym szalem i toczkiem o zielonych piórkach. Szczęście, że ta dama jadła obiad w pokoju swego wychowanka i nie mogła słyszeć śmiechów, wywołanych dowcipami króla. Boskowicz oraz zielnik stały się z kolei przedmiotem jego kpin. Można było pomyśleć, że kpinami pragnął mścić się za powagę faktów. Radca dworu Boskowicz, drobny mężczyzna w nieokreślonym wieku, łagodny i trwożliwy, o spojrzeniu zająca, rzucanem zawsze nieco z podełba, był wielce uczonym prawnikiem, namiętnie oddającym się botanicznym studjom. W Raguzie, gdy trybunały były nieczynne — spędzał czas na zbieraniu ziół pod pociskami, w rowach fortyfikacyj: nieświadomy heroizm manjackiego umysłu zajętego, pośród straszliwego chaosu ojczyzny, wyłącznie wspaniałym coprawda zielnikiem, który wpadł później w ręce liberałów.
— Czy ty wyobrażasz sobie, mój biedny Boskowiczu — rzekł król — jakie wspaniałe ognisko rozpalą z tego ogromnego zbiorowiska suchych liści... a może rzeczpospolita z powodu swego ubóstwa postanowiła wyrabiać z twych wielkich szarych liści zapasowe płaszcze dla milicjantów.
Radca śmiał się wraz ze wszystkimi, ale jego wystraszone miny oraz „Ma che... ma che“ świadczyły o dziecięcej trwodze.
— Jaki zachwycający jest król!.. Jaki dowcipny i jakie ma oczy! — myślała mała księżna, ku której Chrystjan stale się nachylał, chcąc zmniejszyć odległość, wyznaczoną przez ceremonjał. Rozkwitała pod królewskiem spojrzeniem, bawiła się wachlarzem, wydawała lekkie okrzyki, przechylała smukłą kibić. Królowa, rozmawiająca półgłosem ze swoim sąsiadem, starym księciem, była jakgdyby izolowana. Gdy rozmawiano o oblężeniu, wtrąciła parę zdań, chwaląc odwagę króla, jego wiedzę strategiczną, poczem znowu się odosobniała. Generał informował się półgłosem o dworakach, o swych starych kolegach, szczęśliwszych od niego, którzy, poszli za swym monarchą do Raguzy. Wielu tam pozostało na witki. Przy każdem niemal nazwisku, wymienionem przez de Rosena, królowa niezmiennie odpowiadała: „Poległ!.. umarł!“, żałobnem słowem, brzmiącem jak dzwony, oo towarzyszą pogrzebom. Wszelako po powrocie do salonu, Fryderyki nieco się ożywiła; usadowiła Koletę de Rosen obok siebie na kanapie i mówiła z nią z uczuciową poufałością, którą się posługiwała, gdy pragnęła zaskarbić sobie czyjąś sympatię, a podobną do uścisku jej silnej dłoni o subtelnych palcach.
Potem znagła rzekła:
— Chodźmy zobaczyć, jak śpi Zara, księżno.
Na końcu długiego korytarza napełnionego, jak reszta apartamentu, stosami kaset, otwartych waliz, z których wyglądała bielizna, ubranie, pośród chaosu pierwszych chwil w hotelu, znajdował się pokój małego księcia.
Oświetlony był lampą z nisko opuszczonym abażurem, z pod którego światło dosięgało poziomu błękitnawych zasłon łóżka. Służąca drzemała na walizie, w białym czepku na głowie, i chustce haftowanej na różowo, która stanowi dopełnienie fryzury Dalmatynek. W pobliży stołu wychowawczyni, złożywszy głowę na łokciu, z otwartą książką na kolanach, również nie oparła się usypiającemu oddziaływaniu lektury i nawet we śnie zachowywała ten romantyczny i sentymentalny wyraz, z którego król tak bardzo sobie pokpiwał. Nie obudziło jej wejście królowej. — Atoli dzieciak przy pierwszem poruszeniu gazowej zasłony wyciągnął swe drobne piąstki i starał się rozewrzeć powieki. W kilka miesięcy przyzwyczaił się do raptownych ocknięć pośród ciemnej nocy, do szybkiego ubierania, ucieczek i wyjazdów, do nowych krajobrazów i nowych twarzy. Sen jego stracił ciągłość, nie był już ową dziesięciogodzinną podróżą w krainę marzeń, odbywaną przez dzieci przy różnym, ciągłym, prawie nieuchwytnym oddechem wpółotwartych ust.
— Dobry wieczór, mamo — rzekł pocichu. — Czy już trzeba uciekać?
W tem zrezygnowanem i wzruszającem pytaniu wyraziła się niedola dziecka, które przecierpiało i do znało nieszczęść ponad swoje siły.
— Nie, nie, mój drogi, teraz nic mi nie grozi... śpij, należy spać.
— O, tem lepiej... Wrócę więc z olbrzymem Robisterem do szklanych gór... Tam było tak dobrze.
— Te bajania madame Eleonory przewracają ci w głowie — rzekła łagodnie królowa. — Biedne dziecko! Życie jest dla ciebie tak okrutne. Bawią je tylko bajki... Należy go jednak stanowczo karmić rzeczywistością.
Nie przestając mówić, poprawiła poduszkę, uśpiła go gestem pieszczotliwym, tak jak to czyniły zwykłe mieszczki, co odrazu zmieniło wyobrażenia Kolety o majestacie królewskim. Gdy Fryderyka nachyliła się nad synem, aby go pocałować, malec zapytał, czy to łoskot morza, czy huki dział dochodzą zdała. Królowa wsłuchała się w niejasny turkot, który chwilami wywoływał drżenie szyb, potrząsał domem od piwnic do szczytów, zmniejszał się, aby znów się wzmóc, huczał wyraźnie i przeistaczał się w szmer.
— To nic... To Paryż, mój synu.. Śpij.
I ten malec, strącony z tronu, któremu opowiadano o Paryżu, jako o bezpiecznem schronieniu, zasnął spokojnie z ufnością, ukołysany szmerem miasta rewolucyj.
Gdy obie kobiety wróciły do salonu, zastały młodą, wysoką kobietę, rozmawiającą z królem. Ton poufały ich rozmowy, powaga słuchaczy stwierdzały, że była to poważna osobistość. Królowa krzyknęła głosem wzruszonym:
— Marjo!
— Fryderyko!
Jednakowy przypływ czułości rzucił je ku sobie. Na nieme zapytanie żony, Herbert wymienił nazwisko przybyłej... Była to królowa Palerma. Trochę wyższa i chudsza od swej kuzynki iliryjskiej, wydawała się o kilka lat starszą. Czarne oczy, czarne włosy, ułożone wysoko na czole, matowa cera nadawały jej wygląd Włoszki, aczkolwiek urodziła się na dworze bawarskim. Nie było w niej nic niemieckiego, poza sztywnością długiej i płaskiej kibici, poza dumnym wyrazem uśmiechu i brakiem harmonji w tualecie, charakteryzującym tamtejsze kobiety. Rozłączone przez życie, zachowały dla siebie wzajemną przyjaźń.
— Widzisz, nie mogłam się doczekać — rzekła królowa Palerma, ściskając jej ręce. — Cecco nie wrócił... przyszłam bez niego... Tak się spóźnił... Często myślałam o tobie, o was... O, te działa Raguzy, w nocy zdawało mi się, że je słyszę...
— Było to echo dział Caserty — odezwał się Chrystjan, — czyniąc aluzję do bohaterstwa Marji, wygnanej o kilka lat wcześniej.
Westchnęła:
— Ah, tak, Caserta... opuszczono nas, nas także... Co za niedola! Jakgdyby wszystkie korony nie powinny były działać solidarnie... Teraz wszystko skończone. Świat oszalał...
Potem zwracając się do Chrystjana:
— To wszystko jedno! Winszuję kuzynie... postąpił pan, jak przystoi królowi.
— Oh! — odparł, wskazując na Fryderykę — właściwym królem z nas dwojga...
Królowa gestem nakazała mu milczenie...
Skłonił się z uśmiechem:
— Chodźmy, zapalimy papierosa, Herbercie — rzekł do swego adjutanta.
I obaj wyszli na balkon.
Wieczór był ciepły i przepyszny; dzień gasnął w błękitnym blasku światła gazowego. Czarna masa kasztanów Tuileryjskich roztaczała się nad niemi, jak wachlarz, a wyżej, na niebie płonęły gwiazdy. Dzięki zielonemu tłu rozległej przestrzeni, wchłaniającej wrzawę tłumów, ulica Rivoli nie miała dusznego wyglądu ulic paryskich latem; czuło się tu ogromną cyrkulację miasta w kierunku Pól Elizejskich, słuchało się koncertów pod niebem, śród żyrandoli świateł. Rozkosze, które zima więzi za szczelnie zamkniętemi okiennicami, śpiewały swobodnie, śmiały się, biegły na spotkanie rozkoszy w kwiecistych kapeluszach, w fruwających mantylach, w sukniach z płócienka, z dekoltem, okolonym czarną wstążeczką, oświetlonym przelotnie latarnią. Kawiarnie i cukiernie mieściły się niemal na trotuarze, hucząc pobrzękiwaniem monet, wezwaniami, brzęczeniem kieliszków.
— Ten Paryż jest niezwykły — rzekł Chrystjan, puszczając w mrok kłęby dymu. — Powietrze tu jest inne, niż gdzieindziej... jest tu coś, co się pieni, oszałamia... Gdy pomyślę, że w Lublanie o tej porze wszystko jest zamknięte, śpiące, zgaszone...
Następnie głosem wesołym:
— Panie adjutancie, spodziewam się, że zaczniemy wtajemniczać się w rozkosze paryskie... wydaje mi się, że jesteś doskonale obeznany...
— A jakże, sire, — odpowiedział Herbert, rżąc z połechtanej dumy — w klubie, w Operze, wszędzie zwą mnie królem dandysów.
I podczas gdy król kazał sobie wyjaśnić sens tego nieznanego mu wyrazu, obie królowe, które, aby swobodniej ze sobą porozmawiać, udały się do pokoju Fryderyki, zwierzały się sobie szeptem, dochodzącym przez pół otwarte zasłony.
W salonie zaś rozprawiali półgłosem stary książę i ojciec Alfeusz.
— Miał rację — rzekł kapelan — to ona jest królem... Właściwym królem... Gdyby pan ją widział na koniu we dnie i w nocy, objeżdżającą pozycję... W forcie Świętego Anioła pod deszczem pocisków, dwa razy objechała pagórki, aby zagrzać do walki serca żołnierzy, wyniosła i wyprostowana, ze szpicrutą w garści, jak za dobrych czasów’ w swej rezydencji. Trzeba było widzieć naszych marynarzy... Tymczasem on wałęsał się Bóg wie gdzie! Odważny, na honor, taki sam odważny, jak ona, ale bez zapału, bez wiary...
Mnich uniósł się, wydłużony długim habitem, i książę musiał go uspokoić:
— Spokojnie, ojcze Alfeuszu... Chodźmy, chodźmy, — lękał się bowiem, że usłyszy ich Koleta.
Została z radcą Boskowiczem, który bawił ją rozmową o ziołach, mieszając terminy naukowe z drobiazgowemi detalami swoich wykładów botaniki. Jego konwersacja upodobniła się do zasuszonej i zakurzonej rośliny w bibljotece wiejskiej. Cóż z tego! Wielkość tak potężnie przyciąga, atmosfera, jaką roztacza, tak mocno i tak słodko oszałamia pewne żądne jej natury, że młoda księżna, owa księżna Koleta z balów high-lifu, wyścigów, premjer, zawsze przodująca bawiącemu się Paryżowi, słuchając jałowych nomenklatur radcy, zachowywała na twarzy swój najpiękniejszy uśmiech. Wystarczała świadomość, że dwie królowe zwierzają się sobie w sąsiednim pokoju że król rozmawia przy oknie, aby ten banalny pokój hotelowy wypełnił się wielkością i smutnym majestatem, owym majestatem, który unosił się melancholijnie w obszernych komnatach Wersalu o froterowanych posadzkach, świecących, jak lustra. Zostałaby tu w zachwyceniu do północy, i nie poruszyłaby się, nie znudziła. Intrygowała ją jedynie długa rozmowa męża z królem. Jakie to poważne sprawy roztrząsali? Jakież wielkie plany wskrzeszenia monarchji? Jej ciekawość wzmogła się, gdy wrócili do salonu, obaj ożywieni, o błyszczących i zdecydowanych spojrzeniach.
— Wychodzę z Jego Królewską Mością — rzekł do niej szeptem Herbert — ojciec cię odprowadzi.
Król podszedł do nich:
— Nie weźmie mi pani tego za złe, księżno — rzekł. — Mąż rozpoczął służbę.
— Wszystkie chwile naszego życia należą do naszych władców — odpowiedziała Koleta, przeświadczona, że chodzi o jakąś ważną i tajemniczą wyprawę, o tajne zebranie spiskowców. O, gdybyż to ona mogła im towarzyszyć!
Chrystjan podszedł do drzwi pokoju królowej, ale nie wszedł:
— Płaczą — rzekł do Herberta. — Do widzenia, nie wejdę.
Na ulicy opanował go szał radości i ulgi. Miał przy sobie adjutanta i szedł z cygarem w ustach, zapalonem jeszcze w przedsionku hotelu.
— Jak to przyjemnie chodzić samemu w ciżbie ludzkiej, rozpychać się w szeregu, jak inni, być panem swych słów, swych ruchów i odwracać się za ładną dziewczynką, nie gorsząc tem Europy... To są dobrodziejstwa wygnania... Gdy byłem tu przed ośmiu laty, widziałem Paryż jedynie przez okna Tuileriów, z wyżyny galowych pojazdów... Tym razem chcę wszystko poznać, wszędzie być... Sapristi! Nie pomyślałem o tem, że każę ci chodzić i chodzić, a ty wszak kulejesz, mój biedny Herbercie... Poczekaj, zatrzymamy powóz.
Książę usiłował protestować. Noga nie sprawiała mu żadnego bólu. Czuł się na siłach odbyć przechadzkę. Lecz Chrystjan nie zgodził się:
— Nie, nie, nie chcę, aby mój przewodnik był zmaltretowany już pierwszego wieczoru.
Zatrzymał dorożkarza, który jechał w stronę placu de la Concorde, turkocąc wykręconemi resorami i okładając biczem kościsty kręgosłup zwierzęcia, wskoczył lekko i, zacierając ręce z uciechy dziecięcej, usadowił się na starem błękitnem suknie poduszek.
— Dokąd jedziemy, książę-panie? — zapytał dorożkarz, nie podejrzewając wcale, że oddaje tu należny hołd.
A Chrystjan, król Ilirji odpowiedział triumfującym głosem wyzwolonego sztubaka:
— Do „Mabille!“

II.
Rojalista.

Dwaj mnisi o głowach strzyżonych i obnażonych pod ostrym deszczem grudniowym, co mżył i drobnemi igłami pokrywał habity opatrzone sznurkiem i zaokrąglonym kapturem zakonu św. Franciszka, szybkiemi krokami schodzili po pochyłości ulicy Monsieur le Prince. Pośród przeobrażeń dzielnicy łacińskiej, pośród obszernych wyłomów, którędy uszła oryginalność, wspomnienia starego Paryża, ulica Monsieur le Prince zachowała swą fizjonomję szkolnej ulicy. Wystawy księgarskie, mleczarnie, garkuchnie, sklepy tandeciarskie, „kupno i sprzedaż złota i srebra“ ciągną się stąd aż do wzgórza świętej Genowefy. Tu o każdej porze dnia roi się od studentów: nie są to bynajmniej studenci Gavarniego o długich włosach, wymykających się z pod wełnianego beretu, lecz przyszli adwokaci w zimowych paltach, w rękawiczkach, starannie ubrani z ogromnemi tekami skórzanemi pod pachą, i już z zimnemi i przebiegłemi minami ludzi interesu; albo przyszli lekarze, o nieco swobodniejszym kroku, czerpiący z ludzkiej, materjalnej strony swych studjów ekspansywność życia fizycznego, jakgdyby w nagrodę za nieustanne obcowanie ze śmiercią.
O tej wczesnej godzinie dziewczęta w peniuarach i pantoflach, o oczach obrzękłych z bezsenności, przebiegały ulicę po mleko, jedne — uśmiechnięte i mknące truchtem pod deszczem, inne — naodwrót dostojne, kołyszące blaszankami i wlokące swoje wychodzone trzewiki i wynoszone gałgany z majestatyczną obojętnością królowych feeryj; a ponieważ wbrew paltom zimowym i skórzanym tekom serca dwudziestolatków mają dwadzieścia lat, więc studenci uśmiechali się do ślicznotek. „Stój, Lea“. „Dzień dobry, Klementyno“. Obwoływano się, wyznaczano sobie spotkania na wieczór: „W Medicis“ albo „w Louis XIII“; i znienacka w odpowiedzi na jakiś zbyt żywy albo źle zrozumiany madrygał, rozlegał się okrzyk oburzonej i zaskoczonej dziewczyny w uświęconej tu formie: „Zmykajże pan, zuchwalcze!“. Obaj mnisi musieli się przedzierać przez ten tłum młodzieży, zwracający na nich uwagę, kpiący — ale za plecami, albowiem jeden z Franciszkanów, chudy, czarny i suchy, jak chleb świętojański, o najeżonych groźnie brwiach, miał straszny wygląd korsarza w swym habicie, ściągniętym sznurem i zaznaczającym wyraźnie biodra oraz mięśnie atlety, Ani on, ani jego towarzysz nie zwracali na pozór uwagi na ulicę, którą przemierzali wielkiemi krokami, wpatrzeni nieruchomo przed siebie, w cel, do którego dążyli. Zanim doszli do obszernych schodów, wiodących do budynków wydziału medycznego, starszy rzekł do swego towarzysza:
— To tu.
Wznosił się dom hotelowy, którego ganek mieścił się między sklepem z gazetami, wypełnionym broszurami, piosenkami za dwa sous, kolorowemi malowankami, gdzie groteskowy kapelusz Bazylego powtarzał się w mnóstwie póz, a piwiarnią w suterynie, noszącą na szyldzie kawę „Brasserie du Rialto“, prawdopodobnie dlatego, że usługiwały dziewczyny w uczesaniu weneckiem.
— Czy pan Elizeusz wyszedł? — zapytał jeden z ojców w biurze hotelu, mieszczącem się na pierwszem piętrze.
Otyła kobieta, która zapewne służyła w wielu hotelach, zanim dorobiła się własnego, odpowiedziała leniwie, nie radząc się nawet rzędu kluczy, smutnie wiszących na tablicy:
— Wyszedł o tej porze! Raczej trzeba zapytać, czy już wrócił!
Ujrzawszy habit, zmieniła ton i wskazała pokój Elizeusza Merauta:
— Nr. trzydziesty szósty, na piątem piętrze, w głębi korytarza.
Franciszkanie weszli na górę. Przechodzili przez wąskie korytarze, zawalone zabłoconem obuwiem, pantoflami na wysokich obcasach, szaremi, bronzowemi, fantazyjnemi, luksusowemu nędznemi zdradzającemi obyczaje lokatorów; nie zważali na nic, zamiatając pył swemi długiem! sukniami, krzyżami wielkich szkaplerzy; ledwie zerknęli, gdy jakaś ładna dziewczyna o łobuzerskiej minie, w różowej sukience, z obnażoną szyją i ramionami, w palcie męskim, przechyliła się przez poręcz na trzeciem piętrze, aby krzyknąć coś ochrypłym głosem do chłopca, stojącego na dole. Obaj ojcowie zamienili porozumiewawcze spojrzenie.
— Jeśli to taki człowiek, jak pan mówił — szepnął korsarz z akcentem cudzoziemskim — to obrał sobie dziwne środowisko.
Drugi, starszy o inteligentnej i subtelnej twarzy odpowiedział z miękkim uśmiechem, pełnym przebiegłości i pobłażliwości kapłańskiej:
— Święty Paweł wśród pogan!
Przybywszy na piąte piętro, ojcowie przez chwilę stali zakłopotani. Pod niskiem i ciemnem sklepieniem trudno było rozpoznać numery. Kilkoro drzwi zdobiły wizytówki w rodzaju „M-elle Alice”, bez bliższego oznaczenia profesji, co zresztą było zbyteczne, ponieważ w tym domu było wiele konkurentek tego samego zawodu; i oto można było widzieć poczciwych ojców, kołatających do drzwi jednej z tych pań!
— Trzeba go wezwać, na honor! — rzekł mnich o czarnych brwiach i głosem, który długo rozbrzmiewał w hotelu, zawołał:
— Panie Méraut!
Niemniej potężna i donośna była odpowiedź, która rozległa się z pokoju w głębi korytarza. Wyjrzawszy, gospodarz zawołał wesoło:
— To ojciec Melchior?... Nie mam szczęścia... Myślałem, że przyniesiono list pieniężny... Wejdźcie wielebni ojcowie, bądźcie pozdrowieni... Siadajcie, jeśli będziecie mogli.
Istotnie na każdym meblu leżały stosy książek, pism, przesłaniając brudną konwencjonalność pokojów umeblowanych osiemnastorzędnej kategorji, wypłowiały kwadrat, połamaną kanapkę, wieczny sekretarzyk empire i trzy krzesła obite wytartym aksamitem. Na łóżku druki zmieszane z ubiorami, pliki korekt, pokreślone kolorowemi ołówkami. To nędzne wnętrze pracownika umysłowego, ten kominek bez węgla, zakurzona nagość muru były oświetlone światłem z sąsiedniego dachu, odblaskiem deszczowego nieba na mokrych łupkach; i wielkie czoło Mérauta, jego twarz żółciowa i potężna rozjaśniła się blaskiem smutnej inteligencji, wyróżniającej pewne twarze, które spotykać można tylko w Paryżu.
— Zawsze ta sama nora, jak widzicie, ojcze Melchjorze!... Cóż pan chce? Przybywszy do Paryża, osiedliłem się tutaj, osiemnaście lat temu. Odtąd nie ruszałem się już... Tyle marzeń, tyle nadziei zakopanych we wszystkich kątach... myśli, które odnajduję pod starym kurzem... Jestem pewny, że jeśli opuszczę tę biedną komórkę, zostawię tu najlepszą część swej jaźni. To też wyjeżdżając, zachowałem dla siebie ten pokój.
— Nawiązując do tego, jakże tam było z pańską podróżą? — rzekł ojciec Melchjor, zerkając na swego towarzysza. — Sądziłem, że pan na dłużej wyjechał... Co się stało? Misja panu nie odpowiadała?
— O jeśli mamy mówić o misji — odparł Méraut, potrząsając grzywą — niepodobna znaleźć lepszej... Pensja ministra pełnomocnego, mieszkaniu w pałacu, konie, karety, służba... Wszyscy uprzejmi dla mnie, cesarz, cesarzowa, arcyksiążęta... Mimo to, byłem znudzony. Brakowało mi Paryża, zwłaszcza dzielnicy łacińskiej, powietrza, którem się oddycha, lekkiego, wibrującego, odmładzającego... Galerje Odeonu, świeże książki, czytane na stojąco, stronice podnoszone dwoma palcami... albo polowania u bukinistów, tych bukinistów, skupionych na wybrzeżu, stanowiących szaniec studjującego Paryża wobec próżności i egoizmu innego Paryża.... A następnie, to nie jest wszystko — głos jego stał się poważniejszy — zna pan moje poglądy, ojcze Melchjorze. Wiecie do czego zmierzałem, przyjmując tę posadę... Chciałem z tego małego człowieka uczynić króla, jakiego się już więcej nie widzi; wychować go, ukształtować, ulepić go ku tej wielkiej roli, która ich wszystkich przerasta, miażdży, jak owe średniowieczne zbroje, wystawione w starych zbrojowniach, aby poniżały nasze ramiona i zbyt wąskie torsy... Ach! tak... liberałowie, moi drodzy, reformatorzy, ludzie postępu i nowych idej — oto, co znalazłem na dworze X“. Straszliwe mieszczuchy, którzy nie rozumieją, że jeżeli monarchja jest skazana na zagładę, lepiej, aby zginęła w walce, owinięta w chorągiew, niżby miała skończyć na starczym fotelu, zepchnięta przez jakiś parlament... Po pierwszej lekcji rozległy się krzyki w pałacu... Skąd on się wziął? Czego chce od nas ten barbarzyńca? Zaczęto mnie prosię gorąco, abym nie odstępował od zwyczajnego zadania pedagoga... Skoro zdałem sobie z tego sprawę, schwyciłem kapelusz i do widzenia, Wasza Królewska Mości!...
Mówił głosem silnym i pełnym, którego południowy akcent rozbrzmiewał metalowemi akordami. W miarę mówienia, zmieniał się wyraz jego twarzy. Głowa — w spoczynku ogromna i brzydka, o wielkiem czole, na którem leżały w nieporządku czarne włosy z szeroką siwą grzywą, o niekształtnymi nosie, gwałtownych ustach, których nie zakrywał zarost i skórze odznaczającej się pęknięciami, żarem i nieurodzajnością wulkanicznej ziemi, — to głowa ożywiła się wspaniale w porywie namiętności.
Wyobraźcie sobie rozdarcie zasłony, czarną zasłonę, która się podnosi z przed grzejącego i radosnego ogniska. Rozwinięcie elokwencji, złączonej z kącikami oczu, nosa, warg, roznoszonej przez krew, płynącej z serca po całej twarzy skażonej wszystkiemu nadużyciami i bezsennością. Pejzaże Langwedocji, ojczyzny Mérauta, obłupanej, jałowej, z szarzyzną swych zakurzonych drzew oliwnych pod tęczowemi zachodami bezlitosnego słońca, posiadają podobnie wspaniałe płomienistości, zmieszane z teoretycznemi cieniami, które wydają się rozkładem promienia, powolnym i stopniowym skonem tęczy.
— A więc ma pan dosyć wielkości? — odezwał się stary mnich głuchym, przymilającym głosem, który bardzo kontrastował z poprzedzającym wybuchem krasomóstwa.
— Pewnie — odpowiedział energicznie zagadnięty.
— A jednak nie wszyscy królowie są do siebie podobni. Znam jednego, któremu pańskie przekonania...
— Nie, nie, ojcze Melchjorze... Z tem koniec. Nie spróbowałbym po raz drugi... Obawiam się, że przyglądając się zbliska królom, zatracę lojalność.
Po chwili milczenia chytry kapłan podjął swą myśl z innej strony:
— Sześciomiesięczna nieobecność musiała pan« bardzo zaszkodzić?
— Bynajmniej, nie bardzo... Przedewszystkiem, wuj Sauvadon dochował mi wierności... wie pan, Sauvadon, mój bogacz z Bercey. Ponieważ spotyka elitę u swej bratanicy, księżny do Rosen i pragnie wtrącać się do rozmów, więc udzielam mu trzy razy tygodniowo, jak to on nazywa, „poglądów na rzeczy“. Jest zachwycająco naiwny i ufny ten dzielny człowiek. „Panie Méraut, co powinienem myśleć o tej książce?“ — „Szkaradna“. — „A jednak zdaje mi się... słyszałem, jak mówiono kiedyś u księżny“... „Jeśli pan ma własne zdanie, to moja obecność jest tu niepotrzebna“. — „Ale nie, ależ nic, mój drogi Méraut... Pan wie, że ja nie mam własnego zdania“... To fakt niewątpliwy, że nie posiada żadnych poglądów i z zamkniętemi oczyma przyjmuje wszystko, co mu wbijano do głowy... Jestem jego myślącą treścią... Od czasu, jak wyjechałem, przestał mówić z braku idej... trzeba było widzieć, jak się na mnie rzucił, skoro tylko wróciłem!... Mam pozatem dwuch Włochów, udzielam im lekcyj prawa politycznego... A następnie mam zawsze parę dodatkowych źródeł... A więc teraz kończę „Historję oblężenia Raguzy“ według autentycznych źródeł... Niewiele tam pracy mego pióra, prócz ostatniego rozdziału, z którego jestem wielce zadowolony... Robię właśnie korektę... Chcecie, abym przeczytał?... Nazywam to „Europą bez królów“!
W miarę czytania ożywiał się i wzruszał do łez. Tymczasem wraz z przebudzeniem hotelu zaczęły się rozlegać wokoło śmiechy młodzieży, głośne przejawy wesołości, zmieszane z pobrzękiwaniem talerzy i szklanek i dźwiękami starego pianina, grającego jakąś karczemną piosenkę. Przedziwny kontrast, ledwo dostrzegany przez mnichów, z zachwytem wsłuchanych w potężną i brutalną apologję monarchji; zwłaszcza wyższy, kipiąc cały, tupał, wydawał okrzyki entuzjazmu, wykonywał energiczne gesty, przyciskał ręce do piersi, omal ich nie druzgocąc. Po odczytaniu, podniósł się, przemierzył pokój wielkemi krokami, żywo gestykulując i mówiąc:
— Tak, właśnie... oto prawdy... prawo boże, prawowite, absolutnie...
— Bez parlamentu, bez adwokatów!... Na stos całą zgraję!
I spojrzenie jego iskrzyło się i pałało, jak chróst świętej Hermandady. Ojciec Melchjor spokojniejszy winszował Merautowi:
— Mam nadzieję, że pan podpisze tę książkę.
— Bynajmniej... Wie pan, ojcze Melchjorze, że moją ambicję stanowią moje idee. Książka będzie opłacona — to wuj Sauvadon wystarał się o tę gratkę; — lecz napisałbym ją za nic, z własnego upodobania. Tak pięknie jest notować roczniki owej agonji monarchji; słuchać, jak oddech starego świata drga i umiera w tych wyczerpanych monarchjach... W każdym razie — oto upadły król, który wszystkim dał dumną nauczkę... Bohater z tego Chrystjana... W tych notatkach z dnia na dzień znajduje się opowieść o przechadzce pod bombami, w forcie Świętego Anioła... To szalona pałka!
Jeden z ojców opuścił głowę. Lepiej od kogokolwiek wiedział, co myśleć o tej heroicznej manifestacji i o bardziej nawet heroicznem kłamstwie... Lecz obca wola, silniejsza od jego własnej nakazała mu milczenie. Porozumiał się tylko spojrzeniem ze swym towarzyszem, który naraz podnosząc się, rzekł do Mérauta:
— Otóż w sprawie syna tego bohatera przychodzę do pana... w towarzystwie ojca Alfeusza, jałmużnika dworu Ilirji...
Czy chciałby się pan podjąć wychowania królewskiego dziecka?
— Nie będzie pan miał u nas ani pałacu, ani wielkich karet, — odezwał się z melancholią ojciec Alfeusz... — ani szczodrobliwości cesarskiej dworu X... Będzie pan służył władcom osamotnionym i zubożałym na wygnaniu, które trwa już rok, a może potrwać jeszcze dłużej... Idee pana są naszemi ideami... Król wprawdzie miał trochę zachcianek liberalnych, ale poznał ich czczość po upadku... królowa, to uosobienie wzniosłości... zobaczy pan.
— Kiedy? — zapytał Elizeusz Méraut, znowu ogarnięty pragnieniem kształtowania króla według swego pomysłu.
I odrazu ustalono rychłe spotkanie... Gdy Elizeusz Meraut myślał o dzieciństwie — myślał o tem często, ponieważ skupiły się w niem wszystkie silne wrażenia jego życia — oto, co widział zawsze: wielki pokój o trzech oknach, zalanych światłem i zajętych przez krosna, wyciągające swoje oczka pod światło ku zewnętrznej perspektywie, skłębieniu dachów i domów, których okna były podobnież zastawione warsztatami tkackiemi i dwoma pracownikami, naprzemian wykorzystującymi swe ruchy przy wątku, niczem pianiści, grający na cztery ręce. Między temi domami małe ogródki zaułków wspinały się po bokach, ogródki Południa, spalone i białe, suche i pozbawione powietrza, pełne grubego zielska, gdzie wysokie słoneczniki wyciągnięte w stronę zachodu z chorobliwym wyrazem koron szukających słońca, roztaczały ckliwy zapach dojrzewających ziaren, zapach, który po trzydziestu przeszło latach Elizeusz czuł jeszcze w nozdrzach, gdy myślał o swej dzielnicy. Nad życiem tej dzielnicy robotniczej, brzęczącej jak ul — panowało wzgórze kamieniste i parę starych porzuconych młynów wietrznych, niegdyś żywicieli miasta, które zostały zachowane dzięki swym zasługom i wystawiały szkielety skrzydeł, jak ogromne połamane reje. Pod opieką tych starych młynów zachowały się obyczaje i tradycje innych czasów. Cała ta duża wieś — nazywano ten zakątek przedmieściem Rey, — była, jest jeszcze płomiennie rojalistyczna, w każdej pracowni wisi na ścianie nadęty, różowy, blondyn o długich kędzierzawych włosach, ten, którego obywatele tutejsi nazywali poufale „lou Goi“ (kulawy). Ojciec Elizeusza pod tą ramą zawiesił drugą, mniejszą, zawierającą arkusik z pieczęcią z różowego wosku, z dwoma słowami „Fides, Spes“, dookoła krzyża św. Andrzeja. Ze swego miejsca, puszczając w ruch czółenko tkackie, majster Méraut oglądał portret i czytał dewizę „wiara... nadzieja...“ I jego szeroka twarz o rysach rzeźbionych, jakby ze starych medali z czasów Antonjusza, o orlim nosie i zaokrąglonych konturach owych Burbonów, których tak kochał, nadymała się i czerwieniła z silnego wzruszenia.
Był to majster Méraut, straszliwy człowiek, gwałtowny i despotyczny, który mając zwyczaj zagłuszać zgiełk warsztatu, miał w głosie coś przypominającego pioruny. Żona jego, wręcz przeciwnie, przygnębiona i nieśmiała, przepełniona owemi tradycjami poddaństwa, które czynią z kobiet Południa istne niewolnice Wschodu, zawsze milczała, W tem otoczeniu wyrastał Elizeusz, wychowywany mniej surowo, niż obaj jago bracia, ponieważ był najmłodszy i najbardziej pieszczony. Zamiast usadowić go od dziesiątego roku życia przy czółenku, pozwolono korzystać z tej dobrej wolności, niezbędnej w dzieciństwie. Korzystał z niej w pełni: całemi dniami uganiał się na placu i staczał boje na wzgórzu w walce białych z czerwonymi, katolików z hugonotami. W tej części Langwedocji ludzie tkwią jeszcze w owych nienawiściach. Dzieci dzieliły się na dwa obozy; każda partja wybierała jeden z młynów, których kamienie służyły za pociski, padały zniewagi, świszczały proce. Długie godziny trwały oblężenia homeryckie, kończące się tragicznie, krwawą rysą na któremś dziesięcioletniem czole lub jedną z owych blizn dzieciństwa, ukrytą pod wichurą jedwabistych włosów, co to zostają na całe życie. Elizeusz pokazywał je, będąc dorosłym mężczyzną, na skroni i na wargach.
O, te wiatraki! Matka złorzeczyła im, gdy dzieciak wracał wieczorem cały we krwi i w strzępach. Ojciec gromił go dla pozoru, z przyzwyczajenia, zresztą, aby użyć do czegoś swego gromiącego głosu; lecz przy stole kazał sobie opowiadać perypetje walki i imiona walczących:
— Tholozan!... Tholozan!... Jeszcze to plemię istnieje!.,. Ach, ten łajdak. Ojca jego miałem w 1815 roku na muszce swej strzelby, powinienem był spuścić kurek.
Następowała długa opowieść w gwarze langwedockiej, obrazowa i brutalna, która nie pomijała ani jednego frazesu, ani jednej sylaby. Opowieść z czasów, gdy mistrz Meraut zaciągnął się do oddziałów księcia d‘Angouleme, wielkiego jenerała, świętego...
Te opowieści, stokrotnie słyszane, lecz modulowane w zależności od werwy ojcowskiej utrwaliły się w duszy Elizeusza równie silnie jak pręgi na jego twarzy. Żył legendą rojalistyczną, której rocznicą był dzień św. Henryka, 21 stycznia, dzień czczenia książąt męczenników, błogosławiących tłumy rękami biskupów, nieuległych księżniczek, ściganych, zdradzanych, chwytanych w kryjówkach za kominkami starych bretońskich gospod. I aby złagodzić ten smutny szereg żałob i wygnań, dzieje o „kurze w garnku“ i piosenka o „Vert-Galant“ wskrzeszały humor starej Francji. To marsyljanka przedmieście Rey — ta piosenka o „Vert-Galant“. Gdy niedzielą po nieszporach, przy stole, z trudem umocowanym na pochyłości ogródka, państwo Méraut spożywali obiad „na świeżem powietrzu“, jak mawiano, w dusznej atmosferze, następującej po dniu letnim, gdy upał, skupiony w ziemi czy w tynku murów, rozprzestrzenił się, mocniejszy i niezdrowszy od żaru słonecznego, gdy stary tkacz zwiastował głosem znanym w sąsiedztwie: „Niech żyje Henryk Czwarty! niech żyje król waleczny!“, wszystko dokoła milkło. Słyszano jedynie suche trzaskanie trzciny ogrodzenia, wrzaskliwe ćwierkanie spóźnionego świerszcza i starą pieśń królewską, rozwijającą się w takt pawany z sztywnością bufiastych pludrów i krynolin. Refren śpiewano chórem: „Zdrowie naszego króla“. Zwrotka „uszczęśliwi mnie i ciebie“ zawsze śmieszyła Elizeusza i jego braci. Śpiewał ją, potrącając się, pchając, co zawsze ściągało na nich gniew ojca; w każdym razie drobnostka ta nie przerywała pieśni i oto rozlegała się wśród razów, śmiechów i łkań jak kantyczka opętanych nad grobem djakona Parysa.
Nieustannie wspominane w uroczystościach rodzinnych, to imię króla, niezależnie od prestige, które miało w bajkach o wróżkach i w opowieściach dla dzieci, posiadało dlań zażyłość i poufałość. Podniecały to uczucie tajemnicze listy, pisane na papierze wełnistym, przybywające z Frohsdorfu dwa czy trzy razy rocznie do wszystkich mieszkańców dzielnicy, autografy o subtelnem piśmie, w których król wzywał swój lud do cierpliwości... W takie dni majster Méraut puszczał czółenko silniej, niż zazwyczaj. Wieczorami, zamknąwszy szczelnie drzwi, brał się do czytania cyrkularza, zawsze tej samej łagodnej proklamacji o słowach nieokreślonych, jak nadzieja: „Francuzi, tamci oszukują siebie i was“. I zawsze ta sama pieczęć: „Fides spes“. O! biedni ludzie, nie brakło im wiary ani nadziei.
— Kiedy król powróci — mawiał majster Méraut — kupię sobie wygodny fotel. — Kiedy król powróci, zmienię papierowe obicie pokoju.
Później, po podróży do Frohsdorfu, formula była zmieniona:
— Gdy miałem zaszczyt ujrzeć króla — mówił przy każdej okazji.
Poczciwiec w istocie rzeczy odbył tę pielgrzymkę, będącą dla robotnika z miasteczka wielką ofiarą czasu i pieniędzy. Nigdy żaden Hadżi nie wracał chyba z Mekki tak zachwycony. Spotkanie było wszakże krótkie. Na audjencjach pretendent zwykł mówić: „Ah, otóż i pan...“ i nikt nie mógł się zdobyć na odpowiedź, zwłaszcza Méraut, którego wzruszenie ścisnęło za gardło i oczy zamgliło łzami, tak, że nie widział nawet wyraźnie rysów swego bóstwa. Za to przy wyjeździe książę d’Athis, sekretarz przyboczny, rozpytywał go długo o stan umysłów we Francji; można sobie wyobrazić, co odpowiadał egzaltowany tkacz, który nigdy nie opuścił swej mieściny.
— Niech przybędzie nasz Henryk, niech przybędzie co rychlej — naród się niecierpliwi...
Książę d‘Athis, zachwycony odpowiedzią, podziękował serdecznie i znienacka zagadnął:
— Ma pan dzieci, majstrze Méraut?
— Trójkę, książę panie.
— Chłopaki?
— Tak... troje dzieci... — powtórzył stary majster (gdyż w pojęciach tego ludu dziewczęta nie uchodziły za dzieci).
— Dobrze... Zanotuję to sobie... Jego Królewska Mość przypomni sobie o tem, gdy nadejdzie pora.
Książę wyjął swój notes i „kra... kra...“. Owe „kra... kra...“, którem majster zobrazował gest protektora, zapisującego imiona trzech synów, było nieodjemną częścią kolektywnego opowiadania w rocznikach rodzinnych, wzruszających niezmiennością najdrobniejszych szczegółów. Odtąd podczas bezrobocia, gdy matka martwiła się złym wyglądem męża i wyczerpywaniem się małych rezerw małżeństwa, to „kra... kra“ odpowiadało na wszystkie jej lękliwie wyrażone niepokoje co do przyszłości dzieci:
— Bądźże spokojna.... książę d‘Athis zapisał imiona.
Zapaławszy nagłą ambicją w stosunku do synów, stary tkacz, który widział, że starsi synowie bezpowrotnie wstąpili na ścieżkę ojcowską, skupił na Elizeuszu wszystkie swe nadzieje i całe pragnienie wielkości. Wysłano go do „instytucji Papcia“, założonej przez jednego z uciekinierów hiszpańskich, od których zaroiło się w miastach Południa po kapitulacji Marotta. Mieściła się w głębi dzielnicy Jatek, w spleśniałym opuszczonym domku pod osłoną katedry, jak o tem świadczyły małe zielonkawe okienka i głębokie szczeliny w murach. Aby dojść doń, trzeba było przejść przez ciąg sklepów, najeżonych kratami gdzie wisiały ogromne ćwiartki, otoczone niezdrowym szmerem, gęstwą wąskich ulic o bruku zawsze lepkim i czerwonym od odpadków zwierzęcych, W późniejszych latach Elizeuszowi wydawało się, że przeżył swoje dzieciństwo w wiekach średnich, pod dyscypliną straszliwego fanatyka, którego łacina na „us“ rozlegała się w brudnej i czarnej klasie między błogosławieństwami czy przystępami gniewu przylegającej dzwonnicy. Ten mały Papel — ogromna, oleista twarz, ocieniona brudnym białym beretem, wciągniętym aż na oczy w celu ukrycia wzdętej sinej żyły, przepoławiającej czoło od brwi aż do linji włosów — przypominał karła z obrazów Velasqueza, różniących się tylko połyskującemi tunikami i mroczną polewą czasu. Brutalny i okrutny, lecz pod obszemem czołem przechowujący zdumiewający magazyn idej, żywą i błyskotliwą encyklopedję zamkniętą, rzec można, na zaworę uporczywego rojalizmu, uosobioną w dziwnej żyle na czole.
Mówiono w mieście, że pod nazwiskiem Papel ukrywało się inne, bardziej rozgłośne, pewnego cabecilla don Carlosa, znanego z okrutnego urozmaicania sposobów walki i śmierci. Tu, niedaleko granicy hiszpańskiej, jego haniebna sława krępowała go i kazała żyć anonimowo. Ile było prawdy w tych gadkach? Podczas długich lat, spędzonych ze swym mistrzem, Elizeusz, mimo, że był jego towarzyszem, nie słyszał, ani nie widział nic takiego, coby go umocniło w posądzeniach. Atoli, gdy wyrósł, gdy po skończeniu studjów okazało się, że dzielnica Rey jest zbyt wąska dla jego laurów, dyplomów i ambicyj ojcowskich, gdy miano go wysłać do Paryża, Papel dał mu sporo listów polecających do szefów rojalistycznych, listów, opieczętowanych tajemniczemi herbami, które zda się potwierdzały legendę o zamaskowanym cabecillu.
Majster Méraut pragnął tej podróży, ponieważ zaczynał uważać, że powrót króla opóźnia się znacznie, więc sprzedał wraz ze starym zegarkiem i srebrną matczyną obręczę do kluczy, winnicę, stanowiącą składową część dobytku każdego obywatela. Uczynił to heroicznie, prosto, dla partji.
— Idź, popatrz, co oni tam robią — rzekł do swego najmłodszego syna — na co tam czekają? Mieścina koniec końcem całkiem cię zmęczy.
W dwudziestym roku życia Elizeusz Méraut przybył do Paryża, kipiąc od egzaltowanych przekonań, w których ślepe poświęcenie ojca potęgował waleczny fanatyzm Hiszpana. Przyjęto go w partji, jak się przyjmuje nowego pasażera w nocy pośród drogi w wagonie pierwszej klasy, gdzie każdy zdrzemnął się w swym kącie. Intruz przybywa z zewnątrz, ma krew ożywioną świeżem powietrzem i chodzeniem, pragnie działać, rozmawiać, kontynuować bezsenność podróży, rozbija się o zły humor sennych ludzi, opatulonych w futra, ukołysanych ruchem pociągu, lękających się najbardziej w świecie przeciągów i deranżujących inwazyj. Tak przedstawiała się partja legitymistów w swym wagonie klęski, na wykolejonych szynach.
Ten szaleniec o czarnych oczach, o głowie wychudzonego lwa, ucinający każdą sylabę, jakby nożycami, każdy okres ostrym gestem, posiadający golową na wszystko werwę Suleau, odwagę Cadoudala, wywołał w partji zdumienie, połączone ze strachem. Uważano go za człowieka niebezpiecznego i niepokojącego. Pod przesadną grzecznością, pod oznakami dobrego wychowania, Elizeusz z ową jasnością, jaką Południe zachowuje w swych uniesieniach, rychło wykrył całą egoistyczną mierność tych ludzi. Według ich zdania chwilowo nic nie można było zrobić; czekać, zachowywać spokój przedewszystkiem, wstrzymywać się od porywów i niekonsekwencyj młodzieńczych, „Niech Wasza Królewska Mość uważa... jaki on przykład daje!“ Te rady rozwagi, umiarkowania odpowiadały starym pałacom arystokratycznej dzielnicy, spowitej w bluszcz, głuchej wobec ruchu ulicy, wymoszczonej komfortem i rozleniwieniem, ukrywającej się za masywnemi wrotami, ciężkiemi od ciężaru stuleci i tradycji. Przez grzeczność zaproszono go na dwa czy trzy zebrania polityczne, odbywające się w wielkim sekrecie z całym systemem ostrożności w głębi któregoś z tych starych gniazd. Spotkał tu nazwiska z wojen wandejskich i egzekucyj Quiberona cały żałobny patronat, zapisany na „połach męczenników“. Nosili je starzy, poczciwi panowie, dobrze ogoleni, odziani w cienkie sukna, niczem prałaci, zawsze wyrażający się łagodnie. Zbierali się z minami spiskowców. Każdy był pewny, że jest inwigilowany przez policję, która w rzeczywistości kpiła sobie z tych platonicznych spotkań. Wist pod dyskretnem światłem wysokich świec z abażurami, schylone czoła, świecące jak żetony. Ktoś udzielił wiadomości z Frohsdorfu, podziwiano zdumiewającą cierpliwość wygnańców, której przykład dodawał otuchy. Zupełnie cichym szeptem powtarzano sobie ostatni kalambur de Barentin o cesarzowej, nucono piosenkę: „Gdy Napoleon — wymierza wam baty“ i t. d. Poczem, podziwiając własną zuchwałość, spiskowcy rozchodzili się po jednym, przyciskając się do murów ulicy de Varenne, obszernej i pustej, która niepokoiła odgłosem ich własnych kroków.
Elizeusz stwierdził wkrótce, że jest zbyt młody i zbyt czynny dla tych widm starej Francji.
Zresztą pływano wówczas w pełni epopei cesarskiej, wracające z wojen włoskich kroczyły zwycięskie orły. Syn tkacza nie długo musiał się rozglądać, by się przekonać, że przekonania przedmieścia Rey nie były powszechnie podzielane, że powrót prawowitego króla nie nastąpi rychło, jak to mniemano w miasteczku. Jego rojalizm nie został osłabiony, naodwrót, wzmógł się, rozwinął w idei, ponieważ działanie było uniemożliwione. Marzył o tem, aby napisać książkę, rzucić swe myśli i wiarę wielkiemu Paryżowi, którym pragnął zawładnąć. Natychmiast wykuł sobie plan: zarabiać na życie lekcjami, które też rychło znalazł; w wolnym czasie pisać książkę, co wymagało o wiele więcej czasu.
Jak wszyscy jego krajanie, Elizeusz Méraut był przedewszystkiem człowiekiem słowa i gestu. Myśli nawiedzały go, gdy przemawiał, stojąc, na dźwięk własnych słów, na podobieństwo błyskawicy, którą przyciąga drganie dzwonów. Karmiona literaturą, faktami, ciągiem rozmyślaniem myśl jego, która zrywała się z warg spienionemi falami, która pociągała słowo za słowem w posępnem krasomówstwie, spływała natomiast powoli, pojedyńczemi kroplami z jego pióra. Rezerwoar był zbyt obszerny dla wymierzonej filtracji i dla wszystkich subtelności pisma. Sprawiało mu ulgę wypowiadanie swych poglądów, ponieważ nie znajdował innych sposobów ich uzewnętrznienia. Mówił więc na bibkach, na konferencjach, przedewszystkiem w kawiarniach, w tych kawiarniach dzielnicy łacińskiej, które jedne stanowiły opozycję w skulonym Paryżu drugiego Cesarstwa, gdy książka i dzienniki, skute kagańcem, milczały. Każdy szynk miał swego mówcę, swego wielkiego człowieka, Mówiono: — Pesquidoux od „Voltaire‘a“ jest mocny w gębie, ale Larminet od „Procope’a“ jest mocniejszy. W istocie skupiała się w nich cała ucząca się młodzież wymowna, umysłem krążąca koło wzniosłych spraw, odnawiająca z większym zapałem piękne dyskusje polityczne i filozoficzne knajp w Bonn i w Heidelbergu.
Szczególna werwa tego dużego Gaskończyka, który nie palił i upajał się bez trunków, jego wymowa, pełna obrazów i obcesowa, operująca zasadami, równie niemodnemi, co paniers i puder, a tak różnemi od otaczających go ram, jak upodobania antykwarjusza pośród „articles de Paris“ — zyskały szybko Elizeuszowi sławę i słuchaczy w owych dymnych i gwarnych kuźnicach idej, gdzie tęgo krzyczano, a tężej jeszcze — pito. Skoro światło gazowe zabłysło w kawiarniach, natłoczonych i huczących, a na progu spostrzegano jego długą i niezgrabną postać, o spojrzeniu krótkowzrocznem, nieco błędnem, którego naprężony wysiłek rozrzucał, rzekłbyś, pasma włosów na czole, w kapeluszu, zsuniętym na tył głowy, dźwigającą pod pachą książkę lub perjodyk, z którego wysterczał olbrzymi nóż do przecinania kartek, wówczas wstawano z miejsc, krzycząc: „Oto Méraut!“. I usuwano się, czyniąc mu tem więcej miejsca, gdzieby mógł poruszać się swobodniej i gestykulować, Już przy wejściu porywały go krzyki i powitania młodzieży, potem zaś — gorąco i światło, to światło gazowe, co chwytało za gardło i upajało. Podejmował to jeden temat, to — drugi, pochwycony z popularnego dziennika, z książki otworzonej po drodze gdzieś koło Odeonu, to znów porzucał go; siadał i wstawał, głosem swym panując nad kawiarnią, skupiając wokół i grupując słuchaczy gestu.
Przerywano grę w domino, gracze bilardowi wychylali się ze schodów antresoli, z fajką w zębach, przytrzymując ręką długi cybuch z kości słoniowej. Drżały szyby, kufle, spodki, jak gdyby przejeżdżał furgon pocztowy, a właścicielka za ladą mówiła z dumą do wszystkich, którzy wchodzili: „Proszę prędzej... jest pan Méraut“. Cóż, że Pasquidoux, Larminat byli to zuchy, — on pogrążał ich wszystkich. Stał się mówcą dzielnicy. Ta sława, której nie szukał, dała mu zadowolenie tak zupełne, że uległ jej w sposób nieunikniony. Taki był w owej epoce los niejednego Larminat: zmarnowany został piękny zapał, a z motorów lub dźwigarów uchodziła z wielkim hałasem bezpożyteczna para wskutek rozwiązłości, niedbalstwa lub złego kierunku kierowniczej korby. W Elizeuszu było coś więcej nadto: ten południowiec próżny intryg i ambicyj, co wziął od swych stron rodzinnych jeno zapał, uważał się za misjonarza wiary, i, rzeczywiście, ujawniał niezmordowaną żarliwość misjonarza, charakter tęgi i niezależny, bezinteresowność życia, poddanego najgorszym nawet przypadkom powołania, a lekceważącą sobie sposobność i korzyści.
Tak, od osiemnastu lat, w ciągu których rozrzucał swój posiew ideowy wśród młodzieży paryskiej, niejeden z tych, co zaszli już daleko i mawiali pogardliwie: „Ach, Méraut... ten wieczny student“, zawdzięczali co najcenniejszą cząstkę swej sławy okruchom niedbale porzucanym przez tego szczególnego chłopca wszędzie, gdziekolwiek siadywał. Elizeusz wiedział o tem, a ilekroć odnajdował pod zielonym, w palmy zdobnym, frakiem, piszącego magnata którąś ze swych chimer, już pełną statku w okrągłym frazesie akademickim, był szczęśliwy bezinteresownym szczęściem ojca, co wydał bogato zamąż umiłowane córki, nie pretendując już zgoła do ich tkliwości. Była to abnegncja rycerska starego tkacza z przedmieścia Rey, ale i coś więcej jeszcze, bowiem brakło tu wiary w swe powodzenie, owej niezachwianej wiary, którą dzielny ojciec Méraut zachował do ostatniego tchnienia. W wilję śmierci — bo zmarł nagle wskutek porażenia słonecznego, po obiedzie, spożytym na świeżem powietrzu, — stary śpiewał jeszcze w głos: „Niech żyje Henryk czwarty!“ Przed skonem, gdy mgłą zachodziły oczy, a język sztywniał, mówił jeszcze do żony: „Spokojna bądź o dzieci... książę d’Athis... ma w palnięci...“. A stygnące ręce gestykulowały „kra... kra...“ na kołdrze.
Gdy Elizeusz przybył rankiem z Paryża, zbyt późno powiadomiony o tem druzgoczącem nieszczęściu, ojciec leżał wyciągnięty, nieruchomy i blady, z rękoma w krzyż złożonemu, głową odwrócony od ściany, wciąż czekającej na nową tapetę. Przez drzwi od pracowni, otwarte na przyjście śmierci, która wokół siebie wszystko usuwa, wyzwala, poszerza, widać było odpoczywające warsztaty, i warsztat ojca opuszczony, podobny do strzaskanego masztu na okręcie, gdzie nie zaświszcze już wiatr; i portret króla oraz czerwoną pieczęć, co przewodniczyły temu żywotowi, pełnemu pracy i wierności, a wysoko, w najwyższym punkcie zagrody w Rey, stare wiatraki, piętrzące się i szumiące na stokach, wyprostowane na jasnem tle nieba, o ramionach wzniesionych w rozpacznym geście. Elizeusz zapamiętał na zawsze widok tej pogodnej śmierci, co zaskoczyła pracownika pod rodzinną strzechą, zamykając oczy wpatrzone w znajomy widnokrąg. Uczuł zazdrość, on, którego porywało wszak marzenie i przygoda, co był wcieleniem wszystkich złudzeń chimerycznych.
Gdy powrócił z tej smutnej podróży, zaproponowano mu właśnie miejsce guwernera na dworze w X... Rozczarowanie jego tak było żywe, i tak bardzo zasmuciły go małostki, rywalizacje, zawistne kalumnje, pośród których się znalazł, oraz wielka pompa monarchji oglądanej zbyt blisko, od strony kulis, że mimo podziwu dla króla Ilyrji, pożałował swej szybkiej decyzji, skoro tylko odjechali mnisi i spadła pierwsza gorączka zapału. Powracały w pamięci wszystkie owe utrapienia, konieczność ofiary z wolności, z przyzwyczajeń. Przytem huczała wciąż w mózgu książka, jego okrzyczana książka... Słowem, po długich rozmyślaniach, postanowił odmówić, i w wilję Bożego Narodzenia, gdy spotkanie było już bardzo bliskie, napisał do ojca Melchjora, aby go uprzedzić o swej decyzji. Mnich nie protestował. Poprzestał na odpowiedzi:
„Dziś wieczór, przy ulicy Foureaux, na nocnem nabożeństwie. Mam jeszcze nadzieję, że pana przekonam“.
Klasztor Franciszkanów przy ulicy Fourneaux, gdzie ojciec Melchjor pełnił obowiązki intendenta, jest jednym z najciekawszych i najmniej znanych zakątków katolickiego Paryża. Ta siedziba macierzysta słynnego zakonu, ukryta tajemniczo na plugawem przedmieściu, mrowiącem się poza stacją Mont-Parnasse, zwie się też „Komisarjatem Grobu Świętego“. Tam właśnie mnisi o wyglądzie egzotycznym, zmieszawszy swój płaszcz podróżniczy z ponurą nędzą dzielnicy, przynoszą — do sklepów z relikwiami — kawałki prawdziwego krzyża, szkaplerze z pestek oliwek, pochodzących z Ogrodu Oliwnego, róże jerychońskie, suche i drewnowate, oczekujące kropli wody święconej, cały ten cudowny towar, przemieniony w obszernych kieszeniach w piękny pieniądz, niemy a ciężki, który kierują następnie do Jerozolimy na utrzymanie Grobu Świętego. Elizeusza zaprowadził na ulicę Fourneaux jeden z jego przyjaciół, artysta-rzeźbiarz, nazwiskiem Dreux, który wykończył właśnie dla klasztoru posąg świętej Małgorzaty z Ossuna, i kogo tylko mógł, wiódł do swej rzeźby. Miejsce było tak ciekawe i malownicze, tak bardzo odpowiadało przekonaniom południowca, wiążąc je — w obronie przed nowoczesną jaskrawością — z zamierzchłemi wieki i tradycją, że potem jął tu powracać ku wielkiej radości przyjaciela Dreux, dumnego z powodzenia swej Małgorzaty.
Była już prawie północ w dniu umówionym na spotkanie, gdy Elizeusz Méraut opuścił hałaśliwe ulice dzielnicy łacińskiej, gdzie gorące paszteciarnie, masarnie przybrane w girlandy, sklepy spożywcze, piwiarnie pełne kobiet, mieszkanka studenckie i wszystkie wyszynki ulicy Racine i „Boul Mich“ aż do rana szerzyły tryskające tchnienie powszechnego użycia. Bez żadnego zgoła przejścia ogarnął go smutek wyludnionych alej, gdzie przechodzień, pomniejszony odblaskiem świateł gazowych, raczej zda się pełznie, niż kroczy. Słabe dzwonki klasztorne brzmiały z poza murów, gdzie wznosiły się szkielety drzew; z zamkniętych dziedzińców hodowców dochodziły odgłosy, gorąco rozkładanej słomy i drzemiącego bydła. A pośród śniegu, spadłego w ciągu dnia z mglistych wysokości, a nieroztajałego w chłodzie, co zaostrzył blaski gwiazd, kroczył syn mieszczański, pochwycony marzeniem żarliwej wiary, widząc w wyobraźni gwiazdę, co królów wiodła ku Betleem. Patrząc na nią, wspominał minione święta Bożego Narodzenia, białe święta młodości, obchodzone w katedrze i powrót przez fantastyczne ulice dzielnicy Boucheries wśród załamanych w świetle księżyca dachów, ku rodzinnej wieczerzy, oczekującej na nich w zagrodzie Rey, wspomniał trzy tradycyjne świece w zieleni ostrokrzewu, przetykanej czerwienią, małe bułeczki świąteczne, mile pachnące gorącem ciastem i smażoną słoninę. Tak głęboko pogrążył się w tych wspomnieniach rodzinnych, że nawet latarnia mijającego go gałganiarza wydała mu się światłem, niesionem przez ojca Méraut, wracającego na czele gromadki z pasterki.
Ach, nie zobaczy już biednego ojca!...
I z cicha rozmawiając z drogiemi cieniami o przeszłości, dotarł Elizeusz do ulicy Fourneaux na słabo zabudowanem przedmieściu, oświetlonem jedną latarnią, gdzie wznosiły się długie budynki fabryczne o kominach prostych, stosy desek i mury z rozebranych gdzieindziej materjałów. Z wielkich równin okolicznych dął gwałtowny wiatr. Z sąsiedniej rzeźni dochodziły przeraźliwe ryki, głuche uderzenia, mdła woń krwi i tłuszczu: tam właśnie rzną wieprze przeznaczone na Boże Narodzenie, niby na uroczystości jakowegoś Teutatesa.
Brama klasztoru, zajmującego środek ulicy, była naoścież otwarta, a w dziedzińcu stały dwa czy trzy pojazdy, których bogaty zaprzęg zadziwił Mérauta. Nabożeństwo już się zaczęło; dźwięki organów i śpiewy wynikały z kościoła, pustego i ciemnego, gdzie jeno słabo lśniły maleńkie lampki na ołtarzu i blade odblaski śnieżnej nocy na fantasmogorjach witraży. Nawa była niemal okrągła, ozdobiona wielkiemi, o czerwonych krzyżach, sztandarami jerozolimskiemu, zwisającemi ze ścian, posągami barwnemi, nieco prostaczemi, pośród których Małgorzata z Ossuny, z czystego marmuru, biczowała bezlitośnie białe swe ramiona, bowiem — jak to twierdzili z pewną kokieterją mnisi: „Małgorzata była wielką grzesznicą naszego zakonu“. Sufit z malowanego drzewa, przecinany belkami na krzyż, główny ołtarz pod baldachimem, wspartym na kolumnach, biegnący półkolem chór o pustych stalach, gdzie promień księżyca ślizgał się na stronicy otwartego mszału — wszystko to odgadywało się raczej, gdyż nic nie było widać; lecz szerokie schody, ukryte pod chórem, wiodły do dolnego kościoła, gdzie — na pamiątkę katakumb — celebrowano nabożeństwo.
Przy końcu krypty, pośród olbrzymich kolumn romańskich, stał wiernie odtworzony grobowiec Chrystusa w Jerozolimie o drzwiach niskich i wąskiem wejściu, oświetlonem mnogością lampeczek grobowcowych, migocących z głębi swych wnętrz kamiennych nad Chrystusem naturalnej wielkości z kolorowego wosku, o ranach krwawiących żywą czerwienią z pod odwiniętego całunu. Na drugim krańcu podziemi, niby szczególna antyteza, obrazująca całą epopeę chrześcijańską, jawiła się jedna z owych dziecięcych reprodukcyj Narodzenia Dzieciątka, do której stajenka i zwierzęta, otoczone jasnemi barwami, zielonością z karbowanej bibułki, wyciągane są co roku z osłon legendy tak, jak wynikły ongi — bardziej prostacze, lecz niewątpliwie o wiele większe — z mózgu jakiegoś iluminata. Jak dawniej, gromadka dzieci i staruch, żądnych rzeczy tkliwych i cudownych, oraz biedaków, których umiłował Chrystus, kupiła się wokół żłobka, a pośród nich, — co Elizeusza zadziwiło, — w pierwszym szeregu tych pokornych wiernych, dwaj mężczyźni o wyglądzie światowym, dwie eleganckie kobiety w ciemnych strojach, klęczące na kamieniach; jedna z nich trzymała małego chłopczyka, obejmując go ramionami, skrzyżowanemi do modlitwy i obrony.
— To są królowe! — szepnęła jakaś stara, dysząc z podziwu.
Elizeusz zadrżał, poczem, zbliżywszy się, poznał delikatny profil i arystokratyczną postawę Chrystjana iliryjskiego, a obok niego, głowę króla Palerma, ciemną i kanciastą, o czole miodem jeszcze i zniszczonem. Widać też było włosy kobiet, włosy czarne i płowe, i — ten ruch namiętny matki. Ach, jak dobrze znał Méraut‘a ów ksiądz przebiegły, który zainscenizował, rzecby można, spotkanie młodego księcia z przyszłym guwernerem. Ci królowie wydziedziczeni, przybywający dla złożenia hołdu Bogu, który na ich przyjęcie, jak gdyby również schronił się do krypty, to połączenie poniżonej królewskości i ubogiego ceremoniału, smętna gwiazda wygnańcza, wiodąca ku Betleem na przedmieściu owych zdetronizowanych władców, próżnych orszaku i darów, wszystko to targnęło jego sercem. I dziecko, szczególnie dziecko, tak wzruszająco chylące główkę ku zwierzętom w stajence, z ciekawością właściwą wiekowi, a miarkowaną przez jakąś wstrzemięźliwość cierpienia...
I wobec tego czoła młodocianego, gdzie tkwiła już przyszłość, jak motyl w swem jasnem zamknięciu, Elizeusz myślał ile trzeba będzie umiejętności i tkliwych starań, aby dać mu rozwinąć się wspaniale.

