<<< Dane tekstu >>>
Autor Maciej Bogusz Stęczyński
Tytuł Tatry w dwudziestu czterech obrazach
Podtytuł skreślone piórem i rylcem przez Bogusza Zygmunta Stęczyńskiego.
Wydawca Księgarnia i wydawnictwo dzieł katolickich, naukowych i rolniczych.
Data wyd. 1860
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
I.


Witaj z góry Zabełcza podtatrzański grodzie
Który stopy swe kąpiesz w potrójnéj swéj wodzie;
Bo siadłszy na pagórku nad trzema rzekami,
pysznisz się wysmukłemi twych światyń wieżami,
Na których znak zbawienia jaśniejąc wysoko,
Lśni się w słońca promieniach i uderza oko.
Otaczają cię w koło wzgórza i gaiki,
Życia twojego świadki, ducha powierniki,
A z ogrodów Pomony wystające chatki,
Tulisz do swego łona jak ojciec swe dziatki;
Czoło twoje sędziwe łąki zdobią kwiatem,
A Cerera zbożami ubogaca latem;
I Dąbrówka i Chełmiec[1] na równinie zdrowéj,
Wypasa bujną trawą mlekodojne krowy;
Za któremi pasterze chodząc nucą pieśni,
Jak niegdyś Satyrowie, lub Fauni leśni.

Daléj góry piętrzące lasami porosłe
Ciemną barwą i swoją postacią wyniosłe,
Stoją jako przedmurza, a za niemi śliczne
Rysują się w przestworzu Tatry niebotyczne,
Jakby wiecznych granitów dalekie szeregi,
Których czoła i piersi pośrebrzają śniegi.
Do cudów, które tu wźrok podziwia zdumiały,
Przyczynia się nie mało Dunajec wspaniały
U stóp miasta płynący, który w swém korycie
Kamienicy z Popradem wydzierając życie,
Choć zwycięzko ucieka falą zasilony
Gniewa się bez przestanku że jest przymuszony
Dźwigać na swym szerokim, niespokojnym grzbiecie,
O dziewietnastu łukach most który go gniecie.
Jeszcześmy z oddalenia do Sącza nie przyśli
Już się w nas budzą nowe uczucia i myśli:
Że król Wacław panując w Lechitów krainie,
Piérwszy wzniósł mury jego i pierwszą świątynię;
Król zaś Ludwik siostrzeniec Kaźmierza Wielkiego,
Przyprowadził to miasto do stanu lepszego
I zakwitnęło życiem, a wedle zwyczaju,
Podniesione do rzędu piérwszych w całym kraju,
Miało prawa i swoją wykonawczą władzę,
Przy któréj sprawiedliwość była na uwadze,
A handel dla mieszkańców przynosząc zasoby,
Rozszerzał ludne miasto, przysparzał ozdoby.
Króla Ludwika matka gdy tu przyjechała,
W imieniu jego wodze rządu odebrała;
A Władysław Jagiełło gdy gościnnie bawił,
Witolda do Cesarza Zygmunta wyprawił,
O utrzymanie zgody, i tutaj spokojnie
Naradzał się z Cesarzem o koniecznéj wojnie


Rys. z nat. 1851 i rytow. B. Z. Stęczyński 1859.
Nowy-Sącz, od Zabełcza.

Nakładem Księgarni Katolickiej w Krakowie.


