Szalona (Kraszewski, 1948)/Tom I/VII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Szalona
Tom Tom I
Wydawca Spółdzielnia Wydawnicza „Kurier”
Data wyd. 1948
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Zonia tak unikała Ewarysta, że prawie jej nie widział przez parę miesięcy, a pytać o nią nie miał kogo, iść zaś do niej sił mu brakło. Gdy pomyślał o zgubionym dziewczęciu, płakać mu się chciało.
Madzia, której siostra na listy nie odpisywała, lub odpowiadała tak, że nic z jej pisma oprócz obojętności i lekceważenia wyczytać nie było można, zgłaszała się o wiadomości do Chorążyca, ten odpisywał ogólnikami, aby nie obwiniać, unikając szczegółów, lecz nie tając, że Zonia była bardzo dziwaczną, mało przystępną itp.
Zmuszony wreszcie coś donieść o niej, choć nie widział jej od tak dawna, Ewaryst jednego dnia zmusił się pójść do dworku Sałhanowej. Robiło mu przykrość niezmierną z bliska patrzeć na tę istotę, dla której miał niewymowną sympatię, a ratować jej nie mógł.
We wrotach już z dala zobaczył starą Agafię, zaczepiającą przechodzących dla upragnionej gawędki i śmiechu. Stara była bardzo wesoła, a bez ludzi żyć nie mogła i chwili.
Zobaczywszy go poznała z dala starucha i witać zaczęła, zabierając się prowadzić do gospodyni.
Już weszli w korytarz, gdy Ewarystowi, zmierzającemu do pokoju Zoni, Agafia pokazała drzwi bawialni. Myśląc, że ją tam znajdzie, wszedł Ewaryst.
Heliodora sama leżała rozciągnięta na sofie z książką w ręku i cygaretką w ustach. Zerwała się prędko, zobaczywszy Ewarysta.
— Myślałam, że pana w Kijowie nie ma, rzekła, tyle czasu go nie widziałam...
Ewaryst oczami szukał Zoni.
— A Zonia gdzie? — spytał.
Zdumiona mocno, wdowa rozśmiała się szydersko.
— A to pan nic nie wiesz! — odezwała się — już tygodni ze sześć jak jej u mnie nie ma!
Rażony jak piorunem Dorohub poskoczył ku gospodyni.
— Gdzież jest? — zawołał.
— Wyniosła się — poczęła Heliodora. — Już przyznasz pan, że ja jej tu nie krępowałam niczym, miała swobody ile chciała, robiła co jej do głowy przyszło, ale, dziwaczna! sprzykrzyło jej się tu, no, wyniosła się, nawet nie wiem dokąd, bo jej nie widuję.
Zaniemiał Chorążyc. Był to cios, którego się nie spodziewał.
— Nie może być — rzekł — abyś pani całkiem nic nie wiedziała o niej, zmiłuj się pani nade mną, powiedz...
Wdówka dziwnie pokręciła głową.
— Pan także się w niej kochałeś, słowo daję — odezwała się — dziewczyna ta ma osobliwe szczęście, wszyscy przepadają za nią i Jewłaszewski.
— Nie wiesz pan może, co się z nim stało? — zapytała.
— Nic nie wiem.
— Jak w wodę wpadł! Osobliwa też rzecz, nagle zwinął chorągiewkę. Powiadają, że jest w mieście, że po urzędnikach na wieczory chodzi, a nikt go z dawnych przyjaciół nie widzi. Takiej dezercji, przyznam się, żem się po nim nie spodziewała! — Pokiwała głową, patrząc w oczy Chorążycowi.
— O Zoni tyle wiem — szepnęła ciszej poufnie — niech pan się tym nie martwi, że Zoriana Szeligę puściła... Zwodził ją, taką śliczną dziewczynę, a miał razem drugą kochankę i to jeszcze kogo! Jak się dowiedziała plunęła w oczy i kazała iść precz.
— Najęła sobie mieszkanie osobno... sama jedna ze służącą. Słyszę schodzą się tam u niej wieczorami, siedzą do późna, co mówią to powtarzać nie chcę. Na dole w tym samym domu mieszka Teofil Zagajło, Litwin, akademik, medyk, ten, słyszę, nie wychodzi od niej, pokochali się bardzo.