III.
Dwór w Saint-Mande.
.

Prowizorjum w Hotelu pod Piramidami ciągnęło się trzy, potem sześć miesięcy: kufry były ledwie rozpakowane, walizy pozamykane, wokół — nieład i niepokój obozowiska. Z Ilirji nadchodziły codziennie doskonałe wieści. Republika, pozbawiona gruntu, nie mogła puścić korzeni w środowisku, gdzie brakło jej przeszłości i bohatera. Naród był zmęczony, żałował swych władców, i do wygnańców docierały niewzruszenie pewne rachuby, mówiące im: Bądźcie gotowi... Już wkrótce“. Nie wbito w apartamentach jednego bodaj gwoździa, nie przesunięto ani jednego mebla, nie wołając przytem z nadzieją: „Nie warto wszak“. Wygnanie przeciągało się jednak, i królowa zrozumiała niebawem, że pobyt w hotelu, pośród zgiełku cudzoziemców, przelotnego ptactwa o wszelkiem upierzeniu, stanie się szkodliwy dla ich dostojeństwa. Zwinięto namioty. Wygnanie dotąd koczownicze, nabrało charakteru osiadłego. Zamieszkano w domu, kupionym w Saint-Mande, przy avenue Daumesnil, na wysokości ulicy Herbillon, w tej części, która przytyka do Lasku i mieści szeregi eleganckich budowli, wdzięcznie otoczonych kratą, gdzie widać żwirowane ogrody, zaokrąglone wjazdy, angielskie trawniki, przypominające zakątki avenue Lasku bulońskiego. W jednym z tych pałacyków schronił się już król i królowa Palerma; nie posiadając wielkiej fortuny, usunęli się od gwaru i zbytkownych dzielnic high-life’u. Księżna Malines, siostra królowej Palerma, przybyła do Saint-Mande, i obydwie bez trudu skłoniły kuzynkę do wyboru tej dzielnicy. Pomijając kwestję przyjaźni, Fryderyka pragnęła odosobnić się od wesołej werwy Paryża, zaprotestować przeciwko nowoczesnemu życiu i pomyślności Republiki, uniknąć ciekawości, co, prześladując ludzi znanych, wydawała się jej w upadku obelgą. Król obruszył się zrazu na odległość siedziby, lecz wkrótce znalazł pretekst do długich wycieczek i późnych powrotów. Wreszcie, rzecz najważniejsza, życie mniej drogie tu, niż gdzieindziej, pozwalało małym kosztem utrzymywać zbytkowną stopę.
Pomieszczenie było wygodne. Biały dom trzypiętrowy o dwóch wieżyczkach, wychodził na lasek, widoczny poprzez drzewa niewielkiego parku, podczas gdy od strony ulicy Herbillon, pomiędzy zabudowaniami i szklarnią, duży, wyżwirowany dziedziniec biegł kolisto aż ku gankowi, zdobnemu w markizę w kształcie namiotu wspartego na dwóch pochylonych lancach. W stajni mieściło się dziesięć cugowych i pod wierzch — królowa używała codziennie konnej jazdy, — liberja nosiła barwy Ilirji, pudrowana, fryzurę, a halabarda i zielono-złota szarfa szwajcara były w Saint Mande i Vincennes równie legendarne, jak drewniana noga starego Dausmenila: wszystko to odznaczało się zbytkiem umiarkowanym i niemal nowym. Istotnie, rok zaledwie upłynął od chwili, gdy Tom Levis zaimprowizował ze wszystkiemi dekoracjami i akcesorjami książęcą scenę, gdzie ma się odegrać opowiadany tu dramat historyczny.
Tak, istotnie, Tom Levis... Pomimo nieufności i odrazy, trzeba było uciec się do niego. Ten zażywny człowieczek odznaczał się zdumiewającą elastycznością i uporem. A tyle miał w zanadrzu przebiegłości, ile kluczy i wytrychów do otwierania lub łamania opornych zamków, nie licząc właściwych mu sposobów zdobywania serc dostawców, lokajów, pokojówek, „Zwłaszcza zdaleka od Toma Levisa!“. Tak mówiono zwykle na początku, Ale wówczas nie udawało się uczynić ani jednego kroku. Dostawcy nie przynosili w porę towarów, służba buntowała się, aż do chwili gdy, ze zjawieniem się w cabie człowieka w złotych okularach, tapety same pokrywały ściany, zwieszały się firanki i portjery, posadzki pokrywały ozdobne i miękkie dywany. Zapalały się kaloryfery, kamelje zapełniały cieplarnie, a właściciele, szybko się zainstalowawszy, rozkoszowali się, siedząc w wygodnych fotelach salonowych i oczekiwali na stosy rachunków, płynących ze wszystkich stron Paryża. Przy ulicy Herbillon stary Rosen, szef domu cywilnego i wojskowego odbierał rachunki, płacił służbę, zarządzał maleńkim majątkiem króla i to tak zręcznie, że Chrystjan i Fryderyka żyli dosyć zbytkownie w tych złotych ramach, otaczających ich nieszczęście. Oboje panujący, i dzieci panujących, nie znali zresztą ceny rzeczy, przyzwyczajeni do oglądania swych wizerunków na wszystkich złotych monetach, do bicia pieniędzy wedle upodobania. Miast odczuwać zdziwienie wobec dobrobytu, odczuwali raczej wszystkie braki swej nowej egzystencji, nic mówiąc o chłodnej pustce, jaką powoduje dokoła skroni upadek korony. Dom w Saint-Mande, tak prosty na zewnątrz, wewnątrz napróżno przybierał wygląd minjaturowego pałacu: pokój królowej dokładnie przypominał niebieskiem obiciem, pokryłem staremi koronkami, jej buduar w zamku w Lublanie, a gabinet królewski — gabinet pałacowy; na schodach stały reprodukcje posągów dawnej rezydencji, a w szklarni specjalna klatka, zdobna w pnącze glicynij dla ulubionych małpek. Czem były wszystkie te drobiazgi, dowody subtelnego pochlebstwa, dla posiadaczy czterech zamków historycznych i owych rezydencyj letnich, zawieszonych między niebem a wodą, o klombach zraszanych falami na zielonych wyspach, zwanych „ogrodami Adriatyku!“.
W Saint-Mande Adrjatykiem było maleńkie jezioro w lasku, nawprost okien królowej, która spoglądała na nie smutno, niby wygnana Andromacha na — fałszywy Simois. Mimo całej skromności takiego życia, zdarzało się, że bardziej od Fryderyki doświadczony Chrystjan był zdziwiony tym względnym dobrobytem.
— Ten Rosen jest nieporównany... Nie pojmuję doprawdy, w jaki sposób udaje mu się wydołać wszystkiemu tak nieznacznemu środkami.
Potem dodawał, śmiejąc się:
— W każdym razie można być pewnym, że nie dokłada ze swego, Faktem było, że w Ilirji Rosen był synonimem Harpagona. Również i w Paryżu ta sława skąpstwa towarzyszyła księciu, znajdując potwierdzenie w małżeństwie jego syna, zawarłem dzięki specjalnym agencjom, i będącem fatalnym mezaljansem mimo całego wdzięku panny Sauvadon. Rosen był jednak bogaty. Stary żołnierz, którego instynkty łupieżcze tkwiły całkowicie w ptasim profilu drapieżcy, wojował z Turkami i Czarnogórcami nietylko gwoli wojnie. Po każdej kampanii wozy jego wracały naładowane, i wspaniały pałac, jaki zajmował na cyplu wyspy Św. Ludwika, tuż obok pałacu Lambert, pełen był cennych przedmiotów, obić wschodnich, sprzętów z epoki średniowiecznej i rycerskiej, tryptyków z masywnego złota, rzeźb, relikwiarzy, materyj haftowanych i litych, zdobyczy z klasztorów i haremów, nagromadzonych w amfiladzie olbrzymich sal gościnnych, raz jeden tylko otwartych w czasie wesela Herberta i czarodziejskiego festynu wyprawionego przez wuja Sauvadon. Od owej chwili ponure i zamknięte, chroniły swe bogactwa poza opuszczonemi firankami i zamkniętemi okiennicami, nie lękając się nawet niedyskrecji promienia słonecznego. Starzec wiódł tam istny żywot manjaka, zasklepiony na jednem tylko piętrze ogromnego pałacu, poprzestając wyłącznie na dwóch służących i trybie życia skąpego prowincjonalisty, podczas gdy obszerne kuchnie o nieruchomych rożnach i wystygłych rusztach były zamknięte, podobnie jak salony przyjęć.
Przyjazd króla, nominacje wszystkich Rosenów na godności przy maleńkim dworze zmieniły nieco przyzwyczajenia starego księcia. Zrazu młode małżeństwo zamieszkało u niego, gdyż pomieszczenie ich przy parku Monceaux — istna klatka nowoczesna o złotych prętach — było zbyt daleko od Vincennes. Codziennie o dziewiątej rano, niezależnie od pogody, księżna Koleta gotowa była asystować przy toalecie królowej, i wraz z generałem wsiadała do powozu pośród owej mgły nadrzecznej, co w ranki zimowe i letnie tłucze się na cyplu wyspy aż do południa, niby zasłona rzucona na czarodziejską scenerję Sekwany. W owym czasie książę Herbert usiłował powetować sobie sen stracony w twardej służbie nocnej, bowiem król Chrystjan miał do odrobienia zaległości dziesięciu lat życia prowincjonalnego i małżeńskiego, i tak dalece nie mógł się obejść bez nocnego trybu Paryża, że, po zamknięciu teatrów i kawiarń, wyszedłszy z klubu doznawał szczególnego uroku przemierzając bezludne bulwary, suche i dźwięczne lub lśniące od wody, na których szereg lamp stanowił niby ognistą straż na skraju długiej perspektywy.
Po przybyciu do Saint-Mande, Koleta udawała się zaraz do królowej, książę zaś zasiadał w pawilonie sąsiadującym z budynkami gospodarskiemi, dokąd mieli dostęp dostawcy i służba. Nazywano to intendenturą; i wzruszający był widok tego wysokiego starca, gdy usadowiony w skórzanym fotelu pośród papierów, segregatorów, zielonych skoroszytów, odbierał i regulował drobne rachunki mieszczańskie, on, który w rezydencji miał pod swemi rozkazami całą falangę ugalonowanych woźnych. Był do tego stopnia skąpy, że ilekroć musiał sięgnąć po pieniądze dla zapłacenia nie swojego nawet rachunku, rysy jego wykrzywiał skurcz i nerwowe drganie zmarszczek, jak gdyby ściągano je rzemykiem od sakiewki, całe zaś ciało sztywniejąc protestowało, gdy ruchem automatu otwierał kasę wmurowaną w ścianę, Pomimo wszystkiego, zawsze potrafił zaspokoić, przy pomocy skromnych dochodów władców Ilirji, i rozrzutność nieuniknioną w wielkim domu, i działalność dobroczynną królowej, i hojność króla, a nawet jego przyjemnostki, figurujące w budżecie, gdyż Chrystjan II dotrzymywał słowa i wesoło spędzał okres wygnania. Brał gorliwy udział w zabawach paryskich, skwapliwie przyjmowany w wielkich klubach i poszukiwany w salonach; Jego profil subtelny i ironiczny, oglądany w ożywionym rozgwarze pierwszych lóż i wśród zgiełkliwego powrotu z wyścigów, zjawiał się odtąd w ilustracjach znanych „całemu Paryżowi“, pomiędzy śmiałą fryzurą modnej aktorki a zniszczonem obliczem owego księcia-następcy, co to trawił po kawiarniach bulwarowych okres niełaski, wyczekując chwili objęcia władzy, Chrystjan prowadził tryb życia gogusiów, pustego a tak czynnego. Popołudnie spędzał na tenisie lub skatingu, potem o zmierzchu odwiedzał pewne buduary greckie, które lubił za pełne zbytku wnętrza; wieczory wypełniały teatrzyki, ogniska tańca, klub a zwłaszcza gra w karty, gdzie odżywało jego cygańskie pochodzenie, namiętność do hazardu i właściwych mu przeczuć, Z królową niemal nie wychodził, prócz niedziel, kiedy to woził ją do kościoła w Saint-Mande; spotykali się zaś wyłącznie w czasie posiłku. Czuł lęk wobec tej istoty rozsądnej i równej, zawsze zajętej obowiązkiem, której pogardliwy chłód krępował go, niby widome sumienie. Była dlań przypomnieniem godności królewskiej, ambicyj, o których chciał zapomnieć; zbyt słaby, aby się buntować w obliczu tej niemej władzy, wolał kryć się, kłamać, uciekać. Ze swej strony Fryderyka znała doskonale ten temperament słowiański, gorący i miękki, żywy i kruchy; tylekroć musiała wybaczać wykroczenia temu dużemu dziecku, które zachowało dziecięcy wdzięk i śmiech, nawet okrucieństwo kaprysu; tylekroć widziała go u swych kole i po każdem z owych szaleństw, gdzie w grę wchodziło jej szczęście i godność, że straciła całkowicie wiarę w męża i człowieka, jeśli miała jeszcze względy dla króla. Walka ta trwała prawie dziesięć lat, jakkolwiek z pozoru małżeństwo żyło w zupełnej zgodzie. Na wyżynach egzystencji, pośród wielkich apartamentów, licznej służby, ceremonjału zwiększającego przedział i tłumiącego uczucia, tego rodzaju kłamstwa są możliwe. Ale wygnanie miało je zdemaskować.
Zrazu Fryderyka miała nadzieję, że ta twarda próba ustatkuje króla, wywoła w nim jeden z owych wspaniałych buntów, co tworzą bohaterów i zwycięzców. A tymczasem widziała w jego oczach coraz to większe upojenie weselne i szał rozpalony pobytem w Paryżu, jego szatańskie blaski, pokusy i łatwość użycia. Ach, gdyby chciała pójść za jego przykładem, wziąć udział w tej szalonej gonitwie w wirze paryskim, ściągnąć uwagę na swą urodę, toalety, konie, oddać całą kokieterję kobiecą na usługi próżnej lekkości męża, zbliżenie byłoby możliwe. Lecz bardziej niż kiedykolwiek była królową, nie poświęcając niczego ze swych ambicyj i nadziei, i z oddali prowadząc zaciekłą walkę za pomocą listów, wysyłanych bezustannie do przyjaciół, konspiracyj, protestów, informowała wszystkie dwory europejskie o swej krzywdzie i nieszczęściu. Radca Boskowicz pisał pod jej dyktando; a gdy król ukazywał się w południe, osobiście przynosiła pocztę do podpisu. Podpisywał, do kaduka! Podpisywał wszystko, czego zapragnęła, lecz z ironicznym grymasem ust. Ogarnął go sceptycyzm środowiska drwiącego i zimnego; początkowe złudzenia ustąpiły miejsca, jak to bywa u natur krańcowych, mocnej pewności, że wygnanie będzie trwało nieskończenie. To też niezmiernie znudzony i znużony prowadził rozmowy, podczas których Fryderyka próbowała podniecić go gorączkowo, daremnie szukając w jego oczach obcego mu zainteresowania. Roztargniony i zajęty jakimś niedorzecznym refrenem, miał w mózgu bezustannie wizję ostatniej nocy, szalone i zmysłowe majaki rozkoszy. I z jakiemż westchnieniem ulgi wychodził, pełen wracającej mu już energji młodzieńczej, podczas gdy królowa stawała się coraz to bardziej smutna i samotna.
Prócz tej korespondencji porannej, listów krótkich a wymownych, które miały ożywić odwagę i bliskie upadku przywiązanie, jedyną rozrywkę Fryderyki stanowiła lektura bibljoteki królewskiej, złożonej z pamiętników, zapisków, kronik epok ubiegłych, oraz dzieł podniosłej filozofji religijnej, — wreszcie zabawy dziecka w ogrodzie i konne przejażdżki do lasku w Vincennes; rzadko docierała do miejsca, gdzie słychać było echa gwaru paryskiego i głosy nędzy wielkiego przedmieścia, bowiem Paryż budził w niej antypatję i niepohamowany strach. Zaledwie raz na miesiąc odbywała z całą paradą liberji ceremonjał wizyt u zdetronizowanych władców. Czyniła to bez przyjemności, wracała — przygnębiona. Czuła w tych dramatach królewskich, znoszonych spokojnie i szlachetnie, zupełną uległość i rezygnację, pogodzenie się z wygnaniem, cierpliwe i weszłe już w zwyczaj, maskowane jakąś dziecinadą i manją, albo czemś gorszem jeszcze.
Najwięcej godności i dumy okazywał król westfalski, starzec niewidomy i wzruszający, oraz jego córka, jasnowłosa Antygona: zachowując pompę i pozory swego dostojeństwa, zajęty był jednak tylko kolekcjonowaniem tabakierek i zapełnianiem gablotek drobiazgami. Szczególna ironja wobec kalectwa, uniemożliwiającego mu widok tych skarbów! U króla Palerma ta sama rezygnacja apatyczna, zaostrzona żałobą, smutkiem i brakiem pieniędzy, dysharmonja małżeńska i zrujnowane ambicje wskutek straty jedynego dziecka. Król, niemal zawsze nieobecny, zostawiał żonę przy ognisku osieroconem i wygnańczem, podczas, gdy królowa Galicji, lubiąca zbytek i uciechy, zgoła nie zmieniała burzliwych przyzwyczajeń egzotycznej władczyni, a książę Palmy brał od czasu do czasu swoją krócicę i usiłował przekroczyć granicę, która za każdym razem odrzucała go twardo ku bezczynności nędznego żywota. W gruncie rzeczy kontrabandzista w wyższym stopniu niż król, prowadził wojnę, aby mieć pieniądze i kobiety, dając swej nieszczęśliwej małżonce wzruszenia, jakie przeżywa biedna żona któregoś z owych bandytów pirenejskich, co to wracają na noszach, jeżeli już zbytnio przeciągnęli strunę. Wszyscy ci wydziedziczeni mieli na ustach jedno tylko słowo, jedną dewizę, zastępującą dźwięczne hasła swych dworów królewskich: „Po co?... W jakim celu?“ Na czynny zapał i wybuchy Fryderyki najuprzejmiejsi odpowiadali uśmiechem, kobiety wszczynały rozmowy o teatrze, religji, modzie i zalotach; i powoli zaczęło udzielać się dumnej Dalmatynce to milczące poniżenie książąt i rozkład sił. Wszystko odbierało odwagę kobiecie, żyjącej pomiędzy królem, co nie chciał być królem, a małym Zarą, tak wolno rosnącym. Stary Rożen nie odzywał się zgoła, zamknięty przez cały dzień w biurze. Księżna była ptakiem, wciąż muskającym swe piórka, Boskowicz — dzieckiem, margrabia — niespełna rozumu. Był jeszcze O. Alfeusz, ale ten mnich ponury i namarszczony nie mógłby z półsłówek tajemniczych zrozumieć drżeń królowej, wątpliwości i obaw, jakie ją ogarniały. Przyczyniła się do tego i pora roku. Lasek w Saint-Mande, latem pełen zieleni i kwiatów, niby park, pusty i spokojny w dni powszednie, w niedzielę zaś rojny i gwarny, — z początkiem zimy, pośród żałoby wilgotnych widnokręgów i mgły, zawieszonej nad jeziorem, przybierał wygląd rozpaczny i próżny wielkości miejsc opuszczonych, ongi radosnych. Chmary kruków wzbijały się ponad czarność krzaków i poskręcane drzewa, gdzie kołysały się gniazda i kosmata na nagich wierzchołkach jemioła. Drugą już zimę spędzała Fryderyka w Paryżu. Czemu obecna wydawała się jej dłuższa od pierwszej i bardziej ponura? Czy odczuwała brak gwaru pałacowego, życia miasta hucznego i bogatego? Nie? Lecz wraz z tem jak zanikała w niej królowa, wzmagały się słabostki kobiety, udręki opuszczonej żony i nostalgje cudzoziemki, wyrwanej z ojczystego gruntu.
Po całych dniach przebywała teraz w oszklonej galerji, przyległej do wielkiego salonu, którą zmieniła w maleńki ogród zimowy, zakątek oddalony od domowego gwaru, zdobny w jasne obicia i zielone w rogach rośliny. Trwała w bezczynności, wpatrzona w bezlistny ogród i gęstwę kruchych gałęzi, przecinających szary widnokrąg, podobny do akwaforty, i pomieszanych z mocną a trwałą zielonością bukszpanów, co ostrością konarów wynikały na tle śnieżnej bieli. Masy wody, spadającej na trzy kondygnacje wodotrysku, przybierały tony zimnego srebra, a poza wysoką kratą, biegnącą wzdłuż avenue Daumesnil, przebiegały od czasu do czasu parowe tramwaje, przerywając świstem ciszę i pustkę dwumilowego lasu, a długie pióropusze dymu, pozostawione w żółtem powietrzu, rozpływały się tak wolno, że Fryderyka mogła je długo śledzić, ciężkie i bez celu, jak i jej życie.
W taki to deszczowy ranek zimowy Elizeusz Méraut odbył pierwszą lekcję z dziecięciem królewskiem, w tem małem sanktuarjum smutku i marzeń, które tego dnia przybrało wygląd pokoju szkolnego: na stole leżały rozłożone książki i zeszyty w rozproszonem świetle niby pracowni lub klasy. Matka w skromnej sukni czarnej, obciskającej wysoką jej postać, pracowała przy stoliku z laki, a mistrz i uczeń siedzieli obaj jednakowo wzruszeni i pełni wahania w obliczu tego pierwszego spotkania. Młodociany książę rozpoznawał dość niewyraźnie tę wielką i imponującą postać, którą mu pokazano w wieczór wigilijny w uroczystym zmierzchu kaplicy, w wyobraźni jego, wypełnionej cudownemi opowieściami pani de Silvis, utożsamioną z wizją jakowegoś olbrzyma Robistora lub czarodzieja Merlina. Równie chimeryczne było wrażenie Elizeusza, widzącego w tem małem i słabem chłopięciu, chorowitem i zwiędłem, o czole zmarszczonem jak gdyby od sześćsetletniego ciężaru rasy, wybranego przez los władcę, przywódcę ludzi i narodów. Głosem drżącym mówił doń z powagą:
— Wasza Wysokość będzie królem... trzeba, by książę wiedział, co to jest król... Proszę mnie słuchać uważnie, pilnie na mnie patrzeć, a to, czego nie wyrażą dość jasno usta, dopowie respekt mojego spojrzenia...
I zniżywszy się do poziomu tej młodocianej inteligencji, tłumaczył, za pomocą słów i obrazów jej właściwych dogmat prawa boskiego, misję królów na ziemi, pośredników między narodem a Bogiem, obarczonych obowiązkiem i odpowiedzialnością, które, obce innym ludziom, im narzucone są cd dzieciństwa... Młody książę nie zrozumiał prawdopodobnie tego wszystkiego z całą dokładnością; może czuł ogarniające go ożywcze tchnienie, jakiem ogrodnicy, pielęgnujący rzadką roślinę, otaczają delikatne pędy, słabe pąki. Co się tyczy królowej, pochylonej nad jakimś haftem, to słuchała w rozkosznem zdziwieniu tej mowy, na którą od lat czekała beznadziejnie, słów, odpowiadających jej najtajniejszym myślom, wzywających je z ukrycia,.. Tak długo marzyła samotnie! Elizeusz oblekał w ciało tyle rzeczy, których nie zdołałaby wyrazić! Od pierwszego dnia czuła w obec niego to, co muzyk nieznany, artysta niesłyszany jeszcze czuje wobec cudownego wykonawcy jego dzieła. Najbardziej mgliste wyobrażenia o tej wielkiej idei królewskości przybierały kształt, ujawniając się wspaniale, a zarazem prosto, bowiem mogło je pojąć niemal dziecko, małe dziecko. A spoglądając na tego człowieka, o rysach wyrazistych, ożywionych wiarą i wymową, widziała, jak przeciwstawiała mu się wdzięczna, a miękka twarz i niezdecydowany jeszcze czuje wobec cudownego wykonawcy jego co wszystkich zdetronizowanych władców, i szczebiot buduarów książęcych. I właśnie ten plebejusz, ten syn tkacza — którego historję znała — podejmował przerwaną tradycję, przechowywał relikwię, ogień święty, którego płomień widniał teraz na jego czole, wynikając z żaru wymowy. Ach, gdyby Chrystjan był taki, znajdowaliby się jeszcze na tronie, lub zniknęliby, przysypani jego gruzami... Rzecz szczególna! W tem natężeniu, któremu nie mogła się obronić, głos Elizeusza, jego twarz przypominały jej coś. Z jakichż to cieni pamięci wyłaniało się to genjalne czoło, te akcenty, dźwięczące w ukrytej głębi jej istoty, w tajnych załamach serca?
Teraz mistrz zapytuje ucznia, ale nie o to, co umie — niestety, nie umie nic, lub prawie nic — jeno badając, czego możnaby go nauczyć. „Tak, proszę pana... Nie, proszę pana...” Tyle tylko wypowiadały usta książątka, a starał się mówić jak najgłośniej, z nieśmiałym wdziękiem chłopców, wychowanych nieprzerwanie przez kobiety w okresie wczesnego dzieciństwa. Biedaczek starał się jednak wydobyć z natłoku różnorodnych wiadomości, udzielonych przez panią de Silvis, parę faktów z historji powszechnej, zbłąkanych wśród bajek o karłach i wróżkach, niby teatr czarodziejski zaludniających jego wątłą wyobraźnię. Królowa z oddali dodawała mu zachęty i odwagi, podnosząc go duchowo. Przy odlocie jaskółek matka w ten sposób daje pomoc swych skrzydeł pisklęciu, co nie umie jeszcze fruwać. Gdy dziecko wahało się z odpowiedzią, wzrok Fryderyki, o złotych połyskach szmaragdu, marszczył się niby fala od rzuconego kamienia; lecz gdy powiedziało coś trafnie, jakiż triumfujący uśmiech kierował się ku mistrzowi. Od dawna nie doświadczyła takiej pełni szczęścia i radości. Zdawało się, że świeża krew zabarwiła woskową cerę małego Zary, zawiędłą twarz słabego dziecka; nawet krajobraz pod wpływem tej czarodziejskiej wymowy pozbywał się smutnych stron, Ukazując jedynie imponującą wielkość w tej nagiej pustce zimowej. A gdy królowa trwała tak w skupieniu, oparłszy się łokciami i podana naprzód, całą postacią wychylona ku przyszłości, w której jawiło się triumfalnie wracając do Lubiany królewskie dziecię, Elizeusz drżący, olśniony przemianą, której sam nie wiedząc o tem, był przyczyną, widział jak na tem pięknem czole o tonach agatu rozwiały się i, niby djadem królewski, lśniły sploty ciężkich warkoczy.
Południe biło na wszystkich zegarach, a lekcja trwała jeszcze. W głównym salonie, gdzie maleńki dwór zbierał się codziennie w porze śniadania, zaczęto szeptać, dziwiąc się, że nie widać króla, ani królowej. Do tych przyciszonych rozmów przyłączały się oznaki złego humoru, wywołane apetytem i pustką chwili wyczekiwania na posiłek. Boskowicz blady z głodu i zimna, bo rąbał przez dwie godziny w gaju w poszukiwaniu jakichś zapóźnionych kwiatuszków, grzał palce przy wysokim kominku z białego marmuru w kształcie ołtarza, gdzie O. Alfeusz odprawiał niekiedy, w niedzielę, specjalną mszę. Margrabina, majestatycznie sztywna na brzegu kanapy, w sukni z zielonego aksamitu, kiwała z tragiczną miną głową, osadzoną na cienkiej szyi, owiniętej boa, a jednocześnie zwierzała się księżnie Kolecie. Biedna kobieta była zrozpaczona, że odebrano jej ucznia, którego powierzono temu oto... no, poprostu niewiadomo komu... widziała go rano, gdy przechodził przez dziedziniec.
— Droga pani przestraszyłaby się... Włosy olbrzymie, mina szaleńca... Tylko O. Alfeusz zdolny jest do podobnych odkryć.
— Podobno jest bardzo uczony... — rzekła księżna roztargniona, myśląc o czem innem...
Tamta paruszyła się gwałtownie... Bardzo uczony... bardzo uczony!... Czyż syn królewski musi być naszpikowany łaciną i greką nakształt słownika?... „Nie, nie, droga przyjaciółko, tego rodzaju wykształcenie wymaga specjalnych wiadomości... które ja posiadałam. Byłam przygotowana. Pracowałam nad traktatem księdza Diguet O instytucji książęcej. Umiem na pamięć rozmaite środki, jakie podaje gwoli znajomości ludzi, i inne — w celu unikania pochlebców. Pierwszych jest sześć, podczas, gdy drugich liczy się siedem. Oto one w porządku...“
I jęła recytować je wobec księżny, która nie słuchała, siedząc zdenerwowana i chmurna na stosie poduszek, w sukni bladoniebieskiej z długim trenem, według panującej ówcześnie mody, Z pod magnetycznych, rzekłbyś, rzęs, rzucała spojrzenia na drzwi. Wiodące do apartamentów króla, z zagniewaną miną pięknej kobiety, która przystroiła się dla kogoś, co nie nadchodzi. Stary książę de Rosen, sztywny w swym mundurze, przemierzał salon wzdłuż i wszerz krokiem automatycznym, miarowym, niby wahadło zegara; coraz to zatrzymywał się przy jednem lub drugiem oknie, wychodzącem na ogród i dziedziniec, spoglądając wzrokiem z pod brwi namarszczonych niby oficer dyżurny, odpowiedzialny za porządek i należyty stan okrętu, I rzeczywiście wygląd okrętu przynosił mu zaszczyt. Czerwona cegła zabudowań, pawilon intendentury lśniły, zmyte deszczem, spadającym na czyste ganki i wyźwirowane aleje. Pośród dnia ponurego jasność, bijąca od tego wzorowego ładu, przenikała aż do wielkiego salonu, który rozweselało ciepło dywanów i kaloryferów, oraz umeblowanie w stylu Ludwika XVI, białe i złote, o klasycznych ozdobach, widniejących na boazerjach panneaux i wielkich luster, z których jedno dźwigało mały złocony zegar, strojny we wstążki. W rogu konsula z tej samej epoki podtrzymywała djadem ocalały z katastrofy i złożony w przezroczystem puzdrze. Fryderyka poleciła umieścić go tam, aby, jak mówiła, służył ku pamięci. I pomimo żartów Chrystjana, który uważał, że to muzeum wykolejonych władców jest w guście rocaco, — wspaniały klejnot średniowieczny, oprawny w stare złoto o wytłaczaniach i ażurach, błyszczał tonem starożytnej rycerskości pośród kokieterji wieku osiemnastego i wielostronnego smaku — dziewiętnastego.
Znajomy turkot powozu w alei zwiastował przybycie adjutanta. I to było coś warte.
— Jak późno zjawiasz się na służbę, Herbercie, — rzekł z powagą książę.
Młody de Rosen, choć dorosły mężczyzna, drżący wciąż w obliczu ojca, zaczerwienił się, bąkając coś na usprawiedliwienie... Bardzo mu przykro... nie z własnej winy... całonocna służba.
— Dlatego to więc króla nie widać jeszcze? — rzekła księżna, wsuwając zgrabny nosek między rozmawiających.
Surowy wzrok księcia zamknął jej usta. Postępowanie króla nie podlegało krytyce.
— Proszę zameldować się szybko. Jego Królewska Mość czeka zapewne.
Herbert wyszedł posłusznie, spróbowawszy uprzednio uzyskać uśmiech od swej umiłowanej Kolety, która, bynajmniej nie uspokojona jego przybyciem, uniosła ku kanapie kwaśną i zadąsaną minkę; tymczasem rozkręciły się piękne karby jej fryzury, zaś dziecięca rączka targała nerwowo błękitną suknię. A przecież książę Herbert bardzo wypiękniał w ciągu ostatnich miesięcy. Żona zażądała, aby piastując godność adjutanta, zapuścił wąsy, co nadawało szczególnie marsowego wyglądu tej poczciwej fizjognomji, wychudłej i pobladłej wskutek bezsenności oraz służby przy boku króla... Prócz tego, — ile że nieco jeszcze utykał, — chodząc opierał się na lasce, jak prawdziwy bohater oblężenia Raguzy, o którem napisał właśnie pamiętnik, głośny już przed opublikowaniem: autor, odczytawszy go któregoś wieczora u królowej Palerma zyskał wraz ze świetną owacją towarzyską solenną obietnicę nagrody Akademji. Jaką powagę, jakie stanowisko dawało to mężowi Kolety! Ale mimo to nie stracił nic ze swego wyglądu dobrodusznego, nieco głupkowatego i nieśmiałego, zwłaszcza wobec księżny, traktującej go z pełnem wdzięku lekceważeniem. Co dowodzi snadnie, że niemasz dla żony znakomitego męża.
— No i cóż tam się stało? — zapytała impertynenckim tonem, widząc, że powrócił wielce przerażony i wstrząśnięty.
— Króla niema!
Te dwa słowa Herberta spowodowały w salonie skutek prądu elektrycznego, Koleta, bardzo blada, ze łzami w oczach pierwsza odzyskała mowę:
— Czy to możliwe?
A stary książę rzekł krótko:
— Niema?... Dlaczego mi nie zameldowano?
Boa pani de Silvis zjeżyło się i konwulsyjnie skręcało.
— Oby tylko nie przytrafiło mu się co złego!... — wykrzyknęła księżna w stanie niezwykłego podniecenia.
Lecz Herbert ją uspokoił. Kamerdyner królewski Lebeau wyszedł przed godziną z walizą. Z pewnością przyniesie wiadomość.
Pośród ciszy, jaka zapanowała, unosiło się w powietrzu jedno, niepokojące wszystkich pytanie, które książę de Rosen streścił niespodzianie:
— Co powie królowa?
A Boskowicz, drżąc cały, dodał:
— Może Jego Królewska Mość uprzedził?...
— Jestem pewna, że nie, — potwierdziła Koleta... gdyż królowa dopiero co powiedziała, że podczas śniadania przedstawi królowi nowego wychowawcę.
I, poruszona, rzuciła przez zęby dość głośno, by ją usłyszano:
— Wiem dobrze, cobym zrobiła na jej miejscu.
Książę oburzony z pałającym wzrokiem odwrócił się ku tej mieszczce, której nie udało mu się ogładzić, z niechybnym zamiarem nauczenia jej respektu dla monarchów, gdy ukazała się królowa, poprzedzając Elizeusza, wiodącego za rękę swego królewskiego pupila. Wszyscy wstali. Fryderyka, z uśmiechem szczęśliwej kobiety, dawno u niej nieoglądanym, przedstawiła pana Méraut... Jakże dumny i drwiący był ukłon margrabiny, studjowany przez nią w ciągu tygodnia! Księżnie natomiast zabrakło siły do uczynienia jednego bodaj gestu... Z bladej stała się purpurowa, poznając w nowym mistrzu owego dziwnego młodziana, obok którego siedziała przy śniadaniu u swego wuja, i — autora książki Herberta. Byłże to skutek przypadku, czy też jakiejś szatańskiej machinacji? Jakiż wstyd dla jej męża, jaką okryje się śmiesznością, wskutek tej mistyfikacji literackiej! Uspokoił ją nieco zimny ukłon Elizeusza, który jednak z pewnością poznał księżnę. „To inteligentny człowiek“ — pomyślała. Na nieszczęście, skompromitował wszystko swoją naiwnością Herbert, który, osłupiawszy na widok wychowawcy, wyciągnął doń następnie przyjacielskim ruchem rękę, mówiąc: „Dzień dobry, co słychać?“
— Książę zna pana? — zapytała królowa, która słyszała od swego kapelana o historji z Pamiętnikiem, i uśmiechała się nie bez lekkiej złośliwości.
Lecz była zbyt dobra, aby przeciągać, gwoli zabawie, tę okrutną grę.
— Król, istotnie, zapomina o nas, — rzekła... Proszę go zawiadomić, panie de Rosen.
Trzeba było wyznać całą prawdę, że król spędził noc poza domem, i dodać szczegół o walizie. Wydarzyło się to po raz pierwszy i spodziewano się jakiegoś wybuchu ze strony tej natury dumnej a gorącej, zwłaszcza, że obecność cudzoziemca potęgowała jeszcze występek. Lecz królowa zachowała spokój. Ledwie kilka słów zamieniła z adjutantem, by się dowiedzieć, kiedy widział po raz ostatni Chrystjana.
Około trzeciej w nocy... Jego Królewska Mość szedł pieszo bulwarem wraz z księciem Axelem.
— Ach, prawda!... Zapomniałam... Mieli z sobą do pomówienia.
Ta spokojna intonacja powróciła jej całkowitą pogodę. Lecz nie zwiodło to nikogo. Wszyscy znali księcia Axela, wiedziano dobrze, do jakiej rozmowy umówionej zdolny był Jego Wysokość Książę, upadły i złowieszczy typ viveura.
— Siadajmy do stołu, — rzekła Fryderyka, gestem monarszym nakazując całemu gronu spokój, jaki sama usiłowała ujawnić.
Ktoś musiał podać królowej ramię. Nieobecność króla sprawiła, iż Fryderyka zawahała się. Nagle, zwracając się do hrabiego Żary, śledzącego swemi dużemi oczyma tę scenę z całem zrozumieniem dziecka chorowitego i przedwcześnie dojrzałego, rzekła z głęboką tkliwością, niemal z czcią i poważnym uśmiechem, niewidzianym u niej:
— Proszę, Wasza Królewska Mości.

