Tajemnica zamku Rodriganda/Rozdział 40

<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Tajemnica zamku Rodriganda
Podtytuł Powieść
Rozdział Wyspa wśród oceanu
Wydawca Księgarnia Komisowa
Data wyd. 1938
Druk Drukarnia Artystyczna
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Waldröschen
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
WYSPA WŚRÓD OCEANU

Okręt wypłynął wkrótce na pełne morze. Po jakimś czasie przybył do Adenu, gdzie wysadzono na ląd tłumacza, obydwóch Somali i Abisyńczyka, hojnie ich obdarowawszy. „Syrena“ płynęła teraz na wschód, ku Indjom, by w Kalkucie wysadzić na brzeg pozostałych pasażerów. Rozmawiano podczas podróży niewiele; każdy zajęty był własnemi myślami.
W okolicach, przez które płynęli, panowały szalone upały; to też dnie całe schodziły naszym podróżnym i załodze w półśnie, prowadzenie bowiem okrętu przy pomyślnym wietrze nie wymagało wysiłku. Wieczorami zbierali się wszyscy na pokładzie i snuli plany na przyszłość.
Wagner był prostym, poczciwym człowiekiem, o czułem dla bliźnich sercu; był w świetnym humorze, wyratował bowiem nieszczęsnych zbiegów i zrobił w Zeyli doskonały interes.
Hrabia uświadamiał sobie doskonale, że ratunek zawdzięcza kapitanowi; uważał, że dalsza pomoc Wagnera przyniesie jemu i towarzyszom nieocenione korzyści. Postanowił więc wtajemniczyć kapitana w przeżycia naszych bohaterów. Opowiedział Wagnerowi wszystko, co uważał za odpowiednie. Wagner słuchał z natężoną uwagą. nie przerywając. Częste, wściekłe wypluwanie tytoniu, który żuł bez przerwy, zdradzało tylko, że ziarna słów hrabiego padają na żyzny grunt. Gdy don Fernando skończył, Wagner przeszedł się kilkakrotnie po pokładzie, poczem rzekł:
— Niebywałe! Wstrętne! Straszne! Czy cała pańska istota nie woła: zemsty, zemsty?!
— Oczywiście. Z pewnością zemścimy się, jeżeli te łotry jeszcze żyją.
— Jeszcze żyją? Takie łotry, takie kanalje nie umierają łatwo, don Fernando. Idę o zakład, że się jeszcze nie smażą w piekle. Co pan zamierza uczynić, don Fernando?
— Chcemy się dostać do Kalkuty...
— Aby wynająć statek? — wtrącił Wagner.
— Albo kupić — odparł hrabia. — W tym celu zabrałem przecież skarby sułtana. Czy zna się pan, kapitanie, na prowadzeniu parowca?
— Spodziewam się! Główna rzecz to dobry maszynista, bo z maszyną ma kapitan niewiele do czynienia. Dlaczego pań postawił to pytanie?
— Ponieważ mam zaufanie do pana. Chciałbym, aby sennor zawiózł nas na wyspę.
— Ja? Ależ z całej duszy! — zawołał kapitan. — Wypowiedział pan, don Fernando, to, o czem myślałem. Jeżeli chce pan naprawdę skorzystać z usług starego wilka morskiego, mam nadzieję, że będzie pan ze mnie przy Boskiej pomocy zadowolony.
— A ten statek?
— Rzecz najważniejsza, zrobiłem świetny interes; wezmę tylko w Kalkucie ładunek, a mój sternik go zawiezie. To uczciwy człowiek. Usprawiedliwi mnie przed właścicielem.
— Świetnie! W takim razie wszystko w porządku?
— W porządku — odparł kapitan.
Wiatr dął pomyślny; statek był dobrym żaglowcem, przybył zatem do Kalkuty w jakie trzy tygodnie po wyruszeniu z pod góry Elmes. Kapitan znalazł odpowiedni ładunek; podczas, gdy jego ludzie zajęci byli ładowaniem towarów, rozpoczął poszukiwania parowca. Niestety, żaden statek nie był do sprzedania, wszystkie bowiem stojące w porcie okręty stanowiły własność rządu, lub towarzystw akcyjnych; komendanci nie mogli niemi dysponować. Wagner zwątpił już zupełnie, czy mu się uda cel swój osiągnąć, gdy na szczęście przybył do portu jakiś Anglik na własnym parowcu, który postanowił sprzedać.