— Byle tylko znów tak nie było jak z Zorianem. — Umilkła, patrząc wciąż na zbolałego Ewarysta, który ze spuszczonymi oczyma siedział zabity, niemy, bez ducha prawie, powtarzając po cichu:
— Nieszczęśliwa! zgubiona!
Widząc go tak znękanym żal się zrobiło kobiecie, która serce miała aż nadto dobre i miękkie, wzięła go zwolna za rękę i dodała pocieszając:
— Już to prawda, jak mamę kocham, że za nic i za nikogo ręczyć nie można. Człowiek sam za siebie nie wie czy by ręczył! No, ale co do Zoni ja panu powiadam, ona taka zuchwała jest, szalona, lecz rozum ma i wziąć się tak nie da! O! nie! Cóż z tego, kiedy ludzie patrząc co wyrabia myślą sobie nie wiedzieć co i szkalują ją. A ona o to nic a nic nie dba. Patrzy śmiało wszystkim w oczy, plećcie co chcecie.
— Cóż to znowu za Zagajło? — spytał słabym głosem Ewaryst. — Pani go zna?
— Widziałam go, chłopiec niczego, roztropny bardzo, ale zawierucha — mówiła Heliodora — porywczy, gorączka. Ubogi bardzo, wygląda dosyć dobrze, gada dużo, kłócić się lubi...
— Mnie się zdaje — dodała — że ona i z tym niedługo zerwie, bo czego chce trudno odgadnąć!
Ewaryst nie miał już co mówić, a wdowa ciągnęła dalej.
— Czemu pan bo czasem nie zajdziesz do mnie! Ot byś sobie wieczorek przepędził spokojnie, bo u mnie teraz tak dużo osób nie bywa, od czasu jak Jewłaszewskiego nie stało... Czasem tam parę znajomych, a częściej nikogo... Mnie pana żal, tak żyjesz samotnie, a zadurzyłeś się niepotrzebnie w tym trzpiocie...
Grzecznie podziękowawszy Ewaryst po krótkiej rozmowie pożegnał gospodynią, która go aż w korytarz, ciągle zapraszając na herbatki, wyprowadziła.
Nie trudno było dowiedzieć się o nowe mieszkanie Zoni, gdyż stara Agafia zaczepiła go na wychodnym i wskazała mu je bardzo dokładnie. Ewaryst nowym niebezpieczeństwem biednej dziewczyny rozbudzony, postanowił tegoż dnia jeszcze pójść do niej.
W kamienicy pokazano mu mieszkanie na tyle od dziedzińca, w którym się już świeciło. Służąca niepozorna otworzyła drzwi nie oznajmując.
W pokoju siedziała Zonia sama, opodal od stołu, zmęczona i tak smętna jak gdy ją widział ostatnią razą.
Gdy Chorążyc wszedł podniosła się powoli, idąc ku niemu i przywitała zimno...
— Dawnośmy się nie widzieli — rzekła przypatrując mu się.
— Tak, dawno — wyjąknął głosem zbolałym Chorążyc — żem nawet nie wiedział gdzie szukać panny Zofii.
— A! a! porzuciłam Heliodorę — odezwała się żywo — dobra kobieta, ale ograniczona, a panować chciała nade mną i dawać mi rady! Ja tego nie lubię.
Wskazała krzesełko.
— Teraz jam sobie sama pani!
Ewaryst nie mogąc pochwalić tego, milczał.
— Wam, ludziom starego świata wydaje się to szkaradą jakąś. — Panna! sama jedna i przyjmująca u siebie mnóstwo młodzieży, a na dole w tym samym domu akademik.
— Pan Teofil Zagajło? — wtrącił Ewaryst.
— Już wiesz? — pochwyciła rumieniąc się Zonia, jestem pewna, że Heliodora to zwiastowała, dodając, że jest moim kochankiem!
Nagle wstrzymała się i dodała:
— A! powinnam się wytłumaczyć z mojej zerwanej przyjaźni z panem Zorianem, bo przypominam sobie, żem się nawet niegdyś przyznawała przed panem, że go kocham. A! kochałam go szalenie, choć wart tego nie był. Istota jakaś ślimaczej natury, bez energii, bez serca, zbydlęcona... pfe! pfe!
A! jak nas ludzie okrutnie zwodzą — mówiła coraz żywiej. — Jak orzechów tych ludzi, więcej pustych i robaczliwych niż dobrych, zęby na nich psują, aby mieć usta pełne próchna!