IV.
Król się bawi.

Godzina trzecia w nocy na zegarze kościoła Św. Ludwika.
Pogrążony w ciszy i mroku pałac de Rosenów śpi kamiennym snem ciężkich przez czas spojonych głazów, masywnych bram owalnych o starodawnej kołatce; a poza spuszczonemi żaluzjami zgaszone lustra odbijają jeno sen wieków, którego zjawami są, rzekłbyś, lekkie na pułapach malowidła, a oddechem nierównym i lotnym — szmer bliskiej gdzieś wody. Ale najmocniej śpi w całym pałacu książę Herbert, który dopiero przed kwadransem wrócił z klubu, wyczerpany, zmożony, klnąc uciążliwy żywot viveura minio woli, dzięki czemu pozbawiony jest tego, co najwięcej kocha: koni i żony. Króla bowiem nie pociąga zgoła czynne życie na powietrzu, życie sportowca; a ponieważ król i królowa spędzają czas zdala od siebie, spotykając się tylko w godzinach posiłku, więc adjutant i dama dworu podporządkowują się temu trybowi, oddzieleni niby dwoje powierników w tragedji. Księżna udaje się do Saint-Mandé na długo przed obudzeniem się męża; gdy wraca on w nocy, śpi już, zamknąwszy się szczelnie. A gdy książę się skarży, Koleta odpowiada mu majestatycznie, choć uśmiech tai się w jej dołeczkach: „Tę ofiarę winniśmy naszym władcom“. Sroga to klęska dla zakochanego Herberta: pozostawiony w samotności wielkiej komnaty na pierwszem piętrze, widzi o cztery metry nad sobą pułap, a nad drzwiami malowidła Bouchera; wielkie zwierciadła wpuszczone w ściany odbijają jego postać w nieskończonych perspektywach.
A jednak, nieraz, będąc tak jak dziś znużony, mąż Kolety doznaje jakiegoś egoistycznego błogostanu; wyciąga się w łóżku, wolny od rozmówek małżeńskich i wraca do swych miłych nawyczek kawalerskich, okręcając głowę wielkim fularem jedwabnym, w którym nie śmiałby się pokazać drwiącym oczom swojej Paryżanki. Ledwie, znużony nocną włóczęgą, położył adjutant głowę na haftowanej poduszce herbowej, już zapada, niby w wilczym dole, w głębiach zapomnienia i odpoczynku. Lecz nagle wydobywa go stamtąd przykre uczucie światła, przesuwanego kilkakrotnie przed oczyma oraz głosik ostry, świdrujący uszy:
— Herbercie... Herbercie...
— Jak? Co?... Kto tu?
— Ciszej, na Boga!... To ja, Koleta.
Jest to, istotnie, Koleta w peniuarze koronkowym, rozchylonym na szyi i rozciętym u rękawów; włosy ma upięte i skręcone, na karku wije się jasna gęstwa, całą zaś postać oblewa mleczne lśnienie niewielkiej latarki, w którem wynika jej spojrzenie, rozszerzone uroczystym wyrazem; nagle ożywia się na widok wystraszonego Herberta, śmiesznego w fularze o groźnie sterczących rogach; nastroszone wąsy, wysuwając się z nocnego nakształt szaty archanielskiej stroju nadają mu wygląd jakowegoś mieszczucha-zabijaki, zbudzonego z ciężkiego snu. Lecz wesołość księżny jest krótkotrwała. Z powagą stawia na stole lampkę i ma stanowczy wyraz kobiety, gotowej wszcząć scenę; nie licząc się wcale z tem, że książę trwa jeszcze w stanie półdrzemki, skrzyżowuje ramiona, palcami dotykając wgłębień na łokciach i zaczyna:
— I to się nazywa życie, tak!... Wracać codziennie do domu o czwartej nad ranem!... Czy to jest właściwe?... Dla człowieka żonatego!...
— Ależ, moja droga (przerywa raptownie, ściągając sobie z głowy fular, który odrzuca precz), to nie moja wina... Ja niczego tak nie pragnę jak wracać możliwie wcześnie do swej Koletki, do ukochanej żony, którą...
Mówiąc to, usiłuje nieco przyciągnąć ku sobie ten śnieżny peniuar o kuszącej bieli, lecz spotyka się z szorstką odprawą.
— Właśnie o ciebie tu chodzi!... Pewnie! Znany jesteś, ty wcielona niewinności, niezdolna do najmniejszego... Chciałabym, żeby było inaczej... Ale król... jego stanowisko!... Pomyśl tylko, jaki skandal sprawia takie postępowanie!... Gdyby jeszcze był wolny, nieżonaty... Młodzi ludzie muszą się bawić... choć i tu — wyżyny, jakie zajmuje, dostojeństwo wygnania... (Koletka, wyprostowana na wysokich obcasikach, prawiąca o dostojeństwie wygnania). Ale — jest żonaty. I nie pojmuję, że królowa... Ta kobieta nie ma więc w żyłach krwi!
— Koleto...
— Tak, tak, wiem... Ty, jak i twój ojciec... Wszystko, co czyni królowa... Otóż według mnie jest równie winna, co i on... To ona doprowadziła do tego swoim chłodem, obojętnością...
— Krolowa nie jest chłodna: jest dumna.
— Słowa! Czy kobieta bywa dumna, gdy kocha?... Jeśliby go kochała, pierwsza noc spędzona poza domem byłaby ostatnią. Trzeba się odezwać, grozić, wystąpić. Nie wolno zachowywać tego tchórzliwego milczenia w obliczu win, niosących zagładę... To też obecnie król spędza noce na bulwarach, w klubie, u księcia Axela, Bóg wie, w jakiem towarzystwie!
— Koleto... Koleto...
Lecz któż zdoła powstrzymać Koletę, skoro już puściła wodze wymowie, obfitej jak u każdej mieszczki wychowanej w owym pełnym podniet Paryżu, gdzie nawet lalki mówią.
— Ta kobieta, powiadam ci, nie kocha nikogo, nawet syna... Czyżby inaczej powierzyła go temu dzikusowi?... Oni zamęczają to biedactwo pracą!... Podobno recytuje łacinę w nocy przez sen... Opowiadała mi margrabina... Królowa nie opuszcza ani jednej lekcji... We dwoje pastwią się nad tem dzieckiem... Żeby panowało!... Ależ je przedtem uśmiercą... O, nienawidzę tego twojego Méraut!
To jednak dobry chłopiec... Mógł mi sprawić wiele przykrości w związku z książką... A przecież nie pisnął słówkiem.
— Istotnie?... Otóż mogę cię zapewnić, że gdy ktoś winszuje ci wobec królowej, ona spogląda na ciebie ze szczególnym uśmieszkiem. Ale ty jesteś tak naiwny, mój biedny Herbercie!
Widząc zagniewaną minę męża, który zaczerwienił się nagle, wydąwszy usta w dziecięcym dąsie, księżna doznaje lęku, że posunęła się zbyt daleko i nie zdoła uzyskać tego, po co przyszła. Ale czy podobna gniewać się na tę śliczną kobietkę, co siedzi na krawędzi łóżka, napół odwróciwszy głowę ruchem pełnym kokieterji, każąc podziwiać młodą i jędrną pod koronkami kibić, gładką krągłość szyi, oko wyzywająco filuterne pośród rzęs! Poczciwe oblicze księcia odzyskuje rychło wyraz uprzejmości, nawet zaczyna się szczególnie ożywiać pod wpływem ciepłego dotyku tej rączki i subtelnego zapachu kochanej kobiety... Czegóż to chce się dowiedzieć Koletka?... Drobiazg, pewna informacja... Czy król ma kochanki, czy też nie?... Czy pociąga go namiętność gry, czy tylko upodobanie do rozkoszy i gwałtownych rozrywek?... Adjutant waha się z odpowiedzią. Towarzysz na wszystkich placach boju lęka zdradzić się, opowiadając tajemnicę zawodową. Ale trzymana rączka tak jest pieszczotliwa, tak prosi i nalega, że adjutant Chrystjana II przestaje się opierać:
— A więc, tak, król ma obecnie kochankę.
Rączka Kolety staje się w jego dłoni wilgotna i zimna.
— I któż jest tą kochanką? pyta młoda kobieta głosem stłumionym, zdyszanym.
— Jest to aktorka z Bouffes... Amy Férat.
Koleta zna dobrze ową Amy Férat, nawet uważa, że jest okropnie szpetna.
— Oh! mówi w formie usprawiedliwienia Herbert, — Jego Królewska Mość nie ma zamiaru tego przeciągać.
A Koleta — z widocznem zadowoleniem:
— Doprawdy?
Wówczas Herbert, zachwycony swym sukcesem, ośmiela się nawet musnąć satynową kokardę chwiejącą się przy dekolcie peniuaru i lekkim tonem ciągnie dalej:
— Tak, lękam się, że któregoś dnia otrzyma Amy Férat swoją małpkę.
— Małpkę?... Jakto?...
— No tak, zauważyłem, a i inni, znający króla bliżej, wiedzą równie dobrze, że gdy jakaś miłostka zaczyna mu ciążyć, król posyła jedną ze swych małpek... To jego szczególny sposób rozstania się z kobietą, której już nie kocha...
— A, to dopiero! — woła oburzona księżna.
— Święta prawda!... W klubie nie mówi się już: porzucić kochankę, lecz — posłać jej małpkę.
Przerywa osłupiały widząc, że księżna wstaje gwałtownie, bierze latarkę i wyprostowana wychodzi z alkowy.
— Ależ... Koleto!.. Koleto...
Księżna odwraca się z pogardą.
— Ach, dosyć mam tych obrzydliwych historyj!... Czuję wstręt...
I podniósłszy portjerę, pozostawia w osłupieniu niefortunnego króla gogusiów, który wyciągnąwszy ramiona, pełen zdumienia i serdecznej troski, nie może zrozumieć powodu tej spóźnionej wizyty ani błyskawicznego odwrotu. Szybkim krokiem wyjść teatralnych Koleta zmierza do swego pokoju na przeciwległym krańcu pałacu, zmiąwszy w ręku powłóczysty tren peniuaru. Na poduszce o wschodnim hafcie, śpi na szezlongu rozkoszne zwierzątko o włosiu szarem, jedwabistem niby pióra, długim i puszystym ogonie, dźwigające srebrny dzwoneczek przywiązany dokoła szyi na różowej wstążce. Jest to przemiła małpka, przysłana kilka dni temu przez króla w koszyku z południowej słomy a przyjęta z wdzięcznością jako dowód hołdu. Ach, gdyby znała sens tego upominku! Chwyta z wściekłością zwierzę, kłębek żywego jedwabiu uzbrojonego w pazury, pośród którego błyszczy para oczu ludzkich, zbudzonych ze snu. Otworzywszy gwałtownie okno woła:
— Ty... wstrętna bestio!
Małpka stacza się na dół, a wraz z nią znika, by zamrzeć wśród nocy — delikatne i równie kapryśne marzenie biednej istotki, która rzuciwszy się twarzą na łóżko łka, wciśnięta w poduszki.
Romans ich trwał prawie rok, całą wieczność dla tego dziecka, płochego jak motylek. Wystarczyło jedno jego skinienie... Koleta de Rosen, olśniona, oczarowana padła w ramiona królewskie, ona co została dotychczas uczciwą kobietą nie z miłości do męża, lecz że w tym ptasim móżdżku tkwiła troska o czystość piórek, chroniąca od upadku, który bruka. A wreszcie i dlatego, że była istotnie Francuską, że pochodziła z rasy kobiet, które Moljer określił, o wiele wcześniej niż współcześni fizjologowie, jako pozbawione temperatury, i obdarzone wyłącznie wyobraźnią oraz próżnością.
Mała Sauvadon oddała się nie Chrystjanowi, lecz — królowi Ilirji. Przyniosła siebie w ofierze owemu idealnemu djademowi, jaki widziała, poprzez legendy, lekturę banalną i romantyczną, — niby aureolę — nad egoizmem i zmysłowością swego kochanka. Podobała mu się, dopóki widział w niej zabawkę nową, o delikatnych barwach, zabawkę paryską, która miała go wtajemniczyć w intensywniejsze rozrywki. Lecz okazała zły smak, traktując poważnie swe stanowisko „kochanki królewskiej“. W ambitnych jej marzeniach, jaśniej od prawdziwych klejnotów lśniły wszystkie postacie kobiet napół historycznych, cały ten stras korony. Nie godziła się być Dubarry, ale — Châteauroux tego Ludwika XV w opałach, I tematem wszystkich jej rozmów z królem stało się odzyskanie Ilirji, snucie konspiracyj, kierowanych poruszeniem wachlarza, zamachy, bohaterskie lądowania. Widziała już siebie na czele rewolty narodowej, zmuszoną kryć się w zagrodach i zbożach, jak owe słynne amazonki Wandei, których przygody musiały czytać w klasztorze Sacré-Couer. Wymyśliła sobie nawet strój pazia — strój bowiem odgrywał zawsze pierwszą rolę w jej pomysłach — ślicznego pazika renesansowego, — co ułatwiłoby widzenie z królem o każdej porze i nieodstępne towarzyszenie mu. Chrystjan niezbyt lubił te egzaltowane marzenia; bystrość umysłu wskazywała mu szybko cały fałsz tego i naiwność. Zresztą miał kochankę nie do toczenia rozmów politycznych, i gdy trzymał na kolanach wśród pieszczot i miłosnego oddania swoją Koletkę o miękkich ramionach i różowem pysiu, przypomnienie niedawnych postanowień Sejmu w Lublanie lub ostatniej proklamacji rojalistowskiej napełniało serce jego drżeniem, niby nagła zmiana temperatury i przymrozki kwietniowe wśród kwitnącego ogrodu.
Wówczas zjawiły się skrupuły i wyrzuty sumienia, skrucha skomplikowana i naiwna Słowianina i katolika. Zadowoliwszy kaprys, zaczynał odczuwać potworność tego stosunku, tak blisko królowej, niemal w jej oczach, niebezpieczeństwo spotkań chyłkiem, pośpiesznie, w hotelach, gdzie incognito ich mogło być poznane, i okrucieństwo tkwiące w zdradzaniu istoty, równie dobrej, jak ów poczciwiec Herbert, który o żonie mówił z tkliwością nigdy niezaspokojoną i nie przypuszczał, spotykając się z królem w klubie, widząc jego wzrok błyszczący, cerę rozpaloną i humor udatnego przedsięwzięcia, że — wraca z objęć Kolety. Lecz najbardziej ze wszystkich krępował go książę de Rosen, pełen nieufności wobec zasad synowej, z innej pochodzącej kasty, oraz — niepokoju o syna, który miał według niego minę „rogacza“, — mówił to jak stary wyga, — tembardziej, iż czuł się odpowiedzialny, bowiem jego to skąpstwo spowodowało ów mezaljans. Śledził więc Koletę, przywoził ją rano i odwoził wieczorem, i nie odstępowałby ani chwili, gdyby ta zręczna osóbka nie wyślizgiwała mu się wciąż z szorstkich palców. Był to stan cichej wojny. Stary książę, siedząc w biurze, widział nie bez troski, przez okno intendentury, jak piękna synowa obmyślała wraz z swym krawcem urocze toalety, jak wciskała się w róg powozu, zaróżowiona poza szybą zamgloną, albo osłonięta parasolką z frendzlą w dni słoneczne.
— Wychodzisz?
— Sprawy królowej! — odpowiadała triumfująco z poza woalu mała Sauvadon. Była to prawda: Fryderyka trzymała się zdała od wrzawy Paryża, zlecając chętnie wszystkie sprawunki swej damie dworu, nie mogła bowiem zrozumieć próżności, skłaniającej do wygłaszania w modnym magazynie nazwiska i tytułów królewskich pośród uniżoności personelu i badawczej ciekawości obecnych kobiet. To też zbywało jej na popularności światowej. W salonach nie rozprawiano nigdy o kolorze jej włosów lub oczu, o jej postawie majestatyczne], choć nieco sztywnej, i swoistym sposobie noszenia mód paryskich.
Pewnego dnia zrana, książę widząc Koletę wychodzącą z Saint-Mandé, pełną sztucznej powagi, z pod której wynikała wyraźnie właściwa jej egzaltacja gryzetki, zaczął instynktownie, nic nie wiedząc — prawdziwi myśliwi mają takie nagłe olśnienia — iść za nią długo, bardzo długo, aż do słynnej restauracji na quai d‘Orsay. Dzięki zręcznej pomysłowości, księżnie udało się uwolnić od ceremonialnego posiłku przy stole królowej, i teraz dążyła na śniadanie z kochankiem, w oddzielnym gabinecie. Siedzieli przy niskiem oknie, skąd rozciągał się wspaniały widok: Sekwana złocąca się w słońcu, nieco ztyłu Tuilerje — masa kamieni i drzew, a tuż obok krzyżujące się maszty szkolnej fregaty wśród zieleni ocieniającej płyty wybrzeża, ozdobione kawałkami niebieskiego szkła. Czas wymarzony na spotkanie: łagodność pięknej pogody i orzeźwiające podmuchy. Nigdy Koleta nie śmiała się równie serdecznie; śmiech był triumfem perlistym jej wdzięku, i Chrystjan uwielbiając ją, gdy była tylko czarująca kokietką, którą w niej kochał, rozkoszował się wykwintnem śniadaniem w towarzystwie swej kochanki, Nagle spostrzegła nawprost na trotuarze teścia, przechadzającego się tam i z powrotem, krokiem miarowym, i zdecydowanego na długie wyczekiwanie, niby szyldwach, strzegący drzwi, — które, jak wiedział, były, jedynym wejściem do restauracji, — oraz pięknych oficerów zgrabnych i zaciśniętych w mundury, nadchodzących z sąsiednich koszar kawałerji. Bowiem, jako były generał honwedów, uważał wojskowych za nieodpartych i nie wątpił, że synowa jego nawiązała intrygę z kimś co nosi ostrogi i pałasz.
Niepokój Kolety i króla był istotnie wielki i przypominał zakłopotanie uczonego siedzącego na palmie, pod którą przeciągał się krokodyl. Wiedzieli przynajmniej, pewni dyskrecji i nieprzekupności personelu, że krokodyl nie dostanie się do środka. Lecz, jak stąd wyjść? Mniejsza zresztą o króla. Miał czas pokonać cierpliwość bestji. Ale Koleta! Królowa czekać będzie na nią, może przyłączy do podejrzeń starego Rosena, swoje własne. Gospodarz zakładu, którego Chrystjan zawezwał i wtajemniczył w całą sprawę, oświadczył po długim namyśle, że trzeba przebić mur w sąsiednim domu, jak w czasie rewolucji, poczem wymyślił prostszy sposób. Księżna przebierze się w strój piekarczyka, toaletę zaś zwinąwszy zabierze w niecce, umieszczonej na główne; następnie przebierze się u kasjerki zakładu, która mieszka w sąsiedztwie. Z początku Koleta nie chciała słyszeć o tej szpetnej maskaradzie w obecności króla! Nie było jednak rady i — pod grozą gorszej jeszcze katastrofy — świeżo uprasowany strój czternastoletniego urwisa przeistoczył księżnę de Rosen z domu Sauvadon w najładniejszego i najwdzięczniejszego z piekarczyków, jacy przebiegają ulice paryskie w godzinach świeżego wypieku. Lecz jakże daleko było tej mycce z białego płótna i dziecięcym trzewikom, w których pływała jej noga, tej kurtce o kieszeniach, dzwoniących miedziakami napiwków, do stroju bohaterskiego pazia, co w wysokich butach, ze sztyletem o rękojeści z perłowej macicy miał, — w ambitnych planach — towarzyszyć swemu Larze!... Książę, nie spodziewając się niczego, patrzył, jak go mijały dwa piekarczyki, z koszami na głowie, a smakowity zapach świeżego pieczywa wzbudzał w nim w sposób okrutny pierwsze kurcze głodu — biedak był naczczo! W gabinecie, król, wprawdzie uwięziony, lecz wolny od ciężkiej troski, czytał, popijając Roederera i spoglądając przez uchyloną portjerę, czy krokodyl jest jeszcze.
Powróciwszy wieczorem do Saint-Mandé, stary Rosen ujrzał na ustach księżny najniewinniejszy z uśmiechów. Zrozumiał, że go wyprowadzono w pole i nie pisnął ani słówkiem o całej przygodzie. Rzecz stała się jednak głośna. Kto wie, przez jakie szpary w salonie czy przedpokoju, lub uchylone okno karety, dzięki jakiemu echu, między głuchą ścianą, a niememi drzwiami szerzy się w Paryżu skandaliczna pogłoska, zanim wyjrzy na szeroki świat, to jest dotrze do pierwszej kolumny modnego dziennika, a stamtąd do tłumu, wciskając się w tysiące uszu, stając się publiczną hańbą, tak jak była dotychczas zabawną anegdotą w ciasnem kole? W ciągu tygodnia Paryż bawił się historją małego piekarczyka. Nazwiska szeptane możliwie najciszej ze względu na tak wielkie osoby nie przeniknęły grubego naskórka Herberta. Lecz królowa domyślała się przygody, bowiem ona, która od czasu strasznej sceny zrobionej w Lublanie nigdy nie czyniła królowi wyrzutów, pewnego dnia, gdy wstawali od stołu, wzięła go na stronę.
— Opowiadają dużo, — rzekła poważnie, nie patrząc nań, o jakiejś skandalicznej historji, w którą zamieszana jest twoja osoba. O, proszę się nie bronić!... Nie chcę nic więcej słyszeć... ale pamiętaj o tem, co ci zostało powierzone. (Wskazywała ręką koronę o przysłoniętych w kryształowem puzdrze blaskach). Bacz, aby nie dotknęła jej hańba ani śmieszność... Trzeba, aby nasz syn mógł ją nosić.
Czy znała całą tę historję do gruntu, czy odgadywała prawdziwe nazwisko kobiety przez pół tylko zdemaskowanej, dzięki obmowie? Fryderyka tak była silna, tak nad sobą panowała, że nikt z jej otoczenia nie zdołałby na to odpowiedzieć. Lecz Chrystjan uznał to za ostrzeżenie: w obawie scen i komplikacyj, i czując, jako słaby charakter, potrzebę oglądania wokół siebie uśmiechów, odpowiadających na wieczysty uśmiech jego beztroski, zdecydował się posłać Kolecie najładniejszą i najwdzięczniejszą z małpek. Na listy księżny nie odpowiadał, nie chciał zrozumieć ani westchnień, ani bolejących póz i w dalszym ciągu okazywał w rozmowie tę lekką uprzejmość, którą kobiety w nim lubiły; uwolniony od tego wyrzutu sumienia, coraz cięższego w miarę zmniejszania się kaprysu, nie czując obok siebie tego przywiązania bardziej tyrańskiego niż uczucie żony, rzucił się niepohamowanie w wir rozkoszy, myśląc jedynie o zabawie. Choć etykieta jej się zmieniła, niezmiennie monotonne zostają słynne restauracje, gdzie się to wszystko odbywa, — owe sale zdobne w złocenia i kwiaty, dokąd zaprasza się modne kobietki, oraz — denerwująca banalność uciechy, przechodzącej w orgję, ale niezdolnej do jakiejś inwencji. Niezmienna pozostaje klasyczna głupota tego zbiorowiska gogusiów i półgłówków, stereotypowość ich żargonu i śmiechu, świat, pozbawiony fantazji, równie mieszczański, co i tamten, i równie konwencjonalny, mimo pozorów szaleństwa, przepisowa rozpusta, programowa wesołość wśród nudy ziewającej i znużonej.
Król, przynajmniej, bawił się z werwą czternastoletniego urwisa, przynosząc z sobą to wygłodzenie, które od pierwszego zaraz dnia pociągnęło go do Mabille, i zaspakajał pragnienia długo zaostrzane zdała dzięki lekturze pewnych pism paryskich, podających codzień apetyczne menu życia frywolnego przy pomocy sztuk i powieści, co je idealizują dla prowincji i zagranicy. Stosunek z panią de Rosen powstrzymał go przez jakiś czas na tej pochyłości łatwej rozkoszy, podobnej do wąskich schodków nocnych restauracyj, zalanych światłem; w zejście to, wyłożone u góry dywanem, zstępuje się krok za krokiem, w stanie początkowego podchmielenia, im niżej tem szybciej, w przeciągu otwartych drzwi, aż wreszcie staje się wobec rynsztoka i niepewnej godziny, kiedy grasują męty i rzezimieszki. Chrystjan znajdował się obecnie na tej równi pochyłej, bliski upadku, a odwagi i podniety dodawał mu, w stopniu silniejszym jeszcze niż wina przy deserze, mały dwór, klan, który go otaczał, wykolejeni arystokraci, czyhający na naiwność panujących dziennikarze — hulaki, których opłacane artykuły bawiły go: dumni z tej poufałości ze znakomitym wygnańcem, prowadzili go za kulisy teatrów, gdzie kobiety jego tylko widziały, wzruszone i wyzywające szminką na wybladłych policzkach, udając zgorączkowane zmieszanie. Oswoiwszy się szybko z językiem bulwarów, jego grymasami, wynaturzeniem i słabostkami, mówił, jak urodzony modniś: „Szyk, pierwsza klasa... Kiepska sprawa... Boki zrywać...“ lecz mówił to mniej wulgarnie, dzięki akcentowi cudzoziemskiemu, co uszlachetniał żargon, nadając mu posmak cyganerji. Był też jeden wyraz, który przypadł mu szczególnie do smaku: bajeczny. Używał go przy każdej sposobności, przy każdej ocenie. Sztuki teatralne, powieści, wydarzenia państwowe lub prywatne były dlań bajeczne, lub niemi nie były.
To uwalniało Jego Królewską Mość od rozumowania. Pod koniec jakiejś tam kolacji, Amy Férat, pijana i zirytowana ciągiem powtarzaniem tego słowa, zawołała doń:
— „Hej, ty, Bajeczny!“....
Ta poufałość podobała mu się Przynajmniej ta jedna nie traktowała go, jak króla, Została jego kochanką, i potem nawet po zerwaniu z tą modną aktorką, pozostał mu ten przydomek, podobnie, jak Podkurek, nadany księciu Axelowi, choć nikt nie wiedział zgoła, dlaczego.
Bajeczny i Podkurek, tworzyli parę przyjaciół, nie rozstających się, wspólnie polujących na wszelką zwierzynę, i nawet w buduarach splatały się ich losy, niemal identyczne, bowiem niełaska księcia była prawdziwem wygnaniem. Od dziesięciu lat zapełniał je zabawą, której oddawał się we wszystkich lokalach bulwarowych z zapałem karawaniarza. Król Ilirji uważał pałac Axela na Połach Elizejskich za swój apartament. Zrazu nocował tam kilkakrotnie, potem równie często, jak w Saint-Mandé. Ta nieobecność w domu, pozornie usprawiedliwiona i umotywowana, nie odbierała spokoju królowej, lecz księżnę pogrążała w czarnej rozpaczy. Zapewne pocieszała się w zranionej dumie nadzieją odzyskania tego płochego serca. W tym celu stosowała tysiąc sposobów z dziedziny kokieterji, zmieniając stroje i uczesanie, kombinując krój i barwy, harmonizujące z powabem jej urody. I jakież to było rozczarowanie, gdy z nadejściem godziny siódmej wieczór król nie się zjawił, a Fryderyka, niezmącona w swym spokoju, oświadczywszy: „Jego Królewska Mość nie będzie na obiedzie“, rozkazywała postawić na honorowem miejscu wysokie krzesło małego Zary! Nerwowa Koleta, zmuszona milczeć i stłumić troskę, pragnęła ze strony królowej, jakiegoś wybuchu, któryby je pomścił obie. Ale Fryderyka, ledwie nieco bledsza, trwała w majestatycznym spokoju, nawet gdy księżna wtrącała z okrutną zręcznością kobiecą drażniące aluzje, próbując uczynić rewelacje o klubach paryskich, brutalności gawęd męskich, rozrywkach bardziej jeszcze brutalnych, o szalonej grze, podczas której padały fortuny, niby zamki z kart, ekscentrycznych zakładach, zapisywanych w specjalnej księdze, interesującej, jako złota księga zboczeń ludzkich. Lecz daremne czyniła wysiłki, królowej nie dotykały te ukłócia, nie rozumiała ich lub nie chciała rozumieć.
Raz jeden tylko zdradziła się rankiem, w lasku Saint-Mandé, podczas przejażdżki konnej.
Tego dnia panował przykry chłód marcowy, marszcząc wodę jeziora i pędząc ją ku brzegom, sztywnym jeszcze i bezkwietnym. Ledwie jakiś pąk widniał na nagich krzakach wśród czerwonych jagód zimowych; konie szły obok siebie ścieżką pełną zeschłych gałęzi, które wydawały dźwięczny chrzęst nowych rzemieni w pustynnej ciszy lasku. Obydwie kobiety, doskonałe amazonki, jechały stępa, zatopione w spokojności przejściowej pory, kiedy to zbiera się ponowa w niebie pełnem wody i w ziemi, czarnej od ostatnich śniegów. Jednak Koleta podjęła rychło ulubiony temat, jak zwykle, gdy była sama z królową. Nie śmiała zaatakować króla wprost, lecz brała odwet na otoczeniu, na arystokratach z Grand Clubu, których znała dzięki Herbertowi oraz kronice paryskiej, nie szczędząc ich, zwłaszcza księcia Axela. Doprawdy nie zrozumiała, że gustowano w towarzystwie takiego człowieka, co spędza życie na grze i jedzeniu, przebywa Bóg wie z kim, a wieczorami siaduje na bulwarach obok pierwszej lepszej dziewczyny, pije z każdym do późna, jak dorożkarz, i jest za pan brat z podrzędnymi aktorami, I to ma być następca tronu!... Zapewne sprawia mu przyjemność to poniżenie i brukanie królewskości we własnej osobie.
Brnęła coraz dalej, pełna ognia i gniewu, podczas gdy królowa, umyślnie roztargniona i błądząc wzrokiem, głaskała szyję wierzchowca, przyśpieszając nieco tempo, jak gdyby chciała wymknąć się opowiadaniom swej damy dworu. Ale Koleta nie pozostała w tyle.
— Zresztą, książę Axel miał się w kogo wdać. Zachowanie jego wuja jest tyleż warte. Król, który z całym bezwstydem pokazuje się w towarzystwie kochanek wobec swego dworu, wobec żony... Cóż to za niewolniczy charakter musi tkwić w królowej, znoszącej podobne obelgi!
Tym razem cios był celny. Fredyryka zadrżała, spuściwszy oczy, a twarz jej, w jednej chwili postarzała, przybrała wyraz tak stroskany i bolesny, że Koleta doznała wzruszenia, wadząc cierpiącą kobietę w tej dumnej władczyni, której serca nie mogła dotąd dosięgnąć. Lecz królowa wnet odzyskała spokój:
— Osoba, o której pani mówi jest królową, — rzekła żywo i byłoby niesprawiedliwością sądzić ją, jak inne kobiety. Inne mogą być szczęśliwe lub nieszczęśliwe jawnie, wypłakać wszystkie łzy i krzyczeć, gdy ból zbyt jest dojmujący. Lecz królowe!... Muszą kryć, zdusić w sobie wszystko: cierpienia macierzyńskie, cierpienia małżeńskie... Czy królowa może opuścić dom, gdy doznała obelgi? Czy może się starać o separację, dając w ten sposób widowisko wrogom trenu?... Nie, nawet narażając się na zarzut okrutnej, ślepej, obojętnej, należy trzymać głowę wysoko, aby móc utrzymać koronę. To nie duma nas wspiera, lecz poczucie naszej wielkości. To dzięki niemu ukazujemy się w otwartym powozie, między mężem i dzieckiem, choćby nam groziły strzały spiskowców, dzięki niemu łatwiej znosimy wygnanie i jego poniżenia, oraz znajdujemy dość siły, aby znosić owe okrutne obelgi, o których pani, księżno de Rosen, bodaj czy powinna mi mówić.
Mówiąc to ożywiała się coraz bardziej, dążąc pośpiesznie ku końcowi swej repliki, poczem mocno uderzywszy konia, puściła się galopem przez lasek, w szalonym niby wiatr pędzie, który rozwiewał błękitny woal i fałdy jej amazonki.
Odtąd Koleta zostawiła królowę w spokoju, lecz ponieważ nerwy jej domagały się rozrywki i uspokojenia skierowała gniew swój i drażniące strzały przeciwko Elizeuszowi i przeszła zdecydowanie na stronę margrabiny, bowiem dom królewski dzielił się na dwa obozy. Elizeusz miał za sobą tylko O. Alfeusza, którego mowa szorstka i obcesowa zawsze była gotowa przyjść w razie potrzeby z odsieczą. Ale mnich odbywał częste podróże do Ilirji, obarczony przez zakład macierzysty przy ulicy des Fourneaux misją do klasztorów franciszkańskich w Raguzie i Zarze. Taki przynajmniej był pretekst wyjazdów połączonych z najgłębszą tajemnicą; a wracał z nich z coraz większym zapałem, szybkim i gwałtownym krokiem przebiegając schody, z różańcem w rękach i przeżuwając modlitwę niby jakąś masę. Zamykał się na długo z królową, poczem znów wyjeżdżał, a koterja margrabiny tem swobodniej jednoczyła się przeciwko wychowawcy. Zaczynając od starego księcia, którego nawyk do dyscypliny wojskowej oraz towarzyskiej raził niedbały wygląd i nastroszona czupryna Mérauta, kończąc na kamerdynerze Lebeau, instynktownym wrogu wszelkiej niepodległości, i ostatnim koniuchu lub kuchciku, dworzaninie pana Lebeau, nie wyłączając nawet nieszkodliwego Boskowicza, czyniącego co i inni przez tchórzostwo i poszanowanie ogółu, wszyscy utworzyli istną koalicję przeciwko nowemu guwernerowi. Wyrażało się to mniej przy pomocy czynów, niż — słów, spojrzeń, póz, maleńkich utarczek nerwowych, które powoduje wspólne życie ludzi, co się nie znoszą. A pozy, to specjalność pani de Silvis. Lekceważąca, wyniosła, ironiczna, gorzka, przybierała rozmaite wyrazy w obliczu Elizeusza, celując zwłaszcza w ujawnianiu jakiegoś pełnego czci współczucia, tłumionych westchnień, szczególnych spojrzeń kierowanych w górę ilekroć była w obecności młodziutkiego księcia: „Czy Wasza Wysokość nie jest cierpiący?” Dotykała go długiemi i chudemi palcami, ogarniając drżącą pieszczotą. Wówczas królowa głosem wesołym mówiła:
— Ależ, margrabino, pani gotowa jest wmówić w Zarę jakąś chorobę.
— Uważam, że ma nieco gorące czoło i ręce.
— Wraca z przechadzki... To tylko świeże powietrze...
Poczem zabierała dziecko, nieco zmieszana powtarzanemi wobec niej uwagami, legendą o nadmiernej pracy księcia; służba paryska nie dawała temu wiary, lecz ogromna Petscha i stary Greb, przywiezieni z Ilirji, traktowali to poważnie, obrzucając Mérauta złem spojrzeniem, dręcząc go ową dokuczliwością, antypatją, którą służba z łatwością stosuje wobec osób zależnych i roztargnionych. Odnajdował te same prześladowania, małostki i zazdrość, co w pałacu w X..., to samo rojowisko dusz pełzających dokoła tronu, od czego nie uwalnia, jak się zdaje, wygnanie i niedola. Miał naturę zbyt wspaniałomyślną i szczerą, żeby nie cierpieć wskutek owej uporczywej niechęci; czuł się nią skrępowany, a jego sposób bycia, prosty i przyjazny, jego nawyki artysty — cygana, doznawały ucisku pośród przymusowego ceremoniału, w czasie posiłków przy świetle wysokich świeczników, kiedy mężczyźni we frakach i dekoltowane kobiety zasiadali w oddaleniu dokoła dużego stołu, nie śmiejąc mówić ani jeść, zanim pozwoli król i królowa, pozostając pod obuchem bezlitosnej etykiety, której szef domu cywilnego i wojskowego przestrzegał tem ściślej, im dłużej trwało wygnanie. Zdarzało się jednak, że dawny student z ulicy Monsieur-le-Prince, przychodził na obiad w kolorowym krawacie, mówił bez pozwolenia, rozpoczynając z werwą jedną z owych wymownych improwizacyj, któremi rozbrzmiewały jeszcze ściany kawiarni Woltera. Wówczas to piorunująco spojrzenia, jakie na siebie ściągał, waga, jakiej nabierało najmniejsze wykroczenie przeciwko etykiecie minjaturowego domu, budziły w nim wielką chęć rozstanie się z tem wszystkiem i powrotu do dzielnicy, jak to już raz uczynił.
Ale istniała wszak królowa.
Pozostając w pobliżu Fryderyki, — dziecko stało między niemi, — zapłonął ku niej fanatycznem przywiązaniem, pełnem czci, podziwu i zabobonnej wiary. W jego oczach była streszczeniem i symbolem ideału królewskości, podobnie jak dla chłopa z Zatybrza Matka Boska stanowi wszystką religję. Dla królowej pozostawał tu, dla niej znajdował odwagę w pełnieniu aż do końca ciężkiego obowiązku. Tak, niezmiernie ciężkiego, żmudnego. Ileż się biedził, aby uprzystępnić cośkolwiek główce tego królewskiego dziecięcia! Mały Zara był pełen wdzięku, łagodny i dobry. Nie zbywało mu na chęciach. Odgadywało się w nim poważną, rzetelną duszę matki, a obok — coś nieokreślenie lekkiego, młodszego od jego lat. Umysł widocznie nie dotrzymywał kroku tej małej postaci, postarzałej, skurczonej, której nie nęciła gra, a poddającej się marzeniu, przechodzącemu nieraz w zapamiętanie. Kołysany od najmłodszych lat, — które były dlań okresem długiej konwalescencji — fantastycznem bajaniem wychowawczyni, dostrzegał w zaraniu swego życia to tylko, co przypominało znane opowieści, w których wróżki i dobre genjusze otoczały królów i królowe, wyzwalając ich z ponurych zamczysk i lochów, uwalniając od prześladowań i zasadzek dotknięciem różdżki czarodziejskiej, usuwając szklane ściany, kolczaste wały, smoki, zionące ogniem, i wiedźmy, zmieniające ludzi w zwierzęta. Podczas lekcji, gdy mu objaśniano coś trudnego, mówił: „To, jak w historji o małym krawczyku“, a czytając opis jakiejś wielkiej bitwy dodawał: „Olbrzym Robistor więcej położył trupem“. Poczucie cudowności, tak silnie w nim rozwinięte, napełniało go właśnie roztargnieniem, zdolnem pogrążyć na długie godziny w nieruchomości na kanapie, pośród poduszek: w oczach przewijała się fantasmagorja zmienna i płynna, lśnienie fałszywego światła, cudownych obrazów czarodziejskich. Wszystko to utrudniało rozumowanie, poważną pracę, jakiej od niego wymagano.
Królowa przysłuchiwała się lekcjom, trzymając w ręku haft, lecz go nie robiąc, a w pięknem jej spojrzeniu tkwiła uwaga tak cenna dla mistrza, czującego zrozumienie dla wszystkich swych myśli, nawet tych, których nie wyrażał. Dzięki temu szczególnie nastąpiło zbliżenie, dzięki marzeniom i chimerom, co szybują ponad przekonaniami i szerzą je. Uczyniła go swym doradcą i powiernikiem, udając, że zwraca się doń w imieniu króla.
— Panie Méraut, Jego Królewska Mość pragnąłby wiedzieć, co pan o tem sądzi.
A Elizeusza dziwiło niezmiernie, że król nigdy nie zwracał się osobiście w sprawach tak żywo go interesujących. Chrystjan II traktował go z pewnemi względami, używając tonu koleżeńskiej poufałości, sympatycznego, ale bardzo lekkiego. Nieraz, przechodząc przez pokój szkolny, stawał na chwilę, przysłuchując się, pocze kładł rękę na ramieniu następcy:
— Nie trzeba tak forsować — mówił półgłosem, niby echo opinji krążącej wśród domowników... Nie chce pan chyba, żeby był uczonym...
— Chcę, żeby był królem, odpowiadała dumnie Fryderyka.
A widząc beznadziejny gest męża:
— Czyż nie będzie kiedyś panował? Na co król:
— Ależ tak... tak...
I skłoniwszy się głęboko wychodził, przerywając w ten sposób dalszą dyskusję, a zza drzwi dochodziło nucenie arji z modnej operetki: „Będzie z niego król... będzie z niego król... W rezultacie Elizeusz nie wiedział, co ma myśleć o tym monarsze uprzejmym, powierzchownym i kokietującym, pełnym kaprysów, co nieraz rzucał się na kanapę zupełnie wyczerpany, którego uważał za bohatera Raguzy, władcę energicznego i dzielnego, jakim go czynił Pamiętnik. A przecie, mimo zręczności, z jaką Fryderyka maskowała pustkę tej koronowanej głowy, ukrywając się wciąż za osobą króla, zawsze jakaś nieprzewidziana okoliczność odsłaniała ich prawdziwe oblicza.
Któregoś ranka po śniadaniu Fryderyka przeglądając w salonie dzienniki i pocztę, którą zawsze odczytywała pierwsza, wydała okrzyk tak przeciągły i bolesny, że król, zmierzający ku wyjściu, zatrzymał się, a wszyscy otoczyli w jednej chwili królowę. Podawszy dziennik Boskowiczowi, rzekła:
— Proszę czytać.
Było to sprawozdanie z posiedzenia Sejmu w Lublanie oraz rezolucja, jaką przyjęto w sprawie zwrócenia wygnanym władcom wszystkich dóbr koronnych, a ponadto sumy dwóch miljonów pod wyraźnym warunkiem...
— Brawo!... — zawołał nosowym głosem Chrystjan. — To mi najzupełniej konwenjuje, najzupełniej...
— Proszę czytać dalej, — rzekła surowo królowa.
...Pod wyraźnym warunkiem, że Chrystjan II zrzeknie się dla siebie i swych potomków wszystkich praw do tronu Ilirji.
W salonie nastąpił wybuch oburzenia. Stary Rosen dusił się, policzki O. Alfeusza były śmiertelnie blade, co bardziej jeszcze podnosiło czarność brody i oczu.
— Trzeba odpowiedzieć... nie trwać pod wrażeniem ciosu, — rzekła królowa, szukając nerwowo Mérauta, który od pewnej chwili kreślił coś pośpiesznie pochylony nad stołem.
— Oto co jabym napisał... — odezwał się, występując naprzód, i odczytał dumną proklamację do narodu iliryjskiego w postaci listu do pewnego deputowanego rojalistowskiego.
Ten protest, wypowiedziany na plenum parlamentu, ogłoszony we wszystkich dziennikach, został jeszcze za poradą Elizeusza, wysłany w tysiącach egzemplarzy wraz z bagażami O. Alfeusza, przekraczając komory, jako dewocjonalia obok szkaplerzy oliwnych i róż jerychońskich. Opinji rojalistowskiej dało to mocną ostrogę. Zwłaszcza w Dalmacji, dokąd propaganda republikańska przeniknęła w nieznacznym stopniu, budziła wzruszenie wymowa królewska, głoszona z ambony w wielu wioskach, rozpowszechniana przez kwestarzy franciszkańskich, którzy uchyliwszy sakwy na progu domostw, dawali wzamian za masło i jaja drukowany zwitek papieru. Niebawem pojawiły się adresy hołdownicze, pokrywane podpisami i krzyżami, wzruszającemu w swej nieoświeconej dobrej woli; organizowano pielgrzymki.
Do skromnego domu w Saint-Mandé przybywali rybacy, tragarze z Raguzy, których czarny płaszcz okrywał bogaty strój muzułmański, chłopi niemal zupełnie barbarzyńcy, wszyscy obuci w opanki z baraniej skóry, przymocowane do nóg słomianemi powrósłami. Wysiadali grupami z tramwaju, w którym szkarłatne końce dalmatyk, frondzie szarfy i metalowe guzy kamizelek odcinały się jaskrawo od jednostajnej szarości odzienia paryskiego, pewnym krokiem przechodzili przez dziedziniec, poczem zatrzymawszy się w przedsionku porozumiewali się pocichu, wzruszeni i onieśmieleni. Méraut, obecny przy tych wszystkich prezentacjach, czuł się do głębi wstrząśnięty. Odżywała legenda dziecięctwa w entuzjazmie tych przybyszów zdaleka, i cisnęły się wspomnienia podróży mieszczan z Rey do Frohsdorfu, prywacje i przygotowania przedwyjezdne, niewyznane niepowodzenia powrotu, a zarazem sprawiała cierpienie obojętność i udręka Chrystjana, który po skończonej wizycie wydawał westchnienia ulgi. Króla wyprowadzały z równowagi te pielgrzymki, przeszkadzając przyjemnościom i nawykom, skazując na długie pozostawanie w Saint-Mande. Jednak przez wzgląd na królowę odpowiadał jakiemś banalnem zdaniem na przerywane łzami zapewnienia tych wszystkich biedaków, aby potem powetować sobie tę nudę jakąś facecją, karykaturą skreśloną na rogu stołu w szyderczej myśli, podkreślonej grymasem ust. W ten sposób wyszydził syndyka rybaków z Branizzy, poczciwca o szerokiej twarzy południowej, obwisłych policzkach i okrągłych oczach, zroszonych łzami, kapiącemi na podbródek, drżącego z zazdrości na widok swych monarchów. Nazajutrz arcydzieło krążyło dokoła stołu pośród okrzyków i śmiechu biesiadników. Nawet stary książę, pełen pogardy pospólstwa, skrzywił się na znak niezwykłej wesołości, aż wreszcie rysunek dotarł poprzez hałaśliwe pochlebstwa Boskowicza do Elizeusza. Ten spoglądał nań długo i bez słowa oddał sąsiadowi, a gdy król, z drugiego końca stołu zapytał przez nos tonem impertynenckim:
— Cóż to, pan Méraut się nie śmieje?... A przecie mój syndyk jest ucieszny.
— Nie mogę się śmiać, Wasza Królewska Mości, odparł ze smutkiem Méraut... To jest portret mojego ojca.
W jakiś czas potem Elizeusz był mimowolnym świadkiem sceny, która wyjaśniła mu ostatecznie charakter Cbrystjana i stosunki łączące go z królową. Było to w niedzielę, po mszy. Mały pałacyk, o wyglądzie niezwykle uroczystym, otworzył naoścież bramy od ulicy Herbillon, a cała liberja stała uszeregowana w przedpokoju pełnym zieleni, niby oranżerja. Tego dnia odbywało się przyjęcie niezmiernej wagi. Oczekiwano delegacji rojalistowskiej członków Sejmu, elity i kwiatu stronnictwa, która przybywając z hołdem wierności i oddania dla króla miała zarazem naradzić się z nim nad przygotowaniem powrotu na tron. Prawdziwe wydarzenie, dawno spodziewane i zapowiedziane, którego uroczystość podnosiło wspaniałe słońce zimowe, złocąc i ogrzewając obszerną pustkę recepcyjnego salonu z wysokim fotelem królewskim, budząc wyblyskujące w cieniu niby iskry rubiny, szafiry i topazy korony.
Podczas gdy w domu trwał bezustanny ruch, a na schodach przesuwały się jedwabne treny sukien; gdy młody książę, przybierany w długie pończochy czerwone, aksamitny garnitur i kołnierz z gipiury weneckiej, powtarzał swą przemowę, od tygodnia wdrażaną, a stary Rosen w galowym mundurze, obwieszony orderami, coraz to się prostował na wprowadzenie delegacji, Elizeusz zdała od całego zgiełku, w pokoju szkolnym myślał o skutkach tej uroczystej wizyty. W olśnieniu południowej wyobraźni przygotowywał już triumfalny wjazd swych monarchów do Lubiany pośród salw i dzwonów, ulic zasypanych kwieciem: wysunięty naprzód, niby obietnica dana narodowi, znak przyszłości potęgującej ich dostojeństwo, siedzi jego umiłowany uczeń, młodziutki Zara, rozsądny i poważny ową powagą dzieci przeżywających wzruszenia ponad swój wiek. Blaski tej pięknej niedzieli, radość dzwonów drgających właśnie w promieniach południa, łączyły się dlań z nadzieją uroczystości, podczas której duma macierzyńska Fryderyki może i ku niemu skieruje ponad głową dziecka czarujący uśmiech zadowolenia.
Tymczasem rozlegał się na piasku wśród odświętnie przybranego dziedzińca, rozbrzmiewającego gwarem przybywających, głuchy turkot karet galowych, które przywiozły z hotelu delegatów. Trzasnęły drzwiczki, dywany westibulu i salonu stłumiły kroki: szept słów pełnych uszanowania, poczem zapanowało długie milczenie, które zdziwiło Mérauta, oczekującego przemowy króla, wysiłku nosowego głosu. Cóż to się stało, jakaż to przerwa w ustalonym programie ceremonji?...
W owej chwili oczom jego ukazał się ten, który winien był przewodniczyć w sąsiedniej sali oficjalnemu przyjęciu: przemykając się chyłkiem wzdłuż murów i poczerniałych szpalerów ogrodu, zziębniętego i jasnego, posuwał się krokiem sztywnym i niepewnym. Zapewne wszedł przez furtkę ukrytą w powojach avenue Dausmenil, Pierwszą myślą Elizeusza był pojedynek, jakiś wypadek; utwierdził go w niej łoskot padającego na górnem piętrze ciężaru, łoskot głuchy i przeciągły, jak gdyby powstrzymywany przez meble i draperje, któremu towarzyszył hałas strąconych przedmiotów. Elizeusz udał się szybko do króla. Pokój Chrystjana zajmujący półkole w głównem skrzydle pałacu, był ciepły i obity purpurową materją, zdobną w trofea dawnego oręża; kanapy, niskie meble, skóry niedźwiedzi i lwów nadawały mu charakter przepychu miękkiego, niemal wschodniego, a wśród niego wyróżniało się oryginalnie niewielkie łóżko połowę, na którem król sypiał gwoli tradycji, pielęgnowanej w jego rodzinie, i owej pseudoprostocie spartańskiej, właściwej miljonerom i panującym.
Drzwi były otwarte.
Nawprost nich, Chrysltjan stał oparty o ścianę, w kapeluszu na głowie, blady i zmieniony, a z pod rozpiętego futra widać było nieład ubrania, biały krawat rozwiązany, szeroki gors koszuli zmięty i zbrukany, świadczący o nocy spędzonej na rozpustnem pijaństwie. Obok — królowa, wyprostowana, poważna, drżąca od gwałtownego wysiłku, który hamowała. Głos jej brzmiał głucho i karcąco.
— Trzeba... Trzeba koniecznie... Chodź.
On zaś głosem cichym, zawstydzonym:
— Nie mogę... Widzisz wszak, że nie mogę... Później... Obiecuję...
Poczem bełkotał usprawiedliwienie, śmiejąc się głupkowato, dziecinnie... To wcale nie dlatego, że pił. Nie... Tylko to powietrze, zimne powietrze po wyjściu z kolacji...
— Tak, tak... Wiem... Mniejsza o to!... Trzeba zejść... Muszą cię widzieć, byle tylko widzieć!... Ja do nich przemówię... Wiem, co należy powiedzieć.
A ponieważ stał wciąż nieporuszony, bez słów, pod wpływem snu, biorącego go w swe posiadanie, gniew Fryderyki wybuchnął.
— Ależ zrozum, że tu idzie o nasz los... Chrystjanie, tu waży się teraz twoja korona, korona twojego syna... No, chodź że... Proszę cię, żądam.

Była wspaniała w tym porywie silnej woli, której promienie poprzez szmaragd jej oczu widocznie magnetyzowały króla. Działała nań wzrokiem, usiłując go podtrzymać i wzmocnić, pomagając pozbyć się kapelusza, płaszcza przesiąkniętych odrażającem tchnieniem pijaństwa, oszałamiającym dymem cygar. Przez jedną chwilę wyprostował się na chwiejnych nogach, zrobił niepewnie kilka kroków, opierając rozpalone dłonie na marmurze rąk królowej. Lecz nagle czując, że Chrystjan traci równowagę, cofnęła się przed tem gorączkowem dotknięciem i odepchnęła go gwałtownie, ze wstrętem. A gdy upadł całym ciężarem na kanapę, przeszła, bez jednego zgoła spojrzenia na tę masę zmiętą, bezwładną i chrapiącą, obol Elizeusza; nie widząc go, szepnęła, nawpół przymknąwszy oczy, bolesnym głosem cierpiącej lunatyczki: — Alla fine sono stanca de fare i gesti di queste monarcaccio...[1]

V.
J. Tom Levis, agent cudzoziemców.

Ze wszystkich jaskiń paryskich, ze wszystkich pieczar Ali-Baby, które tworzą, miny i kontrminy wielkiego miasta, agencja Levisa jest najbardziej szczególna i najciekawiej zorganizowana.
Znana jest wszystkim, przynajmniej z zewnątrz. Mieści się przy ulicy Royale, na rogu przedmieścia Saint-Honore, na drodze pojazdów udających się do Lasku i powracających zeń, tak że ani jednemu z nich nie udaje się ominąć zaczepnej reklamy bogatego parteru o wysokich z jednej sztuki oknach, na których barwią się jaskrawo herby ważniejszych państw europejskich: orły, lamparty, jednorożce — cały zwierzyniec heraldyki. W każdym punkcie tej ulicy, szerokiej niby bulwar, agencja Levisa przyciąga na odległość trzydziestu metrów spojrzenia najmniej ciekawych. Każdy zapytuje: „Cóż to tam sprzedają?“ Należałoby raczej powiedzieć: „Czego tam nie sprzedają?“ Rzeczywiście, na szybach widnieją pięknie złocone napisy: „Wina, likiery, artykuły spożywcze, pale-ale, kimmel, kawior“, albo też: „Meble starożytne i nowoczesne, gobeliny, dywany smyrneńskie i perskie“; a dalej: „Płótna mistrzów, marmury i terakoty, cenna broń, medale, rynsztunki“; w innem miejscu: „Wymiana, dyskonto, waluty zagraniczne“; to znów: „Bibljoleka powszechna, pisma wszystkich krajów we wszystkich językach“; obok zaś: „Sprzedaże i lokaty, polowania, plaże, wilegjatury“; a wreszcie: „Informacje, dyskrecja, pośpiech“.
To mrowisko napisów i świetnych herbów przesłania w szczególny sposób okna, nie dozwalając dobrze rozeznać umieszczonych tam przedmiotów. Dostrzec można ledwie jakieś butelki dziwnych kształtów i barw, rzeźbione krzesła, obrazy, futra, a na tackach — rozwinięty rulon piastrów i paczki banknotów, Lecz obszerne podziemia agencji, zaopatrzone w okratowane na poziomie trotuaru okienka, stanowią solidny i poważny fundament nieco krzyczącego magazynu, czyniąc wrażenie bogatych sklepów Londynu połączonych z szykiem witryny z bulwaru Madeleine. Pod ziemią mieści się różnorodne bogactwo: uszeregowane baryłki, bele materjałów, masy skrzyń, kufrów, puszek konserw, wnętrza pełne, imponujące, rzekłbyś, luki statków, gotowych do odjazdu, w których wzrok pogrąża się i ginie.
Sieć, tak przygotowana i dobrze pośród odmętu paryskiego zastawiona, chwyta w przelocie mnóstwo ryb, większych i mniejszych, nawet płotkę sekwańską, najzwinniejszą ze wszystkich, — i około godziny trzeciej po południu niewód jest zawsze pełny.
Przy drzwiach oszklonych, wysokich i zakończonych u góry szeroką rzeźbą w drzewie, niby wejście do magazynu mód i nowości, stoi „strzelec“ w galonowanej kurtce; widząc nadchodzących klijentów naciska klamkę, a w razie potrzeby otwiera parasol nad klijentami, wychodzącemi z pojazdu. Wewnątrz — ogromna sala, poprzecinana balaskami i okratowanemi okienkami, dzieli się na mnóstwo wydziałów, „boksów“, ciągnących się z obu stron wgłąb. Oślepiającem światłem lśnią woskowane posadzki, boazerje, poprawnie surduty i fryzowane głowy urzędników, eleganckich, o pięknym wyglądzie, lecz cudzoziemskich rysach i akcencie. Widać tam oliwkowe twarze, spiczaste czaszki, wąskie ramiona Azjatów, okrągłe zarosty amerykańskie i jasnobłękitne oczy, czerwone karnacje niemieckie, a kupujący, w jakiembądź zwróci się narzeczu, pewny jest, że będzie obsłużony, gdyż w agencji mówią wszystkiemu językami, z wyjątkiem rosyjskiego, zbędnego, gdyż Rosjanie używają wszystkich języków, prócz swojego. Tłum przesuwa się przed okienkami, lub zasiada na lekkich krzesłach; wszyscy — panowie i panie — w strojach podróżnych, tworząc mieszaninę barankowych czapek i szkockich beretów, długich woalów i nieprzemakalnych płaszczów, kraciastych haweloków, noszonych przez gości płci obojga, oraz port-pledów, skórzanych torb, przewieszonych przez ramię. Istna publiczność poczekalń kolejowych, co gestykuluje, głośno rozprawia, nie krępując się, — pełna aplombu ludzi na obczyźnie, — czyniąc gwar wielojęzyczny, skłócony i barwny, przypominający magazyny z ptactwem na quai de Gevre. Jednocześnie strzelają korki pale-ale, stosy złota rozsypują się na drewnianych ladach. Rozlega się bezustanne dzwonienie, gwizdki, szelest brystolu rozwijanych planów architektonicznych, dźwięk: pasaży próbujących fortepianu, albo też okrzyki plemienia Samojedów przed olbrzymim rysunkiem węglem.
Z jednego wydziału do drugiego urzędnicy podają sobie informacje, cyfry, nazwisko osoby i nazwę ulicy, zaaferowani, uśmiechnięci; i nagle stają się majestatyczni, lodowaci, obojętni, oderwani poprostu od spraw ziemskiej planety, ilekroć jakiś nieszczęśliwiec, zagubiony i odsyłany od jednego okienka do drugiego, nachyla się, aby zakomunikować szeptem coś, co napełnia ich zdumieniem. Niekiedy klijent, zmęczony spojrzeniami, jakiemi oglądają go niby egzotyczne zwierzę lub aerolit, chce się widzieć osobiście z J. Tomem Levisem, który będzie, niewątpliwie, wiedział o co chodzi. Wówczas odpowiadają mu z uśmiechem wyższości, że J. Tom Levis jest zajęty... że J. Tom Levis przyjmuje klijentów!... I to — zajęty nie jakiemiś drobnostkami, jak pańska, i z klijentelą nie-podrzędną w rodzaju pana, mój łaskawco... O, proszę tylko spojrzeć wgłąb. Właśnie otwierają, się jakieś drzwi. Zjawia się na jedną chwilę J. Tom Levis, bardziej majestatyczny, niż cały personel, razem wzięty, majestatyczny dzięki okrągłości brzuszka, czaszce gładkiej i lśniącej, jak posadzka agencji, dzięki pochyleniu główki i spojrzeniu despotycznemu, gestowi krótkiego ramienia oraz uroczystej powadze, z jaką zapytuje, bardzo głośno, wybitnie cudzoziemskim akcentem, czy wykonano „zamówienie Jego Królewskiej Wysokości Księcia Walji“. A tymczasem drugą ręką ściska klamkę hermetycznie zamkniętych drzwi, dając do zrozumienia, że dostojnej osobistości, z którą tam konferuje, nie można pod żadnym pozorem przeszkadzać.
Rzecz oczywista, że Księcia Walji agencja nigdy nie oglądała, tak jak nie ma od niego żadnego zamówienia. Ale można sobie wyobrazić, jakie wrażenie czyni ten tytuł na tłumie znajdującym się w magazynie i na samotnym w gabinecie klijencie, do którego Tom rzekł wychodząc: „Przepraszam... jedna chwileczka... muszę o coś zapytać“.
Wróble na dachu! Za drzwiami, w gabinecie niema księcia Walji, jak niema kimmelu czy też raki w dziwacznych butelkach na wystawie, albo piwa angielskiego lub wiedeńskiego w baryłkach pod magazynem, — podobnie jak nie przewożą towarów furgony o inicjałach J. T. L., herbowne, lakierowane i złocone, pędzące galopem, — tem szybszym, iż są puste, — przez piękne dzielnice Paryża, — ruchoma i hałaśliwa reklama, zbijająca bruki z tą szaloną energją, jaka cechuje ludzi i zwierzęta z agencji Toma Levisa. Gdyby jakiś mizerak, upojony tem złotem z wystawy, rozbił uderzeniem pięści szybę i skrwawioną ręką sięgnął łapczywie ku tacom, — wyciągnie garść żetonów; jeżeli chwyci wielki plik banknotów, będzie miał bilet dwudziestopięciofrankowy, a pod spodem — papier. Nic niema w witrynach, nic w podziemiach, nic zgoła... Ale wszak jacyś Anglicy próbowali porto? Jakiś bojar zmieniał ruble na obcą walutę, a pewna Greczynka kupowała bronzową statuetkę?... O, nic nad to prostszego. Angielskie piwo pochodzi z sąsiedniej tawerny; złoto od wekslarza z bulwaru, a bibelot wzięto w sklepie przy ulicy Czwartego Września. Takie zlecenia załatwiają szybko dwaj, trzej urzędnicy, oczekujący w podziemiach na rozkazy, jakie nadchodzą zgóry. Wyszedłszy przez podwórze sąsiedniego domu, wracają po kilku minutach, wynurzając się z krętych schodów o cyzelowanej poręczy z kryształową kulą, łączących obydwa piętra. Oto jest żądany przedmiot, gwarantowanej dobroci, w opakowaniu J. T. L. Ale niech się książę nie krępuje, jeżeli rzecz się nie podoba, można ją zmienić. Piwnice agencji są obficie zaopatrzone. Nieco tu drożej niż gdzieindziej, ledwie dwa lub trzy razy; lecz czyż to nie lepsze od biegania po sklepach, gdzie nikt nic nie rozumie, pomimo obietnicy szyldu „englich spoken“ lub „man spricht deutsch“, — po tych magazynach na bulwarach, gdzie cudzoziemiec, wprowadzony w błąd, znajduje jeno resztki, braki, odpadki Paryża, artykuły deficytowe, przedmioty „niemodne“, zawartość wystaw z ubiegłego roku, wyblakłą bardziej jeszcze wskutek swej daty, niż od słońca i kurzu witryny. Tak, cudzoziemiec nie chce już znać kramarza paryskiego, to usłużnego i drwiącego, to lekceważącego i sztywnego. Dość ma już tego okrutnego zdzierstwa, i to nietylko ze strony sklepikarza, ale też i hotelu, w którym mieszka, restauracji, gdzie jada, fiakra ulicznego i przekupnia biletów do teatrów, pełnych nudy. A w firmie Levis, tej zadziwiającej agencji, gdzie ma się wszystko, czego dusza zapragnie, klijent jest przynajmniej pewny, że go nie oszukują, gdyż J. Tom Levis to — Anglik, a lojalność handlowa Anglików znają dobrze na obu półkulach.
Angielskość J. Toma Levisa, nad którą niemasz wyższej, zaczyna się od kwadratowych nosów jego trzewików kwakra, kończy zaś na długim surducie, zakrywającymi spodnie w zielone kraty, i — stożkowatym kapeluszu o wąskiem rondzie, z pod którego wynika twarz okrąglutka, czerwona i dobroduszna. Lojalność Albionu bije z tego oblicza o cerze karmionej befsztykami, z ust od ucha do ucha, z jasnego jedwabiu nierównych faworytów, które właściciel w chwilach zamyślenia przygryza zawsze z jednej strony; odgaduje się ją z ręki krótkiej, o palcach pokrytych piegami i pierścieniami. Pełne lojalności wydaje się też spojrzenie z pod szerokich szkieł okularów w cienkiej oprawie złotej, tak lojalne, że gdy J. Tomowi Levisowi wypadnie skłamać — najlepsi podlegają temu, — wówczas źrenice jego zaczynają pod wpływem szczególnego tiku nerwowego drgać szybko, niby maleńkie kółka.
Fizjognomję anglikańską J. Toma Levisa uzupełnia wybornie jego cab; pierwszy w tym rodzaju pojazd, oglądany w Paryżu, naturalna łupina tej oryginalnej istoty. Gdy zdarzy się jakaś sprawa bardziej skomplikowana, jakiś moment szczególnie kłopotliwy, jak to bywa w interesach, Tom mówi — „Biorę cab“, i jest pewny, że znajdzie wyjście z sytuacji. Kombinuje, waży, komentuje, podczas, gdy paryżanie widzą w pędzącem pudle, przezroczystem, niskiem i na kółkach, sylwetkę zamyślonego człowieka, gryzącego energicznie jeden z faworytów. W cabie obmyślił właśnie swoje najpiękniejsze posunięcia z ostatnich miesięcy cesarstwa. Ach, dobre były to czasy! Paryż roił się od cudzoziemców, od fortun egzotycznych, nieprzelotnych, lecz osiadłych, żądnych dobrego jadła i za*bawy. Był bej turecki Hussein, i egipski basza Mehemet, dwa słynne fezy, i księżna Verkatsheff, garściami rzucająca skarby gór uralskich przez czternaście okien pierwszego piętra przy bulwarze Malesherbes, i Amerykanin Bergson, którego olbrzymie dochody ze źródeł naftowych ginęły schłonięte przez Paryż. I całe masy nababów, wszystkich kolorów, żółtych, brunatnych, czerwonych, olśniewających swym blaskiem teatry i miejsca schadzek. A górowała jedna tylko myśl: byle prędzej wydawać i używać, jak gdyby przewidywali, że należy do dna wyczerpać ten wielki rezerwoar przyjemności, zanim nastąpi straszliwy wybuch, co zerwie dachy i rozniesie go w strzępy.
A J. Tom Levis był w tych rozrywkach niezbędym pośrednikiem: nie zmieniono ani jednego ludwika, któregoby on uprzednio nie oberznął; a do klijenteli cudzoziemskiej połączyło się jeszcze kilku ówczesnych viveurów paryskich, amatorów rzadkiej zwierzyny, kłusowników w strzeżonych ostępach, którzy zwracali się do przyjaciela Toma, jako do agenta najbardziej sprytnego i zręcznego, bowiem poza jego barbarzyńską francuszczyzną i ciężką wymową tajemnice ich były — jak się zdawało — bardziej bezpieczne. Pieczęć J. T. L, spoczęła na wszystkich skandalicznych historjach z końca cesarstwu. W imieniu J. T. Levisa rezerwowano zawsze lożę numer dziewiąty w Operze Komicznej, gdzie baronowa Mils co wieczór słuchała przez godzinę swego tenora, unosząc, po kawatynie, jego chustkę, pełną blanszu peruzyjskiego. W imieniu J. T. Levisa został wynajęty pałacyk dla jednej i tej samej kobiety przez dwóch braci Sismondo, — jeden nie wiedział o drugim, — wspólników, — bankierów, nie mogących wyjść jednocześnie z biura, ówczesne księgi agencji były to piękne powieści w paru wierszach;
Dom o dwóch wejściach na drodze do Saint-Cloud. — Wynajem, urządzenie, odszkodowanie dla lokatora..., tyle to“.
A pod spodem:
Prowizja dla generała..., tyle to“.
Posiadłość wiejska w Petit-Valtin pod Plombieres. — Ogród, remiza, dwa wejścia, odszkodowanie dla lokatora..., tyle to“.
I zawsze: „Prowizja dla generała...“ Duże miejsce zajmuje ten generał w rachunkach agencji!
Jeżeli Tom zbogacił się w owym czasie, to niemało też wydawał, nie na grę, konie lub kobiety, lecz dla zaspokojenia swych kaprysów dzikusa i dziecka, najszaleńszej, jaka może istnieć, wyobraźni, nie czyniącej przedziału między rzeczywistością i marzeniem. To zapragnął mieć w swej posiadłości w Courbevoie aleję akacjową, a że drzewa rosną powoli, więc w ciągu tygodnia można było widzieć, jak przez wzgórki nadsekwańskie, nagie w tych stronach i poczerniałe od dymu fabryk, ciągnęły wielkie wozy, dźwigając akacje, których zielone kity chwiały się w takt kół i rzucały na wodę drżące cienie. Ta posiadłość przedmiejska, gdzie J, Tom Levis, wzorem wielkich kupców londyńskich, mieszkał przez cały rok, zrazu niby pakamera, — parter i strychy, — stała się dlań źródłem straszliwych wydatków. W miarę prosperowania i rozwoju interesów, rozszerzał ją w odpowiednim stopniu, i został stopniowo, w drodze dokupowania, posiadaczem parku z przyległościami, terenów ornych i zarośli, dziwacznej mieszaniny, która ujawniała jego smak, ambicje i ekscentryczność angielską, zniekształconą i pokurczoną wskutek mieszczańskich pomysłów i nieudatnych prób artystycznych. Do zwykłego domu, o widocznie nadbudowanych piętrach, przyłączono włoski taras z marmurową balustradą, a z boków dwie wieże gotyckie; kryty most łączył tę budowlę z inną, wzorowaną na willi szwajcarskiej z półbalkonami, obrośniętemi pnączami powoju. Wszystko to było pokryte stiukiem lub ceglastą barwą, pełne aż do zbytku wieżyczek, blanków, chorągiewek, krat; w parku zaś wynikały kioski, belwedery, szklarnie i sadzawki, oraz ciemna masa ogromnego rezerwoaru, doprowadzającego wodę do młyna, z którego dochodził przy najlżejszym wietrze bezustanny chrzęst.
Na niewielkiej przestrzeni, jaką przebywają pociągi obwodowe przedmieść paryskich, przewija się przed szybą okna niejedna willa cudaczna, niby wizja fantastyczna wysilony koszmar mózgu kramarskiego, brykającego na wolności. Żadna jednak nie wytrzymuje porównania z szaleństwem Toma Levisa, jeżeli nie liczyć willi jego sąsiada Sprichta, wielkiego Sprichta, słynnego krawca damskiego. Ta wyniosła osobistość przebywa w Paryżu również tylko dla interesów w ciągu trzech godzin popołudniowych, kiedy to udziela porad elegancji w swych wielkich zakładach na bulwarach, poczem wraca natychmiast do Courbevoie. Tajemnica tego przymusowego wygnania tkwi w fakcie, że drogi Spricht, dear wszystkich pań, choć posiada w szufladach, pośród cudownych próbek swych wyrobów ljońskich, wzory ścisłego pisma najzręczniejszych rączek paryskich, musiał jednak poprzestać na tej intymnej korespondencji i nie bywa przyjmowany w żadnym z domów, które ubiera; z drugiej zaś strony miłe te stosunki popsuły mu wszelki przyjazny kontakt ze światem kupieckim, do którego należy. Wskutek tego prowadzi życie odosobnione, okrążony jeno, jak wszyscy parwenjusze, chmarą biednych krewnych, których podejmuje po królewsku. Jedyną jego rozrywkę, niezbędne dopełnienie tego żywota emerytowanego kata, stanowi sąsiedztwo i rywalizacja z Tomem Levisem, nienawiść i pogarda, jaką sobie wzajem poprzysięgli, sami nie wiedząc zresztą dlaczego, co właśnie uniemożliwia wszelkie pojednanie.
Gdy Spricht wznosi wieżyczkę, — Spricht jest Niemcem, lubi romantyczność, zamczyska, parowy, ruiny, lubuje się w średniowieczyźnie, — J. T. Levis buduje zaraz werandę. Kiedy Tom burzy jakiś mur, Spricht wycina wszystkie żywopłoty. Tu należy wspomnieć dzieje pewnego pawilonu, wzniesionego przez Toma, na linji, zamykającej Sprichtowi widok ku Saint-Cloud. Krawiec podniósł wówczas galeryjkę swego gołębnika. Tamten odpowiedział nowem piętrem. Spricht nie uznał się za pobitego, i obie budowle wznosiły się w dalszym ciągu z wielkim nakładem materjałów i pracy, aż którejś nocy pod naporem wiatru runęły z łatwością, zważywszy kruchość konstrukcyj. Powróciwszy z podróży do Italji, Spricht przywiózł z Wenecji gondolę, prawdziwą gondolę, którą umieścił w maleńskim porcie u stóp swej posiadłości. W tydzień później zjawił się na przystani Toma Levisa śliczny jacht, na żagle i motor, poruszając odbite w wodzie dachy, wieżyczki i blanki willi.
Kontynuowanie takiego trybu wymagałoby długotrwałego istnienia cesarstwa, a tymczasem zbliżała się jego ostatnia godzina. Wojna, oblężenie, wyjazd cudzoziemców przyniosły obu przemysłowcom prawdziwą ruinę, szczególnie T. Levisowi, którego posiadłość uległa zniszczeniu, podczas gdy Sprichta — ocalała. Lecz po zawarciu pokoju walka rozgorzała nanowo między rywalami, tym razem prowadzona nierównemi środkami, gdyż wielki krawiec odzyskał całkowicie swoją klijentelę, a biedny Tom czekał daremnie na swoją. Artykuł: „Informacje — dyskrecja, pośpiech“ nie przynosił nic lub prawie nic; tajemniczy generał nie pobierał już potajemnych gratyfikacyj w biurach agencji. Każdy inny na miejscu Levisa dałby już spokój; ale ten uparty człowiek miał niepohamowane nawyki do wydatków, i coś przeszkadzało rękom jego zamknąć się. A przytem istnieli obok Sprichtowie, pełni ponurości od czasu tragicznych wydarzeń, przepowiadając rychły koniec świata. W głębi parku wznieśli budowlę z ruin ratusza miejskiego, poczerniałych od ognia, i w niedzielę wieczór przy świetle ogni bengalskich, cała rodzina głośno biadała dokoła tego budynku. Widok był złowieszczy. J. Tom Levis, przeciwnie, został republikaninem z nienawiści do rywala, czcił odrodzoną Francję, zorganizował festyny, regaty, wieńczenie zwycięzców, i któregoś dnia w lecie, — uniesiony zbytkiem radości — sprowadził z Pól Elizejskich muzykę, przybyłą do Courbevoie na jachcie, i wśród rozwiniętych żagli grającą na wodzie.
Talu tryb życia powiększał długi, lecz Anglik nie trapił się tem. Nikt, tak jak on, nie potrafił dezorjentować wierzycieli zuchwalstwem i bezwstydną pewnością siebie. Nikt — nawet urzędnicy jego agencji, tak przecież wytresowani, — nie posiadał tej umiejętności przeglądania rachunków z szczególną ciekawością, niby palimpsestów, oraz rzucania ich z wyrazem wyższości do szuflad; nikt podobnie jemu nie umiał tak działać, by zyskać na czasie. Na to właśnie liczył Tom Levis w poszukiwaniu jakiejś korzystnej afery, którą nazywa — „wielkiem posunięciem“ w obrazowym żargonie cyganerji finansowej. Lecz daremnie przemierzał gorączkowo Paryż, pilnie wypatrując i ostrząc zęby, tropiąc spodziewaną zdobycz: mijały lata, a wielkie posunięcie nie nadchodziło.
Pewnego popołudnia, gdy w agencji roiło się od publiczności, do głównego okienka zbliżył się, pytając o Toma Levisa, wysoki i młody człowiek, o wygladzie wyniosłym i znudzonym, drwiącem spojrzeniu i cienkim wąsie na twarzy bladej i nabrzmiałej, lecz ładnej. Urzędnik zwiedziony rycerskiem obejściem, podkreślającem żądanie, pomyślał, że ma przed sobą wierzyciela, i zamierzał już przybrać co najpogardliwszy wyraz twarzy, gdy przybyły głosem ostrym, o brzmieniu nosowem, wysoce impertynenckiem, oświadczył tej nadętej figurze, aby natychmiast powiadomiono właściciela, że król Ilirji chce się z nim rozmówić „Wasza Królewska Mości...“ Z odruchem ciekawości poruszył się kosmopolityczny tłum w kierunku bohatera Raguzy. Ze wszystkich boksów wysypał się pociesznie rój urzędników, chcąc towarzyszyć Jego Wysokości i wprowadzić go do Toma Levisa, który niechybnie zaraz nadejdzie.
Po raz pierwszy Chrystian zjawił się w agencji, gdyż dotychczas stary książę de Rosen załatwiał wszystkie sprawy maleńkiego dworu. Lecz dzisiaj chodziło o rzecz tak ściśle prywatną i delikatną, że król nie śmiałby jej poruczyć nawet dyskrecji swego adjutanta... Należało wynająć willę dla pewnej cyrkówki, następczyni Amy Férat, — pomieszczenia umeblowane, ze służbą i stajnią, w miejscu dogodnem i — natychmiast. Jadna z tych sztuk, do których była zdolna tylko agencja Levisa.
Salon, w którym wypadło mu czekać, zawierał dwa duże fotele, kryte skórą, wąski piecyk gazowy, którego reflektor promieniował ciepło jakby z sąsiedniego pokoju, niewielki gierydon; na nim — niebieska serweta i almanach Bottina. Połowę pokoju zajmowały wysokie kratki, zadrapowane również niebieską materją, odgradzające wygodnie umieszczone biurko, na którem znajdowała się otwarta księga główna, o stalowych na brzegach okuciach, a obok linje, skrobaczki, wycieraczki, długa półka, pełna jednakowej wielkości ksiąg, — ksiąg agencji, — zwróconych naprzód zielonemi grzbietami, niby żołnierze pruscy na paradzie. Ład, panujący w tym skupionym zakątku, świeżość wypełniających go przedmiotów, przynosiły zaszczyt sędziwemu kasjerowi, w tej chwili nieobecnemu, którego skrzętna egzystencja tu zapewne przemijała.
Król wciąż czekał, wyciągnąwszy się w fotelu i wytknąwszy nos z futrzanego kołnierza, gdy nagle poza kratą zaskrzypiało lekko i żwawo pióro, choć nikt, zda się, nie otwierał oszklonych drzwi, prowadzących do magazynu, i zasłoniętych wielką portjerą algierską z otworami, niby kurtyna teatralna. Ktoś siedział przy biurku, lecz nie był to stary księgowy o siwej głowie wilka, do którego ta wnęka najbardziej pasowała, lecz czarująca osóbka, najmilsza z istot, jakie kiedykolwiek wertowały księgi handlowe. Zauważywszy zdumiony gest Chrystjana, odwróciła się, ogarniając go pełnem słodyczy, powłóczystem spojrzeniem, w którego kącikach zabłysły iskierki. Ten wzrok rozświetlił cały pokój, który jednocześnie wypełniła czarująca melodja głosu wzruszonego, niemal drżącego, co szeptał: „Mąż mój długo daje na siebie czekać Waszej Królewskiej Mości“.
Tom Levis, jej mąż!... Mąż tej istoty o profilu delikatnym i bladym, pełnej wdzięku niby posążki Tanagry... Jakto, była sama tu, w tej klatce, wertując grube księgi, których białość odbijała się na jej cerze matowej, i drobnemi paluszkami z trudem przerzucając karty? I to w słoneczny dzień lutowy, kiedy na bulwarach skrzą się uśmiechy i wdzięki spacerujących kobiet! Zbliżywszy się do niej, rzekł jakiś banalny madrygał, w którym znalazły wyraz różnorodne wrażenia, lecz mówił z trudem, bowiem serce biło mu gwałtownie w piersi, rozpalonej tak gwałtowną i nieokiełzaną żądzą, jakiej dotąd nie doświadczyło jeszcze to duże dziecko, pieszczone i znudzone. Ten typ kobiety między dwudziestym piątym a trzydziestym rokiem życia był dlań absolutną nowością, obcy zarówno niesfornym kędziorom Koletki de Rosen, pewności siebie i szmince bezwstydem podkrążającej oczy Férat, jak i krępującemu go i dostojnie smutnemu majestatowi królowej. Nic z kokieterji, ze śmiałości, dumnej rezerwy, nic z tego, co spotykał w prawdziwym świecie lub w swych stosunkach z renomowanym półświatkiem. Ta piękna osoba, o wyrazie spokojnym i zrównoważonym, włosach pięknych, gładko zaczesanych, najwidoczniej od samego rana na cały dzień, w sukni wełnianej, barwy fijołkowej, mająca w uszach dwa wielkie brylanty — dzięki czemu trudno ją było uważać za skromną urzędniczkę — wydała mu się w tem zaciszu pracy biurowej niby karmelitka za kratą klasztorną, lub odaliska wschodnia, śląca błagalny wzrok poprzez złoconą przegrodę tarasu. A miała właśnie korny lęk niewolnicy o pochylonym profilu, zaś bursztynowe tony karnacji, nazbyt prosta linja brwi, rozchylone usta, nadawały tej paryżance charakter azjatycki. Chrystjan w obliczu niej myślał o bezwłosem ciemieniu i małpim wyglądzie męża. W jakiż to sposób znajdowała się we władzy tego potwora? Czy nie był to występek, krzywdzącą niesprawiedliwość?
A głos łagodny ciągnął powoli, jak gdyby tłumacząc się: „Przykra sprawa... Toma nie widać... Gdyby Wasza Królewska Mość chciał mi powiedzieć, co go sprowadza... Mogłabym może...“
Zaczerwienił się, nieco zażenowany. Nie śmiałby za nic tej kobiecie czystej i tak uprzejmej powierzyć dość ciemnej sprawy, jaką zamyślał. Wówczas jęła nalegać, uśmiechnąwszy się: „O, Wasza Królewska Mość może być spokojny... Ja tu prowadzę książki agencji“.
I powaga jej w firmie była widoczna, gdyż co chwila w otworze, łączącym biuro kasjerki z magazynem, zjawiała się twarz urzędnika, pytającego o najrozmaitsze informacje. „Przyszedł ktoś w sprawie fortepianu pani Karitides... Przysłano z hotelu Bristol...“ Wszystko wiedziała, odpowiadała jedncm słowem, jedną cyfrą, a król, pełen niepokoju, zadawał sobie pytanie, czy ten anioł w atmosferze sklepiku, ta istota eteryczna znała rzeczywiście sprawki i sztuczki Anglika.
— Dziękuję pani, interes, jaki mnie tu sprowadził, nie jest naglący... w każdym razie już nie jest... Plany moje uległy w ciągu tej godziny dużej zmianie...“
Szepcząc te słowa, nachyla się głęboko wzruszony ku kracie, lecz potem wyrzuca siebie śmiałość wobec tej, spokojnie pracującej kobiety, której długie rzęsy muskają stronice księgi, podczas gdy pióro biegnie równo i miarowo. Ach, jakżeby pragnął wyrwać ją z tej oto klatki, unieść daleko w ramionach, otoczyć cichą, kołyszącą pieszczota, jaką się koi małe dzieci. Pokusa staje się tak wielka, że król zmuszony jest odejść, pożegnać się gwałtownie, nie czekając na J. T. Levisa.
Zapadała noc, mglista i zimna. Król, tak zwykle na to wrażliwy, teraz nie zwraca uwagi; odesławszy powóz, poszedł do Grand-Clubu pieszo, szerokiemi ulicami, wiodącemi od Madeleine do placu Vendome, tak podniecony i pełen entuzjazmu, że wgłos z sobą rozmawiał, a przed oczyma, na które zsuwały mu się włosy, skakały płomienie. Niekiedy można otrzeć się na ulicy o takich wyjątkowych szczęśliwców, dążących krokiem lekkim, z podniesioną głową; wydaje się, że bije od nich jakaś fosforescencja, promieniując na przechodniów. Do klubu przybył Chrystjan w świetnym humorze, mimo smutku sal, ciągnących się w amfiladzie, w tej niewyraźnej godzinie zmierzchowej, melancholijnej, gdy gęstnieją cienie w lokalach napoi publicznych, pozbawionych intymności i ciepła mieszkalnego. Zaczynano zapalać światła. Z głębi dochodził łoskot partji bilardu, rozgrywanej bez werwy wśród głuchego huku kul z kości słoniowej, szelestu czytanego dziennika i chrapania jakiegoś gościa, śpiącego na otomanie w dużym salonie. Przybycie króla wyrwało go z bezwładu: odwrócił się, ziewając przeciągle; przeciągając chude ramiona, pytał ponurym głosem:
— Czy bawimy się dziś wieczór?...
Chrystjan wykrzyknął z radością:
— Ach, książę! Jak to dobrze!
Bo książę Axel, popularnie zwany Podkurkiem, zbijając od lat dziesięciu bruki paryskie, wiedział wszystko, co się tu dzieje, zaczynając od tarasu Tortoniego, a kończąc na rynsztoku, i mógł z pewnością udzielić mu potrzebnych informacyj. To też znając jedyny środek, zdolny skłonić Jego Wysokość do mówienia i ożywić ten umysł oziębły, którego dobre wina francuskie — zresztą przez księcia nadużywane — nie zdołały poruszyć, podobnie, jak ferment winogronowy nie podbije, niby balonu, ciężkiej kadzi, opasanej obręczą, Chrystjan zażądał szybko kart. Jak dowcip bohaterek moljerowskich tkwi w wachlarzu, trzymanym przez nie w ręce, tak i w księcia Axela wstępowało życie, gdy brał do ręki „karcięta“. Upadły król i popadły w niełaskę następca, dwie znakomitości klubowe, rozpoczęły przed obiadem partję bezika chińskiego, najdurniejszą w świecie grę, która nie męczy umysłu i pozwala najbardziej niezręcznemu graczowi przegrać zgoła bez wysiłku olbrzymie sumy.
— To Levis jest żonaty? — zapytał niedbale Chrystjan, przecinając karty. Tamten popatrzył nań martwym wzrokiem.
— Nie wiedzieliście?
— Nie... Cóż to za kobieta?
— Sefora Leemans... znakomitość...
Król zadrżał na dźwięk tego imienia:
— Czy jest Żydówką?
— Prawdopodobnie.
Przez chwilę panowało milczenie. Widocznie silne musiało być wrażenie, uczynione przez Seforę, jej owalną i matową twarz odaliski, błyszczące źrenice, gładkie włosy uwodzicielskie, skoro zwyciężało przesądy i trwało w mózgu Słowianina i katolika, od dziecka osaczonym przez szatańskie rozboje i wykroczenia żydów — cyganów z jego kraju. Pytał dalej. Na nieszczęście książę przegrywał, i pochłonięty grą, mruczał w swą długą i żółtą brodę:
— Ależ ja brnę... Brnę...
Niepodobna było wydobyć zeń coś więcej.
— No!... Otóż i Wattelet... Chodź tu, Wattelet... — zwrócił się król do wysokiego mężczyzny, który właśnie wszedł, żywo i hałaśliwie, niby wesoły psiak.
Wattelet, malarz Grand — Clubu i high-life’u, o twarzy dość pięknej zdaleka, lecz rysach zmęczonych, naznaczonych hulaszczem życiem, był typem nowoczesnego artysty, zgoła niepodobnym do płomiennej tradycji z roku trzydziestego. Poprawnie ubrany i uczesany, bywalec salonów i kulis, zachował z mistrza palety jedynie tylko smukłą sylwetkę nieco niezgrabną w stroju światowca, w umyśle zaś, jak i w mowie tę samą elegancką niedbałość, grymas beztroski i lekki. Zjawiwszy się któregoś dnia w klubie aby dekorować salę jadalną, tak przypadł wszystkim do serca i stał się niezbędny, że został domownikiem, dożywotnim organizatorem rozrywek i festynów nieco monotonnych, wnosząc do miejscowej atmosfery wyskoki fantazji malarskiej i edukacji nabywanej wskroś wszystkich sfer społecznych, „Drogi Wattelet... Kochany Wattelet,..“ Niepodobna było obejść się bez niego, stał się doradcą wszystkich członków klubu, ich żon i kochanek. Rysował na jednej stronie kartonu strój dla księżny de V... na nadchodzący bal w ambasadzie, a na drugiej szkicował powiewną spódniczkę na cielisty trykot dla panny Alzire, pachnącego bawidełka księcia. W czwartki pracownia jego otwierała się naoścież dla tych wszystkich dostojnych klijentów, szczęśliwych z wolności niekrępującej tego domu, pełnego fantazji i ruchu, barw łagodnych sączących się z dywanów, bibelotów, mebli lakowych i płócien artysty, — sztuki, podobnej do niego, eleganckiej lecz odrobinę szelmowskiej, — z portretów kobiecych, które wykonywał przeważnie z myślą nawskroś paryską pofiglowania, zmieniając karnację, rozwichrzając włosy. Było to malarstwo na temat kosztownych szmatek, pełnych fałd, buf, i trenów, o którem mawiał Spricht z lekceważącą protekcjonalnością kupca-dorobkiewicza wobec malarza na dorobku: „Tylko ta szelma potrafi malować kobiety, które ja ubieram“.
Usłyszawszy, o co chodzi, Wattelet zaśmiał się:
— Wasza Królewska Mości, toż to mała Sefora!
— Znasz ją?
— Na wylot.
— A więc...
I gdy dwaj książęta ciągnęli grę, malarz, wielce dumny z intymności, do jakiej go dopuszczono, siadłszy okrakiem na krześle, przybierał pozy, kaszlał i głosem znawcy, objaśniającego obraz w budzie jarmarcznej, zaczął:
— Sefora Leemans, urodziła się w Paryżu w roku tysiąc osiemset czterdziestym piątym, szóstym albo siódmym... w rodzinie handlarza starożytności z ulicy Eginharda, w Marais... plugawa uliczka, pełna pleśni, między pasażem Charlemagne i kościołem św. Pawła, serce ghetta... Któregoś dnia, wracając z Saint-Mandé, Wasza Królewska Mość powinien zboczyć w ten labirynt ulic... Tam można obejrzeć szczególny Paryż... domy, twarze, mieszanina Alzatczyków i Hebrajczyków, sklepiki, jaskinie szmaciane, gdzie leżą stosy gałganów przed każdemi drzwiami, a staruchy o nosach haczykowatych przebierają je, lub obdzierają stare parasole. Obok psy, robactwo, odory, istne ghetto średniowieczne, mrowiące się w domach z tamtych jeszcze czasów, o żelaznych balkonach i wysokich oknach pociętych prętami... Ojciec Leemans nie jest jednak Żydem. Jest to Belgijczyk z Gandawy, katolik, a mała, choć się nazywa Sefora, jest typem mieszanym, ma oczy i cerę rasową, lecz nie ma nosa nakształt drapieżnego dziobu, przeciwnie — nosek prosty i śliczny. Nie wiem, skąd też go sobie wytrzasnęła, bo ojciec Leemans to — buzia. Swój pierwszy medal w Salonie zdobyłem właśnie za tę buzię... Dobry Boże! Tak, w jednym z kątów tej szpetnej nory przy ulicy Eginharda, stary poczciwiec pokazuje swój portret, sygnowany: Wattelet, i nie jest to wcale najgorszy z moich obrazów. Dzięki temu udało mi się wślizgnąć do budy i smalić cholewki do Sefory. To pewna, że nie ja jeden się paliłem. Przez cały dzień odbywała się istna procesja do magazynu przy ulicy de la Paix. Muszę bowiem rzec Waszej Królewskiej Mości, że ojciec Leemans miał w owym czasie dwa pomieszczenia. Bardzo sprytny, stary zrozumiał, że w dziedzinie bibelotu zaszła zmiana w ciągu ostatnich lat dwudziestu. Romantyczny starożytnik szpetnych dzielnic, według modły Hoffmanna lub nawet Balzaka ustąpił miejsca handlarzowi osobliwości w zbytkowym Paryżu, mającemu witrynę i oświetlenie. Dla siebie zachował Leemans zgniliznę przy ulicy Eginharda, i amatorzy odwiedzali ją w dalszym ciągu. Ale dla publiczności i spacerowiczów, dla Paryża, który bywa i smakuje, tworzył w samym środku ulicy de la Paix wspaniały magazyn starożytności, którego stare złoto, i ciemne srebro dawnych klejnotów, pożółkłe koronki o tonach mumji zaszkodziły świetnym sklepom nowoczesnych jubilerów i złotników, olśniewającym bogactwem na tej samej ulicy. Sefora miała wówczas piętnaście lat, a młodzieńcza i spokojna jej uroda dobrze wyglądała w ramach tej starzyzny, A tak była zmyślna, tak zręczna w tej branży, jak ojciec, i podobną jak ona miała pewność oka w ocenie wartości bibelotów. Niemało przychodziło tam amatorów wprost dla przyjemności muśnięcia jej palców i lśniącego jedwabiu włosów, gdy nachylali się razem nad tą samą witryną. Matka nie była sroga: staruszka o podkrążonych tak silnie oczach, iż zdawało się nosiła okulary, zawsze tkwiła nosem w jakiejś gipiurze lub starych kawałkach dywanów, i zgoła nie zajmowała się córką... I miała rację! Sefora była to osoba poważna, której nic nie mogło zwrócić z drogi.
— Doprawdy? — rzekł król, jak się zdawało, zachwycony.
— Wasza Królewska Mość może sam osądzić. Matka Leemans spała w magazynie. Córka wracała około godziny dziesiątej do domu, ażeby stary nie był sam. Otóż ta zachwycająca istota, której słynną piękność opiewały wszystkie dzienniki, która mogłaby jednem skinieniem głowy wywołać z pod ziemi karocę niby Kopciuszek, szła co wieczór na przystanek omnibusów Madeleine i wracała wprost do sowiego gniazda ojcowskiego. Zrana, ponieważ omnibusy jeszcze nie kursowały, dążyła pieszo bez względu na pogodę w czarnej sukni pod nieprzemakalnym płaszczem, i można zaręczyć, że w tym tłumie dziewcząt, co śpieszą do magazynów ulicą Rivoli-Saint-Antoine, wśród bladych lub roześmianych twarzyczek, świeżych pyszczków eskortowanych przez kawalerów, ani jedna nie mogła iść z nią w paragon.
— O której godzinie — wyjście? mruknął książę następca, mocno rozpalony.
Lecz Chrystjan przerwał niecierpliwie:
— Trzeba mu dać skończyć... I cóż?
— Otóż, Wasza Królewska Mości, udało mi się bywać w domu mojego anioła i zacząłem powoli działać... W niedzielę organizowano loteryjkę familijną wraz z kilkoma handlarzami z pasażu Charlemagne... Zacne towarzystwo! Wracałem do domu z pchłami. Ale siadałem obok Sefory, manewrując pod stołem kolanem, a ona spoglądała na mnie wzrokiem tak anielskim i czystym, że byłem gotów wierzyć w nieświadomość i niewinność prawdziwej cnoty.... Otóż pewnego dnia, przybywszy na ulicę Eginharda, znajduję sklepik skotłowany: matka we łzach, ojciec wściekły, manipuluje koło starego muszkietu, którego chciał użyć przeciwko nędznikowi... Córeczka uciekła z baronem Sala, jednym z najbogatszych klijentów ojca Leemansa, który — dowiedziałem się o tem później, — sam przehandlował córkę, niby jakiś starożytny okaz... W ciągu dwóch czy trzech lat Sefora ukrywała swe szczęście miłosne z tym siedemdziesięcioletnim starcem w Szwajcarji, Szkocji, nad blękitnemi jeziorami. Potem dowiaduję się pewnego pięknego dnia, że wróciła i mi „family hotel“ na samym końcu avenure d’Antin. Biegnę. Odnajduję swoją dawną miłość, wciąż zachwycającą i pogodną, prezydującą przy dziwacznym table d‘hote, złożonym z Brazylijczyków, Anglików, kokot. Połowa gości zajadała jeszcze sałatę, a druga już zakładała róg obrusa, żeby grać w bakarata. Tam poznała J. Toma Levisa, który zgoła nie był piękny, i prócz tego bez solda. Czego jej zadał? Tajemnica. Ale rzeczą pewną jest, że sprzedała dla niego swój pensjonat, wyszła zamąż, pomagając założyć agencję, która z początku miała powodzenie, a teraz podupadła. Wskutek tego Sefora, nigdzie nie oglądana, bowiem niby w zamknięciu, mieszkała w dziwacznej posiadłości, którą nabył Tom Levis, — przed kilkoma miesiącami wróciła do świata i ludzi, w postaci czarującego księgowego... Dalibóg, klijentela nie pozostała nieczuła! Kwiat klubów daje sobie rendez-vous przy ulicy Royale. Flirtuje przy kratkach kasy, jak ongi w magazynie starożytności łub w pokojach „family“. Co do mnie, trzymam się zdaleka. Ostatecznie czuję wobec tej kobiety lęk. Od dziesięciu lat wciąż ta sama, ani jednej zmarszczki, a pod długiemi spuszczonemi rzęsami na końcu zagiętemi, oczy wciąż młode i żywe. I ten mąż groteskowy, którego uwielbia!... No, to może zniechęcić i wystraszyć najbardziej zakochanych.
Król zmiął z pasją karty.
— Cóż znowu! Czy to możliwe?.. Szpetna małpa, jak ten Tom Levis... łysy... o piętnaście lat starszy... jakaś podejrzana kreatura...
— Bywają kobiety, które to lubią.
A następca tronu odezwał się tonem powolnym i szelmowskim:
— Tu niema nic do zrobienia... Dosyć długo gwizdałem przed semaforem... Ani drgnął... Linja zamknięta...
— Do licha! Wiemy, w jaki sposób książę Axel uskutecznia gwizdanie, rzekł po chwili Chrystjan, zrozumiawszy, o co chodzi... Nie macie, panie, cierpliwości... Lubicie miejsca nieobronne... Raz, dwa, trzy... Lecz ja twierdzę, że jeśli się znajdzie człowiek, który zada sobie trud zakochania się w Seforze, którego nie zrazi milczenie, pogarda.... to kwestja jednego miesiąca. Nie więcej.
— Zakład, że nie, rzekł Axel.
— Ile?
— Dwa tysiące ludwików.
— Trzymam... Wattelet, poproś o księgę.
Owa księga, gdzie zapisywano zakłady Grand-Clubu była równie ciekawa i pouczająca w swoim rodzaju, co i księgi jaskini Levisa. Największe nazwiska arystokracji francuskiej uświęcały tu co najdziwaczniejsze, co najśmieszniejsze zakłady. Książę de Courson-Launay, naprzykład, założywszy się i przegrawszy całe owłosienie na ciele, musiał kazać je sobie usunąć i w przeciągu dwóch tygodni nie mógł ani chodzić, ani siedzieć. Inne pomysły były jeszcze szczególniejsze, i nazwiska bohaterów, uwiecznione na stu sławnych pergaminach, doznawały poniżenia uszczerbku w tym albumie szaleństwa.
Dokoła zakładających się stanęło z wyrazem uszanowania kilku członków klubu. I ten zakład, śmieszny i cyniczny, wybaczalny może pośród wesołości i podchmielenia rozkiełznanej młodzieży, tu wobec powagi tych łysych głów i godności, jakie reprezentowały, wobec waloru heraldycznego zaangażowanych podpisów, przybierał pozór międzynarodowego traktatu, regulującego losy Europy.
Brzmiał, jak następuje:
„Dnia trzeciego lutego roku tysiąc osiemset siedemdziesiątego piątego. Jego Królewska Mość Chrystjan II założył się o dwa tysiące ludwików że posiądzie Seforę L... przed upływem bieżącego miesiąca.
„Jego Książęca Wysokość książę Axel zakład przyjmuje“.
„Może właśnie wypadało podpisać Bajeczny i Podkurek!..“ mówił do siebie Wattelet, odnosząc księgę i złośliwy uśmiech zjawił się na twarzy tego klowna światowca“.