Przeciw Turcyi, co wtenczas brocząc nam zagony
Rozlewała krew Chrześcijan i niszczyła plony!
Tu Kaźmiérz Jagielończyk przyjemnie się bawił,
I syna Kaźmierza (świętego) wyprawił
Za prośbą posłów na tron Węgrzynów walecznych,
Dla powagi swéj własnéj i celów koniecznych.
Tu mieszkali Tęczyńscy, Tarnowscy, Kmitowie,
Bonery i Stadniccy, Wilczki i Tarłowie;
Którzy się swéj krainie dobrze zasłużyli,
A imiona potomkom chlubne zostawili!
Tu urodził się sławny Jan ze Sącza zwany,
Drukarz, co z bibliografii zaszczytnie był znany.
Tu Sędziwój, alchemik, odebrawszy życie,
Stanął chlubnie na nauk swych najwyższym szczycie;
Poznał świat umysłowy, poznał i fizyczny,
I wynalazł tak zwany: czyn-trójcy-chemicznéj.
Tu wielki Jan Śniadecki ujrzał światło dzienne,
Co słynął przez wymowę i dzieła pismienne,
I tu Jan Januszowski długi czas przebywał,
Drukował i wymową oświatę rozlewał.
Tu był zwyczaj dziwactwem swojém osobliwy:
Kto miał dwadzieścia cztery lat, niebył szczęśliwy;
Bo musiał opłacać się do skarbu miejskiego,
I wstydzić się w obliczu męża żonatego,
Słuchać różnych przymówek chociaż był bogatym —
Dotąd cierpiał, dopóki nie został żonatym;
Dopiero był od wszystkich poczciwie widziany,
Szanowany, ceniony, a nawet kochany.
Póniéj Scibór z Węgrami najazdu przywarem,
Zniszczył miasto wśród nocy okropnym pożarem;
I złupiwszy je, uszedł w swe strony zuchwało.
Lecz wkrótce z swoich gruzów piękniejsze powstało;

Otoczone w około wzniosłymi murami,
Przy których były rowy z mocnemi wałami.
Późniéj Szwedzi potężną oblegli załogą,
A trapiąc niedostatkiem i głodem i trwogą:
Przedsięwzięli koniecznie morderczym żelazem
Zdobyć je, a mieszkańców wszystkich wyciąć razem!
Domy oddać na pastwę srogiemu płomieniu,
Aby z miasta nie został kamień na kamieniu.
Lecz wypadło inaczéj. — Szwed jednę dziewczynę
Kochał, i smutku swego odkrył jéj przyczynę,
Zaklinając, by miasto śpiesznie opuściła,
A nikomu ucieczki swej nie wyjawiła;
Dziewczyna mu przysięgła. Lecz serce jéj tkliwe
Nie dało taić aby miasto nieszczęśliwe,
Znajomi, przyjaciele i rodzina bliska,
Była pastwą płomieni, świadkiem widowiska:
Pośpieszyła do domu i opowiedziała
Co od swego żołnierza tajemnie słyszała.
Rozbiegła się wieść straszna od domu do domu,
Jak cicha błyskawica, poprzedniczka gromu;
Mieszczanie zasmuceni, że ich krew ma płynąć,
Uradzili bronić się, zwyciężyć lub zginąć.
Zaraz do Nawojowy tajemnie znać dali,
By włościanie do miasta spiesznie przybywali,
Opatrzeni w siekiery, cepy, widły, kosy,
Ratować zagrożonych nieszczęsnemi losy.
Chociaż miasto Szwedami opasane było,
I strzeżone wewnętrznie zbrojną wrogów siłą:
Włościanie po drabinach wszedłszy, jednéj chwili
Nieprzyjaciół w mgle nocy na miejscu wybili!
Nazajutrz całe miasto u Ółtarzy progu,
Składało za zwycięztwo dziękczynienia Bogu,


Rys. z nat. i na kam. B. Stęczyński.
Nagrobek Jana Dobka Lowczowskiego w Nowym Sączu.