Pfe!
Od czasu jakeśmy się widzieli zostałam straszną pesymistką! Życie jak komedia bez sensu, snem jakimś i zmorą... ciąży, dolega a nie opłaca się niczym... Plugawa kałuża ten wasz świat!
— Zoniu moja — wtrącił Ewaryst — tak on się może wydaje tym, co na niego oczyma skoszonymi patrzą.
— A, zapewne! wy patrzycie nań prosto! idealiści karmiący się mrzonkami. Aby nie żyć w tej brudnej rzeczywistości, stworzyliście sobie świat, którego nie ma... piękny jak bańka mydlana, ale pusty!
Daj mi z nim spokój!
W tej chwili, ze śpiewką na ustach i cygarem w ręku, bez ceremonii, w kurtce jakiejś, bez chustki, w pantoflach na nogach wszedł pan Teofil Zagajło. Zobaczywszy go w tym stroju, Zonia się zarumieniła, on zaczął się przypatrywać Ewarystowi.
— Pan Teofil, mój sąsiad, który w negliżu sobie pozwala mnie odwiedzać, co mu się przebacza, bo pracowity bardzo, nie ma czasu się ubierać.
— A! pewnie — odparł pan Teofil — z kolegami nie robi się ceremonii.
Pierwszy raz z bliska widział Chorążyc tego kolegę. Był to młodzieniec silny, zdrów, szerokich ramion, rozkwitły bujno, z twarzą nie tak piękną jak rozumną, ale razem wiejącą zawczesnym chłodem. Na wygładzonym czole, w spojrzeniu jasnym i sięgającym do głębi malowało się pojęcie łatwe, inteligencja żywa, lecz jakby przedwczesną starością zwiędła. Poezji młodości, jaką ma każda prawie twarz w tym wieku jaki miał Teofil, nie było śladu w nim. Starła ją nieubłagana walka z losem, zawczesne pojednanie się z rzeczywistością czy samo dziwne wewnętrzne usposobienie człowieka, który nie musiał nawet czuć potrzeby uciekania się do żadnych ideałów dla ukraszenia sobie życia.
Było w nim coś rubaszno-żołnierskiego coś co zowią chłopskim; szedł po świecie pewien swej siły i nie wątpiąc, że nad nim zapanuje. Łagodności i przymilania się nie było w nim znaku, raczej umyślnie przybrana szorstkość i wyraz siły stojącej do popisu.
Z Ewarystem przywitał się dosyć obojętnie i poufale, tak samo i z Zonią, z którą zdawał się obchodzić nie tak jakby z kobietą należało.
Siadł zaraz w krześle, rzucając na stół czapeczkę i paląc dalej cygaro. Zonia była jakby zakłopotana tą poufałością zbytnią, z którą się u niej rozsiadał jak w domu, ale wprędce przyszła do siebie i zwróciła się z rozmową do Ewarysta. Pan Teofil mieszał się do niej półsłowami szyderskimi, z jakąś wyższością trochę dziwaczną.
W ogóle nie był to człowiek wstrętliwy, mimo gburowatej swej powierzchowności, zdawało się, że nań rachować było można i że pod tą powłoką chropowatą było i serce poczciwe i umysł zdrowo rozwinięty. Ewaryst mógł sobie łatwo wytłumaczyć przewagę jego nad Zonią, poczuciem siły jaką Żmudzin objawiał. Obcując z nim, potrzeba było albo mu się poddać lub go podbić, a ostatnie musiało być równie trudnym dla serca jak dla ducha, bo Zagajło miał w sobie coś, co go do panowania nad drugimi wyznaczało.
Mówił z taką śmiałością i siłą przekonań, że spór z nim wieść było próżnym. W równym wieku z Ewarystem, obchodził się z nim jakby z młokosem, z góry nań spoglądając. Z Zoni pozwalał sobie żartów delikatnych, ale tak dla niej nieprzyjemnych, że ciągle rumienić się i niecierpliwić musiała.
Rozmowa o sprawach ogólnych wywołała z jego strony surowe krytyki wszystkiego o co potrącono, nie przebaczał ani nauczycielom, ani współuczniom. Mówił zwięźle, stanowczo prawie i nie chcąc słuchać opozycji. Zonia z widocznym niepokojem słuchała go, patrząc jakie wrażenie czyni na Ewaryście, który więcej mu dawał mówić, niż sam się odzywał. z
Wspomniano coś o Jewłaszewskim.