VI.
Niedole wygnania.

— Dobrze! Dobrze! Znamy się na tem!... „O!.. Yes... Goddam... Shoking...“ Posługujecie się tą monetą wówczas, kiedy nie chcecie ani płacić, ani odpowiadać... Ale z Bibi to nie chyci. Uregulujmy nasze rachuneczki, stary figlarzu...
— Master Lebeau, w istocie rzeczy pan przemawiać do mnie bardzo gwałtownie!..
I J. Tom Levis, dumny z bogactwa swego słownika (ostatni wyraz powtórzył raz po raz trzykrotnie) krygował się w swym żabocie, tonąc w olbrzymim białym krawacie pastorskim, który mu ściskał szyję. Jednocześnie oko jego zaczęło drgać, mącąc w ten sposób nieodgadniony wyraz tego spojrzenia, podczas gdy wzrok przeciwnika z pod opuszczonych powiek odpowiadał na szelmowską wymowę Anglika błyskami wściekłości, malującej się jeszcze na wąskiej i gładkiej fizjognomji. Mistrz Lebeau miał w całej poprawności swej podejrzanej postaci o włosach jasnych, ufryzowanych i ułożonych, w czarnym stroju poważnym i surowym, coś z prokuratora dawnego Châtelet, Lecz w owej chwili — zważywszy, iż właśnie debaty o interesach uwydatniają prawdziwą naturę — ten człowiek tak dobrze wychowany i gładki, jak i jego paznokcie, smakowity Lebeau, dawny lokaj w Tuilerjach, ujawniał swój charakter szpetnego sługusa, chciwego zarobku i zysku.
Chroniąc się przed wiosenną ulewą, rzęsiście zmywającą dziedziniec, obaj kumotrowie ukryli się w dużej remizie, świeżo pobielonej, której ściany wyłożono do połowy grubemi matami dla zabezpieczenia od wilgoci licznych i wspaniałych pojazdów. Uszeregowane obok siebie stały tam karoce galowe, pełne szyb i złoceń, i wygodne „for in hand“, używane w czasie polowań, i lekkie faetony wiozące na wyścigi, a nawet sanie, któremi w czasie mrozów królowa jeździła po jeziorze. Obecnie — w stanie spoczynku — wszystkie te wehikuły zachowywały w półcieniu remizy masywny lub żwawy wygląd zbytkownych zwierząt, połyskujących i kosztownych, niby fantastyczne rumaki legend asyryjskich. Sąsiedztwo stajni, z której dochodziło parskanie i głośne szmery, półotwarty skład uprzęży o nawoskowanej podłodze, gdzie stały w przegrodach wszystkie baty, chomąta, siodła na kozłach, niby trofea lśniące od okuć stali, i zwoje lejców, dopełniały tego wrażenia komfortu i zbytkownego życia.
Tom i Lebeau rozprawiali w kącie, a podniesione ich głosy mieszały się z pluskiem wody, spadającej na asfalt trotuarów. Zwłaszcza krzyczał mocno kamerdyner, wielce pewny na swoim gruncie. Ten filut Levis jest poprostu niezrozumiały!.. I któżby się mógł spodziewać takiego podejścia?,. Gdy Ich Królewskie Mości przejechały z Hotelu pod Piramidami do Saint-Mandé, to czyż to nie było zasługą, dziełem jego Lebeau, dokonanem mimo ogólnego sprzeciwu, zgoła nieukrywanego?.. A jaka była umowa? Czyż nie mieli się dzielić do połowy wszystkiemi dochodami, łapówkami dostawców? No tak, czy nie?..
— O.. yes... Całkiem tak..
— Więc czemu teraz kręci?
— No... no... nigdy kręcić..., mówił J, Tom Levis, z ręką na żabocie.
— Tak, tak, stary łgarzu... Wszyscy dostawcy dają ci czterdzieści procent, mam tego dowody... A mnie jegomość powiedział, że dostaje tylko dziesięć... Znaczy to, że na miljon który kosztowała instalacja w Saint-Mandé, jak mam tylko swoje pięć od sta, to jest pięćdziesiąt tysięcy franków, podczas gdy wy macie trzydziesty piąty procent, co czyni trzysta pięćdziesiąt tysięcy franków... trzysta pięćdziesiąt tysięcy franków, trzysta pięćdziesiąt...
Dusił się z wściekłości, a cyfra ta niby ość sterczała mu w gardle, Tom próbował go uspokoić. Przedewszystkiem, jest to mocno przesadzone... A następnie agent miał olbrzymie koszta... Podniesiono mu komorne przy ulicy Royale... Tyle otwartych rachunków, a pokrycie bardzo trudne... Nie mówiąc już o tem, że jest to dla niego interes jednorazowy, podczas gdy Lebeau pozostaje stale na miejscu, a wszak nie brak okazyj w domu, gdzie się wydaje dwieście tysięcy franków tocznie.
Lecz kamerdyner patrzył na to inaczej. Jego sprawy nikogo nie obchodzą i naturalnie nie pozwoli się skubać temu przybłędzie angielskiemu.
125 — Panie Lebeau, pan mi mówić impertynencje...Ja nie chcieć z panem dłużej...
Tom Levis skierował się ku wyjściu. Lecz tamten zagrodził mu drogę. „Jakto, odchodzi nie zapłaciwszy!.. O, co to, to nie..“ Pobladłe usta Lebeau drżały, a wykrzywiona wściekłością twarz przysunęła się ku Anglikowi, pełnemu wciąż takiego spokoju i zimnej krwi, że kamerdyner, tracąc panowanie nad sobą, wyciągnął pięść, obrzydliwie zakląwszy. Wówczas Anglik odepchnął ją szybkim, niby parada szpady, ruchem ręki, właściwym nietyle bokserom, co drapichróstom i rzekł najczystszym akcentem dzielnicy Antoine:
— Odknaj, Lizetko... bo przetrącę.
Efekt tych słów był magiczny. Lebeau, osłupiały, zrazu obejrzał się machinalnie, szukając tego, kto to powiedział; potem, skierowawszy spojrzenie na Toma Levisa, który nagle poczerwieniał, mrugając okiem, wybuchnął tak szaloną wesołością, że nie zdołał się jej oprzeć i agent od interesów.
— Oh, filucie, filucie... Powinienem był się domyślić... Więc to taki z nas Anglik!...
Śmieli się wciąż, nie mogąc nabrać tchu, gdy poza nimi otworzyły się nagle drzwi i zjawiła się królowa, Wszedłszy przed jakąś chwilą do sąsiedniej stajni, aby własnoręcznie przywiązać ulubioną klacz, nie straciła z całej rozmowy ani słowa. Oszustwo, zapoczątkowane tak nisko, niewiele ją wzruszało. Wiedziała dobrze, co sądzić o Lebeau, lokaju-świętoszku, świadku wszystkich jej nędz i poniżeń; tamtego, dostawcę ledwie znała. Lecz dowiedziała się od nich rzeczy poważnych. Więc instalacja w Saint-Mandé kosztowała miljcn, a życie, które uważali za tak skromne i ograniczone, pochłaniało rocznie dwieście tysięcy franków wówczas, gdy mieli ledwie czterdzieści tysięcy. Jakże mogła być tak długo ślepa wobec tego trybu życia, niedostateczności ich prawdziwych zasobów!... Któż więc łożył na to wszystko? Kto opłacał cały zbytek, dom, konie, powozy, nawet toalety i działalność dobroczynną!... Na myśl tę wstyd palił jej policzki, i szybko pod deszczem skierowawszy się przez dziedziniec, weszła na ganek intendentury.
Rosen, zajęty klasyfikowaniem rachunków, na których piętrzyły się stosy ludwików, zdumiony zerwał się odruchowo na jej widok.
— Nie... Siedź pan.... rzekła urywanym głosem. I pochyliwszy się ku biurku księcia wyciągnęła rękę ruchem zdecydowanym, naglącym, autorytatywnym.
— Książę, z czego żyjemy od dwóch lat?... Tylko bez wykrętów... Wiem, że wszystko co uważałam za wynajęte zostało kupione w naszem imieniu i zapłacone... Wiem, że samo Saint-Mandé kosztuje nas miljon, a miljon przywieźliśmy akurat z Ilirji... Proszę mi powiedzieć, kto nas wspomaga od owego czasu i z czyich rąk pochodzi ta jałmużna?..
Przerażona twarz starca, drżenie wszystkich jego zmarszczek pozwoliło królowej domyślić się prawdy.
— Pan!.. To pan!..
Nigdyby nie przypuszczała. I gdy on tłumaczył się, bełkocząc: „obowiązek... wdzięczność... wzajemność...”, rzekła gwałtownie.
— Książę, król nie odbiera tego, co dał, a królowej nie można utrzymywać, niby jakąś tancerkę.
Z oczu jej trysnęły, zda się, iskry, duże łzy, łzy dumy, które nie spadły.
— Oh! Proszę o łaskę... przebaczenie...
Był tak pokorny, całował końce jej palców z takim wyrazem smutnego żalu, że królowa nieco łagodniej dodała:
— Drogi książę, proszę przygotować zestawienie tych wszystkich sum. Otrzyma pan pokwitowanie, a król uiści się możliwie szybko... Co do wydatków na przyszłość, zajmę się niemi sama, będę czuwała, żeby nie przekraczały naszych dochodów... Sprzedamy konie i powozy. Zmniejszy się służbę. Królowie na wygnaniu winni zadowalać się małem.
Stary książę wykrzyknął z zapałem:
— Złudzenie, Wasza Królewska Mości... Właśnie na wygnaniu musi być zachowany całkowity prestige... O, gdyby mnie słuchano, Wasze Królewskie Mości nie zamieszkałyby tutaj, na przedmieściu, w warunkach zdatnych co najwyżej na sezon kąpielowy. Ja pragnąłbym mieszkania w pałacu, w obliczu wielkiego Paryża, będąc przekonany, że wydziedziczeni królowie obawiać się winni najwięcej zobojętnienia, które ogarnia ich wówczas, gdy się zniżają do poziomu ulicy i jej poufałości,,. Wiem, wiem... Nieraz uważano, że jestem śmieszny w tych kwestjach etykiety, rygoru dziecinnego i przestarzałego. A tymczasem formy te są w najwyższym stopniu ważne, pomagając zachować dumę wyglądu, tak łatwo zanikającą w nieszczęściu. To — nieugięta zbroja, dzięki której żołnierz się trzyma, nawet będąc śmiertelnie raniony.
Przez chwilę milczała, opanowana jakąś myślą. Poczem podniosła głowę:
— To niemożliwie... Istnieje duma wyższa jeszcze od tamtej... Należy od dziś zaprowadzić zmiany tak, jak to powiedziałam.
Wówczas de Rosen tonem niemal błagalnym rzekł:
— Niech Wasza Królewska Mość raczy pomyśleć... Sprzedaż koni, powozów... Poprostu bankructwo królewskie... Jakiż to będzie rozgłos! Jaki skandal!
— To co się dzieje jest hardziej jeszcze skandaliczne.
— Kto o tem wie?.. Kto się bodaj domyśla? Jakże przypuścić, że ten stary sknera de Rosen... Nawet Wasza Królewska Mość... Oh, błagam cię, pani, racz przyjąć to, co nazywasz mojem oddaniem... Zresztą byłoby to niemożliwe. Wszak roczny dochód wystarczyłby zaledwie na podręczną kiesę króla, na grę.
— Król przestanie grać, mości książę!
Powiedziała to takim tonem, z takim wyrazem oczu, że Rosen już nie nalegał. Pozwolił sobie jednak dodać:
— Uczynię jak sobie Wasza Królewska Mość życzy. Lecz błagam, aby zechciała pamiętać, że wszystko co posiadam należy do niej, i że zasłużyłem, aby w razie potrzeby raczyła się do mnie zwrócić.
Był pewny, że to nastąpi niezadługo.
Następnego dnia zaczęły się zapowiedziane reformy. Odprawiono połowę służby, zbędne pojazdy odesłano do Tatersalu, gdzie zostały niezgorzej sprzedane, prócz karoc galowych zbyt krępujących dla osób prywatnych. Udało się jednak zbyć je dzięki Cyrkowi amerykańskiemu, który rozgościł się w Paryżu, rozwijając ogromną reklamę. I wspaniałe karety, które Rosen kazał wykonać, aby zapewnić swym władcom nieco utraconej pompy, a zarazem karmiąc się odległą nadzieją powrotu do Lubiany, zaczęły służyć pokazom chińskich karlic i uczonych małp, historycznych kawalkat i apoteoz à la Franconi. Pod koniec przedstawienia, na piasku areny przy porywających dźwiękach orkiestry, oglądano te książęce pojazdy o herbach ledwie zatartych, trzykrotnie okrążające tor-, podczas gdy z ich otwartych okien wychylała się wykrzywiona lub groteskowa postać albo też bezmyślna o krótkiej fryzurze głowa słynnego akrobaty w różowym trykocie, skłaniającego przed tłumem lśniące od pomady czoło. Jakimż prognostykiem dla idei królewskiej był ten strzęp koronacyjny włóczony w atmosferze szychu i woltyżu pośród koni i tresowanych zwierząt.
Ta sprzedaż w Tatersalu, gdy równocześnie inne afisze zapowiadały sprzedaż brylantów królowej Galicji w hotelu Drouot, wywołała nieco hałasu. Lecz Paryż nie zatrzymuje się długo nad jedną sprawą, idąc śladem bieżących kronik pism. O tych dwóch wydarzeniach mówiono w ciągu dwudziestu czterech godzin, nazajutrz już o nich nie myślano. Chrystjan II przyjął bez oporu reformy, wymagane przez królowę; od czasu swej smutnej eskapady, był wobec niej niemal zakłopotany. Cóż zresztą obchodziły go reformy domowe? Jego życie, składające się z marnotrawstwa i rozrywek upływało poza domem. Rzecz zadziwiająca: w ciągu sześciu miesięcy nie kołatał ani razu do sakiewki Rosena. Podnosiło go to nieco w oczach królowej, zadowolonej pozatem, że nie widzi na dziedzińcu fantastycznego cabu Anglika i nie spotyka na schodach służalczego uśmiechu wierzyciela — dworaka.
Jednak król wydawał dużo, bawiąc się więcej jeszcze niż dotąd. Skąd czerpał pieniądze? Elizeusz dowiedział się o tem w zgoła szczególny sposób od wuja Sauvadona, poczciwca którego dawniej „oświecał“ w różnych sprawach. Od chwili sprawowania obowiązków przy ulicy Herbillon z nim jednym z pośród dawnych znajomych utrzymywał stosunki, i od czasu do czasu udawał się na śniadanie do Bercy, przynosząc mu wówczas wiadomości o Kolecie, której staruszek — jak się skarżył — nie widywał. Koleta była jego adoptowanem dzieckiem, córką ubogiego brata, którego tkliwie kochał i wspierał aż do jego śmierci. Bezustannie nią zajęty, łożył na piastunki i wyprawki, potem zaś na internat w Paryżu — co najbardziej arystokratyczny, Dziewczyna była jego słabostką, żywą dumą, pięknem marzeniem, które zdobił we wszystkie kaprysy, rojące się w prostackiej głowie miljonera — dorobkiewicza, A gdy w rozmównicy Sacré-Coeur mała Sauvaaon szeptem mówiła do swego wuja: „Matka tej jest baronową, albo margrabiną...” wuj miljoner ruchem ramion odpowiadał: „Ty będziesz czemś więcej”. W osiemnastym roku życia została księżną. W Paryżu nie brak Wysokości będących w poszukiwaniu posagu; agencja Levisa posiada ich cały asortyment; chodzi tylko o cenę. I Sauvadon uważał, że dwa miljony nie jest to zbyt wiele, aby figurować w kąciku salonu, gdzie przyjmowała wieczorami młoda księżna de Rosen, aby, ukrywszy się w jakiejś wnęce, mieć prawo promienieć szerokim uśmiechem wśród krótkich faworytów wyszłych z mody od czasu Ludwika-Filipa. Żywe oczki szare i skrzące się, — oczy Kolety, łagodziły naiwną i niepoprawną mowę tych ust grubych, ciosanych niedołężnie, oraz widok rąk kwadratowych, co nawet w rękawiczkach kanarkowych pamiętały, że kiedyś toczyły na wybrzeżu beczki.
Z początku był nieufny, nic nie mówił, zadziwiał, przerażał ludzi swem milczeniem. Do kaduka! Wszak to nie w Bercy, handlując winem, odpowiednio mieszanem i barwionem, może się nauczyć człek pięknej mowy. Potem, dzięki Mérautowi, zdobył kilka gotowych poglądów, śmiałych aforyzmów, na temat bieżących wydarzeń, modnych książek. Wuj przemówił, i to nie najgorzej, jeśli nie liczyć kilku okropnych „kiksów“, od których omal nie spadł żyrandol, oraz niepokoju, jaki budziły wokół tego woziwody w białej kamizelce niektóre teorje a la de Maistre, malowniczo wypowiedziane, I oto nagłe władcy Ilirji porywają mu dostawcę idej, odbierając zarazem możność popisu. Koleta, zajęta obowiązkami damy dworu, nie opuszcza Saint-Mandé; a Sauvadon zbyt dobrze znał szefa domu cywilnego i wojskowego, by móc liczyć na bywanie u dworu. Nawet nie wspomniał o tem. Czy można go sobie wyobrazić tam, wprowadzonego przed oblicze wyniosłej Fryderyki!... Handlarz win z Bercy! I to nie handlarz — emeryt, lecz, przeciwnie, w pełni działalności, gdyż, mimo milionów, mimo błagań bratanicy, Sauvadon pracował nalej, zatknąwszy pióro za ucho, pędząc życie w składzie, na wybrzeżu, pośród tragarzy, wynoszących i wnoszących baryłki, albo też pod olbrzymiemi drzewami starego parku przetrzebionego już i zniszczonego, gdzie w hangarach ciągnęły się szeregi nieskończone beczek — jego bogactwo. „Umarłbym, gdybym stanął“, mawiał. I, rzeczywiście, żył tym łoskotem przetaczanych baryłek i mocnym zapachem wina, idącym z magazynów w wilgotnych piwnicach, gdzie przed czterdziestu pięciu laty rozpoczynał swą karierę.
Tam niekiedy odwiedzał Elizeusz swego dawnego pupila i rozkoszował się pod konarami drzew lub w sklepionej piwnicy śniadaniem, jakie umieją przygotowywać tylko w Bercy: winem z beczki, rybką, trzepoczącą się dopiero co w akwarjum, i potrawą według przepisów lokalnych, jak w głębi Langwedocji lub w Wogezach. Teraz, skoro nie odbywały się zebrania u Kolety, nie było już mowy o „ideach“, lecz poczciwiec lubił słuchać Mérauta i spoglądać, jak je i pije obficie, gdyż zawsze miał przed oczyma klitkę przy ulicy Monsieur-le-Prince i uważał Elizeusza za prawdziwego rozbitka życiowego. Wzruszająca życzliwość człowieka, który poznał głód, wobec innego, biednego, Méraut przynosił wiadomości o bratanicy, o życiu w Saint-Mandé, odblaski wielkości, które tyle kosztowały zacnego winiarza, a nie mogły być przezeń oglądane. Zapewne czuł się dumny na myśl o młodej damie dworu, dotrzymującej towarzystwa królom pośród ceremonjału dworskiego; ale wzrastał zły humor i uraza do starego Rosena o to, że nie mógł jej oglądać.
— Czemże się to tak pyszni? Nazwiskiem, tytułem?... Ależ mając pieniądze mogłem sobie i ja na to pozwolić... A co do wstęg i orderów... Będę je również miał, skoro zapragnę... Nie wiesz zapewne, mój drogi Méraut... Od czasu naszego widzenia wydarzyło mi się coś przyjemnego.
— I cóż takiego, mój wuju?
Nazywał go „wujem“ wskutek serdecznej życzliwości właściwej Południowi, i chęci nadania odpowiedniej etykiety tej szczególnej sympatji, jaką czuł do starego handlarza.
— Mam, mój drogi, Lwa Iliryjskiego... komandorię z krzyżem... Książę tak jest dumny ze swej Wielkiej Wstęgi!... W Nowy Rok, gdy udam się z wizytą zawieszę ją sobie... będzie miał nauczkę...
Elizeusz nie chciał wierzyć Order Lwa! Jeden z najstarszych i najbardziej w Europie poszukiwanych... dany wujowi Sauvadon, „mojemu wujowi“!... Za co?... Za to, że sprzedawał w Bercy mieszane wino?
— O, to sprawa bardzo prosta, rzekł tamten, mrużąc małe, siwe oczki, kupiłem sobie godność komandora podobnie jak tytuł książęcy... Dając trochę więcej, miałbym wielką wstęgę orderu, gdyż była również do nabycia.
— Gdzie? zapytał Elizeusz, blednąc.
— W agencji Levisa przy ulicy Royale... Wszystkiego dostanie u tego szelmy Anglika... Mój krzyż kosztował dziesięć tysięcy franków... wielka wstęga zaś była za piętnaście tysięcy...! znam takiego, co ją sobie zafundował... Wiesz, kto? Biscarat, słynny fryzjer z bulwaru Capucines... Ależ o tem wie cały Paryż... Proszę się przejść do Biscarat. W głębi wielkiej sali, gdzie urzęduje pośród swych trzydziestu pracowników, wisi ogromna fotografja, na której wyobrażono go, jako Figara, z brzytwą w ręce, i wielką wstęgą opasującą pierś... Taki sam rysunek zdobi wszystkie flakony w jego sklepie... Gdyby generał to zobaczył, wąsy podniosłyby mu się... o, tak.
Próbował naśladować grymas generała, ale że nie miał wąsów, nic z tego nie wyszło.
— Czy wuj ma dyplom?... Mógłbym zobaczyć?...
Elizeusz łudził się jeszcze, że tkwiło w tem jakieś oszustwo, podrobienie podpisu, którym agencja Levisa kupczyła bez skrupułu, Nie! Wszystko odznaczało się poprawnością, skoncypowane zgodnie z formułą, opieczętowane herbem Ilirji obok podpisu Boskowicza i sygnowane przez Chrystjana II. Nie było wątpliwości. Za wiedzą króla odbywał się handel orderami i wstęgami; zresztą aby się przekonać, dość było, wróciwszy do Saint-Mandé, udać się do radcy.
W rogu wielkiego hallu, położonego na górnem piętrze hotelu, i mieszczącego gabinet Chrystjana — którego nigdy nie używano, — salę rycerską, gimnastyczną oraz bibljotekę, znalazł Boskowicza pośród pudełek, grubych kopert, arkuszy papieru, na których suszyły się rośliny z ostatnich zbiorów. Od początku wygnania uczony zapoczątkował sobie kolekcję okazów z Lasku Bulońskiego i Vincennes, posiadających najbogatszą we Francji florę. Potem udało mu się po śmierci jakiegoś słynnego przyrodnika nabyć jego album. I pogrążywszy się w badaniu swych nowych bogactw, pochyliwszy nad powiększającem szkłem lupy twarz, bez krwi i wieku, podnosił ostrożnie, jedną po drugiej, ciężkie stronice, między któremi widać było rośliny rozłożone na płasko od korzenia do kielicha i odbarwione na brzegach. Z ust jego wydzierał się okrzyk radości i zachwytu, skoro okaz był nietknięty i dobrze zachowany; spoglądał nań długo, odczytując głośno nazwę łacińską i uwagi zanotowane u dołu. To znowu wymykał mu się gniewny pomruk na widok kwiatu uszkodzonego przez niedostrzegalnego robaczka, dobrze znanego zbieraczom, który — atom zjawiony w pyle roślin — stanowi niebezpieczeństwo, a często zagładę kolekcji. Łodyga trzymała się jeszcze, lecz za poruszeniem stronicy, wszystko rozsypywało się w proch i ulatywało w delikatnym obłoczku.
— To robak... robak... mówił Boskowicz, pochylony nad lupą, zatroskany i dumny zarazem, pokazując maleńki otworek, niby od świdra, świadczący o przejściu szkodnika. Człowiek ten niezdolny był do żadnego występku, ale też nie potrafił okazać oporu, Na wzmiankę o orderach, zaczął drżeć, spoglądając z pod okularów wzrokiem strwożonym i podejrzliwym... Cóż to mu prawią? Zapewne, w ostatnich czasach król polecił mu przygotować in blanco mnóstwo dyplomów różnych stopni, ale nic nad to nie wiedział i nie śmiałby o nic pytać.
— A więc, panie radco, rzekł Elizeusz poważnie, uprzedzam pana, że Jego Królewska Mość wraz z agencją Levisa uprawia handel temi odznaczeniami.
I tu opowiedział mu historję o golibrodzie-Gaskończyku, którą bawił się cały Paryż. Boskowicz wydał okrzyk ostry, kobiecy. W istocie rzeczy niezbyt się tem przejął, ile że poza obrębem jego manji nic go nie interesowało. Zielnik, pozostawiony w Lublanie, był dla niego straconą ojczyzną, a ten, który przygotowywał — wygnaniem we Francji.
— Ależ to niegodne... żeby taki człowiek jak pan przykładał rękę do podobnie ohydnej frymarki.
A radca, zrozpaczony, że gwałtem otworzono mu oczy na sprawy, których nie chciał widzieć, jąkał:
Ma che... ma che... cóż ja tu mogę uczynić, drogi panie Méraut?... Król jest królem... Skoro mówi: Boskowicz, napisz to... ręka moja posłuszna jest bez wahania... Zwłaszcza, że Jego Królewska Mość tak jest dla mnie dobry i wspaniałomyślny. On to, widząc moją rozpacz po stracie zielnika, dał mi w upominku ten... Tysiąc pięćset franków, wspaniała okazja... A prócz tego dostał mi się jeszcze Hortus Cliffortienus Linneusza, pierwsze wydanie.
Z naiwnym cynizmem obnażał nieszczęsny sumienie. Wszystko było tam suche i zamarłe, jak w zielniku. Manja, okrutna niby niedostrzegalny robaczek przyrodników, wszystko przegryzła i przebiła na wylot. Dopiero gdy Elizeusz zagroził mu interwencją królowej, wzruszył się nieco. Dopiero wówczas manjak porzucił lupę, i zaczął czynić wyznania, szeptem, ciężko wzdychając, niby penitentka przy konfesjonale. Przed jego oczyma przesuwała się niejedna sprawa, której nic mógł zapobiec, bolejąc nad nią równocześnie... Król miał złych doradców... E poi cha volete? Nie ma powołania do rządów... upodobania do tronu... I tak zawsze było... Dawno to, jeszcze za życia Leopolda... Kiedy król dostał po raz pierwszy ataku, a Chrystjanowi powiedziano, że prawdopodobnie będzie następcą swego wuja, dziecko — miał wówczas ledwie dwanaście lat i grał w owej chwili w ogrodzie pałacowym w krokieta — zaczęło płakać... tak płakać, że trudno je było uspokoić... I tonąc we łzach, mówił: Ja nie chcę być królem... nie chcę być królem... Niech zamiast mnie będzie mój kuzyn Stanisław...“ Często odnajdowałem w oczach Chrystjana II ten sam wyraz lęku i niepokoju, z jakim owego ranka, ściskając oburącz młotek krokietowy, wołał przerażony, że go zaniosą do sali tronowej: „Ja nie chcę być królem!...“
Anegdota ta tłumaczyła całkowicie charakter Chrystjana. Nie był to, zapewne, człowiek zły, ale człowiek — dziecko, zbyt wcześnie ożeniony, pełen wrzących namiętności i wad dziedzicznych. Życie, jakie wiódł, noce spędzone w klubie, kobietki, kolacyjki, był to w pewnych sferach normalny tryb mężów. Wszystko komplikowała rola króla, w której nie umiał się utrzymać, i owa odpowiedzialność ponad jego miarę i siły, a wreszcie zwolna demoralizujący wpływ wygnania. Charaktery tęższe od niego nie potrafiły oprzeć się rozprzężeniu wynikłemu z wykolejonych nawyków, z ciągłej niepewności, w połączeniu z szalonemi nadziejami, i zdenerwowaniem oczekiwania. Wygnanie, podobnie jak morze, miewa chwilę ciszy, która przytłacza i obezwładnia. Jest to okres przejściowy. Nudę długich podróży rozprasza określone zajęcie lub godziny pracy programowej. Lecz czem zająć się może król, pozbawiony narodu, ministrów, rady, nie mając nic do decydowania, nic do podpisywania, o umyśle zbyt sceptycznym, by bawić się w parodję tego wszystkiego, a niezdolny, przez swą ignorancję, spróbować jakiejś innej pracy? A przytem wygnanie to zarazem katastrofa, w której ulegają zmieszaniu wszyscy pasażerowie, zarówno pierwszej klasy jak i pokładów. I trzeba posiadać niebyłe jaką godność, prawdziwy temperament królewski, żeby nie dać się wciągnąć w stosunki poufałości i poniżającego spospolicenia, które potem wywołują wstyd i udrękę, — żeby pozostać królem pośród prywacyj, niedoli, zbrukania, co skłębią w jedno wszystkie warstwy nędznej ludzkości.
Dom iliryjski zaczęła, niestety, ogarniać ta zmącona fala, przed którą książę Rosen bronił tak długo kosztem wielkich ofiar. Król chwycił się sztuczek, aby móc pokrywać swe uciechy. Zaczynał wystawiać zobowiązania, niby jakiś syn marnotrawny, uważając, iż jest to równie proste, a dzięki pomocy Toma Levisa dogodniejsze od „bonów do naszej kasy“, kierowanych przezeń dawniej do szefa domu cywilnego i wojskowego. Nadchodził termin zobowiązań, zjawiały się bez liku prolongaty, aż któregoś dnia Tom Levis, zostawszy sam bez centyma, wymyślił ten handel dyplomami, ile że stanowisko króla bez narodu i listy cywilnej nie miało innych źródeł. Nieszczęsnego lwa iliryjskiego poćwiertowano, niby trzodę, i porąbano na kawałki, sprzedawano z licytacji, wyznaczając cenę na grzywę i podgardle, na lędźwie i łapy. A był to dopiero początek. W cabie Toma Levisa królowi nie uda się zatrzymać na pół drogi. Tak mówił do siebie Méraut, wyszedłszy od Boskowicza. Widział, że niepodobna było polegać na radcy, łatwo pochwytnym, jak człowiek, dotknięty manją. On sam był w tym domu zbyt świeżym i obcym przybyszem, aby mieć jakikolwiek wpływ na Chrystjana. Gdyby się tak zwrócić do starego Rosena? Lecz na pierwszą wzmiankę generała, książę ciska mu straszliwe spojrzenie, niby jakiemuś świętokradzcy. Król, jakkolwiekby upadł nisko, pozostawał zawsze królem. Nie można też było liczyć na mnicha, którego drapieżne oblicze ukazywało się w długich odstępach czasu, między dwiema podróżami, coraz bardziej opalone i wychudłe...
Królowa?... Lecz od kilku miesięcy trawił ją jakiś smutek i gorączka, a wyniosłe czoło pokrywana chmura troski; podczas lekcyj słuchała roztargniona, daleka myślą, ręce opuściwszy bezwładnie na haft. Pochłaniały ją poważne sprawy, dotąd nieznane, kłopoty pieniężne, uczucie poniżenia wobec tych wszystkich rąk wyciągniętych, których nie mogła napełnić. Naglili dostawcy, towarzysze wygnania i niedoli, bo smutne rzemiosło królewskie ma obowiązki nawet wtedy, gdy nie ma już praw. Wszyscy, którzy zdołali trafić do tego domu w dobie dostatku, teraz oczekiwali w ciągu długich godzin w przedpokojach, i często, znużeni oczekiwaniem, obchodzili, mrucząc słowa, których, nawet nie słysząc, królowa domyślała się z niezadowolonych ruchów i postawy ludzi, trzykrotnie odprawianych z niczem. Bo istotnie usiłowała w nowym trybie życia zaprowadzić ład; lecz prześladowało ją nieszczęście, skutki złych lokat i unieruchomionych wartości. Biedna królowa Fryderyka, której się zdawało, że poznała wszystkie cierpienia: brakowało jeszcze trosk, od których się więdnie, twardego, raniącego dotknięcia pospolitości życia codziennego. Zdarzało się nieraz pod koniec miesiąca, że nie sypiała po nocach drżąc z obawy, niby szef jakiejś firmy handlowej. Ponieważ zalegano z wynagrodzeniem służby, lękała się dostrzec wyraz niezadowolenia w spojrzeniu nieco mniej pokornem, w niedość szybkiem wypełnieniu rozkazu. Poznała wreszcie, czem są długi, żądania coraz to napastliwsze, przekraczające w swem zuchwalstwie najwyższe progi i drzwi najgrubiej złocone. Stary książę śledził, w powadze i milczeniu, wszystkie te troski, krążył dokoła królowej, jak gdyby mówiąc: „Czuwam“. Lecz była zdecydowana raczej wyczerpać wszystkie sposoby niż zwrócić się do tego, którego zmiażdżyła tak wyniosłą nauczką.
Któregoś wieczora siedzieli w dużym salonie, gdzie panowała ta sama wciąż monotonja pod nieobecność króla — poza domem, jak zwykle. Pod srebrnemi świecznikami toczyła się partja wista, tak zwana gra królowej: książę naprzeciw Jej Królewskiej Mości, madame Eleonora i Boskowicz jako para przeciwników, Księżna cicho grała na fortepjanie owe „echa iliryjskie“, których Fryderyka mogła wciąż słuchać bez zmęczenia, a za najmniejszym gestem zachęty palce grającej nadawały im mocne akcenty pieśni wojennej i brawury. Te wspominki, budząc na twarzach słuchaczy uśmiech rozmarzenia lub wyraz bohaterstwa, ożywiały nieco atmosferę rezygnacji wygnania i ustalonych nawyków w tym bogatym salonie mieszczańskim, będącym teraz królewską siedzibą.
Wybiła godzina dziesiąta.
Miast udać się do swych apartamentów, jak co wieczór, — było to sygnałem do rozejścia się, — królowa potoczyła wokół roztargnionym wzrokiem, mówiąc:
— Możecie państwo odejść. Ja mam jeszcze sprawy z panem Méraut.
Elizeusz, zajęty przy kominku lekturą, skłonił się i, zamknąwszy książkę, przeszedł do sąsiedniego pokoju po papier i pióra.
Gdy wrócił królowa była sama, wsłuchana w turkot odjeżdżających powozów, za któremi zamykano dużą bramę; tymczasem na korytarzach i schodach pałacu rozlegały się zmieszane kroki, poprzedzające chwilę spoczynku mieszkańców ludnego domu. Zapanowała wreszcie cisza, którą pogłębiał wokół dwumilowy lasek, chłonąc szumem wiatru i liści dalekie odgłosy Paryża. Pusty salon, pełen jeszcze światła, czekał, zda się, w spokoju i samotności, na jakąś tragiczną scenę. Fryderyka, oparłszy się o stół, odsunęła ręką przygotowany przez Mérauta papier, mówiąc:
— Nie... nie... Nie mamy nic do pisania... To był pretekst... Niech pan siada...
Potem, ciszej:
— Chcę pana o coś prosić...
Lecz to co miała do powiedzenia kosztowało ją widzocznie dużo, gdyż trwała przez chwilę w skupieniu, napół przymknąwszy cezy; głęboko bolesny wyraz, który Elizeusz spostrzegł już kilkakrotnie, podnosił jeszcze piękność tej twarzy, znacząc czystość jej linij brózdami poświęcenia i ofiar, najwznioślejszemi uczuciami królowej i kobiety. Budziła w nim wówczas cześć religijną... Wreszcie, odzyskując całą odwagę, Fryderyka zapytała go głosem cichym, nieśmiałym, wyraz po wyrazie, niby stawiając bojaźliwe kroki, czy nie znał w Paryżu... jakiegoś miejsca, gdzie... pożyczają pod zastaw...
Pytała Elizeusza, tego dużego cygana, któremu znane były wszystkie lombardy paryskie, dokąd od lat dwudziestu zanosił zimą letnie ubrania, a latem — zimowe!... Czy znał ciotunię!... Wraz z wspomnieniami młodości wracał ten żargon, wywołując przez jedną chwilę uśmiech na jego twarzy. Lecz królowa ciągnęła dalej, podnosząc nieco głos:
— Chciałabym panu powierzyć coś do zaniesienia... klejnoty... Bywają chwile kłopotliwe...
Piękne jej oczy, teraz wzniesione, jawiły głęboką otchłań boleści cichej a nadludzkiej.
Nędza królów, — wielkość w poniżeniu!... Czyż to było możliwe!...
Méraut skinął głową na znak, że gotów jest podjąć się sprawy.
Gdyby był wyrzekł słowo, stłumiłoby je łkanie, gdyby był uczynił gest, musiałby paść do stóp tej królewskiej niedoli. A jednak do podziwu zaczęła przyłączać się litość. Teraz widział królowe nieco mniej wyniosłą, mniej górującą nad pospolitością życia, jak gdyby w smutnem wyznaniu przez nią uczynionem usłyszał akcent cyganerji, coś, co było początkiem upadku i zbliżenia ku niemu.
Nagle wstała i wziąwszy z kryształowego puzdra zapomnianą relikwię, położyła ją na serwecie, niby garść olśniewających klejnotów.
Elizeusz zadrżał... Korona!...
— Tak, korona... Sześćset lat jest już w domu iliryjskim... Dla jej obrony umierali królowie, płynęły strumienie krwi szlacheckiej... Teraz musi pomóc nam żyć... To jedno tylko pozostało.
Był to wspaniały, kuty w starem złocie djadem, którego koliska, pełne ozdób, łączyły się z sobą ponad podbiciem ze szkarłatnego aksamitu, Na okuciach, na filigranowej forsadzie, we wnętrzu każdego pąka imitującego koniczynę, na wierzchu podtrzymujących je ażurowych łuków, jaśniały wszystkie odmiany znanych kamieni: przezroczysty błękit szafirów, aksamit turkusów, zorza topazów, płomień wschodnich rubinów, i szmaragdy, niby krople wody na liściach, kabalistyczne opale, i mleczne, mieniące się, perły. Lecz górując nad wszystkiem rozsiane tam i sam brylanty drgały tysiącem zmiennych ogni, niby rozproszony pył świetlany, obłok przepojony słońcem, łagodząc lśnienie wypolerowanego przez wieki djademu dyskretnemi blaski różowej w głębi sanktuarjum lampy.
Drżący palec królowej dotknął korony w paru miejscach:
— Trzeba wyjąć kilka kamieni.. z pośród większych...
— Czem?
Rozmawiali półgłosem, jak złoczyńcy. Lecz Fryderyka nie widząc w salonie nic, coby się do tego nadawało, rzekła:
— Niech mi pan poświeci...
Przeszli na oszkloną werandę, gdzie wysoka lampa, przesuwana w różne strony, rzucała fantastyczni cienie i długą smugę światła ginącą na trawnikach w mrokach ogrodu.
— Nie... nie... szepnęła widząc, że się kieruje ku jej pudełku z robótką... Próbowałam nożyczkami... za słabe.
Znaleźli wreszcie nóż ogrodniczy na skrzyni, z której wynikały ku księżycowej poświacie cienkie gałęzie granatu. Powróciwszy do salonu, Elizeusz spróbował wyważyć ogromny szafir, wskazany mu przez królowę. Lecz kamień, mocno osadzony, opierał się i wymykał żelazu, niezachwiany w uścisku oprawy. Zresztą ręka operatora, lękając się uszkodzić kamień lub nadwerężyć złoto, na którem widoczne już były rysy, ślady poprzednich prób, nie miała dość siły, ani pewności. Rojalista cierpiał, oburzając się na obelgi, jakie musiał wyrządzać koronie. Zdawało mu się, że klejnot drży, opiera się, walczy.
— Nie mogę... Nie mogę... rzekł, ocierając spocone czoło.
— Trzeba, — odparła królowa.
— Ależ to będzie widoczne!
Uśmiechnęła się dumnie, z ironją:
— Widoczne!... Czyż się kto na nią patrzy?... Czy prócz mnie o tem myśli i się interesuje?...
I podczas gdy Elizeusz blady, z pochyloną głową, miażdżył ściskany kolanami djadem królewski, który nóż ogrodniczy rozrywał na sztuki i strzępy, Fryderyka, trzymając wysoko lampę, pilnowała tego zamachu, równie zimna jak lśniące na stole wraz z kawałkiem złota, kamienie, nietknięte i wspaniałe, mimo wydarcia jakiemu uległy. Nazajutrz Elizeusz, nieobecny od rana, wrócił dopiero w porze śniadania. Zasiadł do stoły wzruszony, niespokojny, ledwie wtrącając się do rozmowy, której był zwykle punktem środkowym. Ten niepokój udzielił się królowej, nie zamącając zresztą jej uśmiechu ani pogody głosu; po skończonym posiłku długo jeszcze nie mogli zbliżyć się do siebie ani swobodnie rozmawiać, strzeżeni przez etykietę i panujące w domu przepisy, obecność damy dworu i zazdrosną opiekę pani de Silvis. Wreszcie nadeszła pora lekcji. Podczas gdy młody książę przygotowywał książki, królowa zapytała:
— Co panu jest?... Czy znowu się co stało?...
— Ach! Wasza Królewska Mości, wszystkie kamienie są sztuczne...
— Sztuczne!...
— Bardzo starannie naśladowane... Jak to się stało? Kiedy? Czyż byłby w domu jakiś złoczyńca!
Zbladła straszliwie, słysząc to słowo; nagle, zacisnąwszy zęby, szepnęła targana gniewem i rozpaczą:
— To prawda. Jest tu złoczyńca... I znamy go dobrze oboje: i ja, i pan...
Potem, ruchem gorączkowym i gwałtownym pochwyciwszy rękę Elizeusza, jak gdyby dla zawarcia im tylko znanego układu, dodała:
— Lecz nie wydamy go nigdy, nieprawdaż?
— Nigdy.... odparł, odwracając głowę; bowiem zrozumieli się w jednej chwili.