I braterskie wybawcom podawając dłonie,
Polnym bluszczem wieńczyli odważne ich skronie:
Imie zaś téj dziewczyny, co siebie zaparła,
Mimo badawczych starań, ćma wieków zatarła;
Tylko czyn jéj szlachetny jaśniejąc zaszczytnie,
Żyje w ustach mieszkańców i w historyi kwitnie.
Stojąca przeciw zamku w małém oddaleniu,
Wabi piękna świątynia niegdyś ku schronieniu
Franciszka pustelnika synom wystawiona —
Dzisiaj stawszy się zborem luterskiego grona,
Mieści przy swoim progu z marmuru rycerza,
Który widokiem swoim przechodnia uderza,
Tulący się do białéj na podwórzu ściany,
Janem Dobkiem z Łowczowa bywa nazywany;
Ów to, co dawszy dowód cnót i męztwa swego,
Był hetmanem przy wojsku Zygmunta Trzeciego;
Do Turcyi i Moskwy i Szwecyi posłował,
Dla króla i narodu rzecz dobrze sprawował;
Był znajomy u świata od ziomków kochany,
A teraz jego pomnik leży zapomniany;
Gryf przy nim umieszczony, on odziany w zbroję,
Odpoczywa, boleśnie rozbity na dwoje;
I ze zrębu pomnika wyrzucony nisko,
Służy dzisiaj dla czerni na urągowisko!
Gdy zaś o téj świątyni ludu czerpiesz zdanie,
Takie o niéj ciekawe usłyszysz podanie:
„Tu przed czasy dawnemi, jeden z możnych panów,
„Wysyłając do Węgier z swych podolskich łanów
„Przemienienia-Pańskiego obraz malowany;
„Gdy noc posłów zapadła, w pustelnika ściany
„Schronili się, by spocząć po swém zmordowaniu,
„A jutro w dalszą podróż ruszyć o świtaniu:

„Ale się zadziwili stanąwszy jak z głazu,
„Gdy woły ruszyć z miejsca nie mogły obrazu.
„Więc gdy ich taka trudna przycisnęła sprawa,
„Udali się po radę do króla Wacława;
„Król źdiwiony tą wieścią, poznał wolę Boga,
„Że łaska państwo jego spotkała tak błoga,
„Odwdzięczając pociechę jakiéj w cudzie dożył,
„Przyjął obraz i klasztor w tém mieście założył.”
Zwiedzając piękną nawę u świętego Ducha,
Gdzie każdy kącik milczy, każda ściana słucha:
Rozrzewnia nas wspomnieniem rozmaitych czynów,
Słynnych po wszystkie czasy tam Benedyktynów;
Którzy skarby potrzebnych nauk rozszerzali,
Uczyli dziejów świata, i dzieje pisali.
Wejdźmy z uszanowaniem i ze czcią prawdziwą.
Jaka tylko poruszyć może duszę tkliwą,
Widzieć obraz Jagiełły w właściwéj wielkości,
Szanowny z pędzla swego i starożytności:
Król w pancerzu stalowym, sobolem okryty,
Piastuje świat i berło, władzy swéj zaszczyty;
Miecz zawisł mu przy boku, korona na głowie,
A w twarzy się przebija i męztwo i zdrowie;
Postawę jego zdobi szlachetna uroda,
A powagi dodaje ciemnowłosa broda.
Kościół farny jest dziełem piętnastego wieku,
Błogie budząc wspomnienia w myślącym człowieku:
Pokazuje na murze wieży z prawéj strony,
Pomnik herbów narodu z głazu wyżłobiony,
Który chociaż ma dłuto i rysunek słaby,
Oddecha z dawném życiem dawnemi powaby.
Ten kościół pod nazwaniem świętéj Małgorzaty,
Wzniósł Zbigniew Oleśnicki swym kosztem przed laty;


Rys. B. Stęczyński.
Ratusz w Nowym-Sączu.

Uposażył go hojnie by brzmiał bożą chwałą,
A przy nim kanoników dwunastu mieszkało.
Wewnątrz pyszna obszerność wyniosłéj świątyni,
Z licznymi ołtarzami urok widzom czyni,
Wszystkie złotem jaśnieją, pięknemi rzeźbami,
Wspaniałością budowy i malowaniami.
Ratusz na środku miasta murami sędziwy,
Przechowuje w swéj izbie za skarb osobliwy
Oba katowskie miecze, którymi tracono
Tych, których za występki na śmierć osądzono!
I wiele przywilejów od królów nadanych,
Ze zbiorem dziejów miasta starannie pisanych;
Wiele zaś pargaminów dawnych z pieczęciami,
Użyto na oprawy książek z modlitwami.
A pieczęcie doznały nieuszanowania:
Stopiono je na tłustość do skór smarowania!
I chorągwie welecznie na Szwedach zdobyte,
Zostały na gorsety mieszczanek użyte.
I inne, tym podobne pamiątki nam drogie,
Zniszczyła niewiadomość lub zamieszki srogie!
Które zaś od zniszczenia czas jeszcze zachował,
Światły Józef Maroński je uporządkował;
A teraz oglądane od ciekawych ziomków,
Dostarczają do dziejów szczególnych ułomków.
Minęły dawne czasy — a przecież ubiory
Uderzają tu wzrok nasz mocnemi kolory:
Z materyj kosztownych poważnego kroju,
Tylko do świątecznego należące stroju:
Dostatnia po kolana z taśmami sukmana,
Pas czerwony, a czapka z siwego barana,
Który wiérzch aksamitem zielonym jaśnieje,
A koszula ze szpinką na szyi bieleje,