— Komediant! — zawołał Zagajło — skończył jak oni wszyscy, schowawszy się za kulisy. Nigdy nie byłem wielkim jego wielbicielem, bo często cały wieczór go słuchając, gdym kwintesencję chciał wycisnąć z tego co wygłaszał z taką prozopopeją, kropli nie wydusiłem z tego próchna.
U mnie człowiek jest w czynie, a słowo!... to zdawkowa moneta tych, którzy grubej nie mają.
Widząc, że gościa tego, który tu był jak w domu, nie przesiedzi i z Zonią się już nie będzie mógł rozmówić, Chorążyc pożegnał ją, zostawując pana Teofila, który wołał służącej właśnie, aby podawała herbatę.
Całe obejście się jego u Zoni rażące było jakąś samowolą zbyteczną, którą ona znosiła bez szemrania. Czasem tylko brwi się jej ściągały i sznurowały usta, jakby chciała wybuchnąć, lecz wprędce siła tego człowieka brała górę.
Z przykrym wrażeniem, które zawsze wynosił z sobą, ile razy Zonię widział, powrócił pan Ewaryst do domu. Niewymowny żal tej zbłąkanej dziewczyny nie dał mu długo niczym się zająć. Myślał, wzdychał i znużony tym dumaniem bezowocnym, wziął się do jednego lekarstwa, którego zwykł był używać, gdy mu co dolegało. Zasiadł do książek i pracy.
Wieczór już był późny, dzień jesienny, ciepły i piękny. Noc nadeszła niepostrzeżona, a jej cisza nadto sprzyjała pracy, którą był zajęty Ewaryst, by mu się ją chciało przerywać.
Pozbył się natrętnych myśli, zatopił cały w swych studiach i ani zważał jak zegarek na kominie stojący wybił północ. W domu wszystko już, jeśli nie spało, to się uciszyło. Okno jego pokoju otwarte wychodziło na ulicę, w której głuche milczenie małego miasteczka ledwie kiedy niekiedy krok spóźnionego przechodnia przerywał, zbliżając się i ginąc potem w oddali.
Około pierwszej było, gdy wśród tego uśpienia niezwyczajny jakiś szmer z ulicy uderzył jego ucho. Szedł ktoś a raczej biegł krokiem nierównym, przerywanym, pośpiesznym, to omdlewającym. Coś jak jęk głuchy, głos stłumiony na wpół płaczem odezwał się też u drzwi kamienicy, w które słabe uderzenie słyszeć się dało.
Ewaryst wyjrzał i w mroku zobaczył kogoś stojącego u wnijścia. Była to kobieta... ręką bezsilną biła we drzwi, opierając się głową o nie. Jakiemś przeczuciem wiedziony Ewaryst chwycił świecę i zbiegł co prędzej ze schodów z kluczem, aby zobaczyć kto to mógł być.
Gdy drzwi otworzył, ujrzał przed sobą Zonie z rozpuszczonymi włosami, nieubraną, okrytą chustką narzuconą na prędce. Twarz jej miała wyraz obłąkania, oczy biegały wkoło przelękłe, usta nie mogły wydać głosu. Rękami drżącymi wskazała poza siebie.
— Zabiłam! — krzyknęła — ratuj mnie. Nie wiem... nie wiem, co mam zrobić z sobą — zabiłam.
Nie mogła mówić więcej i oparła się o ścianę, czoło gorące tuląc do niej, jakby je chciała ostudzić.
Chorążyc nie mogąc pojąć co się jej stało, na pół zemdloną ujął za rękę i siłą niemal poprowadził z sobą. Szła bezmyślna i posłuszna, jęcząc i dysząc, a gdy się znaleźli na górze padła w krzesło, zakrywając sobie oczy.
Ewaryst podał jej wody, odtrąciła ją.
— Mów na Boga, co się stało! — zawołał.
— Zabiłam go! — odparła gwałtownie, porywając się z krzesła Zonia — alem niewinną!
Tak, mówiłam mu sto razy, że rewolwer zawsze mam przy sobie, że nie powinien się ważyć progu mojego przestąpić w tej godzinie.
Położyłam się w łóżko, niepoczciwa służąca otworzyła drzwi, śmiał wnijść do mnie po nocy. Lampka się paliła, bo nie cierpię, ciemności, zobaczyłam go wprost idącego do mnie. Zawołałam, że strzelę, nie słuchał, śmiał się, rzucił się ku mnie.