VII.
Uciechy ludowe.

Popołudnie pierwszej niedzieli majowej: dzień wspaniały, pełen światła, niemal czerwcowy, a tak ciepły, że królowa Fryderyka wraz z księciem i jego guwernerem wyjechała otwartem landem na przechadzkę. Ta pierwsza pieszczota wiosenna wskroś nowego listowia rozgrzało serce królowej tak, jak oświetliła jej twarz pod błękitnym jedwabiem parasolki. Czuła się szczęśliwa, bez powodu, wśród powszechnej łagodności zapominając na kilka godzin o niedoli: wciśnięta w róg ciężkiego powozu, mając obok siebie dziecko, pogrążała się w błogostanie. Naprzeciwko nich siedział Elizeusz Méraut, z którym wiodła intymną rozmowę.
— To dziwne, rzekła, zdaje mi się, że widzieliśmy się zanim jeszcze nastąpiła nasza znajomość. Pański głos i oblicze obudziły we mnie jak gdyby wspomnienia. Gdzież to mogliśmy się widzieć po raz pierwszy?
Mały Zara przypominał sobie dobrze to spotkanie. Było to w klasztorze, w owym kościele pod ziemią, gdzie tak bardzo zląkł się pana Elizeusza. Jeszcze nieco tego leku zabobonnego pozostało w spojrzeniu nieśmiałem i łagodnem, jakie dziecko zwróciło ku swemu mistrzowi... Ale królowa była przekonana, że się widzieli jeszcze przed wieczorem wigilijnym:
— A może to było w przeszłem życiu, dodała niemal poważnie.
Elizeusz zaśmiał się:
— Istotnie, Wasza Królewska Mość się nie myli. Działo się to w innem życiu, ale w Paryżu, w dzień Jej przyjazdu. Stałem nawprost Hotelu pod Piramidami na cokole krat tuileryjskich...
— I krzyknął pan: Niech żyje król!... Teraz przypominam sobie. Ach, jakże się cieszę... To pan powitał nas pierwszy... Gdybyś wiedział, jak bardzo pokrzepił mnie ten okrzyk.
— A mnie! rzekł Méraut... Tak dawno nic miałem sposobności wznieść tego triumfalnego: Niech żyje król!.. Tak dawno wisiał mi na ustach... To okrzyk serca, związany ze wszystkiemi radościami dzieciństwa, młodości; w nim zawarły się wzruszenia i nadzieje naszej rodziny, w nim odzyskuję akcent południowy, gest i głos swego ojca, i tak samo czuję się wzruszony, jak i on niegdyś. Poczciwiec! W tem jednem słowie mieściło się dlań instynktowne wyznanie wiary. Któregoś dnia, wracając z podróży do Frohsdorfu, ojciec Méraut dążył przez plac Carrousel w chwili, gdy miał wychodzić Ludwik-Filip. Przywarłszy do krat, czekała ciżba ludu, tłum obojętny, nawet wrogi, jak to bywa pod koniec panowania. Ojciec mój, dowiedziawszy się, że będzie przejeżdżał król, rozpycha tłum, kierując się ku pierwszym szeregom, aby zmierzyć wzrokiem i zmiażdżyć pogardą Ludwika-Filipa, tego nędznika, i intruza, co ukradł tron legityzmu... Nagle zjawia się król, przechodzi przez pusty dziedziniec, pośród martwej ciszy, milczenia ciężkiego i przytłaczającego cały pałac: rzekłbyś zaczynał się już rozlegać terkot karabinów i trzeszczały wiązania tronu... Ludwik-Filip, nawskroś mieszczuch, stary już, zbliżał się ociężałym krokiem, trzymając w ręce parasol. Nie miał w sobie nic z króla, nic z władcy. Ale ojciec mój widział go innym. I na myśl, że w wielkim pałacu królów francuskich, pełnym sławnych wspomnień, przedstawiciel monarchji kroczy wśród tej straszliwej pustki, jaką nienawiść narodu szerzy dokoła panujących, coś w starcu poruszyło się i zbuntowało; zapomniawszy o owych urazach, i obnażywszy nagle głowę, krzyknął, raczej jęknął: „Niech żyje król!“, głosem tak szczególnym, że król zadrżał i podziękował mu długiem, wzruszonem spojrzeniem.
— Ja winnam była podziękować panu w taki sposób... rzekła Fryderyka, a oczy jej spoglądały na Mérauta z tak tkliwą wdzięcznością, że biedny chłopiec pobladł cały. Ale zaraz, wracając do usłyszanego opowiadania, zapytała:
— Ojciec pański nie był jednak szlachcicem?
— O, nie... Był to człowiek niskiego, skromnego stanu... zwykły tkacz.
— To szczególne... rzekła w zamyśleniu.
Jego odpowiedź dala im asumpt do podjęcia wieczystej dyskusji. Królowa nie lubiła ludu, nie rozumiała go i czuła jakiś lęk fizyczny. Uważała, że jest brutalny i przerażający zarówno w uciesze, jak i w zemście. Nawet podczas uroczystości koronacyjnych, miodowego miesiąca panowania, bała się tych tysięcy rąk, co, wzniesione na znak powitania, trzymały ją jak gdyby na uwięzi. Nie potrafili się nigdy zrozumieć: łaski, względy, jałmużna szafowane przez nią były niby przeklęty posiew, niezdolny do kiełkowania, choć winy nie ponosiła tu ani jałowość gleby ani bezpłodność nasion.
— Tak, wiem dobrze... lud budzi lęk w Waszej Królewskiej Mości, która go nie lubi, a raczej nie zna... Ale proszę spojrzeć dokoła, na te aleje... A przecież tu przechadza się właśnie i bawi najgroźniejsze z przedmieść paryskich, skąd pędzą rewolucje, wyrywając z bruku kamienie... Jak ci wszyscy ludzie wyglądają poczciwie i naturalnie!... Jakże się cieszą tym dniem wypoczynku i słoneczną pogodą...
Z szerokiej alei, którą lando jechało stępa, widać było pod kępami ledwie rozkwitłych polnych hijacyntów śniadania rozłożone na murawie: bieliły się talerze pośród otwartych koszyków, a z zieleni wynikały, niby wielkie piwonje, grube szklanki napełnione winem. Na gałęziach wisiały szale i kurtki, w cieniu drzew czytano, odpoczywano lub nawet zajmowano się szyciem: na polance migały tanie stroje tych co się bawili w ciuciubabkę albo uczestników kontredansa, zaimprowizowanego przy dźwiękach niewidzialnej orkiestry, dochodzących raz po raz. A tłumy dzieci biegały pośród starszych, którzy jedli i bawili się, od jednej rodziny do drugiej, podskakując i krzycząc, napełniając cały lasek rozgłośnym szczebiotem, niby chmary jaskółek, do których były podobne z ruchliwości i zwinności, W przeciwieństwie do Lasku bulońskiego, poprawnego i ogrodzonego sztachetkami, gaik Vincennes, pełen swobody, był, zda się, stworzony do tych uciech ludowych przez samą naturę, bardziej tu łaskawą i żywą.
Nagle, na zakręcie alei, okrzyk zachwytu wydarł się z piersi królewicza: rozbłysło pełnią powietrza i światła jezioro, rozprzestrzeniając, zda się, lasek hen, poza murawą pokryte brzegi. Widok był wspaniały, niby morze nagle zjawione pośród zakurzonego labiryntu głazów włoski bretońskiej. Ozdobione flagami łódki, pełne jaskrawych barw, pruły jezioro we wszystkich kierunkach, niecąc pianę srebrem wioseł. Chmary kaczek pływały hałaśliwie, majestatyczne łabędzie trzymały się brzegów, a z głębi zielonej wysepki orkiestra siała na cały lasek radosne dźwięki. A wokół wesołe ożywienie, trzepot flag na wietrze, wołanie wioślarzy, hałas dzieci, gwar dwóch kawiarenek, zbudowanych niemal na wodzie... Na brzegu jeziora było niewiele pojazdów czasami ukazał się fiaker, wioząc z przedmieścia nowożeńców, lśniących nowością strojów, albo furgon handlowy pełen korpulentnych dam, litośnie spoglądających na tłum kroczący po piasku. Ale szczególnie dużo krążyło wózków dziecięcych, a w tym pierwszym zbytkownym sprzęcie rodziny robotniczej poruszały się główki w czepeczkach, kiwając się radośnie w oczekiwaniu na sen.
Pośród tego tłumu nie mogła przeminąć bez wrażenią liberja i powóz o herbach iliryjskich. Fryderyka bywała tu zwykle tylko w dni powszednie. Trącano się łokciem; na turkot kół ustępowano z drogi, poczem padały uwagi pełne zachwytu dla wyniosłej urody królowej i arystokratycznego wyglądu Zary. Czasem z gęstwiny ukazała się bezceremonjalna mina dziecięca i rozlegał się okrzyk; „Dzień dobry pani...” Czy to wskutek słów Elizeusza, czy też wspaniałej pogody i radości, szerzącej się aż ku horyzontom, czystym i prawdziwie sielskim, dość że Fryderyka odczuwała sympatję do tej niedzieli ludowej, wzruszającej schludnością ubiorów, zważywszy ciężki trud i rzadkie chwile wypoczynku. Co się tyczy Zary, to nie mógł poprostu usiedzieć na miejscu; pragnąłby wyskoczyć z powozu, tarzać się wraz z innymi na murawie, jeździć łódką.
Tymczasem lando wjechało w aleje mniej hałaśliwe, gdzie publiczność czytała lub spała na ławkach, a pod drzewmmi krążyły, objąwszy się, pary. Tu cień miał w sobie świeżość źródła, prawdziwie leśne powiewy. W gałęziach szczebiotało ptactwo. Lecz zarazem dochodziło z drugiej strony wyraźne echo jakiejś zabawy: wystrzały, warczenie bębnów, dźwięki trąb i dzwonów, na tle wielkiego gwaru buchającego nagle w górę, niby chmura dymu. Rzekłbyś, odbywało się łupienie miasta.
— Co to jest?.. Co tam słychać? pytał młody książę.
— Jarmark na pierniki, Wasza Wysokości, odparł stary stangret, odwracając się na koźle, a że królowa zgodziła się obejrzeć to zbliska, powóz potoczył się po przez mnóstwo uliczek, ledwie uporządkowanych, gdzie nowe, sześciopiętrowe domy wznosiły się obok nędznych lepianek, pomiędzy rynsztokiem biegnącym z obory i ogrodem zieleniarza. Na każdym kroku szynczki, huśtawki szpetnie malowane na zielono, tłumy publiczności, wśród której było mnóstwo wojskowych w artyleryjskich czakach i białych rękawiczkach. Słuchano arfisty lub wędrownego skrzypka, który na dany znak rzępolił arję z „Faworyty“ albo „Trubadura“, gdyż swawolny ludek paryski uwielbia sentymentalną muzykę, nieszczędząc datków, gdy się bawi. Raptem lando staje: pojazdy nie mogą jechać dalej, Ale widok mrowiska ludzkiego pośród istnego szpaleru budynków jarmarcznych zapalił taką ciekawością oczy Zary, że królowa zaproponowała, aby pójść dalej pieszo. Była to ze strony dumnej Fryderyki rzecz tak niezwykła, że Elizeusz zawahał się, zdumiony.
— Czy to coś niebezpiecznego?
— Nie, bynajmniej... Ale skoro udajemy się tam, lepiej, by nam nikt nie towarzyszył. Liberja zwróci zbyt wiele uwagi.
Na rozkaz królowej lokaj wrócił na kozioł; postanowiono, że lando zaczeka. Zresztą zabawią krótko, spojrzą tylko na pierwsze namioty.
Na pierwszym planie — lotne kuchnie, buchające ostrą wonią prażonego tłuszczu i płomieniem różowym w świetle dziennem; dokoła krzątały się biało ubrane kuchciki pośród stosu pączków; a dalej fabrykanci jakichś słodyczy, wychwalający towar pachnący migdałami... Młody książę patrzył w osłupieniu. Było to dlań coś zupełnie nowego, bo wychowany, jak ptak w klatce, pośród wysokich komnat pałacowych, otoczony lękiem i nieufnością, zabawy ludowe oglądał jedynie z wysokości balkonu lub powozu otoczonego gwardją. Zrazu, onieśmielony, kroczył obok matki, ściskając ją mocno za rękę, lecz powoli odurzył go gwar i atmosfera zabawy. Oszałamiały dźwięki katarynek. Miał wielką ochotą biec, pociągając za sobą Fryderykę, a jednocześnie czuł potrzebę zatrzymywania się co krok, to znowu dążenia naprzód, coraz dalej, gdzie gwar był największy, a tłum najgęstszy.
W ten sposób oddalali się niepostrzeżenie coraz bardziej, podobnie jak pływak, którego unosi nurt, zwłaszcza że nikt nie zwracał na nich uwagi, gdyż wśród tylu jaskrawych strojów ginął kostjum królowej o bronzowych tonach, oraz dyskretny ubiór Zary; chwilami tylko obnażone łydki i duży kołnierz chłopca powodowały czyjąś uwagę: „To Anglik...“, podczas gdy matka i Elizeusz zamieniali z sobą uśmiechy, widząc radość maszerującego między niemi dziecka. „O, mamo, spojrzyj... Proszę pana, co tam się dzieje?... Chodźmy zobaczyć!...“ I przechodząc zygzakowatą linją z jednej strony na drugą, zagłębiali się coraz więcej w tłumie.
— A możebyśmy wrócili? zaproponował Elizeusz, ale dziecko jest tak pijane, a matka czuje się tak szczęśliwa, że malec wyszedł wreszcie ze stanu zwykłego odrętwienia, iż daje się pociągać dalej i dalej...
Dzień staje się coraz gorętszy, a zabawa przybiera wygląd czarodziejski. Nastąpiła chwila przedstawień. Cały personel cyrków i bud wylęga nazewnątrz poprzed ściany płócienne, na których pod wpływem wiatru, rzekłbyś, ożywiają się wymalowane zwierzęta, akrobaci i siłacze. Tu odbywa się przegląd wojskowy: pomieszanie kostjumów epoki Karola IX i Ludwika XV, strzelb i muszkietów, peruk i pióropuszy. Naprzeciwko, na drewnianej estradzie, źrebaki popisują się wyuczonym tańcem, ukłonami i rachunkiem, a obok — prawdziwa produkcja jarmarczna: pajace w kraciastych strojach, skoczki w obcisłych trykotach i rosła dziewczyna w spódniczkach tancerki, żonglująca kulami, flaszkami i nożami o błyszczących klingach cynowych.
Książę zapomniał o wszystkiem, wpatrzony w tę piękną postać, gdy nagle zjawia się, oparta o balustradę, królowa, prawdziwa królowa z bajki w lśniącym djademie i krótkiej tunice z srebrzystej gazy. A oto rozlegają się dźwięki orkiestry, ale nie zwykłej ot, orkiestry: na trąbce gra pan o krótkich faworytach i połyskującej czaszce, a jakaś dama, zupełnie tak uroczysta, jak pani de Silvis, w jedwabnym płaszczyku i kapeluszu z kwiatami, bije w duży bęben, spoglądając roztargnionym wzrokiem na prawo i na lewo...
W nieskończonej i coraz to zmiennej panoramie tańczyły niedźwiedzie na łańcuchu, murzyni, djabły i djablice w czerwonych turbanach; gestykulowali zapaśnicy, wsparłszy się ręką pod biodro, mistrzyni szermierki w czerwonych pończochach, pancerzu i masce na twarzy, jegomość w aksamitnym stroju, podobny do Kolumba albo Kopernika, a gdzieś z tyłu dochodziły wraz z mdłym zapachem stajni, ryki zwierzyńca Garela.
A na każdym kroku — król zabawy, piernik we wszystkich postaciach i kształtach, ozdobiony kolorowym papierem i wstążkami, naśladując groteskowo znakomitości paryskie, szerząc dokoła smakowitą woń miodu i smażonych owoców.
Teraz niepodobna już się cofnąć. Trzeba iść z prądem, popychającym to w jedną stronę, to w drugą; wybuchają śmiechy, żarty. Nigdy jeszcze królowa nie oglądała tak blisko ludu. Czując niemal jego oddech i dotknięcie, nie doznaje przecie niesmaku ani lęku, i aż jej dziwno. Uspokaja ją pogodna wesołość tych poczciwców i niepohamowana radość syna, i mnóstwo wózków z dziećmi, krążących, gdzie największa ciżba... Lecz Elizeusz zaczyna się niepokoić. Wie on, co to tłum, tak na pozór spokojny, zna niebezpieczeństwo, kryjące się w tych przypływach i odpływach. Niechby tylko lunął deszcz z ciężkich, gromadzących się nad nimi chmur, jakaż powstałaby zaraz panika i popłoch! A gorąca wyobraźnia maluje mu sceny potwornego skłębienia i stratowania...
Małemu księciu bardzo gorąco i skarży się, że nic nie widzi. Wówczas Elizeusz stawia sobie Zarę na ramionach: jakiż nowy, a wspaniały widok! W długiej perspektywie, na tle zachodzącego już słońca, trzepocą flagi i bandery i płótna na przodzie namiotów. Młyn djabelski podnosi na wysokość trzech pięter wózki napełnione publicznością, karuzele kręcą się z mnóstwem wielobarwnych lwów, lampartów, bestyj fantastycznych, dosiadanych przez dzieci o wyglądzie małych pajacyków. A bliżej całe chmary czerwonych balonów, jasnożółtych młynków papierowych, oraz mnóstwo główek dziecięcych, wzniesionych, tak jak Zara, nad tłumem. Promienie zachodzące oświetlają Pierota i Kolombinę, dwie białe plamy kredowe na czarnem tle budy... A wszystko ginie w olbrzymiej wrzawie jarmarcznej, huku żywiołowym, powszechnym i wielogłosym kołatek, grzechotek, gongów, bębnów, katarynek, ryku zwierząt, parowych syren.
Nagle zmęczenie, oszałamiająca atmosfera tej masy ludzkiej, upał słoneczny przyprawiają królowę o zamroczenie. Ledwie ma czas uchwycić Elizeusza za ramię, aby się na nim oprzeć, i szepcze, cała blada: „Nic.., to nic...“ ale skłania się głową i ciałem ku niemu — przez jedną chwilę... O, tej chwili on nie zapomni nigdy...
Ale to już przeszło, Fryderyka odzyskała siły. Świeży powiew wrócił jej równowagę, ale nie puszcza ramienia Elizeusza, który doznaje jakiegoś niewysłowionego uczucia. Nie myśli już o Paryżu, zabawie, tłumie i niebezpieczeństwie! Buja w krainie niemożliwości, gdzie ziszczają się marzenia najbardziej czarodziejskie i niezwykłe. Idzie, nic nie widząc i nie słysząc, otoczony jakimś obłokiem, co mu wszystko przesłania,.. Wreszcie odzyskuje świadomość rzeczywistości. Powóz królowej — daleko. Muszą wrócić pieszo na ulicę Herbilłon, dążyć w zmierzchającem świetle przez szerokie aleje, pełne szynków i rozbawionej publiczności. Prawdziwa eskapada, ale żadne z nich nie myśli o niezwykłości takiego powrotu. Mały Zara mówi bez przerwy, jak zwykle dzieci oszołomione widowiskiem, przynaglone potrzebą wypowiedzenia wszystkich wrażeń i obrazów, jakie przesunęły się przed ich oczyma. Elizeusz i królowa milczą. On, drżąc jeszcze, stara się odtworzyć ową szczególną chwilę, która mu wyjawiła smutną tajemnicę jego życia. Fryderyka myśli o rzeczach dotąd nieznanych i nowych, widzianych po raz pierwszy. Po raz pierwszy usłyszała bicie serca ludowego, skłoniła głowę ku lwiej grzywie: pozostało wrażenie mocne i łagodne, niby uścisk, pełen pieszczoty i męskości.

VIII.
Pierwszy dzień.

Drzwi trzasnęły gwałtownie, autokratycznie; przez całą długość agencji wionął podmuch wiatru, wydymając niebieskie woale, szeleszcząc rachunkami trzymanemi przez urzędników i piórkami na kapeluszach podróżniczek. Wyciągnęły się ręce, pochyliły czoła: wszedł właśnie J. Tom Levis. Uśmiechnął się wokół, rzucił buchalterji dwa, trzy krótkie rozkazy, oraz zapytanie — w tonie niezmiernie uradowanym — czy „wykonano już zamówienie Jego Królewskiej Wysokości księcia Walji“, poczem zniknął w swoim gabinecie, podczas gdy urzędnicy wzrokiem dawali sobie znać, że pryncypał jest w zadziwiająco dobrym humorze. Z pewnością zaszło coś nowego. Zrozumiała to nawet siedząca za kratkami niewzruszona Sefora i, widząc wchodzącego Toma, zapytała łagodnie:
— Co się stało?
— Różne rzeczy!.. odparł z tajemniczym śmiechem, przewracając oczyma, jak to czynił w szczególnych wypadkach.
Skinął na żonę:
— Chodź!...
Zeszli oboje na dół piętnaście schodków, wąskich i stromych, obitych miedzią, prowadzących do kokieteryjnego buduaru, oświetlonego bez przerwy gazem, gdyż małe okienko od ulicy Royale miało szybkę z grubego szkła matowego. Pokoik łączył się z piwnicami i podwórzem, co pozwalało Tomowi wchodzić i wychodzić, nie będac widzianym, unikać natrętów i wierzycieli. Te fortele były nieuniknione, zważywszy skomplikowane sprawy, jakie prowadziła agencja: inaczej życie schodziłoby na swarach i nieporozumieniach.
Najdawniejsi urzędnicy Toma nigdy nie byli w tem tajemniczem podziemiu, dokąd tylko Sefora miała prawo wstępu. Był to zakątek agenta, jego wnętrze i sumienie, kokon, skąd wychodził coraz to zmieniony; była to jak gdyby garderoba aktora, i taki miała właśnie wygląd w tej chwili, gdy gaz oświetlał marmury, falbanki toalety i szczególną mimikę Toma Levisa, agenta cudzoziemców. Szybkim ruchem rozpiął długi surdut angielski, rzucił go w kąt, a potem kamizelkę, jedną i drugą — barwne kamizelki cyrkowca — rozkręcił dziesięć metrów białego muślinu, tworzącego krawat, zwoje flaneli owijającej jego postać, i z majestatycznej i apoplektycznej okrągłości, przebiegającej Paryż w cabie, pierwszym i jedynym, jaki się zjawił w owym czasie, wyskoczył nagle z okrzykiem ulgi człowieczek suchy i nerwowy, nakształt odartej z nici szpulki, szpetny, pięćdziesięcioletni rzezimieszek paryski, pełen zmarszczek, blizn i znamion, a mimo wszystko młody o wyglądzie łobuzerskim, — prawdziwy Tom Levis, to jest Narcyz Poitou, syn stolarza z ulicy Orillon.
Do dziesiątego roku życia chowany wśród wiórów ojcowskiego warsztatu, do piętnastego kształcony przez ulicę, tę niezrównaną szkołę na świeżem powietrzu, Narcyz poczuł od wczesnych lat odrazę do ludu i zajęć fizycznych; zarazem rynsztok paryski podniecał tę niespokojną wyobraźnię lepiej, niż jakakolwiek długa podróż. Dzieckiem jeszcze, kombinował projekty, przedsięwzięcia. Później, ta ruchliwość przeszkadzała mu skupić siły w produkcyjnym kierunku. Odbywał podróże, imał się tysiąca zawodów, był górnikiem w Australji, fermerem w Ameryce, aktorem w Batawji, woźnym w Brukseli. Narobiwszy długów na obu półkulach, osiadł jako agent handlowy w Londynie, gdzie pozostał przez czas dłuższy i mógł zrobić karjerę, gdyby wciąż niesyta wyobraźnia, bezustannie poszukująca, nie rzuciła go na dno nędzy brytyjskiej. Tym razem stoczył się bardzo nisko i został przychwycony nocą W Hyde-Parku w chwili gdy polował na łabędzie w sadzawce. Kilkumiesięczne więzienie zniechęciło go do wolnego Albionu, i wylądował jako rozbitek na bruku paryskim, z którego wyszedł.
Właściwy mu kaprys fantastyczny kazał podawać się w samem sercu Paryża — za Anglika, co nie było trudne, zważywszy znajomość języka, obyczajów i mimiki anglo-saskiej. Wpadł na to nagie, instynktownie w chwili, gdy wystąpił po raz pierwszy w roli pośrednika.
— Kogo mam zameldować?... zapytał arogancko wysoki drab w liberji.
Poitou poczuł się tak nędznym i mizernym w wielkim przedpokoju, pełen lęku, że go wyproszą, zanim pozwolą się wypowiedzieć, że zrozumiał konieczność zaimponowania czemś anormalnem i niezwykłem.
— O-o!... Proszę zaanonsować sir Toma Levisa I nagle doznał przypływu śmiałości pod tem zaimprowizowanem niespodzianie imieniem, w pożyczonej narodowości; później zapragnął wydoskonalić szczegóły, właściwości, nie mówiąc już o tem, że pilne baczenie na akcent i wygląd uśmierzyło rychło nadmierną werwę, i pozwoliło pod pozorem szukania słów wynajdować coraz to inne osobliwości.
Rzecz szczególna. Ze wszystkich niezliczonych kombinacyj tego mózgu, pełnego pomysłów, ta właśnie, najmniej poszukiwana, udała mu się najlepiej. Jej zawdzięczał znajomość z Seforą, utrzymującą wówczas na polach Elizejskich „Family Hotel“, zgrabny domek trzypiętrowy, o różowych portjerach, małym ganku, wychodzącym na avenue d‘Antin i ozdobionym zielenią i kwiatami. Właścicielska, zawsze poprawnie ubrana, przesiadywała często przy oknie na parterze, pochylając pogodny i boski profil nad jakąś robótką albo książką kasową. W hotelu było towarzystwo wybitnie różnolite: akrobaci, bookmakerzy, cyrkowcy, handlarze koni, cyganerja anglo-amerykańska, najgorsza ze wszystkich, wyrzutki z kopalń złota i jaskiń gry. Personel kobiecy rekrutował się z Mabille, którego skrzypce słychać było bardzo blisko w letnie wieczory, zmieszane z gwarem rozmów w „Family“, brzękiem sztonów i ludwików, gdyż po obiedzie zasiadano do wysokiej gry.
W tem środowisku awanturników, mistrz Poitou, albo raczej Tom Levis, skromny lokator z pod stryszka, zyskał sobie szybko należne miejsce dzięki wesołości, zręczności, doświadczeniu w interesach — wszelkiego pokroju. Służbie ułatwiał lokatę oszczędności, przez co zdobywał zaufanie właścicielki. Jakżeby go nie zdobył, mając tak dobroduszne oblicze, otwarte i uśmiechnięte, i ową niespożytą werwę, co go czyniła cennym współbiesiadnikiem przy table d‘hote, podniecającym klijentelę do konsumpcji i zakładów. Piękna właścicielka „Family“, tak chłodna i zamknięta wobec wszystkich, ożywiała się jedynie z panem Tomem. Nieraz, wychodząc lub wracając popołudniu, zatrzymywał się w małym kantorku hotelowym, schludnym i pełnym luster, Sefora opowiadała mu o swych interesach, pokazywała biżuterję i książki, radziła się w sprawie menu obiadowego lub pielęgnowania roślin, jakie posiadała. Śmieli się razem z listów miłosnych lub rozmaitych propozycyj, jakie otrzymywała, była to bowiem piękność, niewzruszona na uczucie. Pozbawiona temperamentu, zachowywała zimną krew zawsze i wszędzie, namiętność traktowała jak interes. Powiadają, że dla kobiety liczy się tylko pierwszy kochanek: kochanek Sefory, sześćdziesięcioletni starzec, wybrany przez ojca Leemansa, zmroził jej na zawsze krew i zohydził miłość. Dostrzegała w niej tylko pieniądz, a obok tego intrygę, podstęp, frymarkę, gdyż ta cudowna istota urodziła się w kramie i dla kramu. Powoli zawiązał się między nią a Tomem węzeł przyjaźni, jak między wujem a wychowanicą, Dawał jej rady, wskazówki, z taką zręcznością i bogactwem wyobraźni, że zdołał zachwycić tę naturę spokojną i metodyczną, w której fatalizm żydowski łączył się z ociężałym temperamentem flamandzkim. Przekonało ją ostatecznie oświadczenie, wypowiedziane któregoś wieczora przez Toma, w chwili gdy brał klucz w kantorku:
— Wie pani, nie jestem ani krztynę Anglikiem.
Od tego dnia zakochała się w nim a raczej zadurzyła, podobnie jak światowa dama durzy się w aktorze, którego zna, ona jedna zdała od rampy i szminki, takim jakim jest w rzeczywistości. A przytem oboje wyszli z rynsztoka paryskiego.
Ta szczególna miłość kobiety pięknej do potwora wzmogła się z czasem, gdy Sefora wtajemniczyła się bliżej w jego życie i sztuczki, w małpie pomysły, zaczynając od caba a kończąc na obfitości kamizelek, dzięki którym J. Tom Levis, nie mogąc się powiększyć, usiłował przynajmniej wydawać się majestatycznym, A ten małpolud taki miał urok, że po dziesięciu latach pożycia legalnego i mieszczańskiego, czarował ją jak w pierwszym okresie znajomości. Dość było widzieć, jak tego właśnie dnia pokładała się od śmiechu na kanapie w małym saloniku, powtarzając z wyrazem zachwytu i ekstazy: Ach, jakiż on śmieszny... jaki śmieszny!...“ Tom w kolorowym trykocie ukazując swą postać rzeczywistą, kościstą, kanciastą, wyczyniał przed nią niby automat jakiś niesamowity taniec. Gdy już zmęczyli się oboje, rzucił się na kanapę i, przysuwając swą małpią twarz do tej anielskiej główki, wybuchnął radością.
— Pogrążeni Sprichtowie!... Zatopieni!... Mam wreszcie wielkie posunięcie.
— Rzeczywiście?... Któż to taki?...
Odpowiedź Toma wywołała na usta Sefory śliczny grymas lekceważenia:
— Jakto! Ten wielki dudek?... Ależ on nie ma centyma... Ostrzygliśmy się już i ogolili wraz ze lwem iliryjskim... Nie zostało mu na grzbiecie ani odrobiny.
— Daj pokój... nie kpij sobie z tego lwa... Sama tylko skóra warta jest dwieście miijonów, rzekł Tom, odzyskując flegmę. Oczy kobiety zabłysły. Podkreślając każdą zgłoskę powtórzył:
— Dwieście miijonów!...
Poczem zimno i wyraźnie wytłumaczył jej rzecz całą. Należało doprowadzić Chrystjana II do tego, żeby przyjął propozycję Sejmu, to jest abdykował za ofiarowaną mu cenę odszkodowania. Chodziło, w gruncie rzeczy, o podpis, nic więcej. Chrystjan byłby się już dawno zdecydował. Ale wstrzymywało go otoczenie, zwłaszcza królowa, stając na przeszkodzie abdykacji. Jednak było to nieuniknione prędzej czy później. W domu wyczerpały się pieniądze. Mieli długi w całem Saint-Mandé, ale mimo złowrogich braków utrzymano pozory zbytku. Bielizna znaczona koroną królewską była zniszczona, a nowej nie sprawiano. Stajnie siały puste, większość sreber — zastawiona, a służbie, choć tak nielicznej, należała się pensja kilkomiesięczna. Wszystkie te szczegóły wiedział Tom od kamerdynera Lebeau, który też poinformował go o dwustu miljonach zaproponowanych przez Sejm w Lubienie i o scenie, jaka wynikła z tego powodu.
Odkąd król wiedział, że dwieście miijonów jest tuż blisko kosztem jednego podpisu, zmienił się nie do poznania, nie śmiał się, nie mówił, zajęty wciąż swoją ideą. Nic jednak nie zmieniło się w jego służbie osobistej, miał sekretarza, kamerdynera, stangreta, lokaja. Fryderyka, pełna dumy, maskując niedolę wyniosłością, nie pozwoliłaby nigdy, aby królowi zbywało na czemkolwiek. Gdy przypadkiem obiadował przy ulicy Herbillon, stół musiał być nakryty zbytkownie. Nie mogła jednak dostarczać mu pieniędzy na klub, grę, kobietki. Oczywiście to króla zgubi. Któregoś pięknego ranka, po nocy spędzonej przy bakaracie, nie mogąc zapłacić, nie chcąc pozostać dłużnym, — pomyśleć tylko, Chrystjan iliryjski ogłoszony za niewypłacalność w Grand-Clubie, — chwyci za pióro i podpisze bez namysłu akt rezygnacji. Jużby się to stało, gdyby stary Rosen nie regulował znów, mimo oporu Fryderyki, długów Jego Królewskiej Mości. Plan polegał na tem, żeby Chrystjana pociągnąć ku dużym wydatkom i różnorodnym zobowiązaniom, przekraczającym zasoby starego księcia. Wymagało to pewnych zaliczek pieniężnych.
— Ale sprawa jest tak interesująca, mówił Tom Levis, że nie zabraknie nam funduszów. Najlepiej byłoby powiedzieć ojcu Leemansowi i działać w rodzinie. Co jednak mnie niepokoi, to kwestja najważniejsza: kobieta.
— Jaka kobieta? zapytała Sefora, spoglądając z całą naiwnością.
— Która się podejmie zarzucić królowi pętlicę,.. Patrzebna nam jest niebylejaka partnerka, osoba poważna, o solidnym żołądku, odrazu atakująca zdobycz.
— Może Amy Férat?...
— Gdzieżby!... Wyranżerowana!.. A zresztą nie dość poważna. Śpiewa to, i bawi się z zapałem młodości... Nie potrafi zdmuchnąć miljonika co miesiąc, zachowując przytem fason, drożąc się niesłychanie o każdy centymetr kwadratowy bardziej niż o place przy ulicy de la Paix.
— O, ja czuję dobrze, jak należałoby pokierować sprawę, rzekła w zamyśleniu Sefora... Ale kto?
— Otóż to... Kto?
Milczący ich śmiech starczył za sojusz.
— Hm, skoro już zaczęłaś...
— Jako, wiesz już?...
— Czyż nie widzę jego gry, i spojrzeń jakie na ciebie kieruję? Jak wystawa, pilnując kiedy wyjdę?... Zresztą nie czyni z tego tajemnicy, wszystkim opowiada o swej miłości... Wypisał to nawet i przypieczętował w księdze klubowej.
Usłyszawszy historję zakładu, spokojna Sefora poruszyła się:
— Ach, tak... Dwa tysiące ludwików... No, to już nadto śmiałe.
Wstała, przeszła kilka kroków, potem zwracając się do męża:
— Wiesz, Tomie, że już od trzech miesięcy ten ladaco sterczy za mojem krzesłem... Otóż, powiadam ci, nie zyskał nawet... tyle...
Rozległ się trzask pazurka o ząb, gotowy chwycić kąsek.
Nie kłamała. Od czasu gdy ją tropił, ledwie zdołał tknąć koniuszczki jej palców, i musnąć suknie. Nigdy jeszcze nie zdarzyło się nic podobnego temu Zalotnemu Księciu, psutemu przez kobiety, osaczonemu przez uśmiechy i wonne liściki. Ten człowiek przyzwyczajony do tego, że składano mu daninę spojrzeń, uśmiechów, serc, gnębił się od miesięcy w obliczu najbardziej spokojnego i zimnego temperamentu. Grała rolę wzorowej kasjerki, co liczyła, dodawała, przewracała ciężkie karty, wielbicielowi ukazując jen krągłość profilu i drganie uśmieszku na końcu rzęs. Kaprys króla bawił sićę zrazu tą walką, a potem przyłączyła się jeszcze miłość własna, cały bowiem Grand-Club miał zwrócone nań oczy. Wreszcie zabawa przerodziła się w prawdziwą namiętność, którą potęgowała pustka, tej egzystencji, gdzie nic nie stwarzało hamulców. Przychodził codzień o piątej — owej szczególnej godzinie dnia paryskiego, kiedy się składa wizyty i układa plany zabawy na wieczór. I powoli cała młodzież, bywająca w agencji, krążąca dokoła Sefory, ustąpiła mu ze czcią miejsca. Ta dezercja, zmniejszając obrót bieżących interesów, spotęgowała chłód pani, a że lew iliryjski nie przynosił już nic, zaczęła dawać Chrystjanowi do zrozumienia, że ją krępował, zbyt po królewsku zajmując kącik przy kracie, — gdy nagle zmieniło się to z dnia na dzień, nazajutrz po rozmowie z Tomem.
— Widziano wczoraj wieczór Waszą Królewską Mość w „Fantazji“...
Na te słowa, którym towarzyszyło zaniepokojenie i smutne spojrzenie, Chrystjan II uczuł rozkoszne drżenie.
— Istotnie... Byłem tam...
— Nie sam?...
— Ależ...
— Ach, są szczęśliwe kobiety.
I zaraz, łagodząc wyzywający charakter tego powiedzenia, dodała, że dawno już miała wielką ochotę pójść do teatrzyku, „zobaczyć ową tancerkę szwedzką“... Ale mąż nie zabierał jej nigdzie.
Chrystjan zaproponował, aby poszli razem.
— Och, Wasza Królewska Mość zbyt jest znany...
163 — Ale ukrywszy się w głębi leży...
Krótko mówiąc, umówili się na dzień następny, a Tom akurat miał dokądś wyjść. Jaka rozkoszna eskapada! Ona, na przodzie loży, w toalecie kunsztownie dyskretnej, pełna dziecięcej radości na widok tej cudzoziemskiej tancerki, co miała swoją chwilę sławy w Paryżu.
— Jak ja się bawię!... Jak się bawię!... mówiła Sefora.
A król, nieruchomo siedząc za nią i trzymając pudło cukrów na kolanach, doznawał niewysłowienie słodkiej rozkoszy od dotyku tego nagiego pod koronką ramienia, i na widok zwracającej się ku niemu twarzy. Chciał odprowadzić ją na dworzec Saint-Lazare, gdyż wyjeżdżała na wieś; w powozie ogarnięty uniesieniem, przyciągnął ją oburącz ku sobie.
— Oh, rzekła ze smutkiem, zepsuje mi Wasza Królewska Mość całą przyjemność.
Wielka poczekalnia pierwszej klasy była pusta, źle oświetlona. Siedli oboje na ławce, Sefora drżąc tuliła się w obszernem futrze Chrystjana. Tu nie obawiała się już niczego, rozmawiała swobodnie z królem; od czasu do czasu przechodził jakiś funkcjonarjusz kolejowy, kołysząc latarnią, albo wracała po teatrze gromada aktorów mieszkających na przedmieściu. Wśród nich jakaś para tajemnicza objąwszy się, szła z boku.
— Jacy szczęśliwi... Żadnych więzów, ani obowiązków... Iść za popędem serca... Wszystko inne to ułuda...
Ach, znała to niestety! I nagle, w zapale, opowiedziała mu z wzruszającą szczerością swoją smutną egzystencję, zasadzki i pokusy ulic paryskich dla dziewczyny, cierpiącej niedostatek wskutek skąpstwa ojca. W szesnastym roku życia nastąpił ów złowrogi targ, poczem spędziła cztery lata przy boku starca, dla którego była tylko pielęgniarką. Potem, nie chcąc wracać do kramarskiej atmosfery ojca Leemansa, musiała znaleźć sobie przewodnika i oparcie, to ją skłoniło do małżeństwa z Tomem Levisem, człowiekiem interesu. Oddała mu się i poświęciła, pozbawiona wszelkich przyjemności, żywcem pogrzebana na wsi; potem podjęła się pracy biurowej, nie słysząc ani jednego słowa podzięki ze strony tego bezwzględnego karjerowicza, który przy najmniejszym odruchu wyrzucał jej przeszłość, za którą nie mogła ponosić odpowiedzialności.
— I ta przeszłość, rzekła wstając, sprowadziła mi krwawą obelgę, sygnowaną imieniem królewskiem w księdze Grand-Clubu.
Dzwonek na odjazd przerwał w odpowiedniem miejscu ten efekcik teatralny. Odeszła krokiem posuwistym, posyłając ruchem dłoni pozdrowienie Chrystjanowi, który stanął osłupiały, oszołomiony tem co usłyszał... A więc wiedziała?... Jakim sposobem?... O, jakże żałował swojej fanfaronady! Całą noc spędził na pisaniu listu, prosząc o przebaczenie w francuszczyźnie upstrzonej kwieciem poezji południowej, co to przyrównywa ukochaną do gruchających gołębic i różowego owocu.
Cudownym pomysłem był wyrzut Sefory z powodu zakładu. Dawało to jej pełnię władzy nad królem i na czas dłuższy. To tłumaczyła również jej chód i postawę niemal wrogą i wymyślne drożenie się własną osobą. Czyż mężczyzna nie winien znieść wszystkiego od kobiety, której wyrządził taką zniewagę? Chrystjan stał się pokornym sługą, powolnym wszystkim jej kaprysom, utytułowanym wielbicielem w oczach całego Paryża. A jeżeli mogła usprawiedliwić go wobec świata piękność damy, to przyjaźń i poufałość z mężem nie miały w sobie nic pocieszającego. „Mój przyjaciel Chrystjan II...“ mówił J. Tom Levis, wyprostowując się. Pewnego razu zapragnął przyjąć go w Courbevoie, aby wzbudzić w Sprichtach wściekłą zazdrość, skracającą dni żywota sławnego krawca. Król był w domu i w parku, jeździł jachtem, pozwolił się fotografować wraz z gospodarzami, pragnącymi uwiecznić wspomnienie tej niezapomnianej radości. Wieczorem zaś podczas ogni sztucznych na cześć Jego Królewskiej Mości Sefora, oblana białem światłem bengalskiem, wsparta na ramieniu Chrystjana, mówiła doń w alei jaworowej:
— Och, jakżebym ja kochała Waszą Królewską Mość, gdyby nie był królem...
Było to pierwsze wyznanie, i bardzo zręczne. Wszystkie kochanki jakie miał, uwielbiały w nim monarchę, wielki tytuł, świetność przodków, Ta kochała go dla niego samego. „Gdyby nie był królem...“
Innym razem rzekła jeszcze wyraźniej, gdy ujrzał ją zapłakaną i bladą:
— Obawiam się, że wkrótce przestaniemy się widywać.
— Dlaczego?
— Mąż powiedział mi przed chwilą, że interesy idą we Francji tak nędznie, że trzeba będzie przenieść się gdzieindziej...
— Zabiera panią z sobą?
— O, ja jestem tylko zawadą dla jego ambicyj... Powiedział: „Jeżeli chcesz, jedź...“ Ale ja muszę mu towarzyszyć... Co się tu stanie ze mną samą jedną?
— Brzydka, czyż mnie tu niema?
Popatrzyła nań badawczo, prosto w oczy.
— Tak, to prawda, Wasza Królewska Mość mnie kocha... I ja też kocham... Mogłabym oddać się bez wstydu... Ale nie, to niemożliwe...
— Niemożliwe? zapytał, drżąc w obliczu spełnienia marzeń.
— To za wysokie progi dla Sefory Levis, Wasza Królewska Mości...
A on z czarującą prostotą:
— Podniosę panią ku sobie... Uczynię cię hrabiną, księżną. Jest to jeden z przywilejów, jakie mi przysługują, i znajdziemy z pewnością w Paryżu miłosne gniazdko, gdzie będziemy mogli żyć sami, nieskrępowani...
— O, to byłoby zbyt piękne!
Poddawała się wrażeniu, wzniósłszy w górę oczy dziecięco naiwne i wilgotne. Potem żywo:
— Ale nie... król pozostaje królem... Któregoś dnia, w pełni szczęścia, zostanę sama...
— Nigdy!...
— A jeśli wezwą Wasz Królewską Mość...
— Dokąd?... Do Ilirji?... Już skończone wszystko, na zawsze... W roku ubiegłym przepuściłem okazję, jaka się już nie powtórzy.
— Doprawdy? rzekła z radością zgoła nieudaną... O, gdybym była pewna...
Miał na ustach słowo zdolne ją przekonać, słowo, które zrozumiała, choć go nie wypowiedział. A wieczorem J. Tom Levis, wtajemniczony we wszystko przez Seforę, oświadczył uroczyście, że „jest debrze... i należy uprzedzić ojca“...
Leemans, oczarowany jak i córka, fantazją żywą i pomysłowością Toma Levisa, finansował niektóre przedsięwzięcia agencji. Zarobiwszy raz, innym znów razem stracił; ale „wpadłszy“ — jak mówił — kilkakrotnie, zmienił całkowicie postępowanie. Nie głosił skarg, nie denerwował się, zbyt dobrze znając interesy i niecierpiąc zbędnych słów. Ale gdy zięć zwrócił się doń w sprawie jakichś projektowanych zamków na lodzie, antykwarjusz uśmiechnął się w brodę i spuścił powieki w sposób, sprowadzający ekstrawagancje Toma do poziomu rozsądku. Agent wiedział to, a że niechciał, aby sprawa Ilirji wyszła poza obręb rodziny, wysłał Seforę do starca, który pod koniec życia uczuł w sobie sentyment do jedynego dziecka, będącego jak gdyby jego przedłużeniem.
Po śmierci żony Leemans sprzedał magazyn antyków przy ulicy de la Paix, zadowalając się dawną rupieciarnią. Tam to udała się któregoś ranka Sefora, chcąc mieć pewność, że starego zastanie. Niezmiernie bogaty, wycofawszy się z interesów, nie przestawał od rana do wieczora myszkować po Paryżu, pilnując sprzedaży i licytacyj, węsząc zapach interesów, a zwłaszcza śledząc z cudowną przenikliwością tłum handlarzy i antykwarjuszów, których komandytował pocichu, lękając się z tem zdradzić.
Wskutek kaprysu i ulegając wspomnieniom młodości, Sefora udała się pieszo z ulicy Royale na ulicę Eginharda, dążąc tą samą prawie drogą co dawniej do magazynu. Dochodziła ósma rano. Powietrze tchnęło świeżością, a w kierunku Bastylji pomarańczowy obłok świtu ogarniał złotego genjusza na kolumnie. Ze wszystkich ulic ciągnął do pracy tłum pięknych dziewcząt z przedmieścia. Sefora nie była sentymentalna i nigdy nie widziała nic poza rzeczą i chwilą obecną; a przecież bawiło ją to zmieszane tupotanie, pośpieszny dokoła niej szmer. Odnajdowała na wszystkich tych twarzyczkach swoją młodość, w owej godzinie rannej, w starej dzielnicy, gdzie na każdym rogu widać nazwiska znanych kupców, gdzie się nic nie zmieniło w ciągu lat piętnastu.
Otworzyła jej, jak w dniach młodości rosła Owernjatka Dornet, o twarzy lśniącej i rumianej, a ze spojrzenia, w jakie zamieniły obie kobiety widoczna była rola, grana przez nią w tym domu.
— Zastałam ojca?
— Tak, proszę pani... W pracowni... Pójdę go poprosić.
— To zbyteczne... Wiem, gdzie go znaleźć...
Minąwszy przedpokój i salon, trzema krokami przemierzyła ogród — ciemną studnię wśród wysokich murów — zawalony niezliczoną ilością starego żelastwa, ołowiu, łańcuchów. Z jednej strony wznosił się hangar, pełen poniszczonych mebli wszystkich epok i zwojów obić po kątach; z drugiej — warsztat o matowych szybach chroniących przed niedyskrecją wyższych pięter. Tam w pozornym nieładzie leżały aż do sufitu stosy antyków; latarń, żyrandoli, pochodni, tarcz, kadzielnic, bronzów starych lub egzotycznych. Obok stały duże dwa kowadła, przyrządy stolarskie, ślusarskie. Tam stary antykwarjusz kopjował, preparował, odświeżał stare modele ze zdumiewającą zręcznością i benedyktyńską cierpliwością.
Gdy Sefora weszła, stary Leemans w dużym fartuchu skórzanym, z odwiniętemi rękawami koszuli, majstrował coś koło świecznika w stylu Ludwika XIII.
— Dzień dobry, papo... rzekła córka udając, że nie dostrzega zażenowania starego, usiłującego ukryć trzymany przedmiot.
— To ty, maleńka?
Szorstka fizjognomja otarła się o delikatne policzki Sefory.
— Cóż to się stało?.. zapylał, popychając ją do ogródka. Czemu wstałaś tak wcześnie?...
— Mam z tobą do pomówienia o rzeczy niezmiernie ważnej.
— Chodź!
— Ale wiesz, nie chciałabym, żeby Darnet była obecna...
— Dobrze... dobrze... rzekł stary, uśmiechając się w gęstwie zarostu i krzyknął coś do służącej, zajętej czyszczeniem weneckiego lustra.
Zostali sami w małym saloniku mieszczańskim, którego meble w białych pokrowcach, dywaniki wełniane stanowiły wybitny kontrast z nieładem zakurzonych bogactw w lamusie i pracowni.
— A więc?..,. zapytał, spoglądając chytrze na córkę
— Gruby interes, papo...
Wyjęła z torebki plik papierów, zobowiązań mających podpis Chrystjana.
— Trzebaby to zdyskontować... Zgadzasz się?
Rzuciwszy jeno okiem na pismo, stary wykrzywił się szpetnie, wciągając twarz w gąszcz brody, niby jeż gotowy do obrony.
— Bibuła iliryjska!... Dziękuję, znam to... Ależ twój mąż ma źle w głowie, obarczając cię podbnem zleceniem... Więc, rzeczywiście, doszliście już do tego?
Nie wzruszając się takiem przyjęciem, którego się spodziewała, rzekła:
— Posłuchaj... i z całym spokojem opowiedziała mu tę historję ze szczegółami, przytaczając dowody, numer „Quemaro“ z opisem posiedzenia Sejmu, listy Lebeau, informujące ich o sytuacji... Król, szalenie zakochany, myślał tyko o urządzeniu sobie szczęśliwego pożycia. Dla damy serca pragnął wspaniałego pałacu przy avenue de Messine, wraz z umeblowaniem i stajnią, golów podpisać tyle weksli, ile było potrzeba i na dowolny procent... Leemans słuchał nadstawiwszy uszu, czynił uwagi, zapytywał, wnikał we wszystkie szczegóły tej afery tak sprytnie przeprowadzonej.
— Jaki termin trat?
— Trzymiesięczny.
— A więc za trzy miesiące?...
— Za trzy miesiące!...
Uczyniła ręką gest, jak gdyby zaciskała pętlicę...
— A procent?
— Jaki będziesz chciał... Im traty będą cięższe, tym lepiej pójdzie... Trzeba, aby mu pozostała tylko konieczność podpisania abdykacji.
— A gdy podpisze?...
— To już rzecz kobiety... Będzie miała wówczas do schrupania pana z dwiema setkami miljonów.
— A jeśli zatrzyma wszystko dla siebie? Potrzeba kobiety, którejby się było djablo pewnym.
— Jesteśmy pewni...
— Kto to taki?
— Nie znasz jej, rzekła Sefora bez zająknienia, kładąc papiery z powrotem do torebki.
— Zostaw to... rzekł żywo stary... Tu trzeba grubych pieniędzy, czy wiesz... Potrzebny jest duży wkład... Pomówię z Pichery.
— Ostrożnie papo... Nie trzeba wciągać zbyt wiele osób. Już do tego należą: my, Lebeau, ty... Jeśli mają być jeszcze inni!...
— Tylko Pichery... Widzisz, ja sam nie mógłbym... Tu trzeba dużo pieniędzy... dużo pieniędzy...
Odpowiedziała zimno:
— O, trzeba będzie dużo więcej...
Milczenie. Stary namyślał się, kryjąc decyzję wśród zarostu.
— No więc... rzekł... Idę na ten interes, lecz pod jednym warunkiem. Ten dom przy avenue de Messine... trzeba będzie umeblować szykownie... Otóż ja się zajmę bibelotami...
W tych operacjach lichwiarskich pokazywał się pazur antykwarjusza. Sefora wybuchnęła śmiechem, odsłaniającym wszystkie jej zęby.
— O, ty gałganie... mówiła, wspominając nagle wyrażenie zgoła nie licujące z dystynkcją jej toalety i wyglądu. Dobrze, załatwione papo... Zgoda na bibeloty, ale nie z kolekcji mamy.
Pod tą nazwą kłamliwą antykwarjusz zgrupował masę rzeczy z brakami, nie do sprzedania, których pozbywał się wspaniale dzięki sentymentalnemu grymasowi.
— Rozumiesz, stary... bez karoty... Dama zna się na tem.
— Myślisz, że się zna?... zapytał stary.
— Jak ty i ja, bądź pewny.
— Ale wreszcie kto?
Zbliżył twarz do ślicznej buzi. Kramarstwo było wypisane na obydwóch twarzach na starym pergaminie i na puszku różanego płatka.
— Kto jest ostatecznie ta kobieta?... Możesz mi powiedzieć teraz, skoro już biorę w tem udział.
— To jest...
Zatrzymała się przez chwilę, zawiązała długie wstążki kapelusza pod delikatnym owalem twarzy, przejrzała się w lustrze z za dowolnym uśmiechem pięknej kobiety, w którym błyszczała już nowa duma.
— To jest hrabina Spalato... rzekła poważnie.

IX.
W Akademji.

Klasyczny pałac, śpiący pod ołowianą kopułą przy końcu mostu Sztuk, tam gdzie się zaczyna Paryż, który studjuje, miał tego ranka wyraz niezwykłego ożywienia. Pomimo ulewnego deszczu czerwcowego, tłum cisnął się na stopniach, rozwijał się niby wąż wzdłuż krat i murów, płynął pod sklepieniem od strony ulicy Sekwany, tłum w rękawiczkach, dyskretny, oczekujący cierpliwie, wiedząc, że wejdzie, zaopatrzony w różnokolorowe bilety wstępu. Na wybrzeżu de la Monnaie sunęły w porządku pojazdy, najświetniejsze jakie Paryż posiada, o ugalonowanych iiberjach, zdobne w największe herby Francji i Europy, między któremi jaśniały nawet korony królewskie.
Od czasu do czasu, w dni uroczystych przyjęć, stary Instytut miewa takie przebudzenia, nagłe i interesujące. Ale tym razem nie chodziło o przyjęcie: miało się odbyć tylko rozdanie nagród akademickich, ceremonja, ściągająca zazwyczaj rodziny laureatów. Niezwykły ten napływ arystokratycznego towarzystwa do bram Instytutu tłumaczył fakt, że w liczbie dzieł nagrodzonych znajdowała się Historja oblężenia Raguzy przez księcia de Rosena; a koteria monarchistyczna skorzystała z tego dla zorganizowania manifestacji przeciwko rządowi pod osłoną własnej jego policji.
Południe. Dwanaście uderzeń na starym zegarze powoduje wśród tłumu poruszenie i gwar. Otwarto podwoje. Publiczność posuwa się wolno ku wejściom od placu i ulicy Mazariniego, podczas gdy herbowe pojazdy zawożą posiadaczy uprzywilejowanych kart pod portyk, gdzie krząta się uprzejmy szef sekretariatu, uśmiechnięty niby dobry marszałek dworu Śpiącej Królewny, co po stuletnim bezwładzie ocknęła się na paradnem łożu. Trzaskają drzwiczki karet, zeskakują z kozłów lokaje w długich liberiach. Przybyli zamieniają ukłony, uśmiechy, szepty giną wśród szmeru jedwabi na schodach, wiodących ku zarezerwowanym trybunom.
Amfiteatralna sala zapełniła się, niema ani jednego pustego miejsca. Burzliwe skłębienie głów, oświetlonych zimnym blaskiem kościołów albo muzeów; żółty i gładki stiuk murów oraz marmur widłach posągów Kartezjusza, Bossueta, Massillona, sławy wielkiego wieku, zastygłej w nieruchomym geście, potęgują jeszcze ten chłód. Nawprost przepełnionego półkola, mały stolik zielony z tradycyjną szklanką wody oczekuje na Akademję, która wkroczy za chwilę przez wysokie podwoje o grobowcowym napisie złoconym: „Literatura, Nauka, Sztuka“. Wszystko to tchnie starożytnością, chłodem i ubóstwem, tworząc kontrast z świeżością toalet, któremu rozkwita sala. Jasne materje, modnie skrojone, lekkie fryzury zdobne w koronki i mimozę, barwy ptaków egzotycznych pośród kokard z aksamitu i słomy o blaskach słońca, a nad tem ciągły, udarowy powiew wielkich wachlarzy o subtelnej woni.
Wszystko co Paryż ma eleganckiego, dobrze urodzonego i dobrze myślącego dało tu sobie rendez-vous i uśmiecha się: kwiat kluków, śmietanka Fauobourg, towarzystwo, które się nie udziela i nie daje się widzieć na premjerach, a jeno zrzadka w Operze lub Konserwatorjumj świat wymuskany i dyskretny, szczelnie zasłaniający swe okna przed gwarem ulicznym, świat, o którym mówi się od czasu do czasu z powodu śmierci, separacji lub ekscentrycznej przygody jednego z jego członków. Pośród tej elity kilka znakomitych rodzin iliryjskich, które podążyły na wygnanie wraz z swym monarchą, piękne typy mężczyzn i kobiet, zbyt akcentowane i egzotyczne w tem wyrafinowanem środowisku, Dalej — zgrupowane w widocznych miejscach salony akademickie, zawczasu już przygotowujące wybory i głosy: odwiedzanie ich jest dla kandydata ważniejsze od potęgi jego genjusza. Kilka znakomitości podupadłych epoki Cesarstwa przewija się między swemi „staremi partjami“, którym nie szczędziły ongi swej ironji parweniuszowskiej; a nawet widać klika modnych aktorek, znanych całemu Paryżowi, postaci tem banalniejszych, że inne kobiety ze wszystkich sfer starają się je naśladować. No i dziennikarze, reporterzy pism zagranicznych, z notesami i udoskonalonemu piórami, uzbrojeni jak gdyby udawali się w podróż do Afryki środkowej.
Nisko, w miejscu zarezerwowanem, widać księżnę Koletę de Rosen, żonę laureata rozpromienioną, w prześlicznej toalecie błękitno-niebieskiej z indyjskiego kaszmiru i starej mory. Obok niej gruby jegomość o wyglądzie pospolitym, ojciec Sauvadon, wielce dumny, że towarzyszy siostrzenicy, w stroju wieczorowym, który włożył wskutek nadmiernej gorliwości, chcąc uczcić uroczystą ceremonję. Czuje się więc nieszczęśliwy, skrępowany białym krawatem, i zerka ku wszystkim wchodzącym, szukając napróżno towarzysza niedoli.
Z tego pomieszania barw i postaci wyłania się rychło mocny gwar głosów, przebiegając niby prąd magnetyczny z jednego końca sali na drugi. Czuć tu wzruszenie, życzliwą ciekawość pierwszego przedstawienia, którego powodzenie jest pewne; a gdy od czasu do czasu zjawiają się znakomitości, kieruje się ku nim drżenie całego tłumu.
Czy widzicie w loży na górze dwie kobiety, którym towarzyszy dziecko? To królowa Ilirji i królowa Palerma. Obie kuzynki, wyprostowane i dumne, ubrane jednakowo, w kapeluszach nakształt djademów z długiemi piórami, tworzą czarujący kontrast dwóch typów szlachetnych. Fryderyka pobladła, słodycz jej uśmiechu łagodzi zmarszczka starości; również i twarz jej kuzynki świadczy o niepokojach i niedolach wygnania. Między nemi mały hrabia Zary potrząsa jasnemi kędziorami, a jego wygląd i wyraz twarzy mają coraz więcej pewności siebie.
W głębi loży stary książę de Rosen, obok niego inna osobistość, nie Chrystjan II, — który uchylił się od niewątpliwej owacji, — lecz duży chłopiec o gęstej czuprynie, nieznajomy, którego imienia nie wymówił nikt w ciągu całej ceremonji, a przecież ono właśnie powinno być na ustach wszystkich. Na jego to cześć odbywa się ta uroczystość, on spowodował ten uroczysty requiem monarchji w obecności ostatnich szlachciców Francji i zbiegłych tu rodzin królewskich.
W trybunie Kartezjusza, — wszystkie loże noszą nazwę statuy znajdującej się pod niemi, — król Westfalji zachowuje wyniosły wyraz, wskutek czego oczy jego wydają się bardziej jasne, nieruchome. Od czasu do czasu uśmiecha się w jakiemś kierunku, skłania się w innym: w ten sposób stara się zamaskować swą nieuleczalną ślepotę. Pomaga mu w tem córka, pełna poświęcenia, osoba wysoka i szczupła, której głowa chyli się, rzekłbyś, pod ciężarem złotych warkoczy, Ta piękna para kroczy z godnością szlakiem wygnania, niby aleją w parku królewskim.
Nieco dalej, w turbanie z olśniewającej satyny, zażywna królowa Galicji, niby pomarańcza o grubej skórze. Jest wielce ruchliwa, wachluje się, śmieje i rozmawia z inną kobietą, młodą jeszcze, o twarzy smutnej i dobrej, pobróżdżonej śladami łez. To księżna Palmy, istota nie stworzona do wstrząsów, jakich jej dostarcza awanturniczy małżonek. Właśnie lśni między obydwiema kobietami jego czarna broda i twarz opalona po ostatniej ekspedycji, równie kosztownej i nieszczęsnej, co i poprzednie. Bawi się w króla, miał dwór i kobiety, ukwiecone wjazdy. Dekretował i tańczył, przelewał krew, siał nienawiść, A przegrawszy batalję, schronił się do Francji w poszukiwaniu nowych żołnierzy i miljonów, przybrany w strój podróżny, obcisły w pasie surdut z guzami, nadającemi mu wygląd cygana.
Rzecz dziwna, dnia tego, kiedy tak trudno o dobre miejsca, że widać książąt krwi zagubionych pośród amfiteatru, stoi pustką mała łóżka Bossueta. Wszyscy zadają sobie pytanie, kto ją zajmie, — jaki wysoki dygnitarz lub bawiący w Paryżu przejazdem monarcha tak spóźniony, że posiedzenie zacznie się bez niego? Już stary zegar wydzwania pierwszą. Jakiś głos komenderuje nazewnątrz: „Prezentuj broń!“ i w automatycznym chrzęście chwyconych karabinów odbywa się wejście Literatury, Nauki i Sztuki przez otwarte naoścież drzwi.
Co zasługuje na uwagę w tych znakomitościach, pełnych życia i ruchliwości, to właśnie wygląd młodzieńczy, maskowany przez starców, podczas gdy młodzi usiłują wydać się jak najbardziej poważni, Dwa czy trzy zielone fraki zajmują miejsce przy stole z szklanką wody cukrzonej, i jeden z nich wygłasza tradycyjne zdanie: „Otwieram posiedzenie“. Lecz nikt w to nie wierzy, ani nawet on sam, wiedząc dobrze, że nie chodzi tu o sprawozdanie dotyczące przyznania nagrody Montyon, o czem jeden z najwymowniejszych akademików prawi subtelnie, z obfitością modulacyj.
Jest to wzór mowy akademickiej, napisany stylem akademickim, pełnym arabesek, mistrzowskich zwrotów biegnących pośród zdań dla zamaskowania ich i zaokrąglenia. W każdej innej okoliczności, zwykła publiczność wydawałaby okrzyki zachwytu. Dziś jednak przybyto w innym celu. Trzeba widzieć, z jaką lekceważącą nudą arystokratyczna publiczność słucha tego opisu pokornego poświęcenia, wypróbowanej wierności owych egzystencyj ukrytych w ciasnocie prowincji, skąd je tu wywołano. Sprawozdawca zaczyna pojmować, że nuży i zmierza ku końcowi. A ten koniec podobny jest do odwrotu. Rozlega się kilka oklasków, westchnienia ulgi. Nieszczęsny mówca siada, ociera pot, odbiera powinszowania dwóch współkolegów, ostatnich westalek stylu akademickiego. Polem pięciominutowa przerwa, podczas której sala huczy gwarem, odpoczywa.
Nagle głębokie milczenie. Powstaje jeszcze jeden zielony frak.
To czcigodny Fitz-Roy; i podczas gdy mówca porządkuje swe papiery, każdy ma prawo go podziwiać. Szczupły, zgarbiony, rachityczny, o wąskich ramionach, wygląda na lat siedemdziesiąt, choć ma tylko pięćdziesiąt. Ciało zniszczone i źle zbudowane dźwiga mają główkę; na bladej twarzy o rysach niekształtnych, rzadkie faworyty. Zielony strój potęguje jeszcze bladość, podkreślając sylwetę chorego szympansa... Wuj Sauvadon uważa, że jest boski. Pan o takiem nazwisku!.. Dla kobiet jest on pełen dystynkcji. Fitz-Roy!..
Zrazu wylicza zręcznie i łatwo drobniejsze dzieła, odznaczone przez Akademję; i by zaznaczyć, jak bardzo sprawa ta jest poniżej jego godności i mało go przejmuje, przekręca umyślnie nazwiska i tytuły. Przychodzi wreszcie kolej na nagrodę Roblot, przeznaczoną dla najpiękniejszego dzieła historycznego, ogłoszonego w ciągu ostatnich pięciu lat. „Panowie, nagrodę tę przyznano, jak wiadomo, księciu Herbertowi de Rosen za jego wspaniałą Historję oblężenia Raguzy...“ Gwałtowny grzmot oklasków wita te proste słowa wypowiedziane głosem donośnym, któremu towarzyszył okrągły gest. Czcigodny Fitz-Roy czeka, aż minie ten pierwszy wybuch entuzjazmu, poczem używając efektu kontrastu, naiwnego lecz pewnego, ciągnie dalej, spokojnie: „Panowie...“ Toczy wzrokiem po tym tłumie zgorączkowanym, który trzyma w swych rękach, i, zda się, mówi: „A gdybym tak nie chciał kontynuować?“ Lecz to on wyprowadzony jest w pole, bo gdy już chce mówić, nikt go nie słucha...
Na górze, w trybunie dotychczas pustej, rozległ się trzask drzwi. Weszła jakaś kobieta i usiadła swobodnie, odrazu zwróciwszy na siebie uwagę. Ciemna toaleta, skrojona przez mistrza nożyc, ozdobiona haftem pawim, uwydatnia zgrabną figurę tej Estery, pewnej swego ukochanego. Wszyscy szepczą jej imię, zna ją cały Paryż, od trzech miesięcy mówią tylko o jej miłostkach i zbytku. Pałac przy avenue de Messine przypomina wspaniałością urządzenia najpiękniejsze czasy Cesarstwa. Dzienniki podały szczegóły tego skandalu towarzyskiego, wysokość stajen, koszt malowideł w sali jadalnej, ilość pojazdów, zniknięcie męża, który, nie chcąc znosić dyshonoru, wyjechał zagranicę. Pozostało niewymienione tylko nazwisko nabywcy. W teatrze dama jest zawsze sama, w loży przyscenicznej, zaś w półcieniu kryje się dyskretnie za nią para wąsów. Na wyścigach, w Lasku również sama, a na pustem siedzeniu powozu — olbrzymi bukiet, na drzwiczkach zaś dokoła tajemniczego herbu dewiza moje prawo, mój król, którą obdarzył ją kochanek, zarówno jak tytułem hrabiny...
Tym razem została uznana. Umieszczenie jej tu, w takim dniu, na miejscu honorowem, przeznaczonem dla Królewskich Wysokości, w towarzystwie Watteleta, zausznika Chrystjana, i księcia Axela, pełnego gotowości, gdy chodzi o jakieś kompromitujące szaleństwo, równało się ozdobieniu publicznie herbem Ilirji. A jednak jej obecność nie budzi bynajmniej oburzenia. Królowie cieszą się wszelkiego rodzaju imunitetem; rozrywki ich są równie nietykalne, jak i osoby, zwłaszcza w tym świecie arystokratycznym, gdzie zachowała się tradycja kochanie Ludwików, które jeździły królewskiemi karocami i brały udział w wielkich łowach. W rzeczywistości wrażenie jest doskonałe. Kluby mówią: „Klasa“, Dziennikarze: „Pycha!.. “ Uśmiechy, pełne życzliwości, nawet lorgnony nieśmiertelnych kierują się ku zachwycającej kobietce, siedzącej bez afektacji na przodzie loży.
Ciekawe spojrzenia zwracają się również ku królowej Ilirji, aby zobaczyć, jak też się zachowa. O, doskonale! Ani jeden rys nie drgnął w jej twarzy. Obca uciechom stolicy, Fryderyka nie może znać tej kobiety; nigdy jej nie widziała i patrzy na nią jak na przeciętną kobietę. „Kto to?“ pyta królowę Palermo, która odpowiada bardzo żywo: „Nie wiem...“ Ale kilkakrotnie powtórzone w sąsiedniej loży imię sprawia jej niby uderzenie w serce. „Spalato... hrabina Spalato...“
Od kilku miesięcy tytuł ten prześladuje ją w sennych koszmarach. Wie, że go nosi nowa kochanka Chrystjana, który sobie przypomniał, że jest królem, aby ozdobić jednym z największych zaszczytów jakąś marną kreaturę. Tem dotkliwsza stała się dla niej owa zdrada. Ale oto szczyt wszystkiego. Tu nawprost niej i dziecka ta dziewka, panosząca się niby królowa. Jaka obelga! Wyzwanie błyszczy wyraźnie w pięknych oczach, nieskazitelnem czole i ustach tej kobiety... Tysiąc myśli krąży w głowie Fryderyki... Wielka niedola... codzienne poniżenia... Skąd Chrystjan bierze pieniądze dla tej kobiety?.. Od czasu sprawy sztucznych kamieni wie, że jest on zdolny do wszystkiego; i coś jej szepcze, że ta Spalato będzie hańbą króla i rodu. Przez chwilę waży się w tej gwałtownej naturze zamiar opuszczenia, wraz z dzieckiem, posiedzenia, ucieczki od tego nędznego sąsiedztwa i poniżającej rywalizacji. Ale wszak jest królową, żoną i córką króla, królem też będzie Zara; nie chce dać ich wrogom radości skandalu. O, jakże okrutne jest przeznaczenie królowych, będących przedmiotem zazdrości!
Czcigodny Fitz-Roy kontynuuje lekturę. Brzmi w stylu szarym, niby karta więzienna, pompatyczna pochwała Historji, napisanej przez młodego księcia Herberta de Rosen, „władającego równie dobrze piórem, co szpadą“, zwłaszcza pochwała owego „rycerskiego Chrystjana II, w którym uosobiony jest wdzięk, szlachetność i siła, jakie odnajduje się zawsze na stopniach tronu“. (Oklaski i wykrzykniki entuzjazmu).
Jak gdyby ożywczy poszum skrzydeł wionął w ciasnym gmachu klasycznym, rzekłbyś, rozszerzają się ściany. Cała sala powstawszy zwraca się ku loży Fryderyki, witając i pozdrawiając zwyciężoną lecz sławną monarchję w żonie i synu Chrystjana II, ostatniego króla, ostatniego rycerza. Mały Zara, upojony wrzawą, jak każde dziecko, i oklaskami sam klaszcze naiwnie, podczas gdy królowa, również ogarnięta entuzjazmem, odczuwa radość chwilowego złudzenia. A więc udało się jej otoczyć aureolą tę postać króla, za którą kryje się sama, zbogacić nowym blaskiem koronę iliryjską, którą syn jej będzie kiedyś nosił! Cóż więc znaczy wygnanie, zdrady, nędza! Bywają chwile olśniewające, w których tonie cały cień dokolny... Nagle odwraca się, aby złożyć hołd swej radości temu, co blisko niej oparłszy się głową o ścianę słucha z oczyma utkwionemi w kopule tych słów magicznych, niepomny, że są jego własnością, że to jemu skradziono tę sławę...
Posiedzenie skończone. Czcigodny Fitz-Roy, oklaskiwany, zniknął, a tłum, wychodzący wszystkiemu drzwiami, zaczyna wygłaszać zdania, które utworzą jutro opinję Paryża. W wielkim portyku z kolumienkami, oczekując na wywoływane pojazdy, całe towarzystwo arystokratyczne gwarzy z ożywieniem. Jakie posiedzenie!.. Co za powodzenie!.. Księżna de Rosen otoczona: „Musi być pani bardzo szczęśliwa. — O, tak, bardzo szczęśliwa“. Wuj obok niej. skrępowany wprawdzie białym krawatem, pełen dumy z powodu swego siostrzeńca. Wie dobrze, co o tem sądzić, bowiem książę Herbert ani napisał ani jednego wiersza z tego uwieńczonego dzieła, ale nie myśli o tem, tak jak i Koleta. Prawdziwa Sauvadon, gdy chodzi o próżność, zadowala się pozorami i musi się powstrzymywać, aby nie rzucić się mężowi na szyję wobec wszystkich, tak bardzo jest przekonana, że to on był w Raguzie, i napisał piękne dzieło. A ten poczciwy książę, choć zachwycony i zmieszany owacjami, ponad wszystko rad jest z niespodzianej serdeczności żony i miłosnego niemal oddania, z jakiem się opiera na jego ramieniu, co nie zdarzyło się już od czasu ślubu.
Teraz tłum rozstępuje się, dając drogę dostojnym osobistościom z trybun. Odbywa się prawdziwa defilada cieni królewskich; zjawia się też i Fryderyka z kuzynką i synem, piękna, dumna, promieniejąca.