Wagner skorzystał z nadarzającej się sposobności. Obejrzał okręt, skonstatował, że jest nowy i dobrze zbudowany; kupił też za wysoką cenę, pozostawiając całą załogę na dawnych stanowiskach.
Wobec niesłychanych bogactw, nagromadzonych w Kalkucie, wielkiego skupienia pieniędzy, ożywionego handlu klejnotami i perłami, uprawianego w tym mieście, hrabia z łatwością sprzedał, część kosztowności za wysoką sumę.
Opłacono z niej cenę statku, który zaopatrzony został w węgiel, prowianty i wszystko, potrzebne do podróży. Podróżni nie zapomnieli oczywiście o sobie. Emma przywdziała znowu suknie kobiece; hrabia wyposażył siebie i wiernego Mindrella we wszystko, czego brak tak długo odczuwali. — Co do swych planów zachowywał zupełne milczenie. Zwierzył się tylko konsulowi hiszpańskiemu, który zaopatrzył go w dokumenty i potrzebne papiery, okazując chętnie pomoc we wszystkich sprawach.
Po jakimś czasie można było wreszcie pomyśleć o podniesieniu kotwicy. Rzeczą najważniejszą było oznaczenie, gdzie leży samotna wyspa. Emma określiła położenie wprawdzie w ten sam sposób, jak to uczynił Zorski, ale Zorski nie miał przecież przy sobie odpowiednich instrumentów, aby rzecz określić dokładnie, więc niezbyt można było na jego pomiarach polegać. Postanowili tedy szukać w wytkniętym kierunku tak długo, dopóki wyspy nie odnajdą.
Ponieważ wiał korzystny pasat, statek gnał szybko z podniesionemi żaglami. Nareszcie podpłynęli do wyspy Ducie, leżącej na wschodzie archipelagu wysp Paumotu.
O piętnaście stopni na południe i trzynaście na wschód, równolegle do wysp Wielkanocnych, powinna się była znajdować wyspa, według informacyj Zorskiego. Kapitan Wagner zaczął tu kołować. Trwało to przez kilka dni, ale nie przyniosło żadnego rezultatu. Ze względu na podwodne rafy Wagner nocą zatrzymywał maszynę parową; parowiec wtedy poruszał się tylko pod podmuchem wiatru. W ten sposób osiągał kapitan podwójną korzyść: po pierwsze, zabezpieczał statek przed rafami, po drugie, oszczędzał na węglu, którego tylko niewielki zapas mógł się na statku pomieścić.
Wagner sypiał jedynie w dzień po kilka godzin. Pewnej nocy czuwał na wysokim pomoście kapitańskim i wpatrywał się w zasiany błyszczącemi gwiazdami horyzont. Obok niego stał don Fernando z lunetą przy oku. W pewnej chwili kapitan trącił hrabiego ze słowami:
— Don Fernando, niech mi pan pozwoli na chwilę lunety.
— Oto jest. Czy pan co widzi? — zapytał hrabia, zaciekawiony.
— Tuż nad powierzchnią wody widzę gwiazdę o dziwnym blasku. Idę o zakład, że to nie gwiazda z firmamentu.
— A więc poprostu nie gwiazda?
— Nie, to światło sztuczne; jakiś płomień.
Wagner wziął lunetę, zaczął przez nią patrzeć. Wreszcie odłożył i odparł z całą stanowczością:
— To nie gwiazda.
— Może latarnia statku, który nam płynie naprzeciw?
— Nie. To blask ognia, płonącego na lądzie.
— Ach, więc się zbliżamy do wyspy?
Przypuszczam. Moja luneta nie oszukała mnie jeszcze nigdy. Wprawdzie obliczyłem dokładnie, w jakim punkcie się znajdujemy; wiem, że niema tam żadnego lądu; dowodzi to jednak tylko, że zbliżamy się do nieznanej wyspy.
— Boże, gdyby to była wyspa, której szukamy! Czy mam zbudzić sennorę Emmę?
