Wśród lodów polarnych/III

<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Verne
Tytuł Wśród lodów polarnych
Data wydania 1932
Wydawnictwo Księgarnia J. Przeworskiego
Drukarz „Floryda“ Warszawa
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Désert de glace
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
III.
Siedemnastodniowa podróż.

Wiadomości udzielone przez amerykanina, zupełnie zmieniły położenie i plany rozbitków, którzy tak blizcy byli rozpaczy.
Po przyjściu amerykanina nieco do siebie, zabrał się doktór do ponownego badania go.
Niezadługo dowiedział się Clawbonny, że okręt Altamonta był trzymasztowcem, pochodzącym z Nowego Yorku, obficie zaopatrzonym w prowianty i paliwo, rozbił się na skalistem wybrzeżu; legł na bok lecz ładunek jego ocalał w zupełności.
Amerykanin opuścił statek, wraz z załogą, składającą się z 30 ludzi przed dwoma miesiącami. Zabrawszy ze sobą 2 pary sań i szalupę zamierzali oni dotrzeć do zatoki Smitha, gdzie mieli nadzieję spotkać okręty wielorybnicze.
Znękani chorobami i trudami padali w drodze, tak, że w końcu z całej osady pozostał tylko Altamont i dwaj marynarze, wszyscy chorzy na szkorbut. Wreszcie pozostał on sam, umierający. Wtedy znalazł go Hatteras i zabrał na swoje sanie.
Amerykanin twierdził, że okręt jego wyruszył w celu odszukania drogi północno-zachodniej i, że został zapędzony w te strony a otoczony lodami uległ rozbiciu.
A więc towarzysze, mówił kapitan, szykujmy się do drogi, zamiast szukać zatoki Baffińskiej, ruszajmy ku północy, dla odszukania statku Altamonta, znajdziemy tam wszystkiego pod dostatkiem, przezimujemy więc z łatwością. Tymczasem spieszyć się musimy, bo kto wie, czy lody nie zapędziły go dalej na północ, a przeto i podróż nasza może potrwać znacznie dłużej.
Altamont, który przysłuchiwał się tej rozmowie, dał znak, że pragnie coś powiedzieć. Objaśnił on doktora, że „Porpoise” nie mógł żadną miarą być poruszony z miejsca gdyż leży bokiem na skałach, znajduje się przeto na pewno na tem samem miejscu, gdzie go pozostawił.
Na tem przerwano rozmowy i poczęto przygotowywać się do podróży.
Bell i Johnson zabrali się do uporządkowania sań i urządzenia na nich posłania dla Altamonta, które przykryto płótnem z namiotu. Zapasy żywności dla ludzi i psów starczyć miały na trzy tygodnie. Drzewa zabrano ile się dało.
Robota prowadzona pośpiesznie, skutkiem zmęczenia i senności pracujących musiała być przerwaną. Zanim jednak rozbitki ułożyli się do snu, zebrali się koło pieca, w którym porządny rozniecono ogień. Nieco pemikanu, suchary i parę filiżanek kawy, wywołały dobry humor, do czego też w części przyczyniła się nadzieja na lepszą przyszłość.
Zrana o godzinie 7 ponownie zabrano się do roboty, którą ukończono dopiero o 3 po południu.
Mrok już zapadał, wprawdzie słońce od 31 stycznia ukazywało się, lecz słabo i krótko. Na szczęście już o godzinie 6 i pół ukazał się księżyc, którego promienie przy jasnem niebie oświetlały drogę. Temperatura, która od paru dni opadała, nakoniec doszła do 37 zimna.
Nastała chwila odjazdu, Altamont cieszył się z tego pomimo, że wstrząśnienia podczas jazdy mogły go przyprawić o większy ból. Każdy zajął swe miejsce, Bell szedł naprzodzie, doktór i sternik szli po bokach sań, czuwając nad niemi i, naganiając psy w miarę potrzeby, a Hatteras zamykał pochód.
Szli dość pośpiesznie. Przy nizkiej temperaturze lód był mocny i gładki, psy nie nadwyrężały się, mając do ciągnięcia zaledwie 900 funtów.
Niezadługo jednak ludziom i zwierzętom zabrakło tchu, i musieli zatrzymywać się dla wypoczynku.
W stronie północno - zachodniej pole lodowe przedstawiało się jako niezmierzona biała, równa płaszczyzna. Nie widać było żadnej wyniosłości.
Była to nieskończenie długa i jednostajna pustynia.
Takie wrażenie wyniósł doktór z widoku tej okolicy i podzielił się z niem ze swymi towarzyszami.
Panie Clawbonny, wie pan że idziemy po bardzo niebezpiecznej drodze? Coprawda można się do tego przyzwyczaić i zapomnieć o tem, lecz pomimo to lód, po którym przechodzimy, ukrywa pod sobą bezdenną przepaść.
Tak jest przyjacielu, ale nie mamy powodu obawiać się, że wpadniemy w jedną z nich bo przy mrozie 33 stopniowym moc tej białej powłoki jest tak wielka, że wytrzymać by zdołała ciężar liwerpolskich składów zbożowych. Wogóle lód jest bardzo wytrzymały — 2-u calowy utrzymuje człowieka, 4 cale utrzyma konia z jeźdzcem, 5 — armatę z zaprzęgiem, a 10 — całą armję.
W tej chwili Hatteras począł nawoływać do uwagi; mgła zwiększała się i utrudniała utrzymywanie się w kierunku prostym.
Około 8 wieczorem, wędrowcy zatrzymali się, po przejściu około 15 mil.
Rozbito namiot, napalono w piecu i po kolacji udano się na spoczynek.
W ciągu dni następnych pogoda sprzyjała naszym podróżnym, chociaż mrozy były tak silne, że rtęć zamarzała w termometrze.
Dnia 5 marca zauważył doktór dziwne zjawisko. Przy zupełnie bezchmurnem niebie, usianem gwiazdami, spadł obfity śnieg. Padał on przez 2 godziny.
Przyszła też ostatnia zmiana księżyca; przez 17 godzin panowała zupełna ciemność. Wędrowcy zmuszeni byli przywiązać się wzajemnie sznurami, aby się nie pogubić. Niemożliwem było utrzymać prosty kierunek drogi.
Dnia 16 marca, po 16 dniowym pochodzie, podróżni znajdowali się jeszcze o 100 mil od okrętu.
Na domiar ich cierpień zmniejszono im jeszcze racje żywności o czwartą część, aby tylko psy całkowitą dostały. Strzelano kilka razy do zający i lisów lecz nie zabito ani jednej sztuki.
W piątek 15, spostrzegł doktór fokę, leżącą na lodzie. Zranione zwierzę chciało uciekać, lecz nie znalazłszy otworu w lodzie, zostało złapane i zabite. Był to piękny okaz, który dostarczył nie wiele mięsa, tranu zaś nikt pić nie mógł.
Skórę foki zabrano do sań.
Nazajutrz zauważono na horyzoncie góry lodowe. Były one prawdopodobnie zapowiedzią blizkości wybrzeża.
W jednej z napotkanych wyniosłości podróżni wydrążyli sobie schronisko i zanocowali.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Juliusz Verne i tłumacza: Anonimowy.