Tego wieczora wdzięczne alegorje Bouchera, wymalowane w pałacu Rosenów w pokoju Herberta ocknęły się z swych leniwych póz, słysząc głos szczebioczący. „To ja... Koleta...“ Otulona w szatę nocną ze zwisającemi koronkami przyszła, aby życzyć dobrego snu swemu bohaterowi, swemu rycerzowi i genjuszowi... W tym samym mniej więcej czasie Elizeusz przechadzał się samotnie w ogrodzie przy ulicy Herbillon, pod lekką zielenią; wznosiło się nad nim jasne niebo czerwcowe, gdzie trwa długo jasność oblewająca białem światłem dom, rzekłbyś, martwy, o zapuszczonych żaluzjach. Świeciło się tylko okno króla, który nie spał. Cisza panuje dokoła, przerywana jedynie szmerem wody w basenie wodotrysku oraz zagubionym gdzieś trelem słowiczym, któremu odpowiadały inne słowiki. Unosiły się w powietrzu zapachy magnolij i róż. A gorączka, trawiąca bezustannie Elizeusza od dwóch miesięcy, od owej przejażdżki do Vincennes, miast uspokoić się w tej atmosferze woni i śpiewów, biła mu w rękach i skroniach, docierając falami aż do serca.
— Ach, stary warjacie... stary warjacie... — rzekł jakiś głos obok niego, pod jaworem. Stanął osłupiały: właśnie to samo mówił sobie od godziny
— Warjacie, nędzny manjaku... Należałoby rzucić cię do ognia, ciebie wraz z twoim zielnikiem.
— To pan, panie radco?
— Proszę nie nazywać mnie radcą... Już nim nie jestem... I wogóle niczem, niczem... Pozbawiony honoru i rozumu,... Ach porco...
I Boskowicz, łkając w porywie wybuchu, nawskroś południowego, potrząsał głową, dziwacznie oświetloną blaskiem przezierającym wskroś gałęzi. Biedak był od pewnego czasu jakiś poruszony. To, bardzo wesoły i rozmowny, zanudzał wszystkich swym zielnikiem lublańskim, który miał wkrótce odzyskać. To nagle, wśród potoku słów, przerywał wymowę, rzucał spojrzenie z podełba i już niepodobna było wyrwać go z milczenia. Tym razem Elizeusz sadził, że ma przed sobą szaleńca, który schwyciwszy go za ramię wołał tak, jak gdyby wzywał ratunku:
— Méraut, to niemożliwe... Trzeba przeszkodzić...
— Czemu przeszkodzić, panie radco? pytał tamten, próbując uwolnić się z tego nerwowego uścisku.
A Boskowicz szepnął głosem zdyszanym:
— Akt abdykacji jest gotów... wykoncypowany przeze mnie. W tej chwili Jego Królewska Mość kładzie na nim swój podpis... Nie powinienem był... Ma cha... ma che... On jest Królem... A przytem mój zielnik z Lubiany, który mi obiecał zwrócić... Wspaniałe okazy...
Ale Elizeusz już nie słuchał, trwając pod obuchem straszliwego ciosu. Pierwszą jego myślą była królowa. Oto nagroda za jej poświęcenie i abnegację!... W ogrodzie, nagle ogarniętym mrokiem, widział jeno światło w oknie, i tajemniczą w jego blaskach zbrodnię. Co czynić? Jak przeszkodzić?... Królowa jedynie... Ale czy mógł dotrzeć do niej?... Gdy Elizeusz zażądał tego widzenia pomyślano, że pożar zagraża pałacowi... Wreszcie zjawiła się w saloniku Fryderyka, owinięta w długi peniuar, wyraźnie uwydatniający jej wspaniałe ramiona i plecy. Nigdy jeszcze Elizeusz nie czuł tak blisko siebie kobiety.
„Co się stało? zapytała bardzo cicho i prędko, z drżeniem powiek, oczekujących ciosu. Przy pierwszem słowie wybuchnęła: „To niemożliwe... Tego nie będzie, pókim ja żywa!..“
Gwałtowność ruchu rozplotła masy płomienne jej włosów; chcąc je utrzymać podniosła tragicznym gestem rękę, z której aż po łokieć zsunął się rękaw.
„Proszę obudzić Jego Wysokość“, rzekła półgłosem w półcieniu sąsiedniego pokoju, sama zaś udała się bez słowa do króla.

X.
Scena małżeńska.

Cały czar tej nocy czerwcowej wnikał przez oszklone drzwi do dużego hallu, gdzie jeden zapalony świecznik nie przeszkadzał poświacie księżycowej błądzić po ścianach, niby promieniom drogi mlecznej. Na stole, wpoprzek masy zakurzonych papierów leżał srebrny, poczerniały Krucyfiks, a obok niego duża i ciężka karta pergaminu, zapełniona dużem pismem, nieco drżącem. Był to akt skonu królestwa, całkowicie przygotowany. Brakowało tylko podpisu, jednego pociągnięcia pióra, ale czynu połączonego z gwałtowną stanowczością woli. I dlatego to słaby Chrystjan II zwlekał, oparłszy się łokciem o stół, nieruchomy w blasku świec.
Obok trwał niespokojnie, ukradkiem, niby sfinks nocą albo nietoperz kamerdyner Lebeau, podniecając go bez słów w owej chwili stanowczej, wyczekiwanej od sześciu miesięcy przez całą zgrają. A mimo magnetyzmu tego osaczającego pragnienia Chrystjan nie podpisywał, choć trzymał w ręku pióro. Zagłębiony w fotelu, spoglądał na pergamin i myślał. Nie zależało mu zgoła na koronie, której nigdy nie pragnął, jako dziecko jeszcze odczuwał ciężar, a potem druzgoczącą odpowiedzialność. Pozbycie się jej, zapomnienie o niej — była to sprawa przesądzona, lecz przerażała go konieczność natychmiastowej decyzji. A przecie nie miał innego sposobu zdobycia pieniędzy niezbędnych do nowej egzystencji, w obiegu były jego zobowiązania na sumę trzech miljonów — wkrótce płatne, a lichwiarz, niejaki — Pichery, handlarz obrazów, nie chciał prolongować. Czy mógł pozwolić na licytację Saint-Mandé? Cóżby się stało potem z królową, z synem? A skoro miała już nastąpić scena — bowiem przewidywał straszliwe echo swej nikczemności, — czyż nie lepiej było znieść odrazu wybuch gniewu i rekryminacje? A wreszcie nie to wszystko było decydującym powodem.
Przyrzekł hrabinie, że podpisze rezygnację, i wówczas Sefora zgodziła się, aby mąż pojechał sam do Londynu, i przyjęła pałac na avenue de Messine, tytuł i nazwisko, odkładając inne łaski i względy do chwili, kiedy król przyniesie jej osobiście podpisany przez siebie akt. Skłaniały ją do tego racje zakochanej kobiety: być może król zapragnie potem wrócić do Ilirji, porzucić ją dla tronu i władzy; nie byłaby pierwszą, którą racja stanu pogrąży w smutku i łzach. A gdy wracał do klubu, z oczyma podkrążonemi i zgorączkowany, nie domyślał się ani Axel, ani Wattelet, ani inni, że na avenue de Messine spędził wieczór na otomanie, że wciąż odpychany, wił się u stóp tej niewzruszonej woli i przemyślnego oporu, co odpowiadał na jego szalone uściski lodem dwóch rączek Paryżanki. „Kiedy już nie będziesz królem... oddam ci się cała, cała!..“ — mówiły niezmiennie jej usta.
... — Więc, powiadasz mój poczciwy Lefceau, ż ów Pichery nic nie chce uczynić...
— Nic, Najjaśniejszy Panie... Jeżeli się nie zapłaci, weksle pójdą do komornika.
Trzeba było słyszeć ten jęk okrutny, towarzyszący ostatniemu słowu dla podkreślenia związanych z niem ponurych formalności. Ale Chrystjan nie widział nic. On przybywał o północy, drżący i niespokojny tam, na avenue de Messine, wchodził do pokoju, gdzie płonęła tajemniczo lampka. „Skończone... nie jestem już królem... Moja cała... cała...“
— Ha, rzekł, otrząsając się, gdy wizja pierzchła.
I podpisał.
Otworzyły się drzwi, ukazała się królowa. Obecność jej u Chrystjana o tej porze było tak niespodziewana i niezwykła, że ani król podpisujący akt swej hańby, ani pilnujący go Lebeau nie odwrócili się na lekki szmer. — Myśleli, że to wraca Boskowicz. Jak cień lekka, była już blisko stołu, gdy Lebeau ją spostrzegł. Dała mu znak, by zachował milczenie, i szła dalej, chcąc pochwycić króla na gorącym uczynku i uniknąć zbędnych wykrętów, udawania. Lecz kamerdyner pogwałcił zakaz alarmującym krzykiem: „Królowa, Najjaśniejszy Panie!..“ Oburzona Fryderyka wymierzyła mocny cios w twarz złośliwej bestji, i czekała aż pójdzie sobie precz, aby zwrócić się do króla.
— Cóż to się stało, droga Fryderyko, i czemu winien jestem?.. Powstawszy i napół zasłaniając sobą stół, uśmiechał się pobładłemi nieco usty, ale głos miał spokojny i ten — wdzięk uprzejmości, który go nigdy nie opuszczał w obecności żony.
— O, tylko bez frazesów... bez grymasów... Wiem, co tu pisałeś!.. Nie próbuj kłamać!..
I zbliżywszy się, dumna i wyniosła, ciągnęła dalej:
— Słuchaj, Chrystjanie... I ta niezwykła w jej ustach poufałość napełniała słowa uroczystą powagą... Słuchaj... Od czasu gdy jestem twoją żoną sprawiłeś mi wiele cierpień... Nie mówiłam ci nic, dopiero po raz pierwszy wówczas, pamiętasz... A przecie widziałam wszystko, znałam twoje zdrady i szaleństwa. Bo trzeba być doprawdy szalonym tak, jak twój ojciec, który się zmarnował dla Loli, jak twój dziad Jan... To ta sama spalona krew, ta sama lawa piekielna, co i ciebie pożera. Nie czyniłam ci zgoła wyrzutów w Raguzie... A gdy zabrakło króla na szańcach, czuwałam, by jego miejsce nie pozostało puste... Ale w Paryżu... w Paryżu...
Dotychczas mówiła powoli, zimno, z intonacją matki, strofującej i pełnej litości. Ale nazwa tego miasta próżnego wiary, drwiącego i przeklętego, wyprowadziła ją z równowagi. Czemuż to wszyscy upadli królowie chronili się do tej Sodomy? Jej to zatrute powietrze dobijało wielkie rody, ona sprawiła, że Chrystjan zaprzepaścił to, co uszanowali najszaleńsi z jego przodków: cześć dla herbu. Pierwszego już dnia, widząc jak jest wesoły i podniecony, podczas gdy wszyscy płakali ukradkiem, przeczuła poniżenie i hańbę, jaką miała przenieść... Jednym tchem wyrzuciła słowa chłoszczące, niby uderzenia szpicruty, od których blada twarz króla pokrywała się purpurowem piętnem:
— Zdradzałeś mnie w moich oczach, w moim domu... cudzołóstwo dotykało kraju mej sukni... Kiedy ci się znudziła ta ufryzowana lalka, która nawet nie kryła przede mną swoich łez, stoczyłeś się do rynsztoku, do błota ulicy... Czegoś nie czynił, Święta Matko Anielska!.. Czegoś nie czynił... Kupczyłeś pieczęcią królewską, sprzedawałeś krzyże, tytuły... I zniżając głos, jak gdyby w obawie, że nocna cisza może ją usłyszeć: — I kradłeś... kradłeś!.. Te wydarte brylanty i klejnoty... twoja to sprawa. Ale moją troską jedyną, niezmienną było znieść wszystko byle utrzymać dostojeństwo króla nietknięte... Hasłem mojem, krzepiącem siły w chwilach próby stało się: Dla korony!.. A teraz chcesz ją sprzedać, przefrymarczyć na złoto dla tej martwej maski Żydówki, którą ośmieliłeś się bezwstydnie umieścić dziś nawprost mnie...
Słuchał w milczeniu, zgarbiony. Ale obelga rzucona kobiecie, którą kochał, dodała mu sił. I patrząc badawczo na królowę rzekł grzecznie, lecz stanowczo:
— A więc mylisz się!... Tamta kobieta nie ma nic wspólnego z decyzją, jaką powziąłem... To co czynię dotyczy nas, naszego spokoju... Czy myślisz, że ja nie wiem co się tu dzieje, że nie cierpię, widząc, jak ta sfora dostawców i wierzycieli depcze ci po piętach... Wszystkim jesteśmy dłużni. Połowa służby nie otrzymuje pensji...
Stopniowo, ulegając swej drwiącej naturze i nawyczkom otoczenia, zmieniał wstrzemięźliwy ton początkowy.
— Zarzucasz mi, moja droga, że używam frazesów, ale to ty sama oszałamiasz się słowami. Czem że jest wreszcie owa korona iliryjska, o której mi wciąż mówisz?.. Musisz wreszcie zrozumieć, Fryderyko, że król jest królem tylko gdy ma tron i władzę; straciwszy je, jest mniej niż niczem, — szmatą... Napróżno czepiamy się konwulsyjnie etykiety, tytułów, umieszczając tę królewskość wszędzie na drzwiczkach powozów, na spinkach do mankietów. Wszystko to jest hipokryzją — z naszej strony, a grzecznością i litością ze strony tych, co nas otaczają...
Zatrzymał się bez tchu... Przeciągłe trele słowicze przerywały nocną ciszę. Ogromna ćma, opaliwszy sobie skrzydła, miotała się rozpaczliwie. Słychać było stłumione łkanie królowej, która umiała sławić czoło wybuchom gniewu i gwałtowności, lecz czuła się bezbronna wobec szyderstwa, podchodzącego jej szczerą naturę. Widząc Fryderykę słabą, Chrystjan zdecydował, że jest zwyciężona; i by ją dobić, dodał ostatni rys do groteskowego obrazu monarchji, jaki nakreślił. Jakże żałośnie wyglądali ci wszyscy królowie in parlibus, figuranci tronu, udrapowani w szmaty protagonistów, deklamując wciąż wobec pustych krzeseł, nie dających ani centyma dochodu. Czyż nie lepiej pędzić żywot cichy, pospolity?.. „Powiadam ci, moja droga, królowie z operetki. I właśnie aby się uwolnić od tej śmiesznej sytuacji, aby zabezpieczyć nam wszystkim spokojną i godną egzystencję, postanowiłem podpisać ten oto papier...“
I nagle, zdradzając wychowańca jezuitów, dodał:
— Zresztą, ten podpis to zabawka... Zwracają nam dobra, i ostatecznie nie uważam się wcale za związanego... Kto wie? Może te miljony pozwolą nam odzyskać tron.
Królowa podniosła gwałtownie głowę, i spojrzała nań badawczo wzruszywszy ramionami:
— Nie udawaj bardziej nędznego, niż jesteś w rzeczywistości... Wiesz dobrze, że z chwilą podpisania... Ale nie! Prawdą jest, że ci brak sił, że opuszczasz placówkę królewską w chwili najniebezpieczniejszej, gdy nowe społeczeństwo, co nie chce ani Boga, ani pana, zionie nienawiścią do przedstawicieli prawa boskiego, paląc im grunt pod nogami. Sztylet, kula, bomba — wszystko jest im dobre... Zdradzają i mordują... I oto w takiej właśnie chwili dezerterujesz z pola walki...
— Ach, gdybyż tylko chodziło o walkę, rzekł żywo Chrysjan II.. Lecz walczyć, jak to my czynimy, ze śmiesznością, z nędzą i brudem życiowym, i coraz bardziej w nim się pogrążać...
Błysk nadziei zapalił się w jej oczach.
— Biłbyś się?.. Doprawdy?.. A więc, posłuchaj...
Drżąc, opowiedziała mu w kilku słowach o wyprawie, jaką wraz z Elizeuszem przygotowywała od kilku miesięcy, śląc listy, depesze, przemówienia za pośrednictwem O. Alfeusza, będącego w ciągłych rozjazdach po wioskach i górach. Tym razem bowiem zwracali się nie do szlachty, lecz do pospolitego ludu: mulników i tragarzy z Raguzy, zieleniarzy z Breno i Brazzy, mieszkańców wysp, ludności pierwotnej, gotowej powstać i umrzeć za króla pod warunkiem, że go ujrzą na czele wyprawy... Tworzyły się oddziały, krążyły hasła, oczekiwano jeno na znak... Z bolesnem uczuciem widziała królowa, jak Chrystjan potrząsał głową, bardziej obojętny, niż wątpiący. Może w głębi żywił urazę, że czyniono wszystko bez niego; lecz nie uważał tego projektu za wykonalny.
— Nie, moja droga przyjaciółko, zaślepia cię fanatyzm kapelana i ten paliwoda gaskoński... I ja również mam raporty, i to pewniejsze od waszych... Prawdą jest, że w Dalmacji, jak i gdzieindziej, monarchja się przeżyła... Mają jej dosyć, ot co!. Nie chcą więcej!..
— Tak, znam ja tchórza, który jej nie chce.... rzekła królowa.
Poczem wyszła pośpiesznie, a Chrystjan bardzo zdziwiony, że skończyło się w ten sposób, schował szybko akt do kieszeni, kierując się ku wyjściu. Nagle Fryderyka powróciła, prowadząc tym razem małego księcia.
Zbudzony ze snu, szybko ubrany, Zara otwierał szeroko oczy wobec tych podnieconych postaci, ale o nic nie pytał, mając w pamięci podobne przebudzenia przed gwałtowną ucieczką, pośród pobladłych twarzy i niespokojnych wykrzykników.
Ujrzał króla, ale nie ojca bestroskiego i dobrego, co to nieraz przychodził doń, gdy był w łóżku, lecz o wyrazie twarzy surowym i znudzonym. Fryderyka, bez słowa, pociągnęła dziecko aż ku stopom Chrystiana II, i ukląkłszy ruchem nagłym, złożyła ręce księcia, jak do modlitwy:
— Król nie chce mnie słuchać, może wysłucha ciebie, Zaro... Powtarzaj za mną: „Mój ojcze...“
Nieśmiały głos powtórzył.
„Mój ojcze...“
— Mój ojcze, mój królu, zaklinam się... nie pozbawiaj swego dziecka korony, którą ma kiedyś nosić... Pomyśl, że nie jest ona twoją tylko własnością, lecz że przybyła zdaleka, z wysoka, że sam Bóg umieścił ją przed sześciuset łaty w rodzie iliryjskim... Bóg chce, abym był królem, mój ojcze... To moje dziedzictwo, moje mienie i nie wolno mi go odebrać.
Mały książę łączył błagalne spojrzenia z tym gorącym szeptem rozmodlenia. Lecz Chrystjan odwracał głowę, wzruszał ramionami, i hamując wściekłość, mruczał przez zęby: „Egzaltacja... nie właściwość... przewracać dziecku w głowie“... Poczem skierował się ku wyjściu. Jednym skokiem królowa zerwała się na nogi i zobaczywszy, że stół jest pusty, zrozumiała, że akt podpisany tkwił już w kieszeni i z piersi jej wydarł się niemal ryk:
— Chrystjanie!..
Król był przy drzwiach, Fryderyka uczyniła krok, jak gdyby chcąc za nim podążyć, potem nagle rzekła:
— A więc, niech się stanie!,..
Obejrzawszy się, ujrzał ją w otwarłem oknie: jedną ręką pociągała syna ku śmierci, drugą groziła tchórzowi, co uciekał. Blask nocy oświetlał z zewnątrz tę wspaniałą grupę.
— Jeżeli król z operetki, to królowa z tragedji! rzekła z straszliwą powagą... O ile nie spalisz natychmiast tego, coś podpisał i nie przysięgniesz na Krucyfiks, że to się nie powtórzy... twój ród skończy się, zginie... tam, na kamieniach!...
A w słowach jej, w całej pięknej postaci, przechylonej ku próżni tyle było mocy, że król przerażony pośpieszył, by ją powstrzymać:
— Fryderyko!..
Słysząc krzyk ojca, drżenie ramienia, które go trzymało, Zara zrozumiał, że to nadszedł koniec. Nie wydał jednego słowa skargi, skoro był z matką. Tylko jego rączki zacisnęły się dokoła szyi matki, a piękne cezy przymknęły.

Chrystjan nie opierał się dłużej... Serce pękało mu w piersiach. Rzucił na stół zmięty akt, który ręka jego szarpała przez dobrą już chwilę, i łkając padł na fotel. Fryderyka, wciąż nieufna, przeczytała pergamin od początku do końca, zbliżyła go do świecy i spaliwszy doszczętnie, rozsypała na stole spopielałe, czarne resztki...

XI.
Przed bitwą.

Dobiega końca przyjacielski obiadek w antykwariacie przy ulicy Eginharda. Stary Leemans, gdy jest sam, zadowala się kroniką chleba w kuchni, bez obrusa i serwetki; gdy ma gości, skrzętna gospodyni, gderając, zdejmuje białe pokrowce i ustawia stół pod portretem „pana“, w cichym i schludnym saloniku, gdzie panuje przez kilka godzin woń czosnku i ożywione dyskusje, toczone w żargonie podrzędnych geszefciarzy.
Od czasu gdy się przygotowuje „wielkie posunięcie“, obiady te są coraz częstsze. W takich chwilach dobrze jest naradzać się, nigdzie zaś nie czuje się człowiek tak bezpiecznie, jak w głębi uliczki Eginharda, zagubionej pośród starego Paryża. Można tam przynajmniej dyskutować i kombinować... Bo cel już blisko. Za kilka dni, ba, za kilka godzin rezygnacja zostanie podpisana, a interes który pochłonął tyle pieniędzy zacznie niezgorzej rentować. Pewność powodzenia rozpala oczy i głowy biesiadników wesołością; prawdziwa to uczta weselna, której przewodniczy ojciec i — nieodłączny od niego Pichery, o głowie niby drewnianej i wypomadowanej z węgierska, i wyglądzie zdegradowanego oficera. Zawód: lichwiarz-antykwarjusz, rzemiosło nowe, skomplikowane, dobrze przystosowane do artystycznej manji naszego wieku. Gdy jakiś synek bogatego papy jest bez pieniędzy, do cna „wygolony“, udaje się do handlarza obrazów Pichery, zbytkownie urządzonego przy ulicy Lafitte.
— Ma pan Corota, dobrego Corota?.. Przepadam poprostu za tym malarzem.
— Ach, Corot!.. mówi Pichery, zamykając oczy śniętej ryby z wymazem błogiego zachwytu, Potem, zmieniając nagle ton: „Mam właśnie czego panu potrzeba...“ i pokazuje na stalugach bardzo pięknego Corota: poranek skąpany w drących mgłach srebrnych, a pod brzozami pląsające nimfy. Goguś zakłada monokl, udając, że się zachwyca:
— Klasa!.. Pierwsza klasa!.. Ile?
— Pięćdziesiąt tysięcy franków, mówi Pichery bez zająknienia. Tamten pyta w ten sam sposób:
— Na trzy miesiące?
— Na trzy miesiące... z gwarancją.
Goguś podpisuje zobowiązanie, zabiera obraz do siebie lub do przyjaciółki, i przez cały dzień opowiada rozpromieniony w klubie, i na bulwarach, że kupił „pysznego Corota“, Nazajutrz posyła swego Córcia do „Domu Sztuki“, gdzie Pichery odkupuje go przez ojca Leemansa za dziesięć lub dwanaście tysięcy, co stanowi rzeczywistą cenę płótna. Jest to lichwa na wygórowany procent, ale lichwa dozwolona, bezpieczna. Pichery nie jest obowiązany wiedzieć, czy amator kupuje płótno poważnie, czy nie.
Po drugiej stronie patryjarchy Leemansa, Sefora i jej mąż, zbliżywszy krzesła i szklanki, mają miny zakochanych. Widują się tak rzadko od chwili rozpoczęcia tego interesu. J. Tom Levis, który dla ludzi jest w Londynie, przebywa ukryty w swej kasztelanji w Courbevoie i spędza cały czas z wędką w ręce, albo płata Sprichtom okropne figle. Sefora, bardziej sztywna niż królowa hiszpańska, spodziewając się każdej chwili króla, ceremonjalna i uroczysta, prowadzi tryb życia renomowanego półświatka, tak mało zabawny, że panie te łączą się po dwie, aby razem znosić nudę długich przechadzek łub czczych wypoczynków.
Ale hrabina Spalato nie może odwiedzać kobietek ani zdeklasowanych osobistości tej ciemnej sfery, a kobiety uczciwe nie przyjmuje jej. Więc też pozostaje zawsze sama w buduarach o malowanych pułapach i otoczonych girlandami róż zwierciadłach, w których odbija się jej postać, znudzona mdłym sentymentem, składanym przez króla, równie mdłym jak ziarnica pachnideł, palące się w złotych kadzielnicach. Ach, oddałaby cały ten smutny przepych książęcy za mały gabinecik w podziemiach ulicy Royale, gdzie agent odtańczył niezapomnianą „gigue“.
To też czuje się szczęśliwa tego wieczora, mogąc siedzieć obok męża i podniecać go słowami: „No, dalej, rozśmiesz że mnie!“ Tom stara się usilnie, lecz zapał jego nie jest szczery i co chwila utyka, krępowany myślą, niemożliwą wprost do odgadnięcia. Tom Levis jest zazdrosny. Wie, że nic jeszcze nie zaszło między Chrystjanem i Seferą, która zbyt wiele posiada zręczności, by się oddać bez gwarancji, lecz moment psychologiczny już niedaleko, i gdy akt zostanie podpisany trzeba będzie dotrzymać umowy. I oto nasz przyjaciel Tom doznaje niepokoju, dość dziwnego w człowieku pozbawionym wszelkich przesądów i dziecinady. Przebiega go lekki dreszcz na widok żony, która nigdy nie wydała mu się równie piękna; przy tem ten tytuł hrabiowski uszlachetnia, rzekłbyś, jej rysy i rozjaśnia oczy. Rzecz prosta, J. Tom Levis nie stoi na wysokości zadarła; byle co — a zabierze żonę i wszystko pośle do licha. Ale powstrzymuje go jakiś wstyd, a przytem tyle pieniędzy włożono do tego interesu. Nieszczęsny wije się, targany rozmaitemi skrupułami; udaje wielce wesołego i gestykuluje, choć czuje w sercu sztylet.
Są tu w swojem gronie, między kamratami. Zaczynają się opowieści o fortelach i podchodach, o koalicjach wielkich handlarzy, pozornych rywali i ich sztuczkach, całej tej tajemniczej masonerji, co stawia zatłuszczoną zgraję, niby barjerę między przedmiotem sztuki a kaprysem amatora, zmuszając go do szaleństw i wygórowanych sum. To wyścig cynicznych historyj, mistrzowskie zawody filutów.
— Czy opowiadałem wam hecę z latarnią egipską? pyta ojciec Leemans, popijając małemi łykami kawę. I podobnie jak stare wiarusy, rozmiłowane w swych kampanjach, po raz setny rozpoczyna opowieść o latarni, którą sprzedał mu za dwa tysiące franków pewien Lewantyńczyk w opałach, on zaś odsprzedał ją tego samego dnia prezesowi rady ministrów za czterdzieści tysięcy, osiągając ponadto podwójne komisowe: pięćset od sprzedawcy i pięć tysięcy od nabywcy. Lecz cały urok opowieści tkwi w „kawałach”, któremi się działa na klijenta bogatego i ambitnego. I stary, ożywiając się pod wpływem rozlegających się śmiechów, przewraca kartki starego notatnika, w którym jego natchnienie czerpie siłę z jednej daty, cyfry lub adresu. Są tu poklasyfikowani wszyscy głośni amatorzy sztuki oraz ich manje i osobliwości: ci, których należy traktować szorstko; inni, wierzący w wartość przedmiotu, szczycącego się wysoką ceną, amatorzy sceptyczni, amatorzy naiwni...
— Słuchaj, Tomie, mówi Sefora do męża, pragnąc aby i on zabłysnął, gdybyś tak opowiedział im swój pierwszy „występ” po przybyciu do Paryża, wiesz aferę z ulicy Soufflot.
Tom nie daje się prosić, nalewa sobie trochę wóki dla odświeżenia głosu, i opowiada, że przed dziesięciu laty, przybywszy z Londynu z jedną monetą pięciofrankową w kieszeni, dowiaduje się od dawnego kolegi, spotkanego w tawernie angielskiej w pobliżu stacji, że wszystkie agencje są poruszone sprawą małżeństwa panny Beaujas, córki przedsiębiorcy, dającego dwanaście miljonów posagu pod warunkiem, że przyszły zięć będzie wielkim arystokratą, prawdziwym panem. Przyobiecano duże komisowe, i sfora już węszy. Tom nie traci otuchy, szpera po wszystkich herbarzach i znajduje wreszcie starą, bardzo starą rodzinę, skoligaconą z najlepszą arystokracją i zamieszkałą przy ulicy Soufflot. Rozdźwięk między tytułem a dzielnicą świadczy o ruinie albo skazie. „Na którem piętrze mieszka pan markiz de X...?“ Kosztem ostatniej monety otrzymuje od portjera parę informacyj.. Istotnie wielki ród... Wdowiec... Syn ukończył Saint-Cyr, córka, panna osiemnastoletnia, bardzo starannie wykształcona... „Dwa tysiące franków za komorne i świadczenia, dodaje portjer... „Właśnie to, czego mi potrzeba“... myśli J. Tom Levis, wchodząc na schody, nieco przytem wzruszony dobrym wyglądem domu, z którym jego zniszczone trzewiki i ubranie stanowią jaskrawy kontrast.
„Na pół drogi, opowiada agent, miałem ochotę zawrócić. Ale postanowiłem jednak: spróbować. Powiedziałem sobie: Jesteś sprytny i śmiały, wszystko do zyskania... Wprowadzono mnie do salonu, który szybko otaksowałem. Wchodzi gospodarz, starszy jegomość majestatyczny, bardzo elegancki... „Ma pan syna, panie markizie?“ Na te słowa mój jegomość wstaje, oburzony. Mówię cyfrę... dwanaście miłjonów... to go skłania do zajęcia miejsca... Rozmawiamy... Wyznaje mi, że jego majątek nie dorównywa imieniu, co najwyżej dwadzieścia tysięcy franków renty, nie miałby nic przeciwko przywróceniu herbom blasków złota. Syn otrzyma sto tysięcy. „O, panie markizie wystarczy nazwisko...“. Potem ustalamy wysokość mego komisowego i — uciekam... Ale na progu stary zatrzymuje mnie, mówiąc: — Pan mi wygląda na dzielnego chłopca... Miałbym ochotę coś zaproponować... Trzeba też wydać za mąż moją córkę... Nie ma posagu... I, prawdę powiedziawszy, przesadziłem nieco wysokość renty. Ale mógłbym ofiarować zięciowi tytuł hrabiego rzymskiego... Co więcej, jeżeli jest wojskowym, moje stosunki rodzinne z ministrem wojny pozwalają zapewnić mu poważny awans“.
— Proszę liczyć na mnie, panie markizie, mówię, chcąc wyjść. A on kładzie mi rękę na ramieniu, patrzy z zabawnym uśmiechem. „No i ja jestem jeszcze!“ oświadcza... Jakto, panie markizie? — Ależ tak, nie jestem wszak stary, i gdyby nadarzyła się okazja...
Wyszedłszy stamtąd, byłem całkowicie uświadomiony życiowo...
Ta cudowna historja była tak opowiedziana, a raczej zagrana przez Toma Lewisa, że wszyscy śmiali się, rozbawieni, wysnuwając bądź filozoficzne, bądź cyniczne wnioski.
— Widzicie, moje dzieci, rzekł stary Leemans, gdyby tak antykwarjusze porozumieli się z sobą, zostaliby panami świata... W naszych czasach kupczy się wszystkiem... Dotąd brak mi było jeszcze w handlu korony... Teraz interes gotowy.
Wstał trzymając szklankę, a oczy błyszczały mu drapieżnie:
— Za zdrowie Antykwarjatu!
Nagle przy wejściu zaskrzeczała gwałtownie kołatka, jak gdyby dusząc się w ataku kaszlu. Wszyscy drgnęli. Któż to o tej porze?
— To Lebeau, rzekł ojciec... Nikt inny...
Powitano kamerdynera głośnemi okrzykami, gdyż nie zjawiał się już dawno. Był blady zmieniony, zaciskał zęby:
— Siadaj, stary gałganie... rzekł Leemans, czyniąc mu miejsce obok siebie.
— Tam do licha! mówi przybyły... Zdaje się, że tu się bawią... Żałobny ton tej uwagi budzi niepokój... No tak, bawią się, czemuż mianoby się smucić?
Pan Lebeau wydaje się osłupiały.
— Jakto?.. Nic nie wiecie?.. Kiedy widziała pani króla, hrabino?..
— Dzisiaj... wczoraj... codziennie.
— I nic nie mówił o tej okropnej scenie?..
Potem w dwóch słowach opowiedział wszystko, co zaszło. Ale czemu Lebeau nie uprzedził ich?
— A tak, czemu? odparł lokaj z obrzydliwym uśmiechem... Byłaby to trudna sprawa... Od dziesięciu dni biegam jak szalony, bez wytchnienia... Ani mowy o napisaniu listu; jestem pilnowany przez okropnego mnicha, Franciszkanina, który nie opuszcza mnie na jedną chwilę pod pretekstem, że nie zna dosyć dobrze języka... Faktem jest, że w Saint-Mandé wydaję się podejrzany i skorzystano z mojej nieobecności, aby uknuć wielki spisek...
— Co takiego? pytają wszyscy.
— Zdaje się, że chodzi o wyprawę do Dalmacji... to ten piekielny Gastończyk winien wszystkiemu.... O, wszak mówiłem, że jego należałoby pozbyć się przedewszystkiem...
Od jakiegoś czasu kamerdynerowi udało się wywęszyć przygotowania w postaci listów, tajemniczych zebrań... Ze strzępów słów wywnioskował wyprawę, a podróż, jaką ma teraz odbyć pozostaje w związku z tem. Udaje się bowiem w góry Nawarry, aby stamtąd przywieźć pewnego czarnego człowieka, jak widać wielkiego wodza, który poprowadzi wojsko pod zwierzchniemi rozkazami król.
— Jakto? I król pojedzie?.. krzyknął ojciec Leemans, rzucając na córkę pogardliwe spojrzenie.
Wybuchła ogólna wrzawa.
— A nasze pieniądze?
— A zobowiązania?
— To bezwstyd!
— To kradzież!
— Za Cesarstwa nie możnaby uczynić nic podobnego! rzekł Pichery usposobiony nawskroś imperialistycznie. Zakłócać spokój ościennego państwa!
— Naturalnie, mówi poważnie J. Tom Levis, i nawet gdyby o tem wiedziano u Prezydenta, niktby nie chciał tolerować.. Trzebaby jakoś uprzedzić...
— Ale jak? podejmuje Lebeau. — Myślałem już, ale nie wiadomo nic ścisłego. Nasi ludzie są bardzo ostrożni. Naprzykład dzisiaj: rocznica urodzin królowej... Wydają wielki bal w pałacu Rosenów... Czy podobna powiedzieć władzom, że ci wszyscy goście zebrali się aby konspirować i gotować wojnę!.. A jednak coś jest szczególnego w tym balu...
Nagle hrabina, która zamyśliła się od kilku chwil, mówi:
— Lebeau, posłuchaj pan... Jeżeli król będzie miał jechać, proszę mnie uprzedzić na godzinę przedtem. Przysięgam wam, że ta wyprawa nie dojdzie do skutku...

Zdaleka już dawał znać o sobie bal, ów festyn letni, zalewający obydwa brzegi Sekwany donośnem echem oraz światłem czerwonem niby łuna pożaru. Zbliżywszy się, można było rozróżnić wysokie okna żarzące się od lamp, ognie tysiącznych kul kolorowych przymocowanych do stuletnich drzew ogrodu, a na quai d‘Anjou, śpiącym już zwykle o tej porze, latarnie pojazdów rozświetlały noc mnóstwem nieruchomych punktów. Od ślubu Herberta pałac Rosenów nie widział podobnego festynu, a dzisiejszy był jeszcze wspanialszy i rozlewniejszy.
Parter tworzył długą galerję sal w amfiladzie ozdobionych malowidłami, starożytnemi złoceniami, a żyrandole weneckie i holenderskie, lampy meczetów, zwisające z pułapów, oświetlały szczególną dekorację: draperje mieniące się złotem, zielenią i czerwienią, sprzęty z masywnego srebra, inkrustacje z kości słoniowej, stare lustra w poczerniałych ramach, relikwiarze, sztandary, bogactwo Czarnogórza i Hercegowiny, które zgromadzono tu ze smakiem paryskim, unikając jaskrawości egzotyzmu. A pośród blasku tych starych wspaniałości wynikał nutą silnego kontrastu modny walc, wirujący — i upajający, i przewijały się niby wyznanie bujnej młodości, postaci jasnowłose, lekkie i smukłe i czarnowłose, bladolice zjawy. Od czasu do czasu odłączała się od tego splotu par tańczących i mieszaniny jedwabistych materyj, jakaś para, przekraczała wysokie drzwi i oświetlona blaskiem frontonu z cyfrą królowej, ginęła w alejach ogrodowych, gdzie rytm walca stawał się wreszcie miarowym marszem, harmonijną przechadzką w balsamicznej atmosferze magnolij i róż...
Stary książę de Rosen, atakiem podagry przykuty od tygodnia do łoża, słuchał ze swego pokoju na drągiem piętrze tych odgłosów balu, tłumiąc pod kołdrą okrzyki bólu i przekleństwa kordegardy, miotane na okrutną ironję losu, co mu nie pozwala w takim właśnie dniu przyłączyć się do lej młodzieży, mającej wyruszyć nazajutrz. Ten bal był jak gdyby pożegnaniem, wyznaniem rzuconem złym prognostykom wojny, a zarazem ostrożnością wobec policji francuskiej. Książę, nie mogąc towarzyszyć osobiście ochotnikom, pocieszał się tem, ze bierze udział w sprawie jego syn Herbert, oraz jego ludwiki, bowiem Ich Królewskie Mości pozwoliły mu łaskawie ponieść koszty wyprawy. Na łóżku, obok map sztabowych i planów strategicznych leżały faktury dostaw, skrzynie od karabinów, trzewiki, koce, żywność, które sprawdzał skrzętnie, targając okrutnie wąsa. Czasem brakowało mu jakiegoś rachunku lub informacji; wówczas przywoływał Herberta, mając pretekst do zatrzymania przy sobie tego dorosłego syna, co go opuszczał po raz pierwszy w życiu, a może na zawsze. I czuł przypływ ogromnej tkliwości, źle ukrywanej pod pozorami milczącej sztywności. Ale książę ledwie chwilę mógł pozostać przy ojcu; spieszno mu było czynić na dole honory domu...
...Parom splecionym w zawrotnym rytmie towarzyszą długie spojrzenia, uśmiechnięte i wzruszone. Każdy wie, że ci wszyscy piękni tancerze, szlachta iliryjska, dzieląca z królem wygnanie, szlachta francuska, zawsze gotowa dać krew za dobrą sprawę, wyruszą o świcie na wyprawę niebezpieczną i zuchwałą. Nawet w razie zwycięstwa, ilu wróci z tej młodzieży, co się zaciągnęła bez wahania! Ilu z nich, przed upływem tygodnia, będzie gryzło ziemię, leżąc na stokach gór, mając jeszcze w uszach, szumiących od upływającej krwi, upojną melodję mazurków! Właśnie to idące już niebezpieczeństwo dodaje werwie balowej coś z niepokoju przedbitewnego, i w oczach wywołuje łzy i nieci błyskawice, ogrom odwagi i ogrom rozmarzenia. Czego można odmówić temu, co odjeżdża, co zapewne zginie? I jak zacieśnia się uścisk, jak wybucha wyznanie pod skrzydłem śmierci, którego muśnięcie słychać w rytmicznym pisku skrzypiec! Przelotne miłostki, efemeryczne spotkania! Widzą się po raz pierwszy, nie zobaczą się zapewne już nigdy, a oto dwa serca skute z sobą! A wszystko krąży w upojeniu, a każda para jest, zda się, sama jedna, oszołomiona, niesiona czarodziejskim wirem walca Brahmsa lub szopenowskiego mazurka.
Oszołomiony i wzruszony był też i Méraut, w którym muzyka budziła naprzemian słodycz i dziką energję, humor cygański, awanturniczy, tkwiący na dnie każdego południowego temperamentu. Czuł szalone pragnienie, chciał podążyć nieznanemi szlaki ku światłu, i przygodzie, wykonać czyn dumny i waleczny, który mu zdobędzie podziw kobiet. Upojenie balowe ogarniało go, choć nie tańczył, choć nie pójdzie się bić. I na myśl, że cała ta młodzież wyruszy, aby przelewać krew, doznawać pięknych i niebezpiecznych przygód, podczas gdy on zostanie tu ze starcami i dziećmi, na myśl, że zorganizowawszy krucjatę, nie weźmie w niej udziału, doznawał niewysłowionego smutku i żalu. A może prócz tej muzyki słowiańskiej, budzącej w nim pragnienie śmierci, przyczyniała się do żałosnego nastroju i promieniejąca duma Fryderyki, siedzącej na tronie obok Chrystjana. Znać było, że jest szczęśliwa, odnalazłszy wreszcie w mężu króla, wojownika!.. W szczęku oręża możesz zapomnieć, królowo, o wszystkiem, wszystko przebaczyć, zdrady i kłamstwa. Bo, nadewszystko lubisz moc fizyczną, i jej rzucisz zawsze swą chustkę, przepojoną łzami, albo woniejącą zapachem twego oblicza...
Zauważywszy w rogu sali to szerokie czoło poety o czuprynie obfitej a niesfornej, królowa uśmiecha się daje znak, aby się zbliżył. Rzekłbyś, odgadła przyczynę jego smutku.
— Jaki piękny bal, panie Méraut!
A zniżywszy głos, dodaje:
— I to także panu zawdzięczam... Ale już tyle jesteśmy mu winni... Nie wiem wprost, jak dziękować.
To on istotnie, którego mocna wiara podsyciła wszystkie te gasnące płomienie, upadających ożywała nadzieją, on przygotował jutrzejszą wyprawę. Królowa nie zapomniała tego, i nie było nikogo w tem świetnem zgromadzeniu, ktoby otrzymał spojrzenie pełne wdzięczności i słodyczy, tu, wobec wszystkich, w kole czcią otaczającem monarchów, Ale zbliża się Chrystjan II, mówiąc:
— Jest tu margrabia de Hezeta... Czy go pan widział?
— Nie znam go, Najjaśniejszy Panie...
— A jednak on twierdzi, że jesteście panowie starymi przyjaciółmi... Ale otóż i on...
Ów margrabia de Hazeta był to wódz, który w zastępstwie starego generała de Rosena miał stanąć na czele wyprawy. W ostatniej ekspedycji księcia Palmy wykazał zadziwiające zdolności wojskowe, lecz widząc swoje wysiłki zmarnowane, — sam pretendent dał hasło do ucieczki, — ogarnięty mizantropją ukrył się w górach baskijskich, chcąc tam w ciszy dokonać żywota. Lecz zapał rojalistowski O. Alfeusza i rozgłos męstwa Chrystjana II pociągnęły go raz jeszcze. Starożytność rodu tego partyzanta, jego życie romantyczne, pełne niebezpieczeństw, okrucieństwo fanatyczne otoczyły margrabiego Jose Maria de Hezeta niemal nimbem legendy, czyniąc zeń najważniejszą osobistość na balu.
— Dobry wieczór, Eli.., rzekł, wyciągając rękę do Elizeusza. No tak, to ja... Twój dawny mistrz... monsieur Papel.
Nie zmienił go zgoła frak, ozdobiony orderami, ani biały krawat, ani nawet dodatkowy ciężar dwudziestu lat. Potężna twarz karła tak była czarna od prochu i wichrów górskich, że niemal niewidzialna stała się szrama na czole, straszliwa i charakterystyczna.
Elizeusz doznał szczególnego uczucia, słysząc swego dawnego mistrza, któremu zawdzięczał to, czem był.
— ...Skończyli się królowie... Zasada istnieje, ale brak ludzi. Ani jeden z tych wytrąconych z siodła rycerzy nie jest zdolny wytrwać, ani jeden nie ma nawet szczerej do tego chęci... Ach, czego ja nie wdziałem, czego nie widziałem podczas tej wojny!..
— Ale nie wszyscy królowie są jednacy, zaprotestował Méraut, i jestem pewny, że Chrystjan...
— Twój nie lepszy od naszego.. Dziecko, bawidamek... W tych oczach niema, ani jednej myśli, ani trochę woli... Spójrz tylko!
Wskazywał króla, który upojony wirem walca skłonił głowę na obnażone ramię swej tancerki, wdychając jego zapach. Para przesunęła się obok, ogarniając ich gorącem tchnieniem. A ponieważ kupiono się coraz tłumniej, aby spojrzeć na Chrystjana II, pierwszego w swem królestwie tancerza, Hezeta i Méraut usunęli się ku głębokiej framudze okna, wychodzącego na quai d’Anjou, i tam trwali przez czas dłuższy w cieniu i kojącej ciszy nocnej.
— Królowie nie wierzą już, nie pragną. Czemu mielibyśmy nadstawiać karku za nich? mówił Hiszpan burkliwym tonem.
— Pan już nie wierzy... A jednak wyruszasz
— Wyruszam.
— Bez wszelkiej nadziei?
— Z jedyną nadzieją postradania głowy, tej biednej głowy, której nie mam już gdzie złożyć.
— A król?
— O niego jestem spokojny...
Czy chciał przez to powiedzieć, że Chrystjan II nie dosiadł jeszcze konia, lub że, podobny w tem do swego kuzyna, księcia Palmy, potrafi zawsze wrócić cało z bitwy?..
Dokoła nich bal szalał w zawrotnym wirze, lecz Elizeusz patrzył nań teraz poprzez zwątpienie swego dawnego mistrza i własne rozczarowanie. Czuł wielką litość nad tą wszystką dzielną młodzieżą, co pełna wesela miała iść walczyć z takimi wodzami, i już widział gasnący festyn w kurzawie bitewnej, i w zamieszaniu klęski pola ścielące się trupami. W pewnej chwili, broniąc się tej złowrogiej wizji, wyjrzał poza okno, gdzie blaski sali rzucały aż ku Sekwanie świetlane smugi. Woda, w tem miejscu spieniona i zgiełkliwa, mieszając szmer wartkiego nurtu z westchnieniem i przeciągłą skargą skrzypiec, to wybuchała niby łkanie porywiste udręczonego serca, to znów toczyła się szeroko, rzekłbyś, krew płynąca z otwartej rany...

