Uroda życia/Część I/XI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Stefan Żeromski
Tytuł Uroda życia
Tom I
Część I. Cień
Rozdział XI
Wydawca Spółka Nakładowa „Książka”
Data wyd. 1912/1920
Druk Drukarnia Ludowa w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

XI.

Nadmiernie pilnym pracownikiem w kancelaryi generała stał się porucznik Rozłucki. Bywał tam stale, a pracował z niesłychaną, ze zbyteczną i szkodliwą dla zdrowia pilnością. Każdy szczegół wyrysowywał i wymalowywał w dwójnasób starannie i po dziesięć razy. Przy tej okazyi poznał obyczaje domu, godziny jego i minuty, szmery i szelesty, przyzwyczajenia i nałogi osób, mowę zegarów, dźwięki i echa kroków, odgłosy drzwi i zgrzyty schodów. Wszystka ta umiejętność zmierzała do jednego celu, do szczęścia duszy i ciała, kiedy tajemnie biegł po krętych schodkach na piętro. Stopy jego tęskniły do dywanu jej pokoju, nozdrza do zapachu jej perfum, ręce do niewymownej gładkości jej dłoni, a oczy do jej oczu, do dwu czarnych aniołów, osłonionych subtelnością cieniów, niby dwojgiem płochliwych skrzydeł. Tatjana tęsknotą swoją powiększała jego tęsknotę. Wiedział, że czeka za matowem szkłem drzwi. Mówiła mu nieraz, że w nocy częstokroć bardzo długo płacze, jeśli minął bezpłodny dzień, w którego ciągu go nie widziała. Nie mogła wytłomaczyć, czego płacze, gdyż nie był kobietą, a więc nie był w stanie jej zrozumieć. Była nieraz skryta, podejrzliwa, nie wiedzieć o kogo zazdrosna. Wypytywała go o każdą, najdawniejszą znajomość w Rosyi, podchwytywała każdą wzmiankę o kobietach, które w mieście widywał. Nieraz zadawała mu umyślne katusze rozpowiadaniem mniemanych swoich sympatyi, znajomości, tryumfów, wspomnień o dawniejszych zalotnikach, których w rzeczywistości lekceważyła, albo których wcale nie było. Często wśród śmiechu dokuczliwego, oczy jej zachodziły niestrzymanemi łzami, usta kurczyły się i zaciskały od cierpienia. Sztuczny chłód rozpryskiwał się nagle, bezsilne ręce stawały się łagodnemi podwójnie, oczy po tysiąckroć przypadały do oczu... Uczucie szczęścia, ufności, dziwnie subtelnej wiary przeistaczało się w obojgu przy najlżejszej zmianie zewnętrznych zdarzeń w szarpaninę tęsknoty tak natarczywej, że godziny pod jej wpływem stawały się wieloletniemi okresami, a całe dnie były ponure, najeżone kamieniami nieszczęść, pełne niepokoju i upadku... Po spotkaniu, obfitującem w ufność, we wzajemną bezgraniczną otwartość dusz miłujących w sobie anielstwo, w szczerość serc aż do ich dna — następował dzień, zionący okrucieństwem, doba, jak mroczna przepaść, w której głębi, ni to chichot szalonego na dnie potoku, zdrada dawała znać o sobie. Snuły się sekretne karteczki, gdzie atrament w rzędach wierszy przyćmił się, a litery rozgniotły i rozpełzły od pocałunków głuchych, w szaleństwie bólu wyciśniętych. Pewna książka do czytania, leżąca pod poduszką i zmięta od wielokrotnych przytuleń do serca, stała się książką miłości, tekstem jej i wykładem. Bywały sny całonocne nie o osobie materyalnej, lecz o niemateryalnym uśmiechu, o niebiańskiem wejrzeniu oczu czarnych, jak noc, a lśniących, jak słońce, własnym połyskiem. Tęsknota rodziła się znagła i znikąd, stawała w pełni swej bez powodu, przesycając wnętrze wszechrzeczy, ziemię i niebo, unicestwiając radość życia, — a uciszała się i bez śladu ginęła od jednego uśmiechu...