Spodnie zaś drelichowe w kratę albo w pasy,
Kamizelka wyszyta sznurkami z kutasy;
Buty safianowe — w ręku gruba trzcina
Oprawna w kość, stanowi przybór mieszczanina.
Kobiety miały duże korki u trzewików.
Jubki podbite białym futerkiem z królików;
Z kosztownych adamaszków bywały robione
Gorsety i spodnice kwiatami zdobione;
A na głowach kornety z szlarką i wstążkami.
Szyje lśniły perłami albo koralami;
A zamiast rękawiczek, zarękawki były,
Które w czasie dni zimnych do wyjścia służyły.
Te ubiory poważne już zapominane,
Od starych tylko ludzi czasem używane,
Przyćmione cudzoziemskich wymysłów nowością,
Miłośnikom przeszłości są osobliwością.
Starzy ludzie szczątkami są dawnego bytu,
Dawnéj okazałości i szczęścia przekwitu,
Są to przechowywacze pieśni i powieści,
Rozmaitych przysłowiów i bajecznych treści.
Klasztor księży Pijarów hojnie założyła
Gryffina, wdowa Leszka Czarnego, bo była
Miłośniczką i nauk i sztuk wyzwolonych,
Już w jéj czasie po kraju powszechnie lubionych.
Teraz niema tych mnichów, tylko ich budowy
Zamieniono na szkoły i Rząd Obwodowy;
Daléj był do niedawna z ozdobnemi ściany,
Kościół kształtnéj budowy Świętym-Krzyżem zwany;
Już go nie ma — lecz dowiesz się z gminnego echa,
Że przyjmował w swéj nawie świętego Wojciecha,
Który z czeskiéj krainy wyszedł, (zapoznany)
Był w Gnieźnie na biskupa polskiego obrany;

Wiódł życie świątobliwe — pięknymi przykłady
Rozszerzał światło nauk, święte dawał rady;
Przechodził z krzyżem w ręku od kraju do kraju,
I oduczał przesądów wszelkiego rodzaju;
W języku naszych ojców odprawiał ofiary,
I ziemię naszą cenił, a w niéj Boże dary.
Z Krosna idąc przez Jasło, tu kilka dni bawił,
I zbawiennych swych nauk pamiątkę zostawił.
Aż Prusacy, w głębokiéj zostając ciemności,
Rozjątrzeni odgłosem nowych wiadomości
Spotkali go przy Lochstedt wśród gęstego boru,
Gdzie kapłan bez żadnego z swéj strony oporu
Przywitał ich uprzejmie zbawienia połyskiem.
Lecz srogi Wajdelota[2] żelaznym pociskiem
Uderzywszy go w piersi, na ziemię powalił —
A tłum za nim idący tem bardziéj zapalił,
Który wrzeszcząc, zamachem swojego oręża,
Zamordował niewinnie cnotliwego męża!
Stary zamek niszczejąc, wygląda litości,
By mógł jeszcze dalekiéj dotrwać potomności.
Jest on drogą pamiątką naszych przodków bytu,
Uczciwości i męztwa, oświaty rozkwitu,
A jako u Egipcyjan starożytne imie
We czci jest, i szanują budowy olbrzymie;
Jak Włochy starożytną zwiedzając Pompeję,
Podziwiają jéj gruzy, jéj przeszłe koleje:
Tak i my oglądajmy z szacunkiem te szczątki,
Godne pędzla i lutni i dziejów pamiątki.