Zakryła sobie oczy.
— Padł we krwi się tarzając! Zabiłam go! tak! a takem go kochała. O! ja nieszczęśliwa! Widzę go jak padł z jękiem, za piersi się chwytając i krzycząc.
— Szalona! — Tak! Byłam szalona, byłam niegodziwa... a teraz sobie chyba odbiorę życie.
Jęku i płaczu jej niepodobna było utulić. Ewaryst nie wiedząc sam co ma zrobić, wahał się czy iść dowiedzieć się o Zagajłę, czy pilnować ją tutaj, aby sobie życia nie odebrała.
W tej niepewności, gdy jeszcze walczył z sobą, Zonia się zerwała nagle i krzyknęła:
— Chodź ze mną!
— Tak, ja tam powinnam być na miejscu i nie uciekać, ani kłamać. Com spełniła, tego się nie wstydzę, ale żałuję! ach żałuję. Bez niego żyć? Na cóż mi życie...
I otulając się chustką poczęła niecierpliwie biec ku drzwiom, nagląc.
— Ze mną, chodź ze mną! chodź tam! ja muszę tam być...
Chorążyc, nie wiedząc prawie co czyni, bo czasu do rozmysłu nie miał, chwycił czapkę, ciągnęła go gwałtownie, wołając zdyszana:
— Chodź! idźmy!
W ulicach było pusto, biegiem prawie pędziła Zonia, nie rozpoznając drogi, padając co chwila, tak że ją Ewaryst przytrzymywać musiał i prowadzić... Gdy się zbliżyli ku mieszkaniu, Zonia się zatrzymała z trwogą patrząc na kamienicę.
Chorążyc spostrzegł na pierwszy rzut oka, że wypadek nie musiał być tak strasznym jak się wydał Zoni, gdyż około kamienicy żadnego nadzwyczajnego znaku życia ani zbiegowiska nie było. Stała czarna, milcząca, i drzwi tylko wchodowe na pół otwarte, którymi wybiegła Zonia, świadczyły, że po niej nikt nie wychodził później ani spostrzegł, że stały otworem.
Milczenie to dziwnym się zdało i jej nawet, uspokoiła się nieco, ciągnąc za sobą Ewarysta. Gdy weszli w podwórze, znaleźli je milczącym i pustym także, na piętrze tylko drzwi mieszkania Zoni otwarte były całkiem i świeciło w nich. Z trwogą posuwała się ona ku nim, sięgając okiem w głąb, tu nie było nikogo, sprzęty tylko porozsuwane, nieład, krwawe szmaty porzucone, a w drugim pokoiku przy łóżku Zoni na podłodze ogromna plama krwi zaschłej. Zobaczywszy ją, Zonia się cofnęła z krzykiem do pierwszego pokoju.
Ewaryst, posadziwszy ją w krześle, sam zbiegł co prędzej szukać sługi i, jak się domyślał, rannego pana Teofila.
Wiedział, że ten stał na dole i po głosach, które z wnętrza się słyszeć mu dały, doszedł łatwo mieszkania Zagaiły.
Ruch w nim był widocznie tłumiony umyślnie, aby nie pobudzić sąsiadów. Ewaryst wsunął się śmiało. W dosyć obszernej jedynej izbie za parawanem słychać było żwawą rozmowę i krzątanie. Służąca Zoni biegała z wodą i płatkami. Ewaryst ujrzał na łóżku leżącego rannego pana Teofila, któremu dwu z sąsiedztwa zwołanych studentów rany opatrywało. Zagajło leżał z ustami zaciśniętymi, z zamkniętymi oczyma, blady, pomazany krwią, ale z wyrazem męstwa i obojętności, dowodzącym wielkiej siły charakteru.
Wtem jeden z opatrujących ranę, odwróciwszy się spostrzegł i poznał Ewarysta.
— A pan tu co robisz? — zapytał.
— Łatwo się domyśleć — rzekł Chorążyc — mówcie, jest niebezpieczeństwo?
— Ba! — odparł jeden z opatrujących — o włos a byłaby go położyła trupem. Szczęściem kula siły wielkiej nie miała, ośliznęła się po żebrach, ale będzie miał lizać się z czego!