Tatjana lubiła zbytek. Ona sama była jakby wyrazem przepychu, symbolem jego wdzięku. Suknie jej były strojne, cudnie zawsze dobrane, harmonizujące z jej pięknością cielesną. Jasnozielone, albo srebrnoszare pończochy, lakierowane buciki, wymyślny sposób czesania bogatych włosów, od którego głowa stawała się odmienną, wciąż inną, nieznanemi owianą tonami ciemności, — rękawiczki, perfumy, — a nadewszystko tajne piękno haftów, obłokiem ją przesłaniających, które, jak baśń fantastyczną, w radosnych momentach miał szczęście poznawać, — wszystek ów nieznany świat narzucił Piotrowi niepokonaną swoją władzę. W duszy jego zakiełkowało nie dające się zdeptać i samo przez się rosnące uwielbienie piękna subtelności, wykwintu, który się sączy ze zbytku, jak zapach z pięknie zdobionego flakonu. Nie umiałby sobie wyobrazić Tatjany bez szelestów jedwabiu, bez zapachu, połysku i przejrzystości. Zdarzało mu się widzieć ją napoły ubraną, otuloną, niby jutrzenka, tylko we mgły i gazy, na tle śnieżnych poduszek — i taką pozostała w jego tajemnym śnie, jakby w falach subtelnej muzyki.
Pewnego dnia, w końcu marca, sama mu otworzyła drzwi. Skoro tylko wszedł, rzekła z uśmieszkiem:
— Matyldy niema.
— Wyszła?
— Wyszła na całe popołudnie.
Ujęła jego rękę swą śliczną dłonią poprowadziła go ciemnym korytarzykiem. W tej drodze szczęśliwej nagle przycisnęła gorące wargi do jego ręki i wysiłkiem nie dała jej oderwać. Gdy byli już w pokoju, wspięła się na palce, objęła jego głowę rękami, szyję ramionami. Powieki jej były spuszczone, usta ponsowe i gorące. Wyszeptała:
— Nie bój się...
— A ty?
— Ja tego chcę...
— Cóż to będzie?
— Chcę mieć maleńką córeczkę, śliczną, z czarnemi oczami. Będę ją karmiła, będę chowała...
— Tatjana!
Ale za chwilę trwoga przed zupełnem obnażeniem zmuszała ją do odpychania natarczywych rąk. Obejmowała jego głowę, owinęła ją rękoma, jakby pasmami płomieni.
Deszcz dudnił w rynnach i ściekał długiemi strugi po dużych szybach, wiatr wył i skowyczał między topolami ogrodu. Zmierzch zapadał, lecz nie mógł pochłonąć bladości oblicza, na którem tkwił zastygły, jakby zamarły uśmiech szczęścia. Twarz jej zwrócona była w stronę ściany. Martwe oczy znieruchomiały między powiekami bezsilnie półrozwartemi...
Piotr wymknął się, zanim Matylda wróciła. Zbiegł ze schodów i zdążał do siebie pustemi ulicami z sercem przeszytem mieczem obosiecznym, którego ostrze miało dwie płaszczyzny — jedną szczęścia, drugą rozpaczy. Osiągnął wszystko. Czuł, że wstąpił na ścieżkę wysoką... Obojętne domy, mury, parkany, ludzie obcy, pierwszy raz widziani, idący do swego pracowitego celu, — zdawało mu się, — zwrócili ku niemu spojrzenia z pytaniem: — cóż teraz? Usiłował odepchnąć to wszystko zdumiewającem i strasznem wspomnieniem. I tak się stało. Lecz za chwilę szczególniejsza, przerażająca sensacya szorstkiego zimna i pustki w sercu poczęła go napastować...






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stefan Żeromski.