— Nie, jeszcze nie. Patrzcie! Zdaje się, że światło gaśnie.
Hrabia stwierdził również, że światło gasnąć zaczyna.
— Może to był meteor, a nie sztuczne światło? — rzekł smutnie.
— O nie, to był z pewnością ogień, zapalony ręką człowieka. Proszę patrzeć, zgasł zupełnie, a przed dwiema zaledwie minutami płonął wysoko i jasno. Co pan o tem powie, panie hrabio?
— Powiem, że materjał palny jest bardzo lekki.
— Słusznie. Toby się w zupełności zgadzało. Ogień, powstały z tęgich pni, lub z innego mocnego materjału, nie gaśnie tak szybko, a przecież sennora Emma powiedziała nam, że drzew na wyspie niema.
— Chciał pan powiedzieć, że tam, gdzie pan widział płomień, znajdują się teraz ludzie? Czy dojrzą nasze światła?
— Nie. Światło było, według moich obliczeń, odległe od nas o jakie trzy mile morskie. Płomień miało wysoki, tymczasem nasza latarnia daje blask mały, spokojny.
— Kiedy go ujrzą, będą sądzili, że to gwiazda?
— Bezwątpienia. Ale dam znak.
Wagner kazał rzucić kilka rakiet. Rozkaz wykonano, lecz sygnał ten minął bez echa.
— Nie zauważyli nas — rzekł kapitan. — Gdyby spostrzegli sygnał, w odpowiedzi na pewno rozpaliliby ognisko. Będziemy musieli zaczekać do jutra.
— Któż to wytrzyma? — zawołał hrabia niecierpliwie. — Czy nie możemy dopłynąć pełną parą, aby się zbliżyć nieco?
— Nie. Sennora Emma uprzedzała przecież, że wyspę otaczają niebezpieczne rafy, przed któremi strzec się musimy. Wieje teraz łagodny wietrzyk od zachodu ku wschodowi. Niechaj nas niesie, a o świcie zobaczymy, co będzie.
Hrabia uspokoił się na chwilę. Gdy uświadomił sobie jednak, że zapewne cel podróży został osiągnięty, zapytał:
— Czy nie damy strzału armatniego, kapitanie?
— Nie radziłbym — odparł Wagner. — Jeżeli to nie wyspa, której szukamy, w takim razie bardzo być może, że mieszkają tam dzicy. Gotowi ukryć się ze strachu przed strzałami. Gdy na nich o świcie spadniemy znienacka, może dowiemy się czegoś, co nam przyniesie korzyść.
— A jeżeli to wyspa, której szukamy?
— W takim razie strzelaniną zakłócimy tylko sen tych biedaków. —
Upływał kwadrans za kwadransem. Napróżno prosił Wagner hrabiego, aby się udał na spoczynek. Kroczył po pokładzie tam i zpowrotem. Minuty zdawały mu się godzinami, godziny dniami. Nad ranem obserwator statku ostrzegł:
— Rafy na prawo!
Statek skręcił na lewo, zostawiając po prawej stronie niebezpieczną rafę. Po jakimś czasie zaczęło szarzeć na wschodzie. W kilka chwil później rozpoznać można było niejasne zarysy wyspy, otoczonej rafami koralowemi, wśród których, jak się zdawało, prowadziła jedna tylko droga. Morze było tak spokojne, że przebyto je bez trudności. Teraz wyspa widniała dokładniej. Widać było zarośnięte krzewami wzgórze, ale ani śladu mieszkań ludzkich, choć krzewy stały w szeregach tak regularnie, jakby je posadzono sztucznie.
Hrabia wszedł na pomost komendanta i rzekł:
— I cóż, kapitanie, co pan sądzi?
— Głos hrabiego drżał ze wzruszenia, którego nie mógł opanować.
Kapitan spojrzał na niego ze łzą w oku. Odparł:
— Jesteśmy u celu, don Fernando.
— Naprawdę? Pan tego pewien? — zawołał głośno.
— Pst! — rzekł Wagner. — Zbudzi mi pan sennorę.
— Dlaczegóż ma spać?