Leżący otworzył oczy, skierował je na Ewarysta, poznał go i rzekł głosem suchym, prędkim:
— Powiedz-że jej pan, że nie ma nic — głupstwo! ja winienem! Żart był niedorzeczny! Gotowa sobie co zrobić, powiedz jej, że rana nie znacząca — trochę krwi.
Zamknął szybko oczy, a Ewaryst co prędzej pobiegł na gorę. Zonia, jak ją porzucił, siedziała w krześle, z głową z poręczy zwieszoną... Usłyszawszy zbliżającego się porwała konwulsyjnym ruchem, oczyma chciała z twarzy wyczytać co przynosi.
— Uspokój się — rzekł Ewaryst — daję słowo, że jest zaledwie ranny, żadne niebezpieczeństwo mu nie zagraża... ma dwóch co go opatrują. Przytomności nie stracił wcale, krwi tylko ubiegło mu trochę.
— Zdaje się, że w domu nikt nawet strzału nie słyszał.
Razem z Chorążycem służąca onieśmielona pokazała się w progu, jakby pani w pomoc przyjść chciała. Zobaczywszy ją gniewna Zonia ruchem ręki wskazała jej, aby szła precz.
Chciała coś powiedzieć.
— Precz! zawołała dziewczyna — idź, nie pokazuj mi się.
Wiadomość, którą Ewaryst jej przyniósł, zwolna zdawała się ją uspokajać. Siadła znowu w krześle zadumana. Teraz dopiero, gdy wielka trwoga odeszła, poczuła znużenie i bliską będąc mdłości, zażądała wody.
Chorążyc sam jeden musiał nie bardzo umiejętnie przyjść na ratunek. Niepodobna było ją tak opuścić samą, służąca bowiem, znając swą panią, natychmiast zabrawszy co miała wyniosła się tak, że w pół godziny jej już nie było.
Wyszedłszy z mdłości, Zonia zwolna odzyskała przytomność i sama zajęła się sobą. Ewaryst chciał ją namówić, aby się położyła, ofiarując pozostać na straży, choćby za drzwiami.
— Krew — krew! ja tam nie pójdę! — odparło dziewczę.
Dniało już, gdy Chorążyc szepnął jej, że mógłby odprowadzić do Heliodory. Myśl tę pochwyciła żywo, poprawiła ledwie ubranie i wyszli. W sieniach stanęła na chwilę u drzwi Teofila, niepewna, jakby do niego wnijść chciała, lecz Ewaryst, ująwszy ją za rękę silnie, gwałtem prawie uprowadził.
Przez całą drogę szła milcząca i jak nieprzytomna, słaniając się... Dopiero u dworku Sałhanowej, który stał jeszcze zamknięty, wskazała okno, do którego zastukać było potrzeba, aby staruszkę obudzić.
Przybycie Zoni o tej godzinie, w tym stanie jakimś nieprzytomności, poruszyło wnet dom cały. Agafia poszła zbudzić panią Heliodorę, która nierychło, bledsza niż zwyczajnie, cała drżąca, okryta szlafroczkiem jakimś, bosa zjawiła się w salonie, a zobaczywszy Ewarysta cofnęła z krzykiem. Długiego czasu było potrzeba nim się przeze drzwi można było zrozumieć.
Zonia zaledwie wszedłszy do saloniku powlokła się ku sofie, położyła na niej i jakby cudem, natychmiast usnęła...
Chorążyc więc miał czas, nieco już ogarniętej w sąsiednim gabinecie, pani Heliodorze opowiedzieć wszystko.
Wdowa słuchała zdumiona tak, że tylko półsłówkami mu przerywała...
— A mówiłam — odezwała się na ostatku, ochłonąwszy nieco — mówiłam zawsze, że się to okropnie skończy. Ta Zonia! no, proszę ja pana! z pistoletem! jak mamę kocham! Co to będzie! co to będzie! Uchowaj Boże śledztwa!
— Sądzę — dodał Ewaryst — że się to wszystko cicho skończy. W domu nikt podobno nie słyszał i nie wie, a pan Teofil chwalić się nie będzie z rany, na którą zasłużył.
Heliodora wciąż ramionami ruszała.
— Jak mamę szczerze kocham, odezwała się po cichu oczy spuszczając — ja myślałam, że oni z sobą byli już tak, że proszę pana, to nie do uwierzenia. Niech pan sobie przypomni co ja mu mówiłam... z nią nie ma co żartować! To dziewczyna szalona.