Witajcie drogie mury!.... Tu przemieszkiwali
Mężowie, którzy światło nauk rozszerzali;
Którzy cnotę i pracę uczyli szanować,
I wspólnie pospolitą-rzeczą się zajmować.
Tu Kalimach z Długoszem złączywszy się razem,
Byli życia swojego wzorowym obrazem;
Pewni swojéj powagi, nauczali ziomków,
Jak życie wieśdź należy z sławą dla potomków:
Pod nimi Aleksander, Olbracht, Zygmunt młody,
Poznali trudne życia swojego zawody;
Bez różnicy godności, jak drudzy uczniowie,
Chociaż byli dorośli królewscy synowie,
Tu biorąc wychowanie, tu w ostrém ćwiczeniu,
W sukniach grubych, o prostém byli pożywieniu;
Przywykli do niewygód życia i skromności,
Umieli potem znosić na tronie przykrości;
Umieli kochać ziemię, walczyć z przygodami,
I zasłaniać ją mężnie, własnemi piersiami! —
Teraz w zamku ząb-czasu, niechęć i zuchwałość,
A razem zaniedbanie, wilgoć i spleśniałość
Niszczy dłuta i pędzla wspaniałe ozdoby,
A przepadły bez śladu bogactwa zasoby!
Smutno pusto, i głucho — acz w wiekach swéj chwały,
Kwitnął życiem i siłą słynął okazały;
Świadczą o tem strzelnice i wązkie chodniki,
Po któréj czujnéj straży przechadzały szyki;
Dziedziniec zarósł trawą, poniszczały ganki,
Z których goście patrzyli gdy wjeżdżali w szranki
Rycerze zawołani na waleczne sprawy,
Uświetnić uroczyście doroczne zabawy,
I odbyć ulubione tak zwane turnieje,
I pokazać zręczności swéj piękne koleje,


Rys. z nat. i na kam. B. Stęczyński.
Zamek w Nowym-Sączu.

Gdzie wiele zgromadzonych Panów i Pań było —
A komu dzielniéj męztwo i szczęście służyło.
Pozyskał króla względy — potem na dożynki
Miłych uciech, odbierał znaczne upominki.
Teraz tu obojętność swe wpływy wywiera,
Wszystko niszczy i ślady wszystkiego zaciera;
A przecięż nie jest wstanie — mimo swojéj chęci,
Zniszczyć dziejów potęgę i siłę pamięci;
I nie zdoła na świecie ich bytu zaprzeczyć,
Bo pióro z pędzlem może Bóg tylko zniweczyć!









  1. Chełmiec wieś naprzeciwko miasta Nowego-Sącza na drugim brzegu Dunajca położona, sięga czasów odległych. Już w r. 1280 należała z innemi wsiami do klasztoru Zakonnic w Starym-Sączu, zapisana tamże przez króla Leszka Czarnego. Tę wieś zdobi kościołek drewniany, wystawiony r. 1686 jak potwierdza napis na belce w środku kościoła. Napis taki: „Ten kościoł nakładem Jéj Mości a Przewielebnéj Panny Heleny Marchockiéj na ten czasz Xiężnicy Starosądeckiéj zakonu ś. Klary, na cześć P. B. y wysłowienie ś. Patronki wystawiony r. 1686.” — Na cmętarzu grób murowany rodziny Wittyków, mieści w sobie zwłoki dwóch w kwiecie młodości zgasłych dziewic. Na końcu wioski pokazuje lud na stromym pagórku, miejsce potężnego niegdyś grodu.
  2. Nazwisko Wajdelotów wywodzą od słowa Wajdin (wiedzy), zkąd niezawodnie piérwszego ich króla Wajdewuta nazwisko. Kapłani Wajdelotami zwani — byli ludzie rozumni, w rzeczach do czci bogów należących biegli. Pomiędzy Wajdelotami byli nie tylko kapłani, ale i kapłanki; wszyscy żyli w bezżeństwie, a kto był przekonany o popełnieniu sprosności, karano go śmiercią.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maciej Stęczyński.