— Chcę jej sprawić niespodziankę. Niech zobaczy swych towarzyszy na pokładzie, skoro się obudzi.
— Na jakiej podstawie przypuszcza pan, ze to poszukiwana przez nas wyspa?
— Wygląda tak, jak ją sennora Emma opisała. Zaczynam w doktorze Zorskim cenić również żeglarza. Mimo braku instrumentów, podał położenie wyspy wcale dokładnie. Powinienem był odszukać ją wcześniej.
— Nie widzę mieszkań
Kapitan wzruszył z uśmiechem ramionami:
— Leżą za wzgórzem, które je chroni przed burzami. Zarzućmy kotwicę i podpłyńmy łodzią. Mieszkańcy wysepki śpią jeszcze z pewnością.
Zbudzono połowę załogi która spała jeszcze. Rozkazy kapitana wykonano, starając się zachować ciszę. Wagner wsiadł z hrabią i czterema wioślarzami do łodzi. Załoga znała cel podróży: marynarze byli ciekawi, czy istotnie przybijają do upragnionej wyspy. Łódź ruszyła, omijając rafy; dotarli szczęśliwie do brzegu. Tu szalupę przymocowano. Wioślarze pozostali, kapitan zaś i hrabia ruszyli ostrożnie naprzód.
Obszedłszy wzgórze, ujrzeli przedewszystkiem szereg niskich chat, zbudowanych z ziemi i gałęzi. Drzwi były zawieszone skórami; wokoło chat spostrzegli przedmioty, których przeznaczenie trzeba było zgadywać. Krzewy tutaj rosły mocniejsze, aniżeli na samym wzgórzu. Przeważnie były pozbawione gałęzi; wskazywało to, że mieszkańcy wyspy chcą sobie wyhodować mocne pnie, aby zbudować z nich tratwę.
Ale jeszcze coś zauważyli. Nawprost nich, tuż obok ostatnich krzewów, stał ktoś niezwykle wysoki, o bardzo szerokich barach. Bluza spodnie, które miał na sobie, szyte były ze skórek króliczych. Nogi tkwiły w sandałach, głowę okrywał kapelusz, upleciony zapewne z jakiejś bardzo wysokiej trawy. Pełna, piękna broda sięgała mu daleko poza piersi. Ciemne włosy spływały z pleców. Twarz miał schłostaną przez burze, ale szlachetną; głębokie oczy skierowano z nabożeństwem ku wschodzącej jutrzence, świadczyły o wielkiej sile ducha. Był to Zorski.
O czem myślał ten człowiek? Jakie uczucia w nim się ważyły.
Tam na wschodzie, gdzie wstawała jutrzenka nowego dnia, leżała Ameryka, a za nią, daleko, ojczyzna, w której mieszkali wszyscy drodzy, matka, siostra, żona. Czy żyją jeszcze ci, których tak kocha? Może umarli z rozpaczy i tęsknoty? Tutaj, na wyspie, pierwszy opuszczając co rana swą chatę, modlił się przez długie, długie lata. I teraz klęczał zatopiony w modlitwie.
Nie zauważył obydwóch przybyszów, którzy stali zboku, ukryci w zaroślach; nie mógł też zobaczyć statku, ponieważ zasłaniało go wzgórze. Zdjął kapelusz z głowy, złożył ręce i modlił się, nie przypuszczając nawet, że każde jego słowo słyszy dwóch ludzi:

Kiedy ranne wstają zorze,
Tobie ziemia, Tobie morze,

Tobie śpiewa żywioł wszelki,
Bądź pochwalon, Boże wielki!