XII.
Nocny pociąg.

„Wyjeżdżamy wieczorem, godzina jedenasta, dworzec ljoński, dokąd — niewiadomo. Prawdopodobnie Nizza, Cette lub Marsylja“.
Gdy ten bilecik skreślony pośpiesznie przez Lebeau, przybył na ulicę Messine, hrabina Spalata wychodziła z kąpieli, kierując się, świeża i woniejąca do buduaru, aby podlać kwiaty i rośliny. Przez chwilę trwała w zamyśleniu w półcieniu zasuniętych żaluzyj, potem wzruszyła lekko ramionami i zadzwoniła na pokojówkę.
— Co pani hrabina włoży?
Pani spojrzała w lustro, szukając tam rady:
— Nic... Zostaję jak jestem...
Nie bez słuszności uważała, że żadna toaleta nie dorównywała temu negliżowi, podkreślającemu wygląd naiwnej dzieweczki, który królowi tak bardzo się w niej podobał, ale wskutek tego musiała spożyć śniadanie w swoim pokoju, nie schodząc do sali jadalnej. W domu jej bowiem panowała atmosfera poważna, i nie było miejsca na fantazję i obyczaje cygańskie Courbevoie. Poczem usiadłszy spokojnie w buduarze oczekiwała na przybycie króla. Chrystjan nie przychodził nigdy przed godziną drugą, lecz poczynając od tej chwili niepokój jął trapić tę naturę zrównoważoną, — zrazu ledwie dostrzegalny, potem gorączkowy, pełen podniecenia. O tej godzinie pojazdy były rzadkie na cichej ulicy, zalanej słońcem, gdzie z obu stron ciągnęły szeregi platanów i nowych pałaców. Przy najlżejszym turkocie kół, Sefora odsuwała firankę, a zawiedziona w swem oczekiwaniu irytowała się na ten spokój prowincjonalny, panujący za oknami.
Cóż to się stało? Czyżby miał istotnie wyjechać, nie zobaczywszy się z nią?
Szukała powodów, pretekstów, ale gdy się oczekuje, cała istota trwa w zawieszeniu, a myśli są rozpierzchłe i płynne. Hrabina czuła mękę i to omdlenie w koniuszczkach, palców, gdy nerwy naprężają się i drgają. Nieobecność króla zaczęła niepokoić ją na serjo; wysiała dwa listy do księcia i do klubu, następnie ubrała się i próbując zabić chwilę oczekiwania jęła przechadzać się po mieszkaniu.
Nie była to tradycyjna klatka, zamieszkiwana zwykle przez kokotki, ani jedna z owych ciężkich budowli, jakiemi miljarderzy-parwenjusze zapełniają nowe, zachodnie dzielnice, Paryża, lecz artystyczny pałac, godny nazw sąsiednich ulic; Murilla, Velasqueza, Van Dycka. Zbudowana przez hrabiego Potnickiego dla kochanki, której zostawiał co rano na marmurowej toalecie tysiącfrankowy banknot, złożony we czworo, ta wspaniała siedziba została wraz z artystycznem urządzeniem zakupiona za dwamil jony, po śmierci bogatego Polaka, zmarłego bez testamentu.
Hrabina Spalato schodzi do apartamentów parterowych, składających się z salonu saskiej porcelany, w stylu Ludwika XV, będącego istną kolekcją wazonów, posążków i emalij, subtelnej sztuki wieku osiemnastego, salonu rzeźb z kości słoniowej, i trzeciego pokoju, zawieszonego skórami kordobańskiemi, którego umeblowanie kompletował ojciec Leemans. Jej dusza antykwarska raduje się zazwyczaj pośród tych pięknych rzeczy; dziś jednak Sefora chodzi tam i z powrotem, nie patrząc i nie widząc, zagubiona w niepokojących myślach. Jakto! Odjedzie w taki sposób... Więc jej nie kochał... A ona była pewna, że go usidliła i trzyma...
Służący powraca. Niema żadnych wiadomości. Króla nigdzie nie widziano... Tak, to podobne do Chrystjana!.. Czując swą słabość, wymykał się, ukrywał... Nagły wybuch gniewu wyprowadza z równowagi tę kobietę, całkowicie nad sobą panującą. Strzaskałaby i zniszczyła wszystko, co ją otacza, gdyby jej nie powstrzymywała kramarska znajomość rzeczy. Rzuca się na fotel, a w zmierzchającym dniu gasną i uciekają snute przez nią marzenia o olbrzymim majątku. Drzwi otwierają się gwałtownie.
„Podano do stołu, proszę jaśnie pani...“
Musi zasiąść samotnie do stołu, w majestatycznej sali jadalnej, ozdobionej ośmiu płótnami Franciszka Halsa, wartości ośmiuset tysięcy franków, portretami postaci bladych, sztywnych i uroczystych. Ale bardziej jeszcze uroczysty jest marszałek dworu w białym krawacie, i dwaj figuranci, roznoszący potrawy. Ironja tego pompatycznego obiadu ściska boleśnie serce pani de Spalato, ale opuszczona hrabina odzyskuje stopniowo spokój i rzeczywistą swą naturę... Nie, nie pozwoli porzucić się w taki sposób,.. Na królu nie zależy jej bynajmniej. Ale zaangażowała w tej grze względy interesu i miłości własnej. Ma już gotowy plan... Wróciwszy do swego pokoju, pisze kilka słów do Toma, i podczas gdy służba spożywa obiad, gawędząc na temat minionego dnia, pani hrabina przygotowuje torbę podróżną, dobrze znającą drogę z agencji do Courbevoie, i zarzuciwszy na ramiona wełniany płaszcz, wychodzi ukradkiem z pałacu w kierunku stacji dorożek.
Chrystjan II spędził ze swej strony niemniej niespokojny dzień. Późno wróciwszy wraz z królową z balu, obudził się, pełen melodyj brzmiących mu jeszcze w głowie. Na przygotowaniach do podróży, i przymierzaniu mundura wojskowego, którego nie wkładał od czasu Raguzy upłynął czas do jedenastej, poczem maleńki dwór wysłuchał cichej mszy odprawionej przez O. Alfeusza w salonie zamienionym na kaplicę. Rosenów nie było, gdyż stary książę nie opuszczał łóżka, a księżna odprowadziła na dworzec Herberta, odjeżdżającego wraz z kilkorgiem młodzieży... Hezeta miał wyjechać następnym pociągiem, a reszta stopniowo, aby nie wzbudzać podejrzenia.
Śniadanie przeszło pośród tłumionego wzruszenia, choć król usiłował, nie bez kokieterji, pozostawić po sobie przyjemne wspomnienie; wobec królowej zachowywał postawę tkliwego uszanowania, które spotykało się z zimną nieufnością Fryderyki, Spojrzenie dziecka śledziło za nimi trwożliwie, bowiem wspomnienie straszliwej sceny było jeszcze przytomne w jego pamięci. Pani de Silvis wzdychała głęboko. Co się tyczy Elizeusza to nie potrafił powstrzymać radości na myśl o tej kontrrewolucji ludowej, która rozewrze bramy pałacu, aby wprowadzić doń króla. Według niego powodzenie było niewątpliwe. Chrystjan nie miał tej pewności; lecz, pominąwszy lekkie zdenerwowanie, spowodowane wyjazdem, nie czuł bynajmniej złowieszczych obaw, raczej ulgę, że wobec grożących terminów wychodzi z najfałszywszej sytuacji.
W razie zwycięstwa lista cywilna zapłaci wszystko. Klęska pociągnęłaby za sobą ogólną ruinę... śmierć, kulę w głowę... Myślał o tem, jak o ostatecznem wyzwoleniu z kłopotów pieniężnych i sercowych. Podczas gdy wszyscy troje rozmawiali w ogrodzie, Chrystjan rzekł do przechodzącego służącego:
— Każ Samowi zaprzęgać.
Królowa zadrżała.
— Wychodzisz?
— Tak, przez ostrożność... Wczorajszy bal wywołał w Paryżu trochę rozmów... Muszę pokazać się w klubie, w mieście... O, powrócę na obiad.
Jednym skokiem znalazł się na ganku, wolny i radosny, jak uczeń po skończonych lekcjach.
„Będę się bała aż do ostatka!“ rzekła królowa, a Méraut, równie nieufny, nie znalazł jednego słowa pociechy.
Król powziął jednak mocne postanowienie. Podczas nocy przysiągł sobie, że nie ujrzy więcej Sefory, czując dobrze, że gdyby chciała go zatrzymać, objąwszy mocno za szyję, nie będzie miał siły się oprzeć. W najlepszej więc wierze udał się do klubu, gdzie zastał kilka łysin pochylonych w milczeniu nad partją wista, inne drzemiące w sali czytelnianej. Ubiegłej nocy grano do świtu. Rano, gdy wszyscy wychodzili z księciem Axelem na czele, natknęli się przed k!ubem na stadko oślic. Jego Wysokość kazał zawołać oślarza, i po wypiciu ciepłego mielca, wszyscy ci panowie dosiedli biednych czworonogów, galopując przez ulicę de la Faix. Trzeba było słyszeć majestatyczną opowieść wzruszonego pana Bonoeil, administratora Grand-Clubu: „Ach, jakie to było zabawne!.. Gdyby Jego Królewska Mość był tu!..“
Chrystjan również żałował ominięcia tak wesołej zabawy... Szczęśliwy książę Axel! Czynić w Paryżu szaleństwa, wydawało mu się rzeczą bardziej interesującą, niż robienie polityki w ojczyźnie, z której został wypędzony. I powoli drwiący sceptycyzm ogarniał Chrystjana, rozciągniętego na kanapie klubowej. W bezczynnej atmosferze ujrzał we właściwem świetle bohaterski zapał dnia wczorajszego i wysiłki jutrzejsze, próżne wielkości i sławy. Chcąc ujść temu obezwładniającemu rozkładowi, postanowił wmieszać się w tłum, spacerujący na wolnem powietrzu.
Godzina trzecia. Chwila, kiedy spożywszy śniadanie w klubie lub u Mignon kierował się ku avenue de Messine. Machinalnie zwrócił tam kroki. Na skrzyżowaniu jakie tworzy ulica Messine z bulwarem Haussmanna Chrystjan zatrzymał się, przepuszczając kilkanaście pojazdów. To go opamiętało. Jakże znalazł się tu tak prędko?.. Pałac Potnickiego wznosił we mgle zachodzącego słońca swe obydwie wieżyczki... Jakaż pokusa!... Czemu nie miałby tam pójść, po raz ostatni zobaczyć tę kobietę, co pozostanie w jego życiu jako palące wspomnienie niezaspokojonej żądzy?
Wreszcie po straszliwem zmaganiu się z sobą, powziął bohaterską decyzję i wskoczywszy do przejeżdżającego fiakra dał adres klubu. Nie starczyłoby mu odwagi, gdyby nie przysięga, złożona rano podczas nabożeństwa.
W klubie zastał list Sefory, którego zapach podsycił palące go pragnienie. Książę przyniósł mu drugi bilet, kilka zdań gorączkowych, błagalnych, skreślonych pismem, jakiego nie znały księgi agencji Toma. Lecz tutaj Chrystjan II, otoczony i oglądany, czuł się silniejszy i listy zmiął w kieszeni. Nadciągała młodzież klubowa, trwając jeszcze pod wrażeniem rannej przejażdżki, opisanej szczegółowo w którymś z dzienników.
— Czy bawimy się dziś wieczór? — pytali młodzi ludzie, popijając wodę sodową, przepisowy napój którego w klubie znajdowały się wielkie zapasy.
Pociągnięty przez nich, król udał się wraz z całem towarzystwem na obiad do cafe de Londres, w której podziemiach ciągnęły się uszeregowane baryłki i butelki aż pod gmach Opery Komicznej. Drzemały tu wszystkie kordjały francuskie. Ustawiono stół pośród flaszek chateau-yquem o łagodnych blaskach, mieniących się w świetle gazu i kolorowych szkiełek żyrandoli. Był to pomysł Watteleta dla uczczenia oryginalnym obiadem wyjazdu Chrystjana II, o czem dowiedział się od księcia Axela. Ale oczekiwania zawiodły wobec wilgoci murów i sufitów, która wkrótce przeniknęła biesiadników, zmęczonych jeszcze ubiegłą nocą.
Podczas obiadu nadeszło kilka kobiet, stałych klijentek tego zakładu, i prowadzone przez kelnerów niosących kandelabry, przemykały się uniósłszy suknie i wydając lekkie okrzyki. Wszystkie prawie były dekoltowane. Po upływie pięciu minut kaszlały, drżąc z chłodu na kolanach panów, którzy mogli przynajmniej zabezpieczyć się podniesionemi kołnierzami palt. Tymczasem Chrystjan znikł. Była dopiero godzina dziewiąta. Powóz oczekiwał przed bramą.
— Avenue de Messine... rzekł cicho, zacisnąwszy zęby.
Przyszło to nagle. W ciągu całego obiadu ją tylko widział, nią oddychając pośród tych obnażonych ciał.
„Pani wyszła...“
Był to zimny prysznic na ogień. Pani wyszła. Nie można było wątpić, widząc zamęt w domu opanowanym przez służbę, której kolorowe wstążki oraz kamizelki pierzchnęły za przybyciem Chrystjana. Nagle wytrzeźwiony, zmierzył bezdenną przepaść, w którą omal że nie runął. Krzywoprzysięzca, zdrajca ojczyzny!.. Uczuł pod zgorączkowanemi palcami mały szkaplerzyk, szepcząc Zdrowaśki, podczas gdy powóz sunął w kierunku Saint-Mandé.
— Król! rzekł Elizeusz, na czatach przy oknie salonu, na widok zapalonych latarń, ukazujących się w dziedzińcu pałacowym. Król! Było to pierwsze słowo, jakie wypowiedział od obiadu. Jak gdyby w sposób czarodziejski języki rozwiązały się nagle. Nawet królowa, mimo pozornego spokoju i siły charakteru, nie mogła powstrzymać okrzyku radości. Uważała wszystko za stracone, Chrystjana za przeniewiercę wobec przyjaciół i bezpowrotnie przepadłego.
Rozległ się krótki i energiczny głos Chrystjana, wydającego rozkazy. Poczem udał się do swego pokoju, a po pięciu minutach wyszedł zupełnie ubrany do podróży, jak turysta na plaży w obrazach Watteleta. Ale pod dandysem widać było króla, autorytet i wielki gest, wyróżniające go w każdej okoliczności. Zbliżył się do królowej, szepcząc coś na usprawiedliwienie. Blada jeszcze ze wzruszenia Fryderyka odparła: „Gdybyś nie był przyszedł, wyjechałabym z Zarą zamiast ciebie“. Wiedział, że nie kłamała, i przez jedną chwilę ujrzawszy ją wraz z dzieckiem pośród kul, jak owej nocy na balkonie, rękę jej podniósł do ust, a potem nagłym ruchem przyciągnął ku sobie: „Przebacz!... przebacz!..“
Królowa byłaby jeszcze zdolna do przebaczenia, lecz ujrzała na progu salonu kamerdynera Lebeau, mającego wyjechać wraz z panem, powiernika zabaw i zdrad. Okropna myśl błysnęła w jej głowie w chwili, gdy uwalniała się z objęć: „A jeżeli kłamie!.. Jeżeli nie wyjedzie!..“ Chrystjan odgadł to i zwracając się do Mérauta rzekł: „Odprowadzi mnie pan na stację... Sam odwiezie pana z powrotem“. Poczem przyśpieszył pożegnanie, każdemu powiedział miłe słówko, wziął na kolana Zarę, mówiąc mu o wyprawie, którą przedsiębierze dla odzyskania królestwa. Polecił mu nie martwić królowej, a w razie gdyby nie wrócił pamiętać, że zginął za ojczyznę. Uczyniwszy ręką gest żegnający wszystkich, skłonił się głęboko przed królową i wyszedł.
Doprawdy, gdyby Elizeusz Méraut nie był widział w ciągu trzech lat życia królewskiej pary, zakłóconego bezwstydnem postępowaniem Chrystjana, nie mógłby poznać bywalca Grand-Clubu w tym księciu bohaterskim i dumnym, który mu wykładał swe plany i projekty w chwili, gdy pędzili powozem na dworzec ljoński.
Wiara rojalistowska guwernera, zawsze nieco przesądna, widziała w tem interwencję boską, przywilej kasty, któremu w momencie decydującym król winien był panowanie nad sobą. Podczas, gdy Lebeau zajęty był kupowaniem biletów i nadawaniem bagaży, oni przemierzali wzdłuż i wszerz wielką poczekalnię kolejową; w pustce nocnego odjazdu król nie mógł oprzeć się wspomnieniom o Seforze, odprowadzanej przezeń na dworzec Saint-Lazare. Jakaś kobieta mijająca go przyciągnęła spojrzenie podobieństwem sylwetki...
Biedny Chrystjan, król pomimo woli!
Wsiadł wreszcie do wagonu, którego drzwi otworzył mu Lebeau, wagonu zwykłego, aby nie wzbudzać podejrzeń, Rzuca się pośpiesznie w kąt, byle się to prędzej skończyło. Pociąg rusza, hucząc gwałtownie na mostach ponad uśpionemi przedmieściami, oświetlonemi szeregiem latarń, poczem wpada wpośród szczerego pola. Chrystjan II oddycha swobodniej, czuje się silny, bezpieczny, ocalony; niemal nuciłby, gdyby był sam. Lecz na drugiej stronie, jakiś cień kurczy się na szybie, zwija w sobie z widoczną chęcią niezwracania na siebie uwagi. To — kobieta. Młoda, stara, brzydka, ładna? Król, — z przyzwyczajenia, — rzuca z boku spojrzenie. Podróżna nie porusza się, jak gdyby pogrążona we śnie. Śpi... trzeba uczynić to samo... Wyciąga się i owija w kołdrę, raz jeszcze ogarnąwszy szybkiem spojrzeniem sylwetki drzew i krzaków, zmieszanych w mroku, słupy, chmury mknące po łagodnem niebie. Zamyka już ociężałe powieki, gdy nagle czuje na swej twarzy pieszczotę delikatnych włosów, opuszczonych rzęs, oddechu o woni fjołków i ust szepczących na jego ustach: „Brzydki!... Nawet nie pożegnał się ze mną!..„
W dziesięć godzin później Chrystjan II obudził się pośród huku armat i oślepiającego światła pięknego słońca wiejskiego. Śniło mu się właśnie, że szedł na czele oddziałów w ogniu mitraljez drogą, wiodąca z fortu Raguzy do cytadeli. W rzeczywistości spoczywał na szerokiem łożu, pełnem nieładu, niby pole walki; w oczach i mózgu czuł jeszcze zamglenie, w całem zaś ciele jakąś rozkoszną ociężałość. Cóż to się stało? Powoli przypomniał sobie wszystko. Był w Fontainebleau, w hotelu „Pod bażantem“, nawprost lasu, którego zielone wierzchołki strzelały ku błękitowi; huk pochodził z ćwiczeń artyleryjskich, odbywających się w okolicy. A rzeczywistością żyjącą i widomą była Sefora; siedząc przy sekretarzyku, jaki spotyka się jeszcze tylko w hotelach, pisała coś pośpiesznie skrzypiącem piórem.
Spostrzegła w lustrze wzrok króla, zachwycony i wdzięczny, i, nie wzruszając się, odpowiedziała tkliwym pocałunkiem oczu, poczem pisała spokojnie dalej, a uśmiech błądził w kącikach jej ust serafickich:
— Wysyłam telegram do domu, dla uspokojenia... rzekła, wstając. A po wyjściu chłopca z depeszą, uwolniona od troski, otworzyła okno, przez które, niby woda ze śluzy, trysnęło słońce. „Boże, jak pięknie!..“ Usiadła na brzegu łóżka, obok kochanka. Śmiała się, pełna radości, że jest na wsi i może przebiegać gaje w tak cudną pogodę. Mieli czas aż do nocnego pociągu, który zabierze Chrystjana, bowiem Lebeau, nie zatrzymując się, miał uprzedzić Hezetę i szlachtę, że wylądowanie opóźni się o jeden dzień. Zakochany król pragnąłby zapuścić zasłonę na szczęście, którem syciłby się do ostatniej minuty. Ale kobiety są bardziej idealistyczne. I wnet po śniadaniu, wynajęte lando uniosło ich przez wspaniałe aleje, obramowane prawidłowemi kwietnikami i drzewami sadzonemi w szachownicę. Po raz pierwszy wychodzili razem, i Chrystjan chłonął tę krótką radość w straszliwą wigilję walki i śmierci.
Jechali pod olbrzymiem sklepieniem z zieleni, gdzie listowie bukowe zwieszało się lekko, nieruchomo, przepojone dalekiem słońcem. W tem otoczeniu, którego widnokręgiem był jeno profil ukochanej kobiety, nie mając innych wspomnień ni pragnień nad jej pieszczoty, rozwierała się poetycka natura Słowianina. Tak, pędzić tu życie we dwoje, w małym domku na leśniczówce!.. Chciał wiedzieć, jak dawno go kochała, jakie wrażenie wywarł na niej po raz pierwszy. Tłumaczył jej wiersze swej ojczyzny przeplatając lekkiemi pocałunkami w szyję, w oczy, ona zaś słuchała go, udając że rozumie i odpowiada, lecz oczy jej zasnuwała mgła zmęczenia.
Wieczysty rozdźwięk duetów miłosnych! Chrystjan pragnął zagłębić się w alejach odludnych, samotnych, Sefora dążyła ku miejscom znanym, renomowanym, gdzie są budki z napojami a w sklepach przedmioty pamiątkowe, gdzie widać roztrzęsione kamienie, i płaczące skały i strzaskane drzewa, pokazywane i objaśniane przez ukryty w pieczarach ludek wynikający za najlżejszym turkotem kół. W ten sposób usiłowała wymknąć się nudnej i monotonnej kantylenie miłosnej, a Chrystjan podziwiał cierpliwość, z jaką słuchała nieskończonych opowieści tych poczciwych wieśniaków.
We Fronchart, chciała dostać wody z słynnej studni, tak głębokiej, że wydobycie wiadra trwało niemal dwadzieścia minut. Gdzieindziej znów, jakaś kobiecina ozdobiona medalami, niczem stary wiarus, pokazywała im piękno okolicy. „Tu proszę państwa, zasiadał wieczorami wielki cesarz wraz ze świtą...“ Sefora oglądała esplanadę, dokąd, według tradycji, przyprowadzano małego króla rzymskiego, który wyciągał zdała ręce ku swym dostojnym rodzicom. Ta wizja dziecięcia królewskiego, przypomniała królowi Ilirji jego małego Zarę, lecz trwało to krótko, poczem przechadzali się dalej pod dębami, miejscem znakomitych polowań. Ogromny smutek sączył się z tych wysokości, z konarów próżnych ptaków, dźwięcznych i pustych, niby opuszczone siedziby. W miarę tego, jak zapadał dzień, nuta melancholji i żałoby wplatała się w namiętność Chrystjana, Opowiedział, że napisał przed wyjazdem testament, a słowa z za grobu, pisane za życia, obudziły w nim wzruszenie.
— Tak, to przykre... rzekła Sefora, jak ktoś myślący o czem innem. Lecz Chrystjan tak przywykł do tego, że go kochano, że nie zważał na jej roztargnienie. Pocieszał ją nawet na wypadek nieszczęścia, kreślił plany sprzedaży pałacu, zamieszkania na wsi, gdzieby żyła wspomnieniami. Wszystko przeniknięte nawskroś naiwną szczerością i pewnością siebie. A gdy ręce ich się splotły, mówił jej o przyszłem życiu i zdjął z szyi medalik Matki Boskiej z którym się nigdy nie rozstawał. Łatwo się domyśleć, jak Sefora była tem uszczęśliwiona!...
Wkrótce myśli króla pobiegły w innym kierunku na widok obozu artylerji, którego szare namioty i rozkulbaczone konie wynikały poprzez gałęzie. Cała ta ożywiona działalność żołnierzy w polu budziła w nim instynkty rasy koczowniczej i walecznej. Chciał przemówić do nich, zapuszczając wzrok aż ku krańcom obozowiska. Zagrała trąbka, inne odezwały się z oddali. Przed namiotem dowódcy grzebał niespokojnie ziemię piękny arab z rozwianą grzywą i grającemi na wietrze nozdrzami. Oczy Chrystjana zabłysły. Za kilka już dni zacznie się i dla niego to piękne życie. Szkoda tylko, że Lebeau, zdążający do Marsylji zabrał z sobą bagaże. Takby chciał pokazać się Seforze w mundurze naczelnego wodza. I pełen uniesienia wyobrażał już sobie zdobycie fortec, odwrót wojsk republikańskich, wejście triumfalne do Lublany wśród ozdobionych ulic. Ją umieści we wspaniałym pałacu, w pobliżu bram miejskich, i będą widywali się równie swobodnie, jak i w Paryżu. Na te piękne projekty Sefcora odpowiadała dosyć skąpo.
Jak szybko minął wieczór w hotelu „Pod bażantem“ w ich czerwonym pokoju o jasnych, zapuszczonych firankach. Ileż szalonych pocałunków i namiętnych przysiąg dorzucili do pocałunków i przysiąg ubiegłej nocy! Rozkosznie zmęczeni, przyciśnięci do siebie, słuchali mocnego bicia swych serc, podczas gdy ciepły wietrzyk poruszał firanki, a wodotrysk szemrał delikatnie w ogródku hotelowym.
Godzina pierwsza po północy. Trzeba jechać. Chrystjan lękał się rozdzierającego pożegnania w ostatniej chwili, myśląc, że wypadnie walczyć z prośbami i krzepić odwagę. Ale Sefora była gotowa jeszcze przed nim i chciała towarzyszyć mu na stację, mniej zatroskana o miłość niż o honor swego królewskiego kochanka... Gdybyż Chrystjan mógł słyszeć westchnienie ulgi tej okrutnej kobietki, gdy zostawszy sama widziała, jak oddalają się dwa zielone ślepia pociągu! Gdyby mógł wiedzieć, jak bardzo czuła się szczęśliwa, że spędzi noc sama w hotelu! Wracając trzęsącym się i próżnym omnibusem mówiła do siebie tonem zgoła wolnym od wzruszenia miłosnego: „Oby tylko Tom uczynił, co potrzeba!..“
Uczynił, oczywiście, to co było potrzeba, gdyż po przybyciu pociągu do Marsylji, Chrystjan, wychodząc z wagonu zdziwił się wielce na widok urzędowej czapki z srebrnym galonem, której właściciel poprosił go bardzo grzecznie, by się pofatygował do biura.
— Poco?... Kto pan jesteś? zapytał król wyniośle.
Urzędowa czapka rzekła:
— Komisarz bezpieczeństwa!..
W biurze Chrystian zastał prefekta Marsylji, dawnego dziennikarza, postać rudobrodą, żywą i sprytną.
— Z wielkim żalem muszę oznajmić Waszej Królewskiej Mości, że tu nastąpi kres podróży, powiedział tonem wytwornie uprzejmym... Mój rząd nie mógłby pozwolić, aby książę, któremu Francja udzieliła gościnności, użył jej w celu spiskowania przeciwko przyjacielskiemu państwu.
Król chciał protestować. Lecz prefekt znal najmniejsze szczegóły wyprawy.
— Odjazd miał nastąpić w Marsylji, a towarzyszy w Cette na parowcu z Jersey... Wylądowanie w Gravosie; sygnał — dwie rakiety, jedna ze statku, druga — z lądu... Widzi Wasza Królewska Mość, że jesteśmy dobrze poinformowani, a Raguza — jeszcze lepiej. W ten sposób zaoszczędzimy tylko istnej zasadzki.
Chrystjan II, przybity, zadawał sobie pytanie, kto mógł udzielić informacyj, znanych tylko jemu, królowej, Hezecie i jeszcze jednej osobie, której ani na chwilę nie podejrzewał. Prefekt uśmiechał się w jasną brodę:
— Cóż, Najjaśniejszy Panie, trzeba się pogodzić z losem. To sprawa przegrana. Na przyszły raz będzie lepiej, przy zachowaniu większych środków ostrożności... A teraz błagam Waszą Królewską Mość o przyjęcie gościny, jaką ofiarowuję w prefekturze. Wszędzie indziej groziłaby ciekawość tłumu, Rzecz jest znana w mieście...
Chrystjan odpowiedział dopiero po chwili. Patrzył na tę kancelarję biurową, wypełnioną zielonym fotelem i zielonemi tekami, fajansowym piecem i wielkiemu mapami, pobróżdżonemi marszrutami pociągów, na ten obrzydliwie mieszczański kąt, gdzie zapadło się jego bohaterskie marzenie i ostatnie echa marsza Rodoicy, Czuł się jak aeronauta, co wyruszywszy w podniebne szlaki opadł niemal natychmiast ze zniszczonym balonem, gdzieś obok nędznej stajni.
Przyjął wreszcie zaproszenie i znalazł u prefekta środowisko prawdziwie paryskie, czarującą panią, bardzo muzykalną, która po skończonym obiedzie i pogawędce na różne tematy dnia, zasiadła do fortepianu, przerzucając najnowsze partytury. Miała ładny głos i śpiewała z wdziękiem, Chrystian zbliżył się bo niej, wszczynając rozmowę o muzyce. Na stok ku leżały Echa iliryjskie między Królową Saby i Piękną Modystką. Pani prefektowa zapytała króla o rytmikę i charakter pieśni ludowych iliryjskich.
I podczas, gdy król, oparty o fortepian, spoglądał z melancholją wygnańca, tam na morzu, którego spienione fale zawodziły Echa, piękna i pełna zapału młodzież, którą Lebeau zaniedbał uprzedzić, śpieszyła radośnie na śmierć z okrzykiem: „Niech żyje Chrystjan III“

XIII.
W kaplicy.

„Droga przyjaciółko, przyprowadzono nas właśnie, pana de Hezeta i mnie, do cytadeli raguzańskiej; po dziesięciogodzinnem posiedzeniu w teatrze Corso, gdzie sądziła nas rada wojenna, zostaliśmy skazani jednogłośnie na śmierć.
„Powiem ci, że wolę taki stan rzeczy. Przynajmniej wiadomo, czego się trzymać, i niema już tajemnicy. Czytam twoje drogie listy, mogę do ciebie pisać. To milczenie dławiło mnie. Być pozbawionym wiadomości — o tobie, o ojcu, o królu, którego uważałem za zabitego. Na szczęście dla Jego Królewskiej Mości skończyło się na smutnem niepowodzeniu i stracie kilku wiernych sług. Mogło być gorzej.
„Zapewne dzienniki doniosły wam, jak się wszystko odbyło. Kontrrozkaz królewski nie doszedł nas wskutek jakiejś nieprawdopodobnej fatalności, i o godzinie siódmej wieczór znaleźliśmy się w pobliżu wysp, w miejscu spotkania, Hezeta i ja na pokładzie, inni w kajucie, wszyscy uzbrojeni i wyekwipowani. Manewrujemy przez dwie, trzy godziny. Nie widać nic, prócz łodzi rybackich. Zapada noc, a wraz z nią mgła, wielce krępująca dla naszego spotkania z Chrystianem II. Po długiem oczekiwaniu zadecydowaliśmy, że parowiec króla musiał przepłynąć obok nas niedostrzeżony, a Jego Królewska Mość wylądował. Właśnie z brzegu wypuszczają rakietę. To znaczy: „Wysiadajcie!“ Niema wątpliwości, król jest tam. Dążmy do niego.
„Zważywszy znajomość kraju, jaką posiadam, — tyle razy polowałem w tych stronach, — dowodziłem pierwszą szalupą, Hezeta — drugą, pan de Miremont — trzecią, wiozącą Paryżan. W naszej byli sami Iliryjczycy, to też serce biło nam gwałtownie. Mieliśmy przed sobą ojczyznę, ciemny brzeg zamglony, na którym widniało czerwone światełko latarni morskiej w Gravosie. Dziwiło nas jednak milczenie na wybrzeżu. Rozlegał się jeno plusk fal, ale nie było szmeru, jaki powoduje tłum, nawet najbardziej tajemniczy, z którego wynika zawsze szczęk oręża, tchnienie powstrzymywanych oddechów.
— Widzę naszych ludzi!.. rzekł San-Giorgio bardzo cicho.
Wyskoczywszy na brzeg, widzimy, że za ochotników królewskich braliśmy bukiety kaktusów i kępy fig, Idę naprzód. Żywej duszy. Ale — jakieś stąpanie na piasku. Mówię do markiza: „Podejrzana sprawa... Wracajmy“. Na nieszczęście nadchodzą Paryżanie. Któżby ich wstrzymał!.. Rozpraszają się przetrząsają krzaki... Nagle błysk ognia, trzask strzelaniny. Krzyki: „Zdrada!.. Zdrada!.. Na morze!“ Śpieszymy do brzegu, istne stado w popłochu, panice... Była to chwila szpetnego zamieszania, które oświetlał księżyc, ukazując zarazem naszych marynarzy angielskich, co sił śpieszących ku statkowi... Ale to nie trwało długo. Hezeta rzuca się pierwszy z rewolwerem w ręku: „Avanti!.. Avanti!..“ Co za głos! Rozbrzmiewał po całem wybrzeżu. Pędzimy za nim... Pięćdziesięciu przeciwko całej armjiL Pozostawało zginąć. I wszyscy nasi zginęli z wielkiem męstwem. Pozzo, de Melida, mały de Soris, Henryk de Trebigne, i Jan de Voliko, śpiewając na cały głos Radoicę. Widziałem ich wszystkich, leżących na piasku z oczyma zwróconemi ku niebu. Tam dotrze wzbierająca fala, by porwać tych pięknych tancerzy z naszego balu!.. Mniej szczęśliwi od towarzyszy dostaliśmy się obaj, markiz i ja, do niewoli. Przywiązanych do grzbietu muła sprowadzono do Raguzy; twój Herbert pienił się w bezsilnej wściekłości, podczas gdy Hezeta, bardzo spokojny, mówił: „To była fatalność... Wiedziałem!..“ Śmieszny! Jakże mógł wiedzieć, że nastąpi zdrada, że przy lądowaniu spotka nas porcja ołowiu? A skoro wiedział, czemu nas poprowadził? Tak, czy inaczej, zmarnowana wyprawa, trzeba zaczynać od nowa, ale ostrożniej.
„Rozumiem teraz, dzięki twym drogim listom, których nie przestaję odczytywać, czemu sprawa nasza ciągnęła się, skąd te targi o nasze życie, i oczekiwanie. Nędznicy traktowali nas, jak zakładników, spodziewając się, że król, który nie chciał zrzec się tronu za setki milionów, uczyni to wobec ofiary dwóch wiernych poddanych. A ty irytujesz się, najdroższa, zaślepiona tkliwością, że ojciec mój nie wyrzekł ani słowa na rzecz swego syna. Ale czyż Rosen mógł popełnić talką nikczemność!... A przecie nie mniej mnie przez to kocha, i śmierć moja będzie dlań ok ufnym ciosem. Co się tyczy naszych monarchów, których obwiniasz o okrucieństwo, brak nam tu odpowiednio wysokiego punktu widzenia. Mają oni obowiązki i prawa ponad normę powszechną. O, Méraut powie ci na ten temat wiele pięknych rzeczy. Ja je czuję, ale nie potrafię wyrazić.
„A jednak, zanim cię opuszczę na zawsze, muszę ci dać do zrozumienia, że tylko ciebie kochałem w życiu, które zaczęło się dla mnie od chwili, kiedy ciebie poznałem. Pamiętasz, Koleto? Było to w magazynie przy ulicy Royale, u tego Toma Levisa. Spotkaliśmy się tam przypadkiem. Próbowałaś coś na fortepianie; grałaś i śpiewałaś jakąś rzecz bardzo wesołą. ale mnie, nie wiem czemu, zebrało się na płacz. Któżby był powiedział? Małżeństwo po paryska, marjaż przez agencję przeistoczył się w miłość! A potem nigdy już nie spotkałem równie zachwycającej kobiety. Przytem wprawiałaś mnie zawsze w dobry humor... Ot i teraz, sytuacja nasza jest okropna, a zwłaszcza sposób, w jaki ją uwidaczniają. Jesteśmy obaj z Hezetą w kaplicy, to znaczy w małej celce wzniesiono ołtarz do naszej ostatniej mszy, postawiono trumnę obok każdego łóżka, a na ścianach zawieszono tabliczkę z napisem: „Zmarł... Zmarł...“ Pomimo tego, pokój wydaje mi się wesoły. A gdy wspinam się do wentylatora, ten wspaniały kraj, ta droga z Raguzy do Gravosy, gdzie aloesy i kaktusy, odcinają się na tle błękitu nieba lub morza, wszystko przypomina mi naszą podróż poślubną. O, droga żoneczko, jakże byłaś piękna w tej podróży, która oby była trwała wiecznie! „Widzisz, że obraz twój trwa i przezwycięża, na progu śmierci, nawet śmierć. Chcę go zachować tam dokąd zawiodą nas za kilka godzin, i to pozwoli mi paść z uśmiechem na ustach. Więc nie rozpaczaj, droga przyjaciółko, myśl o dziecku, które ma przyjść na świat. Zachowaj się dla niego, a gdy już zdoła zrozumieć, powiedz mu, że zginąłem, jak żołnierz.
„Pragnąłbym zostawić ci jakąś pamiątkę ostatniej chwili, lecz złupiono mi wszystko, zegarek, obrączkę, szpilkę. Mam tylko parę białych rękawiczek, w których miałem wkroczyć do Raguzy. Włożę je za chwilę, aby uczcić mękę, a kapelan więzienny przyrzekł mi, że ci je prześle.
„Żegnaj, żegnaj, droga moja Koleto! Nie płacz! A gdy to piszę, łzy zalewają mi oczy. Pociesz ojca! Biedny! On, co mnie zawsze strofował, że zbyt późno zjawiam się na służbę. Już nie zjawię się wcale!.. Żegnaj, bądź zdrowa... A miałem ci do powiedzenia tyle rzeczy... Ale trzeba umrzeć. Co za los!... Żegnaj, Koleto!

Herbert de Rosen.


XIV.
Rozwiązanie.

— Pozostało jedno wyjście, Najjaśniejszy Panie.
— Mów pan, drogi mój Méraut... Jestem gotów na wszystko.
Méraut wahał się z odpowiedzią. To co miał wyrzec, wydawało mu się zbyt poważne i nie na miejscu w tej sali bilardowej, dokąd król go pociągnął na partję po śniadaniu. Lecz szczególna ironja, związana z losem wydziedziczonych monarchów chciała, aby właśnie przy zielonym suknie, gdzie z hukiem głuchym i złowrogim toczyły się kule, padła decyzja o dynastji Iliryjskiej.
— I cóż?.. zapytał Chrystjan II, nachylając się dla strzelenia bili.
— A więc, Najjaśniejszy Panie...
Przeczekawszy, aż król skończy, a radca Bostkowicz ze czcią odnotuje, ciągnął dalej z pewnem zakłopotaniem:
— ...Naród iliryjski jest, jak każdy naród. Lubi powodzenie, i silę, i lękam się, że fatalny wynik ostatnich przedsięwzięć...
Król odwrócił się zaczerwieniony:
— Pytałem pana o prawdę, drogi Méraut. Rzecz zbyteczna mówić komunały.
— Najjaśniejszy Panie, trzeba się zrzec — rzekł brutalnie Gaskończyk.
— Zrzec — czego? Nie posiadam nic... Piękny upominek dla mojego syna... Myślę, że wolałby nad tę mglistą obietnicę panowania, gdy dorośnie — nowy welocyped.
Méraut przytoczył jako przykład królowę Galicji. Ona również abdykowała na rzecz syna, a jeśli don Leon zasiada obecnie na tronie, zawdzięcza to właśnie swej abdykacji.
— Osiemnaście na dwanaście!.. rzekł Chrystjan nagle... Panie radco, pan nie markuje.
Boskowicz skoczył, niby spłoszony zając, a król z wysiłkiem całego ciała kombinował wspaniałą „kwadrę“. Elizeusz patrzył nań i jego wiara rojalistowska przeżywała ciężką próbę w obliczu tego niesławnie zwyciężonego władcy, którego twarz nosiła jeszcze ślady niedawno przebytej żółtaczki. Klęska pod Gravosą, tragiczny koniec całej tej młodzieży i straszliwy proces Herberta i Hezety, dni trwogi i oczekiwania, i ogień plutonu, jaki zda się brzmiał mu w uszach, a prócz tego troski pieniężne, terminy pierwszych zobowiązań, — wszystko to dotknęło Chrystjana przedewszystkiem fizycznie, nie niszcząc jego beztroski.
— Co mówi o abdykacji królowa?... zapytał, nie patrząc na Mérauta.
— Królowa jest mojego zdania, Najjaśniejszy Panie.
— Tak... rzekł sucho król, lekko drgnąwszy.
Zagadko natury ludzkiej! Teraz czuł żal do tej kobiety, którą dawniej oskarżał o to, że mu przypominała o obowiązkach królewskich i miał jej za złe, że go zlekceważyła na rzecz dziecka
— A ty, Boskowicz, co o tem sądzisz? zwrócił się król nagle do radcy, co z niepokojem śledził mimikę swego władcy.
Botanik gestykulując pociesznie, a głowę wcisnąwszy w ramiona, miał minę tak zalękłą, że król nie mógł powstrzymać się od śmiechu.
— Jesteś, oczywiście, zdania naszej Rady, rzucił drwiąco król. Zrzekniemy się, gdy Rada tego zażąda.
I król jął grać dalej, podczas gdy Elizeusz pałał chęcią oznajmienia królowej rezultatu misji, której nie chciała podjąć się sama.
Abdykacja nastąpiła w jakiś czas potem. Szef domu cywilnego i wojskowego z całym stoicyzmem ofiarował wspaniałe galerje pałacu Rosenów na tę ceremonję, która według zwyczaju odbywa się jnknajbardziej uroczyście. Ale tragizm Gravozy był zbyt świeży; poprzestano na zebraniu w Saint-Mandé kilku arystokratycznych rodzin iliryjskich i francuskich, których podpisy były niezbędne na akcie tak wielkiej wagi.
O godzinie drugiej zaczęły nadjeżdżać powozy, a na progu salonu witał przybywających książę Rosen, ściśnięty w mundurze generalskim, dźwigając wielką wstęgę Ilirji, złożoną przezeń do szkatuły od chwili, gdy się dowiedział o skandalu z golibrodą Biscarat. Na ramieniu i na gardzie szpady miał generał świeżą krepę, a wyrazistsza od krepy była ta starcza głowa, trzęsąca się jak gdyby mówiła wciąż nieświadomie: „Nie... nie...“, jak wówczas, gdy w jego obecności odbyła się straszliwa scena dotycząca starań o laskę dla Herberta.
Była też tu i księżną Koleta. Drzwi otwarły się naoścież i wraz z uderzeniem halabardy rozległo się anonsowanie książąt de Trebigne, de Soris, księcia de Sangiorgio, księżny de Melida, hrabiów Pozzo, de Miremont, de Veliko... Rzekłbyś, dźwięczne echo skrwawionych piasków, młodych ofiar poległych w Gravozie. A najokrutniejszy był widok grubej żałoby, w jakiej zjawili się wszyscy zaproszeni, nadając ceremonii wyraz fatalny i pogrzebowy, pomimo świetnej liberji służby i uroczystego wyglądu pałacu. Niektórzy z przybyłych wyszli po raz pierwszy od czasu zaszłej katastrofy. Wchodząc, prostowali się, silili na odwagę, lecz spojrzawszy sobie w oczy, ponure zwierciadła tej samej boleści, czuli łzy, cisnące się im do oczu; i wnet opanowani nerwowem drżeniem napełnili salon przerywanem i stłumionem łkaniem. Tylko stary Rosen, sztywny i niewzruszony, kiwał głową, bezlitosnym ruchem: „Nie... nie... Trzeba, aby umarł!..“
Wieczorem Jego Królewska Wysokość, książę Axel, obecny podczas abdykacji, opowiadał w kawiarni, iż był to jak gdyby pogrzeb pierwszej klasy. Następca tronu miał żałobną minę i czuł się zmrożony tem milczeniem rozpaczy, a ujrzawszy młodą księżnę de Rosen, podążył szybko ku niej, ciekaw poznać bohaterkę głośnego śniadania na quai d‘Orsay. Podczas gdy Koleta, zadowolona w głębi istoty z tej atencji, witała Jego Wysokość z uśmiechem boleśnie sentymentalnym, rozległ się głos:
— Panowie, król!
Wszedł Chrystjan II, bardzo blady, widocznie zaambarasowany, prowadząc za rękę syna. Młody książę miał wyraz przepisowej powagi, spotęgowanej czernią stroju. Następnie zjawiła się królowa, bardzo piękna we wspaniałej toalecie jasnej przybranej koronkami, zbyt szczera, aby móc ukryć radość, niemal wybuchającą pośród otaczającego smutku, podobnie jak suknia jej w tem żałobnem gronie. Była tak szczęśliwa, że w swym egoizmie nie zniżyła się na jedną chwilę ku temu dostojnemu dokoła cierpieniu, i nie widziała też mglistego powietrza, szarej pogody zalegającej, mimo Wielkiego Tygodnia, niebo niskie i ciężkie. Dzień ten pozostał dla niej jasny i ciepły.
Chrystjan II stanął pośrodku salonu, przed kominkiem, mając po stronie prawej hrabiego Zary, po lewej — królowę; nieco dalej Boskowicz w gronostajach radcy dworu sekretarzował przy niewielkim stole. Król, zabrawszy głos, oświadczył bardzo cicho, że gotów jest podpisać abdykację i wyłuszczyć poddanym motywy. Poczem Boskowicz odczytał głosem cienkim i zająkliwym manifest Chrystjana do narodu czyniący szybki przegląd pierwszych nadziei w początkach panowania, rozczarowań i nieporozumień, jakie potem nastąpiły. To krótkie pismo, w którem widoczny był wszędzie pazur Elizeusza Méraut, wygłoszono tak nieudolnie, że każdy miał czas zastanowić się nad czczą śmiesznością abdykacji, dokonanej na wygnaniu, zrzeczenia się praw, nieistniejących i nieuznawanych. Sam akt, odczytany przez króla, brzmiał, jak następuje:
„Ja, Chrystjan II, król Ilirji i Dalmacji, Wielki Książę Bośni i Hercegowiny, etc... etc... oświadczam, że z własnej woli i nie ulegając jakimkolwiek postronnym wpływom pozostawiam i przekazuję swemu synowi Karolowi-Aleksemu-Leopoldowi, hrabiemu Zary, wszystkie prawa polityczne, dla siebie zachowując tylko prawa ojca i opiekuna wobec niego“.
Poczem, na znak dany przez księcia Rozena, wszyscy obecni zbliżyli się do stołu dla złożenia podpisu. W ciągu paru chwil słychać było szelest materyj i szmer kroków, przerywany pauzami ceremoniału i skrzypieniem piór. Wreszcie nastąpiło ucałowanie ręki. Gdy Elizeusz odchodził, ostatni, Fryderyka, stojąca obok syna, rzekła po cichu z nerwową radością, podobnie jak matka panny młodej, widząca w zakrystji koniec ceremonjalnych życzeń i uśmiechów:
— Już po wszystkiem!
W jej intonacji słychać było pełnię szczęścia niemal, drapieżną i niewysłowioną ulgę.
Po wszystkiem!... To znaczy, korona królewska zabezpieczona od brudu i frymarki. Mogła — spać, oddychać, żyć, wolna od ciągłych niepokojów. Syn jej nie będzie wydziedziczony, zostanie królem... Co więcej, jest nim już dzięki majestatycznej postawie, dobroci przychylnej a wyniosłej...
A przecie po skończonej ceremonji, natura dziecka wzięła górę i Leopold V zwrócił się żałośnie do sędziwego Jana de Veliko z wielką nowiną: „Wiesz, ojcze chrzestny, mam małego poney... ślicznego, małego poney, wyłącznie dla siebie... Generał nauczy mnie jeździć konno i mamusia także“. Ku niemu kierowały się spojrzenia pełne miłości, podczas gdy Chrystian, nieco osamotniony, doznawał dziwnego wrażenia, nieokreślonego uczucia, W głowie czuł jakgdyby zamęt. A przecie pragnął tej chwili, złorzecząc więcej niż. kto inny ciążącej na nim odpowiedzialności. Czemuż więc ten smutek i niepokój teraz, gdy roztwierały się przed nim nowe perspektywy?
— No i cóż, mój Chrystjanie! Zdaje mi się. że i tobie ofiarowano dopiero co małpkę...
To książę Axel pocieszał go we właściwy sobie sposób. Za chwilę zniknęli obaj, korzystając z zamieszania i nieuwagi zgromadzonych. Królowa widziała, jak wychodzili, słyszała na dziedzińcu powóz, którego lekkie kola oddalajcie się przejeżdżały dawniej rzekłbyś przez jej pierś. Ale czemże było to teraz? Paryż i jego kobiety, nie mogły już zabrać króla Ilirji...
Nazajutrz po wydarzeniach w Gravozie, w pierwszej chwili upokorzenia, Chrystjan poprzysiągł sobie, że nie zobaczy więcej Sefory. Dopóki leżał chory, pełen trwogi, jak to bywa z południowcami, złorzeczył swej kochance, obarczając ją odpowiedzialnością za wszystkie swoje błędy. Ale okres konwalescencji, a wraz z nią żywszy obieg krwi, i zupełna bezczynność, kiedy to wspomnienia nabierają tyle mocy, zmieniły jego zapatrywania. Jął usprawiedliwiać Seforę, zrazu nieśmiało, widząc we wszystkiem, co się stało fatalizm, jeden z tysiącznych wyroków Opatrzności. Wreszcie pewnego dnia odważył się zapytać Lebeau, czy były wiadomości od hrabiny. Kamerdyner miast odpowiedzi przyniósł mnóstwo bilecików, nadeszłych podczas choroby, liścików tkliwych, płomiennych, nieśmiałych, całą chmarę turkawek, gruchających o miłości. Rozpaliły one zmysły Chrystjana, który odpowiedział natychmiast, pragnąc skoro tylko wyzdrowieje wznowić romans, przerwany w Fontainebleau.
Tymczasem J. Tom Levis spędzał wraz z żoną miłe chwile w pałacu przy avenue de Messine. Agent cudzoziemców nie mógł już znosić dłużej pustelniczego życia w Courbevoie. Czuł brak interesów, konszachtów, a nadewszystko podziwu Sefory. A wreszcie był zazdrosny, zazdrością głupią, upartą, bolesną, niby ość w gardle, która wciąż daje znać o sobie. Zwłaszcza niepokoiła go podróż Sefory do Fontainebleau. Próbował wrócić kilkakrotnie do tego tematu, ale ona przerwała mu z tak naturalnym wybuchem śmiechu: „Cóż to ci się stało, mój poczciwy Tomie?... Także pomysły!“ Musiał więc śmiać się także, rozumiejąc, że prócz jakichś tam głupstw nic między nimi nie było. Ale w głębi duszy cierpiał, tęsknił, nawet pisał wiersze.
To też radość była niezmierna w ciągu paru tygodni wspólnego pobytu małżonków. Tam tańczył niesamowicie dżyga i wyczyniał na kobiercach sztuki. Rzekłbyś małpa w przystępie dobrego humoru. Sefora pokładała się od śmiechu, choć nieco zażenowana wobec służby, u której „mąż pani“ cieszył się najgorszą reputacją. Marszałek oświadczył, że jeżeli „mąż pani“ usiądzie do stołu, on za nic nie zgodzi się podawać. Trzeba było przynosić jedzenie do buduaru. Również w czasie wizyty Wattelela, księcia Axela, — J. Tom znikał w gotowalni. Zresztą, był on najszczęśliwszy z całej czeredy, którą coraz to nowa zwłoka wprawiała w niepokój. Wyczuwano jakieś tarcia w tej tak dobrze rozpoczętej aferze. Król nie płacił zobowiązań, podpisywał wciąż nowe ku wielkiemu przerażeniu Pichery i ojca Leemansa, Lebeau usiłował ich pocieszyć: „Cierpliwości, cierpliwości... niedługo... to nieuniknione...“ Biedny „ojciec“, już nie tak pewny siebie, przychodzi! codzień do pałacu, pytając córkę i zięcia: „Więc sądzicie, że to się uda?...“ I, rzeczywiście, wciąż dyskontował weksle, skoro było to jedyne wyjście z sytuacji.
Pewnego popołudnia hrabina, wybierając się do Lasku, krzątała się koło toalety pod ojcowskiem okiem J. Toma, który z cygarem w ustach wyciągnął się na szezlongu, włożywszy palce do kieszonek od kamizelki. Sefora wyglądała zachwycająco w nowym kapeluszu i woalu nisko opuszczonym nad oczami, w toalecie przejściowego sezonu; a chrzęst jej bransolet i dżetów na okryciu odpowiadał doskonale zbytkownemu pobrzękowi uprzęży i parskaniu koni, oczekujących przed bramą. Miała wyjść z Tomem, który ubrany bardzo elegancko w stylu angielskim, był zachwycony tą przejażdżką we dwoje, przy boku pięknej hrabiny.
Ostatnie spojrzenie w lustro. Wychodzą,., Nagle otwierają się drzwi na dole, słychać przyśpieszony odgłos dzwonka. „Król!...” Mąż ukrywa się szybko w toalecie, a Sefora ledwie zdążyła zobaczyć przez okno Chrystjana, mijającego ganek z miną zwycięzcy.
Kobietka rozumie, że zaszło coś nowego. Na samym wstępie wydaje okrzyk radości i pada w ramiona Chrystjana, który zaniósłszy ja kozetkę, klęka, mówiąc:
— Tak, to ja... Ja... I na zawsze!
Ona spogląda nań rozszerzonemi źrenicami, pełemi miłości i nadziei. A on, tonąc w tem spojrzeniu:
— Już po wszystkiem... Niema króla Ilirji. Jest tylko człowiek, co chce spędzić z tobą całe życie.
— To zbyt piękne... Nie śmiem wierzyć.
— Masz! Czytaj...
Wzięła pergamin, rozwinęła go wolno:
— Więc to prawda, Chrystjanie, abdykowałeś?
— Lepiej jeszcze...
I podczas gdy ona przebiegała wzrokiem akt, on obok muskając wąsa, patrzył na Seforę triumfująco. Poczem, ile że nie orjentowała się w tem dość szybko, objaśnił jej różnicę pomiędzy abdykacją a zrzeczeniem się w swem własnem imieniu bez jakiegokolwiek uszczuplania praw syna. Będzie równie wolny, tylko kwestja pieniężna... Ale czyż im potrzeba tyle miljonów, aby żyć w szczęściu!...
Przestała czytać, słuchając go z napół otwartemi usty, i jakimś ostrym uśmiechem, w którym wybłyskiwały równe zęby. Rzekłbyś, chciała lepiej pochwycić sens jego słów. A przecie było to dla niej całkiem zrozumiałe. Tak, widziała bardzo wyraźnie ruinę wszystkich ambicyj i stosów ludwików, zaangażowanych w tej aferze, gniew Leemansa, Pichery, całej czeredy, wyprowadzonej w pole fałszywym manewrem tego ladaca. Myślała o tylu bezpożytecznych ofiarach, o sześciu miesiącach życia w udręce i udawaniu, o biednym Tomie, który właśnie w tej chwili powstrzymywał oddech w toalecie obok, podczas gdy ten tu spodziewał się z jej strony wybuchu tkliwości, pewny siebie, zwycięski, nieodparty. Był to szczyt śmieszności, i dzikiej ironji. Wstała, ogarnięta napadem szalonego śmiechu, obelżywego i drwiącego, co zabarwił twarz jej nagłą purpurą, i poruszył męty utajone na dnie tej prostackiej natury, I rzuciwszy osłupiałemu Chrystjanowi w twarz: „Precz, głupcze...“ zamknęła się na trzy spusty w przyległym pokoju.

Dziwnie wyglądał eks-król, opuszczając pałac, pozbawiony za jednym zamachem pieniędzy i korony, — bez żony i bez kochanki.

XV.
Młodociany król.

Czarodziejska mocy wyrazów! Uczeń Mérauta przeistoczył się z chwilą gdy przestał być hrabią Zary, a został królem Leopoldem V, przeistoczył się całkowicie, jakgdyby w tem słowie „król“ tkwiła jakaś potęga kabalistyczna. Dziecko pilne i staranne, podatne niby wosk miękki, lecz pozbawione wyższej inteligencji, budziło się dzięki szczególnemu podnieceniu, a ciało jego hartowało się w tym płomieniu wewnętrznym. Przyrodzona ociężałość, owa skłonność do przesiadywania w fotelu, podczas gdy mu coś czytano lub opowiadano historje, ta potrzeba słuchania, i karmienia się myślą innych, zmieniła się w działalność, której nie zadowalały dziecięce zabawy. Stary generał de Rosen, pochylony i sterany; musiał odnaleźć w sobie siły, aby udzielać pierwszych lekcyj szermierki, strzelania, konnej jazdy. Mały Leopold kłusował i galopował z powagą i dumą, czujny na każdą uwagę podczas gdy królowa, spoglądając z ganku rzucała od czasu do czasu jakąś radę: „Proszę trzymać się prosto, Najjaśniejszy Panie...“ A nieraz, aby być lepiej zrozumianą, sama dosiadała konia, popierając swe słowa przykładem. Jakże była szczęśliwa, gdy oboje zapuszczali się do sąsiedniego gaju: klacz jej biegła do taktu z królewskim poney, a nad sylwetką chłopca, górowała postać amazonki, która nie czując zwykłych matce trosk, przynaglała konia do tęgiego kłusa, pociągała syna daleko aż ku Joinville. W niej również nastąpiły zmiany od czasu abdykacji. Tkliwość matki, wciąż równie mocna i głęboka, nie ujawniała się już w wybuchach pieszczoty. Kamerdyner przejął ciężar opieki, jak gdyby Fryderyka lękała się dla syna zniewieściałości, w razie gdyby pozostał nadal w jej rękach, nazbyt miękkich. Przychodziła wieczorami do jego pokoju w chwili gdy odmawiał tę piękną modlitwę z „Księgi Królów“, nauczoną przez O. Alfeusza:
„Panie, Który jesteś moim Bogiem, Tyś umieścił na trenie Swego sługę. Lecz ja jestem dzieckiem, co nie umie dać sobie rady, a mam zlecony sobie naród, któryś Ty wybrał. A przeto daj mi, Panie, mądrość i umiejętność...“
Minęło w ten sposób kilka miesięcy, okres zimowy w ciągu którego jeden tylko cień mroczył radość królowej, czyste wreszcie niebo, Méraut był tego nieświadomym powodem. Wskutek wspólności marzeń, dzięki zbliżeniu spojrzeń i dusz oraz dążeniu do jednego celu, wynikła miedzy nimi pewnego rodzaju poufałość, która nagle stała się dla Fryderyki kłopotliwa. Będąc z nim sama, odczuwała lęk na myśl, że ten cudzoziemiec tak bardzo zaważył w jej najtajniejszych postanowieniach. Czy odgadywała uczucia, jakie nim miotały, ten zapał tak bliski, z dnia na dzień coraz niebezpieczniejszy? Kobieta nie myli się. Chciałaby się zabezpieczyć, cofnąć, — ale jak? W tej rozterce szukała ucieczki i rady u spowiednika.
W chwilach wolnych od kampanii rojalistowskiej, jaką prowadził. O. Alfeusz był kierownikiem duchowym królowej. W tym księdzu iliryjskim płynęła krew jednego z owych Uskoków, drapieżnych ptaków, dawnych włóczęgów po morzach latyńskich. Syn rybaka z portu Zary, wychowany pośród smoły i lin, razu pewnego wzięty przez Franciszkanów do chóru dla pięknego głosu wzrósł wśród murów klasztornych i został jednym z przywódców kongregacji. Lecz pozostał mu temperament i ogorzałość marynarza. Zresztą nie odznaczał się bigoterją ani drobiazgowością, i gdy polityka wymagała tego, odprawiał zrana wszystkie modły na cały dzień, nawet na dzień następny, aby „zyskać na czasie...“ jak mówił z całą powagą. Niepodzielny w swych sympatiach i nienawiści, żywił bezgraniczny zachwyt dla guwernera przez siebie poleconego. To też słysząc skrupuły i niepokoje królowej udał, że nie rozumie; a gdy zaczęła nalegać uniósł się, przemawiając twardo, jak do zwykłej penitentki, jednej z mieszczek dalmatyńskich.
Czyż nie wstydzi się mieszać takiej dziecinady do równie wzniosłej sprawy? Na co się skarży? Czyż uchybiono jej w czemkolwiek? Czy widział kto, aby dla względów kokieterji kobiety, co się uważa za nieodpartą, miano się pozbyć człowieka, którego sam Bóg postawił na ich drodze, aby triumfowała zasada rojalistyczna!... Najbardziej prawa kobieta poczuje się słabą wobec podobnych rozumowań. Zwyciężona kazuistyką mnicha, Fryderyka zadecydowała, że w istocie nie wolno jej odebrać synowi takiego sprzymierzeńca, sama zaś powinna być silna. Co ryzykowała? Wmówiła nawet w siebie, że była w błędzie odnośnie przywiązania Elizeusza i jego entuzjastycznej przyjaźni... Faktem zaś było, że kochał ją namiętnie. Miłość szczególna i głęboka, niejednokrotnie wypędzana, lecz powracająca zwolna krętemi drogi, aby wreszcie utrwalić się z despotyzmem zwycięstwa. Dotychczas Elizeusz Méraut uważał się za niezdolnego do tkliwych uczuć. Nieraz w okresie jego kazań rojalistowskich w Dzielnicy, jakaś kobieta z cyganerji, nie rozumiejąca nic z tych przemówień, upajała się muzyką jego głosu i fluidem, wynikającym z oczu: był to magnetyczny poryw Magdaleny ku apostołowi. On zaś skłaniał się z uśmiechem, biorąc co mu dawano, przesłaniając uprzejmością, słodką a lekką, tę niepoprawną pogardę kobiety, tkwiącą w głębi duszy każdego południowca. Miłość musiała przejść przez głowę, aby się dostać do jego serca, w taki to sposób podziw dla wyniosłego typu, jakim była Fryderyka, dla tej przeciwności patrycjuszowskiej, tak dumnie znoszonej, stał się zczasem prawdziwą namiętnością, ale namiętnością korną, i cichą, próżną nadziei, gorejącą zdała, niby uboga gromnica na ostatnim stopniu ołtarza.
Życie jednak toczyło się wciąż, z pozoru, zda się, jednakie, obojętne wobec tych cichych dramatów, i tak nadeszły pierwsze dni września. Królowa, oblana promieniami słońca, tak harmonizującego z jej szczęśliwem w owym czasie usposobieniem, odbywała po śniadaniu przechadzkę w towarzystwie księcia, Elizeusza i pani de Silvis, która wskutek urlopu księżny sprawowała obowiązki damy dworu. Ta maleńka świta kroczyła poprzez cieniste aleje parku angielskiego, a królowa coraz to odwracała się, aby rzucić jakieś słowo lub zdanie tonem zdecydowanym, który jednak nie zmniejszał wdzięku kobiety. Tego dnia była szczególnie ożywiona i wesoła. Otrzymano zrana wiadomości z Ilirji, donoszące o doskonałem wrażeniu, jakie sprawiła abdykacja; imię Leopolda V stawało się już popularne po wsiach. Elizeusz Méraut triumfował:
— A ja mówiłem księciu, że będą przepadali za swym nowym królem... Dziecięctwo, proszę państwa, odradza uczucia tkliwości... To tak jak gdyby zaszczepiali im nową wiarę pełną naiwnej żarliwości...
I zgarnąwszy oburącz gestem gwałtownym bujną czuprynę rozpoczął jedną z owych improwizacyj, które go przetłaczały: podobnie Arab skulony w łachmanach na ziemi staje się nie do poznania z chwilą, gdy dosiędzie rumaka.
„Już się zaczyna...“ rzekło po cichu margrabina z cierpiącą miną, podczas gdy królowa, chcąc lepiej słyszeć, usiadła na skraju alei pod cienistym bukiem. Reszta szła wokół, pełna uszanowania, lecz niebawem audytorjum przerzedziło się, Pani de Silvis oddaliła się pierwsza, aby zaprotestować ostentacyjnie, co czyniła przy każdej sposobności; księcia przywołano w jakiejś sprawie. Zostali sami. Elizeusz, nie spostrzegłszy tego, ciągnął rzecz dalej stojąc, a słońce ślizgało się po tej szlachetnej i wzruszonej twarzy, niby po powierzchni głazu. Jaśniał wówczas pięknością duchową, fascynującą i nieodpartą, co uderzyła Fryderykę zbyt nagle, by zdołała ukryć podziw. Czy Elizeusz dostrzegł go w tych zielonych źrenicach? Czy odczuł wzruszenie, jakie powoduje w nas zbyt żywy i bliski sentyment? Zająknąwszy się, przerwał nagle mowę i drżąc ogarnął pochyloną królowę i złociste jej włosy spojrzeniem długiem, pałacem niby wyznanie... Fryderyka czuła, że przebiega ją ten płomień, lecz nie miała siły odwrócić się. I gdy Elizeusz przerażony tem, co mu się cisnęło na usta, oddalił się szybko od królowej, nawskroś przeniknięty obecnością i potęgą magnetyczną, doznała uczucia, że opuszcza ją życie, i trwała unicestwiona, jak gdyby w omdleniu duchowem... Fjoletowe cienie błądziły po piasku ogrodowym. Woda szemrała w basenie, napełniając świeżem tchnieniem to piękne popołudnie letnie. Wokół słychać było jeno szelest skrzydeł i atomów porad pachnącemi koszykami i głuchy trzask karabinka księcia, strzelającego w głębi parku.
Pośród tego spokoju królowa odzyskawszy panowanie nad sobą poczuła odruch gniewu i buntu. Czy to możliwe? Nie był że to sen?... Ona, dumna Fryderyka, co wśród olśniewających festynów dworskich wzgardziła tyloma hołdami najbardziej znakomitych i sławnych, co tak wyniośle strzegła swego serca, oddawała je teraz temu nieznanemu człowiekowi, synowi ludu? Palące łzy błysnęły w jej oczach, a w skłębionych myślach brzmiały prorocze słowa Rosena... Tak, tylko wygnanie i poniżające spoufalenie mogło jedynie pozwolić temu podwładnemu... Lecz w miarę tego jak przytłaczała go pogardą, wracało wspomnienie o wyświadczonych przezeń usługach. Czem staliby się bez niego? Wspomniała wyruszenie w chwili pierwszego spotkania i ożywcze wrażenie jego słów. A potem, gdy król grążył się w uciechach, kto kierował ich przeznaczeniem, naprawiając błędy i występki? A owo przywiązanie, codzienne, niezmordowane, talent i zapał, świetny genjusz oddany z całą abnegacją, bez korzyści ni sławy. A jako ostateczny wynik — młodociany król, z którego tak jest dumna, przyszły władca Ilirii I ogarnięta nagłym porywem tkliwości i wdzięczności, wspominając ową chwilę w Vincennes, gdy szukała oparcia w sile Elizeusza, królowa przymknęła jak wówczas oczy, pochylając się w marzeniu ku temu oddanemu sercu, którego bicie czuła, rzekłbyś, obok siebie.
Nagle wślad za hukiem, który spłoszył wszystkie w gęstwinie ptaki, rozległ się wielki krzyk, jeden z owych krzyków dziecięcych, jakie matki słyszą we śnie, nocą, wśród koszmarów niepokoju. Straszliwe wołanie rozpaczy uderzyło w niebo, szerząc się w parku nieskończoną boleścią.
Rozległy się w alei przyśpieszone kroki; od strony strzelnicy wzywał głos guwernera, zmieniony i chrapliwy. Fryderyka znalazła się tam jednym skokiem.
W głębi parku, pośród cienistej zieleni jaworów i glicynij wisiały tekturowe cele poznaczone małemi otworami, okrutnie prawidłowemi. Królowa ujrzała na trawie syna, leżącego bez ruchu; twarz miał bladą, tylko pod prawem okiem, zamkniętem i zranionem, sączyło się kilka kropel, niby łez. Elizeusz, klęcząc obok, krzyczał łamiąc ręce: „To ja... To ja...“ Przechodził właśnie... Król chciał mu dać do spróbowania broń i przez jakąś straszliwą fatalność kula rykoszetem trafiła w Leopolda... Lecz królowa nie słuchała. Bez słowa skargi ni krzyku, w instynktownym porywie matki schwyciła dziecko, niosąc je do basenu; poczem odepchnąwszy domowników, śpieszących jej z pomocą, oparła się o kamienną krawędź, zraszając wodą nieruchomą twarz młodocianego króla, na której układały się złowrogo mokre włosy i wciąż czerwieniła się okrutna plama, Fryderyka nic nie mówiła, nawet nie myślała o niczem. Batystowa suknia, zmięta i wilgotna, uwydatniła piękne niby najady marmurowej ciało, a ona pochylona nad synem — czuwała. Jaka chwila, naprężonego oczekiwania!... Stopniowo, pod wpływem orzeźwiającej wody, ranny drgnął, poruszył się, jak gdyby miał się zbudzić, i zaraz zaczął jęczeć:
„Żyje!...“ zawołała w uniesieniu.
Wówczas podniósłszy głowę ujrzała przed sobą Meérauta, którego bladość i przygnębienie błagały zda się, o łaskę. Wróciło wspomnienie tego, co przeżyła tam, na ławce parkowej, zmieszane z straszliwą grozą katastrofy, która w dziecku ukazała jej własną słabość. Ogarnięta nagłą wściekłością na tego człowieka i na siebie samą, krzyknęła:

„Idź precz.. precz... Niech cię już nigdy nie oglądam!...“ Było to wyznanie miłości, rzucone wobec wszystkich, aby się ukarać i uleczyć, ciśnięte Elizeuszowi w twarz z brutalną zniewagą