— Co teraz z nią począć?
Dzień się robił, gdy Chorążyc wyszedł od wdowy, która mu przyrzekła czuwać nad Zonia. Na palcach przesuwając się przez salonik zobaczył ją leżącą na sofie, jak była padła na nią, i głęboko uśpioną. Zmarszczone brwi i bolesny wyraz ust jakby marzenia przykre zdradzały... Heliodora stanęła nad nią z załamanymi rękami, a stara Agafia, nie rozumiejąc nic jeszcze, czekała pożerana ciekawością, aby się dowiedzieć co się stało z tą „hołubką“.
Nazajutrz, niewiele spocząwszy, Chorążyc powrócił około południa do pani Heliodory, u której dotąd pozamykane były okiennice. W bramie Sałhanowa powiedziała mu na ucho, że „hołubka“ spała jeszcze.
Wzdychała ciężko staruszka i potrząsała głową.
— Oj to, panoczku, czasy! to czasy! chyba niedługo czekać na antychrysta! Co to się dzieje! Jakie to teraz chłopcy, jakie dziewczęta. Prawda, bywało i dawniej różnie, od czego młodość! Ale się choć Boga bali, panoczku, a pokutowali — a teraz!
Rzuciła ręką.
W sieniach wyszedłszy ku niemu pani Heliodora oznajmiła, że Zonia twardym snem kamiennym spała jeszcze. Jęczała tylko przez sen i wyrazy się jej wyrywały niezrozumiałe. Wdowa nie chciała ją budzić spodziewając się, że tak snem przejdzie wszystko.
Tego dnia więc Ewaryst się już nie dowiadywał, zapewniwszy, że Heliodora o chorej mieć będzie staranie. Rano znalazł okiennice otwarte i starą Agafię z rękami w kieszeniach u wrót na swym stanowisku.
— A co, przychodzicie się o hołubkę dowiedzieć? nieprawda?? — odezwała się — no, ja już nic nie powiem, bo ja nie rozumiem nic, idźcie do pani, ona wam wytłumaczy, kto ich dziś zrozumie!
Z poplątanej mowy Agafii Ewaryst tylko domyślił się, że Zoni gorzej nie było.
Heliodora wyszła do niego z papierosem.
— Jak się ma Zonia? — zapytał.
— Cóż? — zdrowa — rzekła obojętnie wdowa. — Wyspała się, siły jej wróciły i co myślicie, zrobiła gdy wstała? Pierwsza rzecz, że ona powinna tam być u łóżka chorego, aby go pilnować!
Com się naprosiła, co naperswadowała! Z nią wszystko groch na ścianę, bo to upór jakiego drugiego nie masz. No i koniec końcem powlokła się, jestem pewna, że teraz przy chorym siedzi!
Kwaśno dokończywszy wdowa chciała dłużej rozpowiadać o sobie, jak się w nocy nastraszyła gdy ją obudzono, jakie miała uczucia, wrażenia, jak ją później okropnie głowa bolała itp., lecz Chorążyc, podziękowawszy za przyjacielską pomoc, pośpieszył szukać Zoni.
W mieszkaniu jej, w którym nowa służąca, polecona przez Agafię, gospodarowała, nie było nikogo. Powiedziała Chorążycowi pomywając właśnie podłogę niemłoda kobieta, że panna była na dole u studenta.
Ewaryst wchodzić tam teraz nie chciał, prosił, by ją wywołano; Zonia wyszła już zupełnie spokojna, bledsza tylko niż zwykle i z ustami spalonymi.
— Widzisz — odezwała się do Chorążyca — miejsce moje przy nim. Dzięki Bogu, że żyje, bo ja bym go nie przeżyła. Nie odstąpię od łóżka, póki zdrów nie będzie. Jest tak poczciwy, że mnie nie obwinia i nie gniewa się na mnie. Kocham go więcej może niż dawniej.
Chorążyc nie wiedział co odpowiedzieć, tłumaczyć jej niestosowność tego postępowania było daremnym, bo zrozumieć nie mogła i nie chciała co nie było po jej myśli.
Krótko podziękowawszy Ewarystowi za pomoc i opiekę, podała mu rękę, spojrzała nań okiem jakimś obłąkanym, zeszklonym, i śpiesznie weszła nazad do chorego izdebki.

KONIEC TOMU I.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.