Mimo, że modlił się półszeptem, głos jego brzmiał dźwięcznie. Była w nim pokora, wiara i radosna nadzieja w łaskę Boga. Hrabiemu, gdy słuchał tej modlitwy, łzy stanęły w oczach; kapitan z trudem panował nad wzruszeniem. Fernando przerwać chciał modlitwę, lecz powstrzymał go kapitan. Zorski modlił się dalej:

Panie Boże, Ojcze wszystkich Twych dzieci, pociecho smutnych, nadziejo uciśnionych. Twoim jestem i na Tobie buduję. Tu, z pustkowia dalekich mórz, płynie ku Tobie ten głos, który jest krzykiem najgłębszej rozpaczy, wołaniem o łaskę i zlitowanie Serce mi pęka, życie upływa w goryczy. Ratuj nas, Władco i Panie! Zabierz stąd, gdzie zalewają nas fale nędzy. Ześlij człowieka, który będzie Twoim aniołem i oswobodzi nas od zguby. Jeżeli jednak postanowiłeś, że mamy wytrwać tutaj aż do śmierci, zlituj się nad tymi, którzy w domu modlą się o wyzwolenie, daj im serca mocne, aby znieść mogli to, co przeznaczyłeś; daj duszom ich pociechę i pokój, osusz ich łzy, ukój rozpacz! Amen!

Powstał z kolan. Łzy spływały z policzków, ale wiara w Boga rozjaśniała mu rysy twarzy. Nagle wstrząsnał się cały z taką siłą, jakgdyby doznał ciężkiego uderzenia, ktoś bowiem położył mu rękę na ramieniu i rzekł w ojczystym języku:
— Modlitwa pańska została wysłuchana. Jestem zbawcą, który was oswobodzi.
Zorski odwrócił się i ujrzał kapitana, a za nim hrabiego.
Zachwiał się i znowu padł na klęczki. Oczy miał szeroko otwarte; poruszał wargami, chciał coś mówić, ale nie mógł wydobyć ze siebie ani słowa. Sprawiał wrażenie niemal obłąkanego, sparaliżowanego pod wpływem okropnego przerażenia.
Kapitan zrozumiał, że popełnił błąd. Nie pomyślał o tem, iż radość również może zabić człowieka; była to wielka nieostrożność.
— Boże, co uczyniłem! — rzekł. — Niech się pan opamięta!
Nareszcie Zorski wyrzekł wolno i z namysłem:
— Och, — Boże, Boże! Czy to możliwe? Kim pan jest?
— Jestem pańskim rodakiem, kapitanem parowca, który was stąd zabierze. Okręt mój stoi za wzgórzem.
Miał wrażenie, że Zorski podniesie się z klęczek, lecz olbrzym jakby załamał się cały. Ramiona mu opadły, głowa pochyliła się. Padł bezwładnie na trawę. Obydwaj przybysze zobaczyli, że drży, i usłyszeli przeraźliwe łkanie, lecz nie zamącali mu tej chwili. Kapitan był pewien, że łzy złagodzą skutki nieostrożnego kroku — i nie mylił się.
Po chwili Zorski powoli wstał i, patrząc jeszcze ciągle na obydwóch z pewnem powątpieniem, zapytał:
— A więc to prawda? Ludzie są tutaj? Statek jakiś przybył? Boże, wielki Boże, co za szczęście! Dzięki ci za nie, choć omal mnie nie zabiło!
— Proszę wybaczyć — rzekł kapitan. — Byłem nieostrożny, ale opisano mi pana jako silnego człowieka, przed którym mogę się odważyć, stanąć bez odpowiedniego przygotowania.
— Opisano mnie panu? Mnie? To być nie może.
— A jednak tak jest. I musiałbym bardzo się mylić. gdybym po pańskiej postaci nie poznał natychmiast doktora Zorskiego.
— Więc pan mnie zna naprawdę. Dziwna zagadka, Kto panu o tem mówił? Skąd pan przybywa?
— Wszystko, co wiem, zawdzięczam temu panu.
Wagner wskazał na hrabiego. Zorski przyglądał mu się uważnie. Po chwili rumieniec wystąpił na jego twarz; oczy dziwnie zajaśniały.
— Powiedział pan „temu panu“, ale chciał powiedzieć „temu sennorowi“, nieprawdaż? — zapytał.
Kapitan zdumiony potwierdził.
Zorski wyprostował się, odetchnął głęboko potężnymi piersiami i zawołał:
— Prosiłem pana, byś powiedział, skąd przybywacie, ale chce...
— Przybywamy z... — zaczął kapitan.
— Z Harraru — skończył Zorski.
— Tak, z Harraru. — odparł kapitan, jeszcze bardziej zdumiony, niż dotychczas.
— A to jest sennor don Fernando de Rodriganda y Sevilla — mówił dalej Zorski.