XVI.
Ciemny pokój.

„Była razu pewnego w krainie oldenburskiej pani, hrabina von Ponikau, której karły ofiarowały w dniu ślubu trzy złote bułeczki....“
Rozlega się opowieść pani de Silvis, w mroku ciemnego pokoju o hermetycznie zamkniętych oknach i firankach szczelnie zasłoniętych. Młody król leży wyciągnięty na łóżku; obok niego, niby białe widmo, trwa królowa, przykładając do obandażowanego czoła lód, który zmienia co dwie minuty, w dzień i w nocy, od tygodnia. Jak przeżyła go, nie śpiąc, niemal nie jedząc, wciąż u wezgłowia syna, którego ręce trzyma w swoich dłoniach w przerwach od okładów?
Młodociany król chce, aby matka go nie odstępowała. Ta noc, zalegająca wielki pokój, zaludnia się dlań złowrogiemi cieniami, straszliwemi zjawami. A niemożność czytania i dotykania zabawek pogrąża go w bezwładzie, niepokojącym Fryderykę.
— Cierpisz?... pyta go co chwila.
— Nie... Nudzę się... odpowiada dziecko słabym głosem. Dlatego to, chcąc napełnić komnatę jasnemi wizjami, pani de Silvis otworzyła księgę fantastycznych opowiadań o starych zamkach niemieckich, gdzie księżniczka czeka na błękitnego ptaka, przędąc na wrzecionie.
Słuchając tych nieskończonych historyj, królowa doznaje przykrości: wydaje się jej, że zniszczeniu ulega praca, wykonana przez nią z takim trudem, że widzi stopniową ruinę prostej kolumny triumfalnej. To właśnie dostrzega w otaczającym ją mroku w ciągu długich godzin odosobnienia, bardziej zafrasowana, że dziecko znajduje się znów w rękach kobiet, niż niespokojna o ranę, której całej powagi nie zna dotychczas. A gdy lekarz z lampą w ręce rozrywa na chwilę gęste zasłony mroku i zdejmuje bandaż, próbując przy pomocy atropiny obudzić świadomość chorego oka, matka pociesza się tem, że chory nie wydaje krzyku i nie wyciąga rąk ku obronie. Nikt nie śmie powiedzieć, że ta bezwrażliwość, cisza wszystkich nerwów oznacza właśnie śmierć organu. Kula rykoszetując uszkodziła siatkówkę i prawe oko skazane jest — nieodwołalnie. Wszystkie środki ostrożności zmierzają do uratowania drugiego, zagrożonego wskutek owej łączności organicznej, co czyni ze wzroku jedno narzędzie o dwóch rozgałęzieniach. Ach, gdyby królowa znała rozmiar swego nieszczęścia, ona, co wierzy niezłomnie, że dzięki jej staraniom i czujnej tkliwości, wypadek przeminie bez śladu, i — już myśli o pierwszem wyjściu.
— Leopoldzie, czy będziesz zadowolony, udając się na przechadzkę do lasu?
Tak, Leopold będzie bardzo rad. Chce, by go zaprowadzono tam, na zabawę, gdzie już był raz z matką i guwernerem. I nagle przerywając pyta:
— A gdzie jest pan Elizeusz?... Czemu nigdy nie przychodzi?
Odpowiadają mu, że wychowawca jest w podróży i to na czas dłuższy. To mu wystarcza. Męczy go myślenie i mowa. I wnet zapada w ponurą obojętność, wraca do mglistej krainy, jaką wywołują chorzy, łącząc swe marzenie z miejscami, ich otaczającemi. Obok wchodzą i wychodzą, krzyżują się szepty i dyskretne kroki. Królowa nic nie słyszy, niczem się nie interesuje, prócz pielęgnowania. Czasem Chrystjan popycha drzwi stole przymknięte do połowy wskutek gorąca, i wszedłszy do pokoju opowiada synowi coś zabawnego, aby go rozśmieszyć, głosem, silącym się na wesołość. Ale w tej atmosferze katastrofy głos dźwięczy fałszywie, i obecność ojca tylko onieśmiela syna. W jego pamięci, którą huk wystrzału napełnił zamieszaniem, wypływają ułamki scen minionych, beznadziejne oczekiwanie królowej i bunt jej owego wieczora, kiedy to chciała pociągnąć go za sobą w trzypiętrową otchłań. Odpowiada więc cicho, zacisnąwszy zęby. Wówczas Chrystjan zwraca się do żony: „Trzebaby odpocząć nieco, Fryderyko, takie czuwanie jest zabójcze...“ Ręka młodego króla ściska błagalnym ruchem dłoń matki, która uspokaja go w sposób równie wymowny i bezgłośny. „Nie, nic, nie bój się... ja nie odejdę...“ Zamieniwszy z mężem kilka zimnych słów, pozostawia go na pastwę ponurych myśli.
Wypadek zaszły z synem jest dla Chrystjana dopełnieniem melancholijnej serji. Czuje się na świecie sam, zrozpaczony, oszołomiony. Ach, gdyby żona chciała się z nim pogodzić... Doznaje potrzeby, doświadczanej w nieszczęściu przez ludzi słabych, pragnienia oparcia się na kimś, złożenia głowy na przyjacielskiej piersi, by móc wypłakać się i użalić, a potem wrócić tem łatwiej do nowych uciech i nowych zdrad. Lecz serce Fryderyki stracone jest dlań na zawsze, a oto i dziecko odwraca się z kolei od niego. Stojąc przy łóżku Chrystjan mówi to sobie sam, podczas gdy królowa, pilnie uważając na zegar, bierze z naczynia lód i kładzie go na bandaż, całując jednocześnie to chore czoło, aby zbadać jego ciepłotę, a pani de Silvis opowiada z powagą swą fantastyczną historję prawowitemu królowi Ilirji i Dalmacji.
Król wychodzi z pokoju niezauważony przez nikogo, błądzi melancholijnie po całym domu, cichym i surowym, trzymanym w ryzach ceremonjału przez starego Rosena, który wyprostowany i trzęsąc głową chodzi tam i z powrotem, z pałacu do budynków gospodarskich. Cieplarnia i ogród kwitną wciąż, a uradowane ciepłem małpki napełniają klatkę krzykiem i skokami. Kuc młodego króla, sprowadzony przez masztalerza po dziedzińcu wyłożonym słomą, zatrzymuje się przed gankiem, kierując smutny wzrok ku miejscu, skąd wychodził jego pan. Wygląd pałacu zachował dawną elegancję i komfort. Lecz czuje się jakieś wyczekiwanie, życie wokół jest, zda się — zawieszone, panuje cisza, podobna tej co następuje po burzy. A rzeczą najbardziej uderzającą są trzy żaluzje na górze, hermetycznie zamknięte, poza któremi kryje się tajemnica cierpienia i choroby.
Méraut, który po opuszczeniu domu królewskiego zamieszkał w pobliżu i wciąż krąży dokoła, spogląda rozpacznie na zamknięte okna. To jego udręka i zagłada. Wraca tu codzień lękając się, że ujrzy je któregoś ranka otwarte po to, aby się rozwiały dymy zgaszonej gromnicy. Mieszkańcy tej części Saint-Mandé już zaczynają go znać i uważają potrosze za warjata i doprawdy rozpacz jego graniczy z manją. Nie cierpi w nim człowiek zakochany. Królowa dobrze uczyniła, wypędziwszy go, zasłużył sobie na to, i namiętność jego milknie wobec wielkiej ruiny nadziei. Marzyć o wychowaniu króla, przejąć się tem wspaniałem zadaniem, a potem zniszczyć wszystko, zmarnować własnemi rękoma. Ojciec i matka, bardziej dotknięci w swych uczuciach, nie byli bardziej zrozpaczeni. Nie miał nawet pociechy, jaką daje pielęgnowanie i doglądanie w każdej chwili, i ledwie, mógł uzyskać jakąś wiadomość od służby, srożącej się nań wskutek zaszłego wypadku. Jednak znajomy leśny, mający wstęp do domu, opowiadał mu pogłoski, spotęgowane dzięki owej potrzebie niezwykłości, jaką odczuwa zwykle gmin. To — król stracił wzrok, to znów miał porażone władze umysłowe; mówiono też, że królowa była zdecydowana umrzeć śmiercią głodową. Elizeusz żył pośród tych rozpaczliwych nowin, błądził po lesie, póki dopisywały mu siły, potem wracał.
Któregoś dnia o zachodzie stał wśród świeżości łąkowej, zwróciwszy wzrok ku domowi, gdzie promienie słońca gasły w gęstwinie gałęzi. Chwila była pełna melancholji, a Elizeusz, zmęczony na ciele i duchu, roztapiał się w niej, dając ujście wszystkim wspomnieniom i niepokojom, jak to bywa wśród ciszy natury, gdzie mogą być, zda się, usłyszane nasze walki wewnętrzne. Nagle wzrok jego, nie szukając niczego, napotkał nierówny krok, kapelusz kwakierski, białą kamizelkę i getry Boskowicza. Pan radca szedł szybko, krokiem drobnym, bardzo podniecony, trzymając w ręce jakąś rzecz zawiniętą w chustkę. Ujrzawszy Mérauta, nie okazał zdziwienia i zbliżył się doń z najnaturalniejszą w świecie miną, jak gdyby nic nie było zaszło.
— Drogi panie Méraut, ma pan przed sobą zadowolonego człowieka.
— O, mój Boże!.. Co takiego!.. Czyby stan Jego Królewskiej Mości...
Botanik przybrał okolicznościową minę, aby odpowiedzieć, że król czuł się wciąż jednakowo: odpoczynek, ciemny pokój, bolesna niepewność. Potem nagle:
— Proszę zgadnąć, co ja tu niosę... Ostrożnie, to jest rzecz delikatna, może się osypać ziemia... Clemalis Dalmatica... gatunek karłowaty, szczególny, spotykany tylko u nas... Zrazu wątpiłem, wahałem się... Ale spójrz pan na łodygę i kielich.,, ten zapach tłuczonych migdałów...
I rozwinąwszy z wielką ostrożnością chustkę, odsłonił roślinkę kruchą, o kwiecie mleczno-białym. Méraut próbował go pytać, wyrwać jakieś nowiny, lecz manjaka pochłaniała całkowicie namiętność i dokonane odkrycie. W zapadającym dniu stał nieruchomo pogrążony w szczęśliwej kontemplacji, trzymając w ręce kwiat. Nagle rzekł:
— Do licha! Późno się robi... Trzeba wracać... Żegnam.
— Idę z panem, powiedział Elizeusz.
Boskowicz spojrzał osłupiały. Był obecny przy scenie, wiedział, w jakich okolicznościach guwerner odszedł, przypisując zresztą ten fakt wypadkowi... Coby pomyślano? Co powiedziałaby królowa?
— Nikt mnie nie zobaczy, panie radco.. Wprowadzi mnie pan od strony alei, i wślizgnę się ukradkiem do pokoju...
— Jakto! Chce pan?..
— Zbliżyć się do króla, usłyszeć go przez chwilę tak aby nie przypuszczał, że jestem...
Słaby Boskowicz wykrzykiwał, bronił się, lecz mimo to szedł, podniecany pragnieniem Elizeusza, który mu towarzyszył, nie zważając na jego protesty.
Jakiegoż doznał wzruszenia, gdy małe drzwiczki otwarły się pośród powojów i znalazł się w tem samem miejscu ogrodu, gdzie życie jego raził rzekłbyś piorun.
— Niech pan zaczeka, rzekł radca ze drżeniem, dam znać, gdy służba będzie jadła obiad... W ten sposób nie spotka pan nikogo na schodach.
Od owego fatalnego dnia nikt nie zaglądał do strzelnicy. Na stratowanej trawkę, na piasku noszącym ślady bezładnej bieganiny żyła, zda się, jeszcze tamta chwila. Na drzewach wisiały jeszcze dawne cele, woda pluskała w basenie, niby źródło łez tryskających, szarych w smętnej Rodzime zmierzchowej; i zdawało się Elizeuszowi, że słyszy również łkający głos królowej i to: „Idź precz...“ co we wspomnieniu sprawiało mu wrażenie rany zarazem i pieszczoty. Gdy Boskowicz wrócił, prześlizgnęli się pod drzewami aż do domu. W oszklonej galerji, wychodzącej na ogród, dawnej komnacie szkolnej, oczekiwały na lekcję — w okrutnym bezwładzie rzeczy — książki ułożone na stole i dwa krzesła: mistrza i ucznia. Widok był równie rozdzierający, jak cisza miejsc, gdzie brak dziecka, któreby śpiewając i biegając, napełniało śmiechem i gwarem ciasną orbitę swego życia.
Z jasno oświetlonych schodów idący przodem Boskowicz, wprowadził Elizeusza do pokoju sąsiadującego z królewskim, i równie ciemnego. Tylko lampka płonęła w głębi alkowy, pośród słoików i lekarstw.
— Królowa i pani de Silvis są obok niego... Nic należy się odzywać... A zwłaszcza wracaj pan prędko...
Elizeusz nie słyszał go, stojąc już na progu z bijąccm sercem. Nieprzywykły wzrok nie mógł przeniknąć gęstego mroku; nic nie widział, lecz słyszał idący z głębi głos dziecięcy, recytujący śpiewnie modlitwy wieczorne, a tak zmęczony, ponury i znudzony, że z trudem można było rozpoznać w nim głos młodego króla. Wypowiedziawszy „amen“, dziecko rzekło:
— Matko, czy mam też powiedzieć modlitwę królów?
— Naturalnie, mój drogi, odezwał się z powagą piękny głos, którego brzmienie zmieniło się również, niby metalu, niszczonego przez wodę, spadającą kropla po kropli.
Król zawahał się z odpowiedzią:
— Myślałem... Zdawało mi się, że teraz już nie warto...
Królowa zapytała iżywo
— Czemuż to?
— Och, odparł Leopold tonem człowieka starego, sądzę, że będę musiał prosić Pana Boga o coś innego, niż to, co jest w modlitwie...
Ale pod wpływem właściwego mu dobrego charakteru, dodał:
— Zaraz, mamusiu, zaraz, skoro sobie tylko życzysz...
I głosem zrezygnowanym zaczął wolno:
— „Panie, Który jesteś moim Bogiem, Tyś umieścił na tronie Swego sługę. Lecz ja jestem dzieckiem, co nie może dać sobie rady, a mam zlecony sobie naród, przez Ciebie wybrany...“
Na drugim końcu pokoju rozległo się stłumione łkanie... Królowa zadrżała:
— Kto to?.. Czy to ty, Chrystjanie? dodała, słysząc hałas zamykanych drzwi.
Po kilku dniach lekarz oświadczył, że nie potrzeba skazywać dłużej młodocianego pacjenta na mękę ciemnego pokoju, że czas już wpuścić nieco światła.
— Już!.. rzekła Fryderyka. A wszak powiedziano mi, że to potrwa przeszło miesiąc.
Lekarz nie mógł jej powiedzieć, że wobec zupełnego porażenia oka, bezpowrotnie straconego, to zamknięcie stawało się bezcelowe. Odparł więc coś niejasnego, jak to potrafią lekarze, powodowani litością. Królowa nie zrozumiała, a nikt z otoczenia nie czuł się na siłach odkryć jej prawdę. Czekano na O. Alfeusza, bowiem religja posiada przywileje nawet wobec ran, których nie potrafi uleczyć. Z właściwą sobie brutalnością i tonem szorstkim mnich zadał ów straszliwy cios, pod którym miała się ugiąć cała duma Fryderyki. W dzień wypadku królowa cierpiała dotknięta w swych tkliwych uczuciach krzykiem omdleniem i krwią biednego dziecka. To drugie cierpienie dotykało raczej królowę. Jej syn zeszpecony, kaleka! Ona, co pragnęła, aby podczas triumfu jaśniał urodą, miała go przyprowadzić Iliryjczykom w takim stanie! Nie mogła przebaczyć lekarzowi, że ją oszukał. Więc nawet na wygnaniu królowie będą zawsze ofiarą swej wielkości i ludzkiego tchórzostwa!
Dla uniknięcia zbyt gwałtownego przejścia od mroku do światła, przysłonięto okna zieloną materją. Potem otworzono je szeroko i gdy uczestnicy tego smutnego dramatu mogli byli spojrzeć na siebie, ujrzeli zmiany zaszłe w czasie zamknięcia. Fryderyka postarzała się i była zmuszona zmienić uczesanie, aby zakryć pasma białych włosów. Król, bardzo blady, zasłonił prawe oko przepaską, a cała jego twarz, poznaczona przedwczesnemi zmarszczkami i grymasem dźwigała, zda się, ciężar przepaski. Wskutek tej rany rozpocząć musiał nowe życie! Przy stole łyżka i widelec, źle kierowane, uderzały w czoło lub ucho, bowiem niedołęstwo jednego zmysłu pociągało za sobą niedomagania innych. Śmiał się lekkim śmiechem dziecka chorego, a królowa odwracała się co chwila, aby ukryć łzy. A gdy wyszedł do ogrodu, zaczęła się nowa udręka. Wahał się, potykał co krok, a nawet padał, albo pełen lęku cofał się wobec najmniejszej przeszkody, czepiając się rąk i sukien matki. Królowa usiłowała poruszyć przynajmniej jego umysł, lecz wstrząśnienie było niewątpliwie zbyt silne: rzekłbyś, wraz ze wzrokiem uległa porażeniu i inteligencja. Rozumiał dobrze, jaką troską stan jego napełniał matkę; mówiąc do niej, podnosił głowę z wysiłkiem, kierując spojrzenie nieśmiałe, jak gdyby prosząc o przebaczenie. Lecz nie mógł pohamować pewnych wstrząsów fizycznych. Huk wystrzału dochodzący zdała, pierwszy jaki usłyszał od czasu wypadku, omal nie przyprawi! go a atak epilepsji. Również gdy mu po raz pierwszy zaproponowano, aby dosiadł kuca, zaczął drżeć na całem ciele.
— Nie... nie... Błagam, — mówił przyciskając się do Fryderyki, Proszę mnie wziąć z sobą do landa.. Boję się bardzo..
— Czego?
— Boję się... boję...
Nic nie wskórały ani rozumowania, ani prośby.
— Dobrze, rzekła królowa tonem głuchego gniewu, niech zaprzęgają do landa.
Była piękna niedziela na schyłku jesieni, przypominająca ową niedzielę majową, kiedy to wybrali się do Vincennes. Tym razem Fryderyka czuła się zmęczona widokiem gminu rozlanego w alejach i na trawie. Ta wesołość hałaśliwa i woń żywności sprawiały jej przykrość. Pomimo śmiechów i świątecznej odzieży widziała dzisiaj smutek, wynikający z tych grup. Dziecko, próbując rozjaśnić piękną twarz matki, której melancholijny wyraz sobie przypisywało, otaczało ją nieśmiałą tkliwością.
— Gniewasz się, mamo, że nie pojechałem na kucu?
Nie, nie gniewała się. Lecz co będzie w dniu koronacji, gdy zawezwą go poddani? Król musi umieć jeździć konno.
Pomarszczona twarz zwróciła się ku matce, spoglądając pytająco jednem okiem:
— Czy doprawdy sądzisz, że będą mnie chcieli, pomimo tego, jaki jestem obecnie?
Miał wygląd mizerny i stary. Fryderykę oburzyło jednak to wątpienie, i przypomniała króla Westfalji, całkiem niewidomego.
— O, to król na żarty... Pozbyto go się.
Opowiedziała mu hisiorję Jana Czeskiego w „bitwie pod Crecy, żądającego od swych rycerzy, by go wprowadzili dość daleko, aby mógł zadać cios szpada; a oni zawiedli go naprzód, i nazajutrz znaleziono ich wszystkich martwych: ciała leżały rozpostarte a konie skłębione razem.
— To straszne... straszne... mówił Leopold.
I zatapiając się w owej opowieści bohaterskiej, niby w baśni pani de Silvis, drżał cały, taki mały i słabv, tak mało mający w sobie z króla. W owej chwili powóz wjechał w wysoką aleję, ledwie wystarczającą dla wehikułów. Ktoś zszedł im z drogi — mężczyzna, którego dziecko nie mogło widzieć, z powodu bandażu, ale który zestal zauważony przez królowę, Z powagą i twardym wyrazem twarzy wskazała mu ruchem głowy biednego kalekę, wczepionego w jej suknię: ruinę ich arcydzieła, szczątek i niedobitka wielkiej rasy. Było to ostatnie spotkanie, i Méraut opuścił ostatecznie Saint-Mandé.

XVII.
Fides spes.

Książę de Rosen wszedł pierwszy.
— Jest tu nieco wilgotno, rzekł z powagą... Nie otwierano tutaj od śmierci mojego syna.
Wielką świeżością i jak gdyby pleśnią grobowcową tchnęła istotnie ta wspaniała amfilada komnat, gdzie niedawno brzmiała tak harmonijnie muzyka, gdzie wszystko pozostało na swojem miejscu od owej pamiętnej nocy balowej. Wznosiły się jeszcze rzeźbione krzesła króla i królowej obok trybuny dla orkiestry, skąd wynikały wspaniale pulpity z kutego żelaza. Fotele biegnące kołem tworzyły arystokratyczne „a parte“. Posadzkę zalegały wstążki, szczątki kwiatów, gazy lekkiej i zmiętej, istny pył taneczny. Znać było, że dekoratorzy zdjęli pośpiesznie girlandy wesołe, starając się zamknąć copredzej drzwi i okna w tych salonach, co w domu żałoby mówiły o zabawie. Takie samo opuszczenie widać było i w ogrodzie, zasypanym zeschłemi liśćmi, gdzie przeszła zima, a potem wiosna, bogata w chwasty i zielsko. Wskutek dziwactwa, towarzyszącego często cierpieniu i chcącego widzieć wokół siebie ból i wyjałowienie, książę nie pozwolił ruszać ogrodu, podobnie jak sam nie zgadzał się mieszkać w tych wspaniałych apartamentach.
Od czasu Gravozy, kiedy to Koleta, cierpiąca po odbytym połogu, udała się do Nizzy, stary generał nie chcąc wracać na noc do pałacu, kazał postawić sobie łóżko w intendenturze. Z pewnością zdecyduje się też na sprzedaż pałacu, pozbywając się zarazem wspaniałych antyków. Dlatego to zwierciadła weneckie, w których drzemały obrazy par tańczących czardasza oraz roziskrzone blaski oczu i żyrandoli, odbijały dzisiaj, w szarem i chłodnem świetle paryskiego nieba, sylwetki i pożądliwe spojrzenia ojca Leemansa i jego satelity, imć pana Pichery, o fizjonomji bladej i sztywnych od kosmetyków wąsach.
Trzeba było posiadać w istocie nawyk antykwarski, praktykę interesów i komedyj, wykrzywiających wszelakiemi grymasy maskę ludzką, aby nie wydać okrzyku radości i zachwytu, gdy służący generała, równie jak on stary i sztywny, otworzył wysokie żaluzje, ukazując w całej wspaniałości cenne skarby kolekcji, wprawdzie nie tak starannie zinwentaryzowanej, jak zbiory hrabiny Spalato, lecz bogatszej i świeższej. A nie było w tem ani jednego braku, ani jednej skazy!.. Stary Rosen nie łupił przygodnie, trybem tych generałów, co to niby orkan przebiegają przez pałac, unosząc z równym zapałem wszystko, co wpadnie pod rękę. Tu były same wyborowe cuda. I ciekawy był widok antykwarjusza, gdy wysuwał głowę, kierując swą lupę, gdy lekko drapał emalje i trącał palcem bronzy, z miną obojętną, nawet pogardliwą, a w rzeczywistości drżał całem ciałem, od stóp do głów, jak gdyby go połączono ze stosem elektrycznym. Niemniej zabawnie wyglądał Pichery. Pozbawiony całkowicie znajomości sztuki i osobistego smaku, wzorował swe wrażenia na znawstwie kuma, okazując ten sam lekceważący grymas, który zmieniał się szybko w osłupienie, skoro tylko Leemans szeptał doń, notując coś w karnecie: „To jest warte sto tysięcy franków...“. Mieli tu obaj jedyną okazję powetowania sobie „wielkiego posunięcia“, co ich tak sromotnie zawiodło. Należało się jednak pilnować, gdyż dawny generał honwedów, równie nieufny i nieprzenikniony, jak wszyscy antykwarjusze razem wzięci, chodził za nimi krok w krok, nie tracąc z uwagi ich min.
Doszli w ten sposób do końca salonów recepcyjnych, gdzie znajdował się mały gabinecik, rozkosznie urządzony w stylu maurytańskim, pełny niskich szezlongów oraz dywanów.
— I to też? — zapytał Leemans.
Generał zawahał się nieznacznie. Był to w olbrzymim pałacu ulubiony kącik Kolety, buduar, w którym załatwiała korespondencje i w rzadkich chwilach wypoczywała. Przyszło mu na myśl, aby zatrzymać ten wschodni zakątek, lecz wahanie trwało krótko, trzeba było bowiem sprzedać wszystko.
— I to też... rzekł zimno.
Leemaus odraza zwabiony rzadkością sekretarzyka arabskiego rzeźbionego i pozłacanego, o łukach i galeryjkach w miniaturze, jął rozglądać liczne szuflady, wpadające jedna w drugą, o ukrytych sprężynach, i wybite satyną pachnącą kwiatem pomarańczy i sandałem.
Wsunąwszy rękę do środka, usłyszał szelest.
— Tam są papiery... rzekł.
Gdy skończono inwentarz, a obaj antykwarjusze wyszli, stary książę pomyślał o tych zapomnianych papierach. Był to zwitek listów, związanych pomięta wstążką, przesiąkniętych dyskretną wonią szuflady. Spojrzawszy machinalnie, poznał pismo; było to duże, fantastyczne, nieprawidłowe pismo Chrystjana, który od kilku misięcy mówił z nim tylko o pieniądzach i terminowych zobowiązaniach. Zapewne listy króla do Herberta. Ale nie, „Koleto, droga moja duszko...“ Ruchem gwałtownym ściągnął wstążkę, rozrzucił na kanapie zwitek, jakieś trzydzieści liścików, zawierających godziny spotkań i podziękowania, cała korespondencja cudzołóstwa, smutna i banalna, zakończona usprawiedliwieniem z powodu chybionych rendez-vous, listami coraz to chłodniejszemi. We wszystkich była mowa o jakiejś nudnej osobistości, którą Chrystjan nazywał żartobliwie „niefortunnym dworakiem“; książę usiłował ochrzcić ją właściwem imieniem i natknął się na jednej z kart, o wiele swawolniejszych niż sentymentalnych, na swoją własną karykaturę, małą, spiczastą główkę na długich nóżkach. Poznał siebie, swe zmarszczki, ptasi nos i zmrużony wzrok, a pod spodem, aby nie było żadnej wątpliwości, widniał napis: Niefortunny dworak na czatach przy quai d’Orsay.
Gdy minęła pierwsza chwila zdumienia, zrozumiawszy tę obelgę w całej jej niskości, doznał dziwnego przygnębienia i wstydu.
Nie był zdziwiony tem, że zdradzono jego syna. Ale żeby go zdradził Cbrystjan, któremu wszystko przynieśli w ofierze, dla którego Herbert zginął w dwudziestym ósmym roku życia, a on sam gotów byt zrujnować się, sprzedając swe trofea, byle tylko podpis królewski nie uległ protestowi,.. Ach, gdybyż mógł się zemścić, zdjąć z tarczy byle jaką broń... Ale to król! Króla nie należy pytać o nic. I nagle to czarodziejskie słowo ułagodziło jego gniew; ostatecznie flirtuje z jedną ze swych poddanych. Najjaśniejszy Pan nie był tak winny, jak on, książę de Rosen, dopuszczający do mezaliansu syna. Ponosił teraz skutki swej chciwości... Wszystko to trwało jedną chwilę. Zamknąwszy listy pod klucz, wyszedł, aby powrócić na swe stanowisko w Saint-Mandé, gdzie w biurze intendentury czekał nań stos rachunków i papierów, wśród których niejednokrotnie rozróżniał ten sam charakter pisma, co i w listach miłosnych. Chrystian nie mógłby domyślić się niczego, przechodząc przez dziedziniec i widząc następnych dni poza szybą — wyprostowaną i czujną sylwetę „niefortunnego dworaka“.
Tylko królowie, z których osobą wiąże się siła tradycyj narodowych i przesądnych, mogą budzić podobne przywiązanie, nawet gdy go są zupełnie niegodni. Teraz gdy dziecku nie groziło już niebezpieczeństwo, król rozpoczął na nowo zabawę. Zraza próbował wrócić do Sefory. Tak, mimo że przepędzono go brutalnie i cynicznie, mimo że miał dowód zdrady, kochał ją jeszcze na tyle, aby za najmniejszym znakiem rzucić się jej do nóg. Kobietka przeżywała właśnie radości ponownego miesiąca miodowego. Uleczona już z ambicyj, odzyskawszy swą właściwą naturę, którą stłumiła z chciwości mi!jonów, chciała sprzedać pałac i zlikwidowawszy wszystko, zamieszkać w Courbevoie z J. Tomem, a Sprichtów przytłoczyć potęgą komfortu. J. Tom Levis marzył przeciwnie o nowych przedsięwzięciach, a wspaniałe otoczenie, pośród którego zainstalowała się jego żona, nasuwało mu powoli myśl o innej agencji, w postaci bardziej zbytkownej i światowej, traktującej o interesach w rękawiczkach, pośród kwiatów i przy dźwiękach muzyki; stary cab, zdeklasowany już, zastąpiła uczciwa kareta z liberją i herbem hrabiny. Bez trudu udało mu się przekonać Seforę, u której ostatecznie zamieszkał. I zapłonęły światłem salony przy avenue de Messine, podczas całego szeregu obiadów i balów, na które wysyłano zaproszenia w imieniu hrabiego i hrabiny Spalato. Z początku było tam dość przestronno, potem towarzystwo damskie, zrazu oporne, zaczęło traktować J. Toma i jego żonę, jak owe bogate małżeństwa cudzoziemskie, przybyłe zdaleka, których zbytek ratuje egzotyzm... Cała młodzież snobistyczna składała hołdy Seforze, dzięki swym przygodom cieszącej się rozgłosem, i zaraz pierwszej zimy pan hrabia zdobył kilka pięknych interesów.
Trudno było odmówić Chrystianowi wstępu do salonów, które go tak drogo kosztowały. Zrazu tytuł królewski był dla domu ozdobą i gwarancją. Król przyszedł z mglistą nadzieją odzyskania serca hrabiny. Przez jakiś czas bawiła go ta rola zawiedzionej ofiary, i pokazywał się co tydzień, równie biały na twarzy jak noszona przezeń kamizelka, stojąc w złoconej wnęce, gdzie pilnowały go świdrujące oczki Toma Levisa; potem straciwszy nadzieję, przestał bywać, szukając zapomnienia u różnych kobietek. W poszukiwaniu, jak to zwykle bywa, utraconego typu, staczał się coraz niżej, kierowany przez Lebeau, znawcę występków paryskich, który często przynosi rano swemu panu walizę do podejrzanych spelunek. Działo się to tem łatwiej, że smutna i spokojna atmosfera domowa nie mogła powstrzymać owego miękkiego epikurejczyka. Przy ulicy Herbillon bawiono się tak mało; nie było też Mérauta i księżny. Leopold V wracał powoli do zdrowia, zlecony na czas konwalescencji opiece pani de Silvis, która mogła wreszcie zastosować wskazówki księdza Diguet, dotyczące sześciu sposobów poznawania ludzi oraz siedmiu przepisów — usuwania pochlebców. Smutne lekcje, utrudniane przez czarną opaskę na głowie małego pacjenta! Królowa uczestniczyła w nich, kierując smętny wzrok ku Clematis Dalmatica, więdnącej pod oknem. Od jakiegoś czasu Franciszkanie zajęli się byli szukaniem nowego wychowawcy; lecz pośród współczesnej młodzieży nie łatwo znaleźć takiego Elizeusza Mérauta. Ojciec Alfeusz miał w tej sprawie swoje odrębne zdanie, które strzegł się wypowiadać, królowa nie pozwalała bowiem wymawiać przy sobie imienia dawnego guwernera. Raz tylko, w jakiejś poważnej chwili, mnich ośmielił się wspomnieć o swoim przyjacielu.
„Najjaśniejsza Pani, Elizeusz Méraut jest umierający...“ rzekł, wstając po modłach, od stołu.
Przez cały czas pobytu w Saint-Mandé, Méraut zatrzymał swój pokój przy ulicy Monsieur-le-Prince, i o dobnie jak zachowuje się w szafie niemodne już ubranie z czasów młodości, Elizeusz nie zachodził tam wcale, a zapomnienie brało już w swe posiadanie papiery i książki, tajemniczy i cichy zakątek, pośród gwarnego życia pokojów umeblowanych. Któregoś dnia przybył, postarzały i zmęczony, niemal zupełnie siwy; gruba gospodyni pogrążona w bezwładzie, słysząc szczęk kluczy na tablicy, z trudem poznała swego lokatora:
— Ależ to pan hulał, dobry panie Méraut?... Czy to można tak psuć sobie zdrowie!..
— To prawda, że jestem nieco zdezelowany... rzekł z uśmiechem Elizeusz, wchodząc na schody, zgarbiony i znękany. Pokój był wciąż ten sam, a na melancholijnym widnokręgu mętnych szyb: kwadratowe dziedzińce klasztorne, szkoła medyczna, amfiteatr, budowle zimne, tchnące smutkiem, związanym z ich przeznaczeniem, na prawo zaś, ku ulicy Rasyna, dwa rezerwoary miejskie pod bladem niebem i dymiącemu kominami. Nic się tu nie zmieniło, jeno Méraut nie miał już swych pięknych zapałów młodzieńczych, co barwią i grzeją wszystko wokół, niezrażone nawet trudnościami i smutkiem. Próbował zasiąść do pracy, czytać, otrząsnąć nagromadzony pył. Pełne wyrzutu spojrzenie królowej wnikało między jego myśli i książkę, i miał wrażenie, że na drugim końcu stołu czekał na lekcję — uczeń. Czując swą rozpaczliwą samotność, zeszedł na dół, i od tej chwili ujrzano go znowu, jak w kapeluszu, zsuniętym na tył głowy, błądził z paczką książek i dzienników w Dzielnicy Łacińskiej, pod galerją Odeonu, jak pochylał się nad świeżemi książkami i gestykulował w alejach Ogrodu luksemburskiego w mroźne dni, nawprest zamarzniętego stawu. Odnajdował dawną werwę i zapał w tem środowisku studiującej młodzieży, której nie zdołali dosięgnąć niszczyciele. Zmieniło się tylko audytorjum, bowiem fala studentów coraz to odnawia się w Dzielnicy. Zmieniły się miejsca zebrań, i opuszczono kawiarnie polityczne dla piwiarń, obsługiwanych przez dziewczęta w strojach Szwedek, Włoszek, Szwajcarek. W pamięci kelnerów pozostało mgliste wspomnienie o dawnych rywalach Elizeusza: Pesquidoux od Voltera i Larminat od Prokopa, niby o aktorach, zeszłych ze sceny. Niektórzy zaszli bardzo wysoko, osiągnęli władze w życiu publicznem, 1i nieraz gdy Elizeusz kroczył ulicą zaczytany, z przejeżdżającego powozu rozlegał się głos jakiejś znakomitości z Izby lub Senatu: „Méraut, Méraut!..“ Wszczynano rozmowę... „Co porabiasz?... Pracujesz?..“ Méraut, zmarszczywszy czoło, mówił niewyraźnie o jakiemś wielkiem przedsięwzięciu, które „się nie dało“. Ani słowa więcej. Chciano go pociągnąć, zużytkować tą straconą siłę. Lecz pozostawał wierny swym ideałom monarchistycznym, pełen nienawiści do Rewolucji. Nie pragnął niczego, nikogo nie potrzebowł; mając jeszcze całą prawie gażę, nie szukał nawet lekcyj, zaślepiony w pogardliwym bólu, zbyt wielkim i głębokim, aby być zrozumianym. Jedyną rozrywkę stanowiły wizyty w klasztorze franciszkańskim, nietylko aby mieć wiadomości o Saint-Mandé, ale — że lubił tę dziwną kaplicę, podziemie jerozolimskie z krwawiącym Chrystusem. Ta naiwna mitologa, i niemal pogańskie przedstawienie rzeczy zachwycały go, chrześcijanina pierwszych wieków. „Filozofowie umieszczają Pana Boga zbyt wysoko...“ mówił nieraz. „Trudno dojrzeć“. On widział go jednak w mroku krypty, a pośród tych wizerunków męki pierwotnych, obok Małgorzaty z Ossuny, biczującej marmur swych ramion, wspominał ową wizję wieczoru wigilijnego, królowę Ilirji, o ramionach wyciągniętych, błagalnie w obliczu żłobka a zarazem złożonych gestem obronnym nad głową syna...
Którejś nocy zbudził się Elizeusz raptownie, ze zczególnem uczuciem gorąca, rozlewającego się w płucach zwolna, bez bólu ni wstrząsu; doznawał wrażenia ostatecznego unicestwienia, a usta miał pełne mdłego smaku i purpury. Było to coś tajemniczego i złowrogiego, niby morderca, kroczący bezszelestnie w cieniu. Nie był tem przestraszony, ale przy stole zagadnął sąsiadów-medyków. Powiedziano mu, że jest bardzo chory, „Co mi dolega? — Wszystko,“ Miał lat czterdzieści, okres klimakteryczny cyganerji, kiedy to czai się choroba, czyhając na człowieka, i każe mu drogo płacić za nadużycia lub prywacje młodości; wiek straszliwy, zwłaszcza gdy pęknięta jest sprężyna moralna, gdy brak chęci do życia. Elizeusz spędził większą część życia poza murami domu, na deszczu i wietrze; z sal nadmiernie ogrzanych, rozpalonych od świateł gazowych, przechodził w mroźne powietrze zimowe, a gdy już pogaszono wszystkie lampy, perorował na trotuarze, błądząc przez pół nocy po ulicach. Krwotoki płucne stawały się coraz częstsze, towarzyszyło im straszliwe osłabienie. Aby się nie kłaść do łóżka — ciążyła mu bowiem melancholja samotnego pokoju — zasiadał w Rialto, piwiarni sąsiadującej z hotelem, czytał pisma, oddawał się marzeniom. Lokal był spokojny aż do wieczora; wesołością tchnęły meble z jasnego dębu i ściany pokryte freskami wyobrażającemi Wenecję, jej mosty i kopuły. Nawet wenecjanki, tak ożywione wieczorem, spały, oparłszy głowę na stole, miętosząc koronki i bufiaste rękawy z batystu, albo też szyły coś przy piecu, i przysiadały się od czasu do czasu do jakiegoś studenta, aby doń przepić. Jedna z nich, duża i rosła dziewczyna, miała gęste, płowe włosy, ruchy poważne i powolne, raz po raz zastygające nad haftem, gdy się przysłuchiwała rozmowie... Méraut patrzył na nią godzinami, dopóki nie zaczynała mówić; wówczas głos ochrypły i wulgarny wypłaszał co prędzej jego marzenia, Lecz wkrótce zabrakło mu sił nawet do przesiadywania poza firanką piwiarni. Nie mógł schodzić na dół, i zmuszony pozostawać w łóżku, otoczony dziennikami i książkami, zostawiał drzwi półotwarte, aby słyszeć ożywienie i gwar hotelowy. Zakazano mu zwłaszcza rozmawiać. Wówczas południowiec zrezygnowany zaczął pisać, podjął na nowo swą książkę, głośną książkę o monarchii, którą tworzył w gorączce, ręką drżącą, wstrząsany kaszlem, rozrzucającym kartki na łóżku. Teraz lękał się jednego: przedwczesnej śmierci, odejścia na zawsze tak, jak żył — nieznany, ukryty, — bez wypowiedzenia się.
Sauvadon, wuj z Bercy, którego gruboskórna i hałaśliwa miłość własna cierpiała na widok mistrza w takiej sytuacji, odwiedzał go często. Zaraz po katastrofie przybiegł z otwartą sakiewką, pytając, jak ongi, o rozmaite „opinje“. — „Nie mam już ooinij, mój wuju...“ — odparł ze smutkiem Méraut, Chcąc go wyrwać z apatji, wuj obiecał wysłać na południe, do Nizzy, gdzie rezydowała we wspaniałych apartamentach Koleta z synkiem.
— Nie będzie mnie to kosztowało więcej, mówił naiwnie, a pana wyleczy.
Lecz Elizeuszowi nie zależało na wyzdrowieniu; chciał skończyć książkę w tem samem miejscu, gdzie się narodziła, pośród owych głębokich szmerów paryskich, co to przynoszą każdemu głos przez niego pożądany. A podczas gdy pisał, Sauvadon, usiadłszy obok łóżka, gawędził o swej ślicznej siostrzenicy, irytując się na tego warjata-generała, który właśnie sprzedawał swój pałac.
— I pytam się pana, co on zrobi z temi pieniędzmi?... Poukrywa je we wszystkich kątach, kupkami... Zresztą to jego sprawa. Koleta jest dosyć bogata, aby się obejść bez niego...
I handlarz win uderzał się w okolicy sakiewki, po brzuszku, równie dobrze napęczniałym, co i ona.
Innym razem rzucił na łóżko Elizeusza paczkę przyniesionych gazet:
— Zdaje się, że w Ilirji zaczyna się ruszać... Do sejmu w Lublanie weszła większość rojalistowska... Ach, gdyby był odpowiedni człowiek!.. Ale ten mały Leopold jest jeszcze bardzo młody, a Chrystian znieprawia się coraz więcej. Teraz odwiedza różne spelunki i nory w towarzystwie swego kamerdynera.
Elizeusz słuchał, drżąc całem ciałem. Biedna królowa!.. A tamten, nie spostrzegając bólu jaki sprawiał, ciągnie dalej:
— Wogóle debrze sobie poczynają nasi wygnańcy... Książę Axel — skompromitowany w tej brudnej aferze z avenue d‘Antin... Wie pan... pension de familie, co to pod patrjarchalną etykietą ułatwiało schadzki z nieletniemi dziewczętami... Jaki skandal! Następca tronu... Dziwi mnie jednak pewna okoliczność... Właśnie w chwili kiedy to wybuchło, Koleta pisała mi, że Jego Wysokość jest w Nizzy i wraz z nią przyglądał się regatom w wynajętym jachcie... Z pewnością musi tu być jakaś pomyłka. Byłbym bardzo rad... Gdyż mówiąc między nami, mój drogi Méraut...
Tu poczciwiec zwierzył się nader tajemniczo przyjacielowi, że książę-następca nie odstępuje Kolety. A ponieważ nie jest to kobieta, która... rozumie pan, oczywiście... więc możliwe, że niezadługo...
Szeroką twarz parwenjusza rozjaśnił uśmiech:
— Co pan powie? Koleta — królową Finlandji!.. A Sauvadon z Bercy, „mój wuj“. — wujem królewskim! Ale ja pana męczę...
— Tak, jestem śpiący... rzekł Elizeusz, który od kilku chwil przymykał oczy, chcąc w grzeczny sposób pozbyć się poczciwego i ambitnego zarozumialca.
Po wyjściu wuja, Méraut zebrał papiery, zasiadł do pisania, lecz nie mógł skreślić jednego wiersza, ogarnięty bezmiernem zmęczeniem i niesmakiem. Czuł się rozstrojony temi obrzydliwemi hisiorjami... Wobec rozsypanych na łóżku kart, tej obrony królewskości, w której spalała się reszta jego kiwi, krwi wiecznego studenta o posiwiałych włosach, w obliczu zmarnowanego zapału i roztrwonionych sił, zwątpił po raz pierwszy, pytając sam siebie, czy nie łudził się przez całe życie... Obrońca, apostoł królów, co tarzali się w rozpuście i zdradzali własną sprawę... I błądząc smutnym wzrokiem po tych nagich murach, na których czerwienił się odblask zachodu, spostrzegł w zakurzonej ramie starą relikwję, czerwoną pieczęć „Fides Spes“, zabraną z nad ojcowskiego wezgłowia. Zaraz jawiło mu się piękne oblicze burbońskie starego Mérauta, jakiem je widział na łożu śmierci, zastygłe we wzniosłej wierności i nadziei, i wrzeciona nieruchome i proste, i wiatraki zamierające między wyschłemi głazami zboczy a bezlitosnym błękitem Południa. Przelotna chwila halucynacyj, zagroda ojcowska, cała młodość wirująca w pamięci, co zasnuwała się już mgłą...
Nagle otwierają się drzwi i dobiega szmer głosów i sukien. Chory sądzi, że to któraś z sąsiadek, poczciwych dziewczyn z Rialto, niosąca ulgę gorączce pragnienia. Szybko zamyka oczy, co ten sen wypłasza natrętów. Lecz po zimnej tafli podłogi drobne kroki pośpieszają ku łóżku. Łagodny głos szepcze „Dzień dobry, panie Elizeuszu“, Przed nim — jego uczeń, nieśmiały, nieco wyższy niż dawniej, spogląda z lękliwolcią kaleki na mistrza zmienionego i tak bladego w tem ubogiem łóżku. Tam, obok drzwi, czeka nań kobieta, wyprostowana dumnie pod woalem. Przyszła aż tu, na piąte piętro, po schodach pełnych rozpustnego hałasu, dotykając swą nieskalaną szatą drzwi o wabiących napisach: „Alicja... Klementyna...“ Nie chciała, aby umarł, nie zobaczywszy swego małego Zary; i stojąc na progu posyła mu przebaczenie drobną rączką dziecka, Elizeusz Meraut, chwyta ją i przyciska do ust; poczcm zwrócony do dostojnej wizji, przeczuwanej na progu, mówi ostatniem tchnieniem, ostatnim wysiłkiem życia, głosem gasnącym na zawsze: „Niech żyje król!“.

XVIII.
Koniec dynastji.

Tego ranka w klubie rozgrywano zaciętą partię palanta. Dokoła ogromnego boiska, na ubitej ziemi, stratowanej jak arena, wielka siatka ogarniała zwartą tkaniną ewolucje sześciu graczy, w białych kurtkach i sportowych trzewikach, co skacząc i rycząc, potrząsali ciężkiemi rakietami. Wysokie okna, wyprężona siatka, chrapliwe okrzyki, wolty i miganie białych kostjumów, beznamiętna poprawność służących, Anglików, miarowym krokiem obchodzących boisko, sprawiały wrażenie jakiejś ujeżdżalni podczas próby akrobatów i klownów. Pośród nich do najhałaśliwszych należał Jego Wysokość książę Axel, któremu zalecono ze względów higieny ten szlachetny sport. Wróciwszy poprzedniego dnia z Nizzy, gdzie spędził cały miesiąc u stóp Kolety, partją tą zainaugurował początek swego sezonu paryskiego; w najpiękniejszym momencie gry, gdy odbijał piłkę z okrzykicm godnym czeladnika masarskiego, i ruchem ramion, któryby wprawił w zachwyt bywalców rzeźni, oznajmiono mu, że ktoś czeka.
— Jazda! rzucił następca tronu, nie odwróciwszy się nawet.
Służący, nie odchodząc, szepnął do ucha księciu jakieś nazwisko; Axel uspokoił się, nieco zdziwiony.
— Dobrze... proszę powiedzieć, że przyjdę za chwilę...
Wszedłszy do jednej z kabin kąpielowych, biegnących dokoła galerji i kokieteryjnie wysłanej matami japońskiemi, ujrzał swego przyjaciela. Bajecznego, w zadumie siedzącego na kanapie.
— Och, drogi książę, co za historja,..“ rzekł exkról Ilirji, podnosząc wzburzoną twarz.
Urwał na widok chłopca, dźwigającego ręczniki i rękawice kąpielowe do wytarcia i masowania Jego Wysokości, dymiącego niby meklemburczyk po wejściu na strome zbocze. Po skończonym zabiegu Chrvstjan ciągnął dalej, blady i drżący:
— Oto co mi się przytrafiło,,. Słyszał książę aferze Pension de familie?..
Następca spojrzał nań ponurym wzrokiem.
— Nakryty?
Król potwierdził ruchem, odwracając zarazem oczy. A po chwili milczenia dodał:
— Proszę wyobrazić sobie scenę... Pośród nocy policja... Dziewczątko płacze, tarza się, drapie policjantów, czepia się moich kolan: „Wasza Wysokości.. Wasza Wysokości... Ratuj mnie“. Chcę ją uciszyć... Za późno... Kiedy podałem pierwsze lepsze nazwisko, komisarz zaczął się śmiać: „To zbyteczne... Moi ludzie poznali pana... Pan jest księciem Axelem...
— Ładna historja!.. mruknął pod nosem książę i cóż?
— Dalibóg, mój drogi, byłem tak — wylękły i zaskoczony... Prócz tego inne jeszcze motywy, które wyjaśnię później... Krótko mówiąc, zostawiłem komisarza w złudzeniu, że jestem księciem, będąc zresztą głęboko przekonany, że sprawa pozostanie bez konsekwencyj... Otóż jest inaczej. Bo właśnie zaczynają znów o niej mówić, a ponieważ mogą księcia wezwać do sędziego śledczego, przychodzę błagać...
— Abym, zamiast króla, odbył dom poprawy?..
— Och, sprawa nie posunie się tak daleko... Tylko że dzienniki zaczną pisać, będą wyjawione nazwiska... A właśnie w obecnej chwili, kiedy w Ilirji odżył ruch rojalistowski i możliwość bliskiej restauracji, ten skandal sprawiłby najfatalniejsze wrażenie...
Jakże żałośnie wyglądał niefortunny król, oczekując na decyzję swego kuzyna Axela, który układał przed lustrem rzadką fryzurę! Wreszcie następca tronu zdecydował się rzec:
— Więc Wasza Królewska Mość sądzi, że dzienniki,.. I nagle głosem brzuchomówcy, głuchym i uśpionym, dodał: „Pierwsza klasa... świetnie... Jakże się będzie wściekał mój wuj...“
Ubrawszy się, nasunął na ucho kapelusz i wziął stick: — „Chodźmy na śniadanie..“ Trzymając się pod ramię doszli do powozu Chrystjana, oczekującego przy kracie Tuilerjów, i zajęli w nim miejsca otuleni w futra, był bowiem piękny dzień zimowy. Zgrabny pojazd pomknął jak wiatr, unosząc nierozłącznych przyjaciół ku cafe de Londres; ex-król, zbywszy ciężaru, promieniał cały, książę zaś był mniej śpiący, niż zazwyczaj, bowiem podnieciła go rozegrana dopiero co partja oraz myśl o nowej przygodzie, której w oczach całego Paryża stanie się bohaterem. Mijając plac Vendome, niemal bezludny o tej godzinie, spostrzegli młodą i elegancką kobietę, która trzymając za rękę dziecko, przyglądała się numerom domów. Jego Wysokość przypatrywał się szczególnie chciwie po trzytygodniowym poście wszystkim twarzyczkom kobiecym, czyniąc przytem uwagi. Lecz Chrystjan nie słyszał go, zajęty widokiem konia, podnieconego jakoś tego ranka; a gdy po chwili odwrócili się obaj ujrzeli, jak kobieta wchodziła do jednego z domów, sąsiadujących z Ministerstwem Sprawiedliwości.
Szła krokiem szybkim, pochyliwszy głowę, nieco chwiejna i zażenowana, jak przed pierwszem rendez-vous. Lecz jeśli ciemna i bogata toaleta oraz tajemniczy wygląd kobiety nasuwał jakieś w tym kierunku podejrzenia, smutny wyraz twarzy z jakim zapytała szwajcara o nazwisko jednego z najznakomitszych luminarzy medycyny musiał rozproszyć wszelkie wątpliwości.
— Doktór Bouchereau?.. Pierwsze piętro, drzwi nawprost schodów... Jeżeli nie ma pani numeru, ni warto wchodzić...
Nic nie mówiąc weszła do sieni pociągając za sobą dziecko, jak gdyby w obawie, że ich wstrzymają. Na pierwszem piętrze usłyszała to samo: Jeżeli pani nie zapisała się poprzedniego dnia...
— Zaczekam... odparła.
Służący, nie nalegając, przeprowadził ich przez pierwszy przedpokój, gdzie ludzie siedzieli na pakach, przez poczekalnię, równie natłoczono, wreszcie otworzył uroczyście drzwi do wielkiego salonu, które natychmiast zamknął za nimi z miną mówiącą: „Chciała pani czekać.. czekajże sobie...“
Był to pokój obszerny i bardzo wysoki, jak wszystkie mieszkania na pierwszem piętrze przy placu Vendôme, bogato zdobny w malowidła na suficie i boazerje. Rażąco odbijała od nich kanapa kryta czerwonym pluszem i takież portjery pośród odmiennych krzeseł i pufów. Żyrandol w stylu Ludwika XVI ponad gerydonem Empire, zegar z dwoma kandelabrami, brak wszelkiego dzieła sztuki świadczyły, że lekarz jest skromnym pracownikiem, którego rozgłos zjawił się niespodzianie. I jaki rozgłos! Tylko Paryż może go dać w szczególnych wypadkach roznosząc sławę poprzez wszystkie warstwy społeczne, na prowincję, zagranicę, po całej Europie. I tak było już od lat dziesięciu bez jakiejkolwiek zmiany, a jednogłośne uznanie kolegów przyznawało, że tym razem powodzenie przypadło w udziale prawdziwemu uczonemu, a nie zamaskowanej szarlatanerji. Rozgłos swój i nadzwyczajną praktykę zawdzięcza Bouchereau nie tyle cudownej zręczności operatora, świetnym wykładom anatomji i znajomości natury ludzkiej, co światłej intuicji, jaka nim kieruje, jaśniejszej i mocniejszej od stali narzędzi, genjalnemu oku myśliciela i poety, które czyni cuda w nauce i przenika do głębi, na wskroś. Słuchany jest, jak wyrocznia, ślepo, bez wahania. Gdy mówi: „To nic...“ chromi chodzą, a umierający wstają uleczeni; stąd — owa popularność przytłaczająca i tyrańska co mu nie daje chwili wytchnienia. Jako ordynator wielkiego szpitala odbywa co rano przegląd chorych, długi i skrupulatny, a towarzyszy mu pilna młodzież, patrząc na mistrza jak na boga, podając mu narzędzia, gdyż Bouchereau nie ma ich z sobą nigdy. Potem — kilka wizyt. Wróciwszy do domu, częstokroć nie zjadłszy należycie, zaczyna przyjęcia, trwające do późnego wieczora.
Tego dnia choć była zaledwie dwunasta, salon wypełnia tłum postaci ciemnych, niespokojnych, uszeregowanych wokół na krzesłach, albo zgrupowanych dokoła gerydonu, pochylonych nad książkami i ilustracjami. Ledwie odwróci się ktoś, aby spojrzeć na wchodzących, każdy bowiem zajęty jest sobą, zasklepiony w swem własnem cierpieniu, ogarnięty niepokojem, co też powie wyrocznia. Ponure milczenie chorych o twarzach poznaczonych boleścią, o spojrzeniach bezbarwnych, a nieraz błyszczących okrutnym blaskiem. Kobiety miały w sobie jeszcze nieco kokieterji, ta i owa maską wyniosłości pokrywała cierpienie, lecz mężczyźni, oderwani od swych codziennych zajęć i czynnego ruchliwego życia, sprawiali wrażenie bardziej przygnębionych i opuszczonych. Wśród tej egoistycznej niedoli matka z dzieckiem tworzą wzruszającą grupę: on wątły i blady, o wyglądzie zgaszonym i jednem tylko zdrowem oku, — ona nieruchoma, rzekłbyś, zastygła w straszliwym niepokoju. W pewnej chwili dziecko nudząc się poszło po obrazki leżące na gerydonie, krokiem nieśmiałym i niezgrabnym, właściwym kalekom. Sięgając do stołu, chłopiec potrącił jakiegoś chorego, który go obrzucił spojrzeniem tak złem i gniewnem, że wrócił na swoje miejsce z pustemi rękoma i siadł bez ruchu; pochyliwszy głowę na bok trwał w niespokojnej pozie wylękłego ptaka, tak często oglądanej u młodych ślepców.
Nagle krótki dreszcz przebiega salon, ożywiają się wybladłe twarze, a głowy odwracają się ku wysokim drzwiom, za któremi słychać szmer kroków i posuwanych krzeseł. Jest już, przyszedł. Kroki zbliżają się. W uchylonych drzwiach, raptownie otwartych, zjawia się mężczyzna średniego wzrostu, krępy i barczysty, o wysokiem czole i twardych rysach. Ogarnął salon spojrzeniem, krzyżującem się z tylu innemi, pełnemi niepokoju, przenika wzrokiem pacjentów, dawnych i nowych. Ktoś wchodzi, drzwi zamykają się. „On nie musi być uprzejmy“, odzywa się półgłosem jakiś pacjent, i aby nabrać otuchy, spogląda na tych wszystkich co przed nim będą przyjęci. Wielki to tłum, i miną jeszcze długie godziny oczekiwania, przerywane dźwiękiem starego zegara prowincjonalnego i rządkiemi wejściami lekarza, za każdym razem zdobywa się jedną piędź terenu; w salonie czyni się ruch, a po chwili znów wszystko wraca do ponurej nieruchomości.
Mijają godziny, długie i smutne. W mroczniejącym salonie postaci wydają się bledsze, bardziej zdenerwowane; coraz to zwracają się błagalnie ku beznamiętnemu Bouchereau, który zjawia się w regularnych odstępach czasu. Jakiś wieśniak martwi się, że trzeba będzie wracać nocą, a małemu, z którym przyszedł, dokuczy zimno. Jest tem tak przejęty, tak głośno daje wyraz swemu strapieniu w sposób szczery i naiwny, że gdy przychodzi kolej na matkę z niewidomym synem, oboje ustępują mu swego miejsca. Dziękuje z wdzięcznem wylaniem, a podtrzymując kulejącego syna nie widzi, że dama wciska coś do ręki biednego kaleki, mówiąc: „To dla ciebie... dla ciebie...“.
Jakże długie wydaje się matce i dziecku to ostatnie oczekiwanie, które potęguje nadciągający wieczór i mrożąca obawa. Wreszcie nadchodzi ich kolej; wchodzą do dużego, długiego gabinetu, oświetlonego wysokiem oknem, wychodzącem na plac. Obok stai biurko doktora, zwykłe biurko lekarza wiejskiego lub urzędnika rejestru. Bouchereau zasiada odwrócony plecami od światła, które uderza wchodzących: kobietę o twarzy energicznej i młodej, olśniewającej cerze i zmęczonych od bezsenności oczach, i chłopca, idącego z pochyloną głową.
— Co nam jest? pyta chirurg, przyciągając go ku sobie dobrotliwym gestem ojcowskim, bowiem pod szorstkością rysów kryje się czarująca tkliwość, której nie stępiła jeszcze czterdziestoletnia praktyka. Matka daje dziecku znak, aby się odsunęło, poczem głębokim i pięknym głosem, z cudzoziemskim akcentem, opowiada, że syn jej skutkiem wypadku stracił w przeszłym roku prawe oko. Obecnie i z lewej strony zjawiają się jakieś zakłócenia, mgły i nagłe olśnienia, paraliżujące wzrok. Doradzono dla uratowania go usunięcie oka prawego. Czy to jest możliwe? Czy dziecko zdoła wytrzymać? Bouchereau słucha uważnie, przechylony na poręcz fotela, wzrok utkwiwszy w tych dumnych ustach, czerwonych i czystych, których nie tknął nigdy ruż A gdy matka skończyła, rzecze:
— Operacja, o której pani mówi, jest pospolita, i dokonywa się jej bez żadnego zgoła niebezpieczeństwa... Raz jeden tylko, jedyny raz w ciągu lat dwudziestu zdarzyło mi się, że jakiś biedak nie zdołał jej przenieść... Prawda, że to był starzec — gałganiarz, alkoholik i źle odżywiany... Tu jest inaczej... Syn pani nie jest silny lecz ma piękną i zdrową mamusię... Zresztą zobaczymy go zaraz...
Woła dziecko i posadziwszy je na kolanach stara się naprzód nieco rozerwać. Z życzliwym uśmiechem pyta:
— Jak się nazywasz?
— Leopold, proszę pana.
— Leopold... nazwisko?
Mały patrzy na matkę, nie odpowiadając.
— A więc, Leopoldzie, trzeba zdjąć kurtkę i kamizelkę, muszę cię dokładnie obejrzeć.
Dziecko rozbiera się powoli, niezręcznie, z pomocą matki, której ręce drżą, i dobrego papy Bouchereau, zgrabniejszego od nich obojga. Ukazuje się ciało wątle i rachityczne, o ramionach wąskich i piersi zapadłej, o karnacji tak bladej, że szkaplerze i medaliki odcinają się niby ex-vota na gipsie. Matka składa pocałunek na głowie dziecka, niemal zawstydzona swem dziełem, podczas gdy lekarz bada i słucha, przerywają raz po raz pytaniem.
— Ojciec już w podeszłym wieku. nieprawdaż?
— Nie, panie doktorze... Trzydzieści pięć lat.
— Często chorował?
— Nie, prawie nie.
— Dobrze... możesz się ubrać, mój ty zuchu.
Pogrążony w obszernym fotelu, Bouchereau zamyśla się, a chłopiec wdziawszy swe aksamity, odchodzi na bok. Od roku przyzwyczaił się tak bardzo do tajemniczych dokoła siebie szeptów, że już nie zważa na nic, i nie stara się ich zrozumieć. Ale z jakim niepokojem kieruje się tu lekarzowi wzrok matki!
— I cóż?
— Pani, mówi Bouchereau głosem cichym, podkreślając każdy wyraz, syn jej istotnie zagrożony jest utratą wzroku. A jednak... gdyby to był mój syn, nie zadecydowałbym operacji... Nie przeniknąwszy jeszcze dobrze tej organizacji, stwierdzam jakieś dziwne zakłócenia, wstrząśnienie całej istoty, a zwłaszcza krwi, wyczerpanej, zepsutej...
— To krew królewska! zawołała nagle Fryderyka, wybuchając protestem. Wspomniała się jej raptownie, w jednej chwili mała trumienka, a w niej blada postać swego pierworodnego. Bouchereau uświadomiony tym okrzykiem, poznaje królowę Ilirji; nigdy jej nie widział, ale zna z portretów.
— O, łaskawa pani... Gdybym był wiedział...
— Niech się pan nie usprawiedliwia, rzekła Fryderyka, odzyskawszy spokój, przyszłam tu, aby usłyszeć prawdę, całą prawdę, której nigdy nie słyszymy, nawet na wygnaniu... Ach, panie doktorze, jakie królowe są nieszczęśliwe! Powiedzieć, że wszyscy na mnie nalegają, abym kazała operować swe dziecko. A przecież wiedzą, że tu wchodzi w grę go życie... Ale racja stanu! Za miesiąc, może a dwa tygodnie Sejm iliryjski zawezwie nas... Póki jest tu, mniejsza o to, ale ślepego króla któż będzie chciał! Więc operacja, grożąca mu zagładą! Tron lub śmierć! i ja chciałam się stać wspólniczką tej zbrodni, mój maleńki Zaro!... Cóż mu po panowaniu, mój Boże! Niech żyje, niech żyje!..
Godzina piąta. Zapada wieczór. Chwila powrotu z Lasku, gdy pojazdy jadą stępa, mijając kratę Tuilerjów, która w promieniach gasnącego zachodu, rzekłbyś, kładzie się na przechodniów długiemi prętami. Jedna strona Łuku Triumfalnego tonie w czerwonej powodzi światła, a drugą ogarnia już gęsty cień. Tamtędy właśnie toczy się ciężki powóz o herbach Ilirii. Mijając ulicę Castiglione królowa wspomina nagle balkon Hotelu pod Piramidami i złudzenia w dniu przybycia do Paryża, śpiewne i rozedrgane, jak owa muzyka, co dochodziła z poza gęstwiny drzew. Ileż zniosła rozczarowań, ile stoczyła walk! Teraz już po wszystkiem, po wszystkiem. Dynastja wygasła... Śmiertelny chłód ogarnia jej ramiona, a lando pogrąża się coraz bardziej w cieniu. To też nie widzi królowa tkliwego spojrzenia, co kieruje się ku niej nieśmiało, błagalnie.
— Mateczko, jeżeli nie będę królem, czy będziesz mnie wciąż kochała?
— O, moje kochanie!..
Ściska namiętnie wyciągniętą dłoń dziecka... Tak, ofiara została dokonana. Ogrzana i wzmocniona tym uściskiem, Fryderyka jest już tylko matką. A gdy ozłocone zachodzącemu promieniami zniszczone Tuilerje wynikają nagle przed ną, aby przypomnieć przeszłość, spogląda bez wzruszenia, bez wspomnień niby na jakąś starożytną ruinę Asyrji lub Egiptu, świadka minionych ludów i obyczajów, budowlą starą i — umarłą.

KONIEC.

Przypisy

  1. Zmęczyło mnie wreszcie odrabianie gestów za tego marnego króla...


 
Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Alphonse Daudet i tłumacza: anonimowy.