Wśród lodów polarnych/IV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Verne
Tytuł Wśród lodów polarnych
Data wydania 1932
Wydawnictwo Księgarnia J. Przeworskiego
Drukarz „Floryda“ Warszawa
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Désert de glace
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
IV.
Ostatni nabój.

Ponieważ mróz dochodził do 40 stopni, a śniegu nie było, przeto Johnson wprowadził do schroniska lodowego również i psy aby je uchronić od zmarznięcia.
Stary marynarz spróbował karmić zwierzęta mięsem foki i ku wielkiej jego radości, psy jadły je chętnie.
Przed udaniem się na spoczynek, doktór objaśnił towarzyszów, że zapasy prowiantów mają się ku końcowi, należy przeto tembardziej spieszyć się w podróży.
Cieśla Bell najwięcej przygnębiony ze wszystkich, począł powątpiewać o istnieniu okrętu, Altamont jednak, który powoli zaczynał mówić, potwierdził swoje poprzednie opowiadanie i zaręczał, że okręt musi być niedaleko. Był to piątek.
W sobotę, Johnson obudził wszystkich wcześniej niż zwykle. Zaprzęg ruszył dalej w kierunku północno-wschodnim.
Pogoda był piękna, powietrze czyste ale zimno niezwykłe, dochodzące do 42 stopni.
Doktór ze strzelbą krążył dookoła sań; mając wszystkiego cztery ładunki prochu i trzy kule, strzelał on do przebiegającego lisa lecz chybił.
Wieczorem posiliwszy się nieco, podróżni udali się, na spoczynek.
Dnia następnego, wyczerpani i opadli z sił, zaledwie się już wlekli.
Psy po zjedzeniu resztek foki, były również głodne. Przebiegło kilka lisów, do których doktór strzelił, lecz chybił; strzału nie powtarzał, nie chciał bowiem ryzykować ostatniej kuli.
W niedzielę zjedzono resztki prowizji na wieczerzę.
Johnson zastawił na noc sidła, lecz nazajutrz, pomimo licznych śladów, nic w nich nie zastał. Gdy stał zmartwiony, naraz spostrzegł niedźwiedzia. Szybko pochwycił fuzję doktora i aby tem pewniej wymierzyć, zdjął rękawice.
Nagle z piersi jego wydobył się okrzyk boleści i ciepłe palce przylgnęły do przemarzniętej lufy, strzelba wypadła mu z rąk i jednocześnie nastąpił wystrzał, niedźwiedź zaś oddalił się spokojnie. Na huk wystrzału przybiegł doktór, a zobaczywszy co się dzieje, zrozumiał wszystko.
Tymczasem marynarz rozpaczał i klął samego siebie, nie zwracając uwagi, że ręce jego poczynają marznąć.
Doktór widząc na co się zanosi, wciągnął Johnsona do namiotu i rozkazał mu natychmiast zanurzyć ręce w wodzie, która się rozpuściła wskutek ciepła w piecyku, lecz miała temperaturę zaledwie kilka stopni ciepła. Woda poczęła się natychmiast ścinać, trzeba więc było rozcierać Johnsonowi ręce śniegiem, aby przywrócić prawidłowe krążenie krwi.
Po godzinie pracy doktora niebezpieczeństwo minęło, ale nie wiele brakowało aby biedny Johnson stracił, obydwie dłonie.
Doktór zalecał staremu marynarzowi, ażeby nie zbliżał się do pieca, gdyż to mogłoby szkodliwie nań działać. Dnia tego musiano się obejść bez śniadania; nie było już ani pemikanu, ani solonego mięsa, ani też sucharów, pozostało zaledwie pół funta kawy; trzeba było poprzestać na gorącym tym napoju, poczem ruszono w drogę.
Dnia tego przebyto zaledwie 3 mile, wieczorem nie miano co jeść, walczono daremnie z głodem. Nie widać było żadnego zwierzęcia, na cóż by się to wreszcie zdało? Nożami przecież polować nie można.
Johnsonowi zdawało się, że w odległości mili postępuje olbrzymi niedźwiedź, czatujący na podróżnych. Nic o tem nie mówił swym towarzyszom; wieczorem, jak zwykle zatrzymano się na spoczynek.