— Tak, to ja, — rzekł hrabia po hiszpańsku.
— Wielki Boże! Wyruszyłem na morze, aby pana ratować, a oto pan mnie ocala. Poznałem sennora po rysach twarzy; jest pan niezwykle podobny do don Manuela.
Zorski otworzył ramiona. Obydwaj nieznani sobie osobiście rozbitki, którzy tak wiele przecierpieli dla siebie wzajemnie, obejmowali się teraz, jakgdyby byli od dzieciństwa przyjaciółmi.
Uff! — rozległo się z chaty.
Po tym zaś okrzyku nastąpiło trzykrotne wołanie:
Uff, uff, uff!
Wódz Apaczów Niedźwiedzie Serce obudził się. I, na dźwięk głosu wyszedłszy z chaty, zaczął wydawać te okrzyki. W tej samej chwili odsunięto skórę u wejścia do sąsiedniej chaty i zjawił się Bawole Czoło, wódz Miksteków. Wzrok jego padł na obydwóch przybyszów — zatrzymał się na hrabi. Zbliżył się do niego potężnym susem i zawołał:
— Uff! Don Fernando!
Widywali się dawniej na hacjendzie del Erina u Pedra Arbelleza, i teraz poznali natychmiast.
— Bawole Czoło — zawołał hrabia.
— Wypuścił z objęć Zorskiego, a w następnej chwili już wódz leżał na jego piersi. Radość zrównała obydwóch: hiszpańskiego granda i półdzikiego Indjanina.
Obydwaj Indjanie krzyczeli tak głośno, że obudzili pozostałych mieszkańców wyspy. Zjawili się bracia Helmer, Karja, córka Mikstaków. Wszyscy byli ubrani podobnie jak Zorski; brakowało im tylko kapeluszy; a jednak nie wyglądali na dzikich.
Rozległy się głośne okrzyki radości; zaczęły padać dziesiątki zapytań. Wszyscy ściskali się nawzajem. Po chwili pobiegli na górę, aby zobaczyć statek; na widok jego nie umieli wprost opanować radości i zachwytu.
Tylko jeden z pośród towarzystwa, mimo że również był ucieszony, zachowywał się spokojniej od innych. Był to Antoni Helmer, zwany przez Indjan Grzmiąca Strzała. I w jego oczach lśniły łzy radości, ale radość ta była przytłumiona bólem.
Kapitan zauważył to i, podszedłszy doń, rzekł:
— Nie cieszysz się pan, że wreszcie znajdujesz wyzwolenie?
— Cieszę się bardzo, — brzmiała odpowiedź — lecz radość moja byłaby większa...
Nie skończył zdania, pogrążając się w milczeniu.
— Gdyby?
— Gdyby tę radość mógł jeszcze ktoś dzielić ze mną.
— Czy wolno zapytać, o kim pan mówi?
Helmer potrząsnął smutnie głową i odwrócił się. Kapitan nie nalegał dalej, gdyż właśnie Zorski zapytał:
— Panie kapitanie, czy możemy udać się na pokład?
— Ależ oczywiście — brzmiała odpowiedź.
— Czy zaraz?
— Aby opuścić wyspę? — rzekł z uśmiechem Wagner.
— Nie. Chcielibyśmy tylko dotknąć stopą statku, któremu zawdzięczać będziemy ocalenie.
— Dobrze. Chodźmy. Na pokładzie jest dosyć miejsca dla nas wszystkich.
Rozpoczęły się formalne wyścigi w kierunku łodzi. Zorski dotarł pierwszy. Obydwaj Indjanie, tak poważni zwykle, skakali jak młodzi chłopcy. Gdy już wszyscy wsiedli, szalupa ruszyła w kierunku parowca. Kapitan zostawił przed odjazdem dyspozycje dla statku. Armaty były nabite — gdy łódź mijała rafy, dano strzał z pokładu. W tej samej chwili podniesiono wgórę wszystkie chorągwie i znaki; strzał zaczął padać po strzale, aż wszyscy nie weszli na pokład. — —
Emma spała spokojnie i nie zauważyła wcale, jak łódź odpłynęła od statku. Pierwszy strzał zbudził ją ze snu. Ogarnął ją przestrach. Co zaszło? Zerwała się prędko ze swego łoża, ubrała w pośpiechu i wyszła na pokład. Ujrzała teraz poszukiwaną tak długo wyspę. Dziko wyglądające postacie wchodziły na statek. Jedna z nich przystanęła zdumiona, poczem rzuciła się ku niej w największym pośpiechu.
— Emmo, Emmo! — wołał Grzmiąca Strzała.
— Antoni! — odpowiedziała w najwyższym uniesieniu.
Padli sobie w ramiona. Cieszyli się i płakali. Obsypywali się pocałunkami jak dzieci, które nie mogą opanować zachwytu. Obok stał dzielny kapitan i skromnie radował się z ich szczęścia. Wreszcie zapytał:
— No cóż, panie Helmer, czy teraz radość pańska osiągnęła pełnię?
— Osiągnęła, kapitanie! — brzmiała odpowiedź. — Ale niech mi pan powie, w jaki sposób Emma dostała się na pański statek? Byliśmy pewni, że zginęła wraz z tratwą.
— Szczegółów dowie się pan później. A teraz zejdźmy nadół do kajuty. Śniadanie gotowe: niechże państwo po długich latach zjedzą coś znowu po ludzku.
Wzrok Zorskiego padł teraz na kogoś, kto patrzył na niego błyszczącymi oczami i kogo się najmniej na statku spodziewał. W pierwszej chwili zawahał się, potem zaś, rozpostarłszy ramiona, zawołał:
— Mindrello, poczciwy Mindrello! Nie mylę się, to wy!
Hiszpanowi łzy stanęły w oczach, gdy odpowiadał na przywitanie Zorskiego
— Tak sennor, o ja wcale nie mogą wypowiedzieć, jak się cieszę z tego, że pana widzę.
— Ale w jaki sposób dostaliście się tutaj, na ten statek, i popłynęliście aż na Morze Południowe?
Mindrello pokrótce opowiedział swe przeżycia. Zorski słuchał z najwyższym napięciem; gdy dawny przemytnik skończył, rzekł:
— Biedaku, a więc ja ponoszę pośrednio winę za to, co przeżyliście. Jakżeż posiwieliście w przeciągu tych długich lat! Zrobię, co będę mógł, abyście mogli zapomnieć o swych cierpieniach. Rodzina Rodrigandów potrafi odwdzięczyć się za wasze usługi.
W kajucie było gwarno i wesoło. Postanowiono zjeść jeszcze ostatni obiad na wyspie; kapitan chciał wyruszyć po południu.
— Ale dokąd? — zapytał Zorski.
— Do Meksyku, do ojca, — rzekła błagalnie Emma don Fernando.
— Do Meksyku, do Miksteków, — mówił Bawole Czoło.
— Do Meksyku, do Apaczów, — dodał Niedźwiedzie Serce.
— Niech będzie do Meksyku. Popłyniemy tam wszyscy — zdecydował Zorski.
— A gdzie wylądujemy? — zapytał kapitan.
— Tam, skąd odpłynęliśmy na morze, albo raczej na miejsce naszych nieszczęść.
— A więc w Guaymas?
— Tak. Tam zdecydujemy, co czynić dalej.
Śniadanie minęło wśród śmiechu i łez. Radość chwili teraźniejszej mięszała się ze smutnemi myślami o tych, którzy pozostali w domu. Po śniadaniu powrócono na wyspę. Kapitan pozwolił pójść na ląd większej części załogi. Obiad składał się z najwykwintniejszych potraw i win, przywiezionych z Kalkuty. Ubrani w skóry Robinsonowie jedli po królewsku.
Omawiano najbliższą przyszłość; powzięto szereg ważnych postanowień. Rozpoczęły się szczegółowe opowiadania, przy których twarze spoważniały. Potem przygotowano się do odjazdu. Zabrano niejedno, co nie przedstawiało wartości, a miało być pamiątką smutnych czasów, które już, na szczęście, należały do przeszłości. Po południu statek podniósł kotwicę i ruszył ze szczęśliwymi pasażerami ku nowemu życiu. — —



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.