Wieczerza składała się tylko z kawy. Nieszczęśliwi czuli, że ćmi im się w oczach, a mózg słabnie, dręczeni głodem nie spali ani godziny; straszne jakieś widziadła trapiły ich umysł.
Prawie z nadludzką siłą puścili się w drogę popychając sanie, których psy już ciągnąć nie mogły.
Po dwugodzinnym pochodzie opadli jednak na siłach, Hatteras chciał iść jeszcze dalej; zawsze energiczny, przedstawiał, nalegał, prosił towarzyszy, aby powstali — lecz żądał rzeczy niemożliwej.
Przy pomocy Johnsona wydrążył otwór w górze lodowej, przy pracy tej ci dwaj ludzie wyglądali, jakby kopali grób dla siebie.
Po strasznych wysiłkach schronienie było gotowe i wszyscy doń weszli.
Tak przeszedł dzień. Wieczorem, gdy wszyscy spali, Johnson dziwne miał widzenie, wciąż majaczył o olbrzymich niedźwiedziach.
Często powtarzające się majaczenie o niedźwiedziach zwróciło wreszcie uwagę doktora. Zapytał on przeto starego marynarza, dla czego wciąż wspomina o niedźwiedziach i o jakie niedźwiedzie tu chodzi.
— O tego, który nas ściga, znajduje się on po za nami, o dwie mile pod wiatr, zauważyłem go już od dwóch dni.
— I nic mi o tem nie mówiłeś Johnsonie?
— Na cóż by się to zdało?
— To prawda — rzekł doktór — nie możemy doń strzelać, gdyż kul nie mamy.
Doktór zamilkł, pogrążywszy się w myślach, niebawem jednak rzekł do retmana:
— Jesteś więc pewnym, że zwierzę to nas ściga?
— Tak panie Clawbonny.
— A więc jutro zabiję tego niedźwiedzia! rzekł na to doktór.
— Jutro? — zapytał Johnson, jakby przebudzony ze snu.
— Jutro!
— Niema kuli!
— Zrobię ją.
— Niema ołowiu.
— Ale mam rtęć.
Powiedziawszy to, wziął termometr, który wskazywał w domku lodowym 7° ciepła. Wyszedł na powietrze, położył go na bryle lodu i powrócił. Temperatura zewnętrzna wskazywała 47° zimna.
— Do jutra zatem, teraz zaśnij i czekaj spokojnie wschodu słońca.
Z brzaskiem dnia, doktór z Johnsonem wybiegli z domku, dążąc do termometru. Cała rtęć opuściła się na spód i utworzyła cylinder. Doktór, rozbił termometr i wydobył z niego kawał nadzwyczajnie twardego metalu.
— O, panie Clawbonny, to zadziwiające! o, pan jesteś wielkim człowiekiem!
— Nie, mój przyjacielu, ja tylko mam dobrą pamięć i wiele czytałem.
W tej chwili Hatteras wyszedł z domku; doktór pokazał mu bryłę rtęci i uwiadomił o swym zamiarze; kapitan uścisnął mu rękę w milczeniu i trzej myśliwi wyruszyli w drogę.
Pogoda była jasna; Hatteras wyprzedził swych towarzyszy i spostrzegł niedźwiedzia w odległości około 1.800 kroków.
Olbrzymi zwierz ani myślał się ruszyć, spostrzegłszy zbliżających się ludzi; patrzył na nich bez obawy i gniewu. Pomimo to nie łatwo było zbliżyć się doń dostatecznie.
— Na ten raz przyjaciele, rzekł Hatteras, nie idzie o przyjemność, lecz o ocalenie naszego życia, działajmy więc roztropnie!
— Cóż zamierzasz kapitanie?
— Podejść do zwierzęcia na 10 kroków, ale tak aby nie być zauważonym.
— A to jakim sposobem?
— Sposób jest zuchwały lecz nader prosty. Chodźmy jednak do domku a Johnson niech pozostanie na straży, ukrywszy się za tym oto wzgórkiem, resztę zobaczycie.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Juliusz Verne i tłumacza: Anonimowy.